piątek, 24 maja 2019

Co u nas...

Chciałabym pisać regularnie, bo później mnóstwo spraw mi umyka, ale na tym etapie jest to dla mnie niewykonalne. Kiedyś miałam chwilę czasu (godzinkę czy nawet dwie) rano, ale te czasy już minęły i zapewne nie wrócą. Jak tylko otwieram laptopa, Luca rzuca wszystko by zacząć mi mazać paluchemm po ekranie i głośno nawoływać do załączenia youtube, by więc nie kusić go za bardzo ograniczam używanie komputera gdy jesteśmy sami w domu. Właśnie zrobiłam wyjątek i naturalnie młody, dla odminay, dorwał się do mojej komórki i już uszu mych dobiega melodia ''Veo Veo''. No ręcę opadają!!!

Post odnośnie mojej operacji jest już prawie skończony. Chciałabym go opublikować, bo dla mnie to swego rodzaju zamknięcie pewnego rozdziału mojego życia. 

Co poza tym? Całkiem sporo się działo/dzieje. 

Pod koniec kwietnia, korzystając z przedłużonej przez długi weekend przerwy wielkanocnej, byliśmy w Turynie. Pogoda była okropna, więc wyjeżdżaliśmy w nieco podłych nastrojach, ale nie żałujemy. Turyn nas zauroczył i bardzo bym chciała jeszcze tam wrócić, tym bardziej, że zostało nam jeszcze kilka rzeczy do zobaczenia.

Marzenia się spełniają. LEGO Store, największy we Włoszech :) 

Niektórzy z Was już wiedzą, że w lutym potwierdziło się to co od dawna podejrzewaliśmy, Luca ma zamknięty kanalik łzowy w lewym oku. Został wpisany na listę oczekujących na zabieg, co nieco skomplikowało wszystkie nasze plany. 
Zabieg nieskomplikowany, ale w znieczuleniu ogólnym, czego wolelibyśmy uniknąć. Z początkiem miesiąca, ustalono datę opercji (30 maja) a nas zaproszono na spotkanie z anestezjologiem. Nie wiem czy pamiętacie, ale Luca ma niewielkie szmery na serduszku (niedomknięte FOP i PDA), które same w sobie nie stanowią przeciwskazań do znieczulenia, ale ostatnie USG serca jest prawie sprzed roku, a anestezjolodzy woleliby jednak (słusznie) mieć wgląd do aktualnego. Niestety nie udało się przełożyć, zaplanowanej na październik kontrolii u kardiologa dziecięcego, więc zabieg odłożony na niewiadomo kiedy. Tymczasem, od połowy lutego oko przestało łzawić i generalnie nie wykazuje żadnych niepokojących symptomów, więc zdaniem pediatry możemy sobie odpuścić zabieg. Naszym zdaniem też, ale co na to okuliści? Na kwietniowej kontroli było lepiej, ale wciąż kwalifikowało się do sondowania. 

Jutro, 25 maja, idziemy na wesele. Wcale, ale to wcale nie mam na nie ochoty. Szczerze mówiąc, trochę mnie to wydarzenie stresuje. Raz, że pogoda - maj, w tym roku jest wyjątkowo okropny i najzwyczajniej w świecie nie mam się w co ubrać. A dwa... Dwa jest bardziej skomplikowane. O ślubie wiedzieliśmy już od ponad 2 lat, bo to jeden z najbliższych przyjaciół męża (M.  był świadkiem na jego pierwszym ślubie, u niego w domu też się poznaliśmy, gdy jako au pair opiekowałam się synem z pierwszego małżeństwa). I praktycznie od dwóćh lat słyszeliśmy opowieści o organizacji ślubu/wesela z wielką pompą - poszukiwania dogodnej lokalizacji, wedding planner itp. Rok temu otrzymaliśmy ''save the date'', a kilka miesięcy temu przyszło zaproszenie, bez dzieci. Wiem, że nie wszyscy patrzą przychylnym okiem na dzieci na tego typu imprezach, ale we Włoszech dzieci są świętością i wykluczenie ich z podobnego eventu jest uważane za wielki nietakt. A sposób w jaki nam to zakomunikowana jest dla mnie  naprawdę niestosowny. Otóż na kopercie, w której przyszło zaproszenie, czerwonym cienkopisem zostało wyraźnie zaznaczone - ilość osób zaproszonych 2. Poczuliśmy się urażeni, podobnie jak i inni rodzice z naszej paczki. Poźniej okazało się, że niektórzy w ogóle nie zostali zaproszeni i cała ta impreza zaczynała coraz bardziej przypominać snobistyczny event (wesele w pałacu, brak dzieci, konieczność przyniesienia zaproszeń w dzień ślubu) i zaczęłam się nawet zastanawiać czy będą nas przy wejściu legitymować. To wszystko sprawiło, że mimo iż wcześniej deklarowaliśmy naszą obecność, postanowiliśmy odmówić i nie ukrywać z jakiego powodu - nie mamy z kim zostawić dzieci! Kolega początkowo poczuł się urażony, ale zaproponował, że zrobi dla nas wyjątek i możemy przyjść z dziećmi. Odmówiliśmy, bo rodzin w podobnej sytuacji jak nasza jest więcej i nie byłoby to fair w stosunku do nich.  Kiedy Panowie wszystko sobie wyjaśnili i wydawało się, że sprawa zakmknięta, Pan Młody zaczął naciskać, podkreślając, że popełnili błąd wykluczając dzieci (że będą również inni z dziećmi) i że bardzo mu zależy na naszej obecności. Długo się wahaliśmy (M. generalnie nie lubi tego typu imprez i od początku wolałby zostać w domu) aż ostatecznie potwierdziliśmy naszą obecność. Bez przekonania, ale jednak.
Dodam tylko, że młodzi mieszkają w Londynie (skąd pochodzi Panna Młoda) i również goście zagraniczni zostali zaproszeni bez dzieci. Osobiście nie wyobrażam sobie zostawić dzieci w domu i lecieć gdzieś na wesele...

