czwartek, 6 czerwca 2019

O sole mio...

Kochani, mamy słońce. I to, w końcu, na dłużej niż 48h. Oj spragnieni wszyscy byliśmy też naturalnej witaminki D. Sprawdziło się jednak, to czego się spodziewaliśmy - wiosny w tym roku było niewiele, by nie rzec wcale. Praktycznie z kurtek (jesiennych) przerzuciliśmy się na krótki rękaw. Włosi, jak to włosi, bardzo ostrożnie podchodzą do zmian sezonowych i co niektórzy wciąż śmigają w swetrach/kurtkach/bezrękawnikach. Ja się przełamałam wczoraj i w końcu wystawiłam moje bledziochy na świat. Wszak 27 stopni zobowiązuje.

Niestety na sam koniec sezonu chorobowego, pochorowalismy się wszyscy i naturalnie nie razem, a po kolei. Najgorzej! Najpierw Stefano, potem M., tydzień później ja, a stawkę zamyka Luca, któremu od wczoraj leci z nosa zielony glut, aż niemiło!

W piątek kończy się umbryjski rok szkolny. Nie ma tu uroczystej gali na zakończenie roku, apelu pod krawatem ani nic w tym stylu. Do piątku włącznie, dzieciaki wędrują do szkoły z plecakiem. Tyle tylko, że gdy o 13:00 ostatni dzwonek obwieści konieć zajęć, zacznie się szaleństwo - starsi zwykle mają bitwę wodną (obrzucają się balonikami z wodą) lub obsypują się mąką.

No, ale nie myślcie sobie, że koniec roku może przejść bez echa. Co to, to nie. W ubiegłym tygodniu odbył się koncert szkolny, w wynajętej przez szkołę sali kongresowej. Było pięknie i wzruszająco. A po nim udaliśmy się do restauracji na kolacę klasową. Szczerze nie lubimy takich spędów, ale musze przyznać,  że było miło.
Bardzo wzruszający był również wiwat jaki dzieciak sprawiły nauczycielkom. Głośny i długi aplauz/uderzanie pięsiami w podłogę z równoczesnym okrzykiem - MAESTRE - MAESTRE - MAESTRE!!!


 Po tym wszystkim dyrektorowi ciężko było dojść do głosu i wtedy do mikrofonu podchodzi wychowawczyni klasy Stefano i spokojnym głosem (prawie szeptem) rzuca ''kochani, a teraz policzę to trzech  i cissssza.... UNO...
Na ten JEDEN, już była taka cisza, że można było usłyszeć przelatującą  muchę! Jestem pełna podziwu. Mi ciężko spacyfikować jednego Stefano, a Ona tak przycjacielsko, jednym krótkim słowem, uciszyła 250 uczniów.

Dziś pierwszaki są na wycieczce, po której nauczycielkom zostanie wręczony skromny prezent - bon do sklepu papierniczego.

Świadectwa natomiast dostaniemy dopiero 20 czerwca, bo tutaj praktycznie do ostatniego dnia szkoły można zmienić ocenę końcową.





Wracając jednak do lata, to w niedzielę wyruszamy nad morze. Wyciągnełam wciąż pochowaną w pudłach, odzież letnią i zgadnijcie?! No nie mam się w co ubrać!!! Dobra, żartuję sobie trochę, ale po szybkim przeglądzie garderoby, sporo poszło na Caritas. Część ciuchów zalegała w pudłąch od dwóch lat, bo najpierw ciąża, a potem karmienie piersią (karmię cały czas, ale za dnia nie ma już konieczności wyciągania cyca co 15 minut) i trochę mi się ciało zmieniło.

Dzieci już nieco obkupione, choć z większym szaleństwem czekam na lipcowe wyprzedaże. Nie powiem dziwnie się kupowało sandały, gdy temperatura za oknem wskazywała 15 stopni, a i tak już były nieco przebrane. Obuwie letnie dla dzieci zwykle kupujemy w sklepie firmowym przy fabryce Primigi - po prostu jedziemy i bez nie wychodzimy. Sandały są skórzane, dobrej jakości i o ile stopa nie urośnie, wytrzymują cały sezon. Za dwie pary zapłaciliśmy 50euro (cena outletowa). Plusy posiadania fabryki w mieście.

Na weselu bylim i było spoko, choć cały czas miałam jakieś takie dziwne wrażenie, jakby... Sama nie wiem, ciężko mi to nazwać. Mój mąż twierdzi, że on nic podobnego nie odczuł, więc to zapewne moja styrana psychika :)
Lokalizacja była cudna, zamek na wzgórzu z fenomenalnym widokiem na okolice. Była to jedak typowo włoska posiadówa. Około 23 zaproszono nas na taras, na krojenie torta i przemowy. Dzieci były już dość umęczone, więc postanowiliśmy się pożegnać, ale jak Stefano nie ruszył nic z kolacji, tak zapalił się na tort weselny. Gdybym wtedy wiedziała, że na ten tort przyjdzie nam czekać ponad godzinę to chyba bym wolała kupić mu cały taki tort ;) Młodzi. owszem, tort pokroili, ale wówczas zaczęły się przemowy, iśćie w stylu angielskim  - najpierw mama Panny Młodej, następnie 3 czy 4 siostry, brat, świadkowa, druhna, koleżanki z pracy i nie wiem kto jeszcze. A jeszcze dodatkowo dostałam opierdziel (wraz ze znajomą) od jednego z gości (zagranicznych), że mamy śmiałość szeptem rozmawiać 50 metrów dalej, zamiast wsłuchiwać się w przemowy.  Z całym szacunkiem początkowo stałam i słuchałam i nawet klaskałam na koniec, ale ludzie drodzy przez godzinę każdy ogłszał to samo. Poza tym nie byłyśmy odosobnionym przypadkiem. Po torcie był pierwszy taniec i dopiero po nim włączono muzykę do tańca (około północy, salę trzeba było opuścić do 2), ale my zgodnie z planem się podziękowaliśmy Młodym i wyszliśmy.
Trochę szkoda, że muzyki nie załączono wcześniej, choć na chwilę, dzieciaki na pewno bawiłyby się znacznie lepiej. Dorośli myślę, że również, bo takie kilkugodzinne posiadówy są naprawdę męczące.




Do usłyszenia :-)