piątek, 15 marca 2019

Home sweet home

Dzięki wielkie za okazane mi wsparcie, kciuki i zdrowaśki. Miniu, dziękuję za maila - naprawdę miło mi się zrobiło!

Jestem już w domu, wypisano mnie wczoraj w południe. Łatwo nie jest bo roczne żywe dziecko nie idzie do końca w parze z rozciętym brzuchem, a syn naturalnie, po tym jak zniknęłam na prawie 3dni, nie odstępuje mnie (cyca) na krok.  Na szczescie jeszcze cały przyszly tydzień mam męża w domu.

To tyle . wkrótce postaram się napisać więcej.  Pozdrawiam
Ewa

czwartek, 7 marca 2019

Nadszedł ten dzień...

Mili moi, mam zaczętych kilka postów, ale coś nie mogę ich skończyć. Czasu mam niewiele i ciężko mi się teraz skupić.
Przyszły tydzień będzie dla nas niezwykle wymagający i stresujący.  Dzień na, który czekaliśmy od kilku lat, ma już datę - 12/03 (po południu). Kto chce i może, to proszę o zdrowaśkę albo i dwie. Kciuki też mile widziane. Z góry dziękuję!

Ewa

środa, 16 stycznia 2019

Grinch, świąt nie było!

Mogłabym napisać tradycyjne święta, święta i po świętach, ale nie napiszę. Tym razem będę orginalna i powiem ''Święta? A to jakieś święta były? Nic nie wiem!". Zapytacie o co chodzi? Już spieszę z wytłumaczeniem, Boże Narodzenie minęło nam tak, że nawet nie zdąrzyłam zauważyć, że było. Z jakiego powodu? Zawsze z tego samego - choroby.

No, ale po kolei.

Już w sobotę 15 grudnia, Stefano zaczął pokasływać, więc w ruch poszedł syrop i witamina C. W niedzielę uczestniczył jeszcze w urodzinach szkolnego kolegi, z których wrócił w naprawdę podłym humorze. Stwierdziliśmy, że świat się nie zawali jak dziecko opuści jeden dzień w szkole (miał to być 4 dzień ''wagarów'' od początku roku szkolnego, z czego 2 dni to były kontrole lekarskie), poinhalujemy i poobserwujemy w którą to idzie stronę. Niestety spektakularnej poprawy nie było, a dodatkowo wtorek przywitaliśmy z lekka podwyższoną temperaturą. Stefano nie miał na nic ochoty, nawet na youtube! Mąż wyrwał się z pracy i pognali do pediatry, gdzie w oczekiwaniu na swoją kolej syn usnął. Wiedzieliśmy, że nie wróży to nic dobrego. No i nie wróżyło - wrócił z gorączką powyżej 39 stopni i zdiagnozowaną grypą (na szczęście oskrzela czyste).  Jako że  na czwartek był zaplanowany koncert bożonarodzeniowy w szkole, na którym synowi bardzo zależało, zaczęła się nerwowa walka z czasem.             

Wtorek praktycznie wyjęty z życiorysu, temperatura wysoka, dziecko ożywiało się jedynie na chwilę pomiędzy poszczególnymi dozami paracetamolu. W środowy wieczór pojawiło się niewielkie światełko w tunelu (jedynie stan podgorączkowy), więc osateczną decyzję odnośnie koncertu odłożyliśmy na ostatnią chwilę, czyli czwartkowy poranek. Stefano obudził się w dobrym humorze i pierwsze co pobiegł sprawdzić godzinę, po czym obwieścił, że za 2h musi być w kościele (koncert miał miejsce w kościele obok szkoły). Już wcześniej postanowiliśmy, że jeśli uda się doprowadzić Stefano do ''stanu używalności'', to w tym roku na występy jadę ja (rok temu był M. gdyż ja byłam w szpitalu).  Biliśmy się nieco z myślami czy nie jechać w komplecie, ale Luca zaczynał pokasływać, a na sobotę mieliśmy zaproszonych gości na  kawę i jego urodzinowy tort.

Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, Stefi pojechał do szkoły jedynie na przedstawienie, po którym poszliśmy złożyć życzenia Paniom i wróciliśmy do domu.

W nocy (z czwartku na piątek) kaszel Luki zaczął robić się coraz bardziej konkretny. Z uwagi na poniedziałkowe prefestivo*, a co za tym idzie nieobecność pediatry aż do po świętach, spakowaliśmy potomstwo do samochodu i ruszyliśmy do lekarza. Oboje czyści!

*prefestivo - dzień przedświąteczny, czyli coś co doprowadza mnie do szewskiej pasji. Powiedźmy, że to taka dodatkowa sobota dla lekarzy. Dla mnie to wymysł totalnie niezrozumiały, mój mąż też z nim polemizuje, bo jak słusznie twierdzi on w dzień przdświąteczny do pracy iść musi, dlaczego więc lekarze mogą sobie robić legalne wagary. No, ale prawa nie zmienię!

W sobotę skromnie obchodziliśmy pierwsze urodziny naszego maluszka. Post z okazji pierwszych urodzin tutaj - Luca. Jaki jest!


W niedzielę zalało nas katarem, a że zaczął się rozkaładać i mój mąż, stwierdziliśmy, że najlepiej będzie jak święta spędzimy w domu. Wciąż gdzieś tam tliła się iskierkaa nadzieii, na bożonarodzeniowy cud i nagłe ozdrowienie, ale wtorkowy poranek całkowicie ją ugasił. Luca obudził się wcześnie i w podłym humorze, a wtedy chce tylko do mamy. Strasznie był niepocieszony, aż mi się serce łamało, gdy kilka minut przed 8, wychodziłam na kościoła. Gdy godzinę później wróciłam do domu, mały był cały usmarkany i wciąż we łzach. Nie isteresowało go nic poza mamą, na prezenty nawet nie spojrzał. Już wtedy włączyła mi się czerwona lampka. Gdy usnął i wsłuchałam się w ten jego jakby nieco płytki oddech, załączyła się i syrena. Godzinę później staliśmy w kolejce na pomocy doraźnej (wł. guardia medica).

Ludzi było sporo. Po cichu liczyłam, że może z uwagi na to, że mam małe dziecko uwieszone na ramieniu, ktoś nas przepuści, ale niestety nikomu to nie przyszło do głowy. Co więcej, doszło do jednej nieprzyjemnej sytuacji. Zaznaczam, że ja osobiście nigdy nie wpycham się w kolejkę, zawsze czekam i chętnie przepuszczam mamy z maleństwami.
W pewnym momencie jedna z oczekujących (około trzydziestoparoletnia) podeszła do mnie mówiąc, że rezygnuje i odstępuje nam swój numerek. Jak możecie sobie wyobrazić, nie wszystkim się to spodobało - gdy wchodziliśmy do gabinetu jedna z pacjentek (około czterdziestoletnia) zaczęła się burzyć i groźnie na nas patrzeć. Nie miałam ani ochoty, ani siły się kłócić, więc spojrzałam na nią i wyszeptałam jedynie ''Naprawdę? Prawdziwa magia świąt? Mam roczne, chore dziecko!'' Kochani, ja wiem, że ta Pani na pewno dobrze się nie czuła, bo w innym wypadku by jej tam  nie było, ale uważam również, że małe dzieci powinny mieć pierwszeństwo, przecież one same nie są w stanie nam przekazać jak się czują i rodzice sami nie są w stanie ocenić na ile poważny jest ich stan. Do domu wróciliśmy z diagnozą początku zapalenia oskrzeli. Przepisano nam inhalacje i jakby się nie poprawiało, albo doszła gorączka, włączenie do terapi również antybiotyku.