Od kilku dni, mam w domu siedmiolatka i wciąż nie mogę w to uwierzyć. Siedem lat to już całkiem poważny wiek ;) W miniony piątek, na przekór klątwom (piątek, 17-ego to tutaj taki polski piątek 13-ego) wyprawiliśmy synowskie urodziny. Imprezka była udana. Frekwencja dopisała, ponad 20 biegającej i głośno krzyczącej dziatwy (spoconej, tak że wyglądali jakby wyszli z pod  prysznica), wykończyło nas psychicznie i fizycznie ;)  W tym roku, udało nam się nawet utrafić z poczęstunkiem (ilością) i praktycznie nic się nie zmarnowało. W domu byliśmy dopiero kilka minut przed 21.

NUMBER CAKE na potrzeby domowe.

Tort urodzinowy

Za 2 tygodnie (7 czerwca) kończy się włoski rok szkolny. Przed nami ponad 3 miesiące laby. Przyznaję Wam, z ręką na sercu, że posyłając Stefano we wrześniu do pierwszej klasy, wiele miałam obaw. Jak się szybko okazało, niesłusznie.  Jak więc widzicie jesteśmy już na ostatkach, a jeszcze po drodze kilka dni przepadnie, 2 dni w związku z wyborami (szkoła jej siedzibą komisji) i 1 na wycieczkę. W związku z powyższym mamy i gorący okres w szkole, a to koncert na koniec roku, a to klasowa kolacja, a to prezent dla Nauczycielek (nie ma tu zwyczaju obdarowywania kwiatami).

Zaraz po zakończeniu roku, teoretycznie, jedziemy na tydzień nad morze. Piszę teoretycznie, bo jak patrze na to co dzieje się za oknem, to wszystkiego się odechciewa. Podobno tegoroczny maj jest najzimniejszy od ponad 50 lat, przez co nasza wiosna bardziej przypomina jesień.

Ci którzy śledzą mnie na instagramie wiedzą już, że szkoła Stefano zgłosiła się, i została wybrana, do ministerialnego programu ''Frutta e verdura nelle scuole'' (Owoce i warzywa w szkołach), mającego na celu promowanie zdrowej żywności wśród dzieci. I tak, od 2 tygodni, syn przynosi nam do domu skarby natury w ilościach niemal hurtowych - 480g przepysznego kiwi, tyle same jabłek i gruszek czy też marchewek. Gdyby tylko jeszcze chciał to jeść.

Skarby natury

Prawie bym zapomniała. Pod koniec kwietnia, po raz czwarty zostałam ciocią (moja siostra powiła swoje czwarte dzieciątko - małą Hanię). Poród marzenie, wciąż jesteśmy w szoku tempem - malutka przyszła na świat po 10 minutach skurczy (co minutę), za pierwszym skurczem partym!

A na zakończenie skarby, jakie otrzymałam z okazji Dnia Matki, który we Włoszech jest obchodzony w drugą niedzielę maja.  Przy okazji dowiedziałam się, że jestem jak truskawka, pachnąca i słodka (patrz drugie zdjęcie).