Po inhalacji synowi wrócił humor, nawet rosołek zjadł. I gdy wydawało się już, że jesteśmy na dobrej drodze do wyzdrowienia to w drugi dzień świąt wieczorem pojawiła się temperatura popwyżej 38 i znów ten ciężki oddech... I co teraz? Antybiotyk, tak czy nie? Przypomniało nam się wtedy, że przychodnia do której należymy oferuje ''pomoc doraźną pediatryczną'' - prywatną, odpłatną (50euro). Zadzwoniliśmy, spakowaliśmy się i pojechaliśmy - Luca został bardzo dokładnie osłuchany (prawie 10 minut), zmierzono mu poziom tlenu we krwi i okazało się, że jednak jest nieco lepiej.
Zalecono nam kontynuować dotychczasową terapię i za kilka dni udać się na kontrolną wizytę do naszej pediatry. Za kilka dni, czyli w piątek bo przecież w poniedziałek jest znów ''prefestivo''.

Tak właśnie spędziliśmy święta. Rodzinnie owszem, ale też i nieco nerwowo.

p.s. ''Na deser'' rozchorował się mój mąż i niestety on wylądował na antybiotyku!



środa, 9 stycznia 2019

Luca. Jaki jest!

Luca, synku nasz kochany, po cichu, skończyłeś pierwszy rok swojego życia. Jesteś bardzo wesołym, uśmiechniętym chłopcem. Łobuzem niesłychanym, nie przepuścisz żadnej okazji by zerwać Stefano okulary z nosa (jedną parę już zepsułeś). Mam wrażenie, że codziennie uczysz się czegoś nowego. Codziennie też wystawiasz na próbę moją cierpliwość. Jesteś zupełnie inny niż Twój starszy brat. On, spokojny i opanowany. Ty, żywe srebro.

Solenizant był nieco zszokowany.

Z całą pewnością jesteś wybitnym synkiem mamusi. Gdy rodzicielki nie ma w domu, szukasz jej i podobno chodzisz smutny, a zdarza się, że i popłakujesz sobie pod noskiem. Jak tylko odzywa się dźwięk domofonu (mama zawsze tak obwieszcza swój powrót) biegniesz sprawdzisz czy to ona i gdy widzisz jej twarz na ekranie videofonu, uśmiech pojawia się na Twojej buźce i tak właśnie ją witasz. Uwielbiasz się przytulać. Miłością ogromną darzysz swojego starszego brata. Myślę, że spokojnie mogę napisać, iż poniekąd jest on Twoim idolem. Jego powrót ze szkoły świętujesz ''tańcem radości'' - stajesz w miejscu i szybko przebierasz nóżkami (zupełnie jak w kreskówkach).

Selfie, jeszcze przed fryzjerem.
Stefi ma do Ciebie wiele cierpliwości. Nie ukrywajmy, początkowo nie był zachwycony Twoim pojawieniem się w rodzinie. Szybko się to jednak zmieniło i teraz skoczyłby za Tobą w ogień. Coraz częściej zaprasza Cię do zabawy, buduje Ci zamki z DUPLO, które Ty burzysz w sekundę.

Braterska miłość.
Gdy Stefano odrabia zadanie domowe, bardzo chcesz mu pomagać. Tak długo stoisz obok i krzyczysz, aż nie dostaniesz do ręki kartki papieru, ołówka i obowiązkowo gumki.

Cały ON!!! To zdjęcie idealnie obrazuje naszego maluszka.
Mając niecałe dziesięć miesięcy, zaskoczyłeś nas pierwszymi wędrówkami. Pierwsze kroki, dość niepewne, po kilku dniach przerodziły się w szybki  marsz, a następnie w bieg, czym przyprawiałeś matkę o zawał.  Wszędzie Ciebie pełno, zwłaszcza tam gdzie można nabroić. Jak tylko dojdzie Cię dźwięk otwieranych drzwi (zwłaszcza tych od łazienki i pokoju Stefano) zrywasz się na równe nogi i biegniesz w poszukiwaniu skarbów. To samo dzieje się gdy tata wstaje z kanapy, Ty wiesz, że to jedyna szansa by podraść mu telefon.


Kochamy Cię syneczku. Rośnij zdrowo i nigdy nie trać tego przesłodkiego uśmiechu.