niedziela, 16 grudnia 2018

Rok temu, czyli wspomnienia okołoporodowe.

To już prawie rok. Czas najwyższy by moje porodowe wspomnienia ujżały światło dzienne.

Dwa tygodnie przed spodziewaną datą porodu, zdjęto mi szew okrężny. Procedura bardzo szybka i bezbolesna. Wszystko odbywa się na fotelu ginekologicznym, podczas zwykłej wizyty ambulatoryjnej. Pięc minut i po sznurku ;)

Miał to być moment przełomowy. Przynajmniej my go za taki obraliśmy. Starsznie się już męczyłam, byłam ociężała, zaczynały mnie łapać kurcze. No i zaplanowałam sobie, że urodzę te 2 tygodnie przed terminem, więc spokojnie zdąrzymy się ogarnąć do świąt i nawet pierniki z pierworodnym upiekę. Szyjka jednak w głębokim poważaniu miała moje założenia. Czasami coś pobolewało, łapały pojedyncze skurcze, które niemal natychmiast przechodziły gdy udawałam się na spoczynek. Pozostało czekać. I to oczekiwanie chyba najbardziej mnie dobijało. Bałam się, że przegapię TEN moment albo odwrotnie, że pojadę do szpitala za szybko i mnie wyśmieją.
Poziom frustracji wzrastał proporcjonalnie do zbliżającej się daty porodu, czyli i świąt bożonarodzeniowych. Humorowi mojemu, na pewno nie pomagały teksty w stylu: haha, może urodzi się w święta. Śmieszne, bardzo śmieszne - miałam ochotę zagryźć tak wspaniale mi życzące kobity (a jakżeby inaczej).
Wraz z ukończeniem 40tc, rozpoczęły się moje codzienne wizyty w szpitalu - KTG, a jednocześnie zamknęły plany światecznego gotowania i pieczenia. Pragnęłam móc spędzić święta razem z moimi najbliższymi, w domu. Podobne marzenia miały moje koleżanki z KTG.  Mój mały psotnik zasiedział się i było mu w brzuchu na tyle dobrze, że nie nie dawał praktycznie rzadnych sygnałów obwieszczających rychłe pojawienie się na świecie.

Dziewiętnastego grudnia (wtorek), KTG wykazało jeszcze mniej skurczy niż dzień wcześniej, coś mnie jednak tchnęło i zabrałam się za pakowanie prezentów, dokladnie instruując mojego męża co jest dla kogo i gdzie jest schowane.
W porze obiadowej delikatnie zaczął mnie pobolewać brzuch. Pamietam jak wygłosiłam mężowi mój kolejny plan idelany - po wieczornym występie Stefano trafiam do szpitala, rodzę i w piątek rano idę na przedstawienie do przedszkola. Nieźle to sobie wymyśliłam, co?

Ból narastał, już wiedziałam, że są to skurcze. Bardzo nieregularne, ale skurcze. M. wysunął propozycję by darować sobie popołudniowy koncert (chór wertyklany, międzyszkolny), ale nie chciałam odbierać synowi, i sobie samej, tej przyjemności. Domyślałam się bowiem, że to może być jedyny występ, jaki uda mi się w tym roku zobaczyć.

Zapakowaliśmy syna, walizkę oraz teściową (zupełnie nieświadomą) i wiedząc, że szpital znajduje się gdzieś w połowie drogi między naszym domem, a salą koncertową, pojechaliśmy. Rozpoczęcie się opóźniało, a skurcze  nasilały. Zaczęło się robić gorąco. Raz po raz nerowo spoglądałam na zegarek - skurcze coraz dłuższe i jakby coraz częstsze. Na szczęście, wśród publiczności, wypatrzyliśmy mamę koleżanki Stefano - położną ;)
Jak tylko maluchy zakończyły swój występ, nie czekając na zakończenie całego koncertu, wymkneliśmy się z sali. Odstawiliśmy syna z teściową do domu i pojechaliśmy do szpitala.
Jak nigdy, pogotowie ginekologiczne świeciło pustkami. Od razu trafiłam na fotel i po szybkim badaniu orzeczono rozwarcie na 1 palec. Po czterdziestominutowym KTG, mimo wielu dość silnych skurczy, było niewiele lepiej. Z racji tego, iż co chwilę dopytywano nas gdzie mieszkamy, a mieszkamy dosłownie pięc minut od szpitala, pewni byliśmy, że odeślą nas do  domu. Lekarz dyżurujaca zadecydowała jednak o przyjęciu mnie na oddział. Spanikowałam, myślałam, że nie usnę (M. został ze mną na noc) a skurcze, jak można się było spodziewać, po kilku godzinach ustały.

Dzień później cosik pobolewało, pojawiały się skurcze, ale KTG nie dawało wielkich nadzieii na szybkie rozwiązanie. Zaczęłam sobie zarzucać, że niepotrzebnie pojechałam do szpitala ... Czwartkowy poranek przyniósł ciszę totalną. Byłam załamana, gdyż z moich obliczeń wynikało, że to już ostatnia szansa by święta spędzić w domu. Tak wiem, powtarzam się, ale postawcie się na moim miejscu - ciąża donoszona, w domu starszy syn, który czeka na Boże Narodzenie (i prezenty). Tak bardzo chciałam zobaczyć jego radosne oczy i szeroki uśmiech na twarzy, gdy otworzy swój wymarzony podarek - Lego Ninjago.
Ordynator, albo czytał w moich myślach, albo miał mnie już dość ;) i podczas porannego obchodu zadecydował, iż powoli zaczynamy wywoływać. Wyznam Wam szczerze, że  jak bałam się nieco wywoływania porodu (gdzieś, kiedyś wyczytałam, iż jest on wtedy jakby bardziej bolesny), tak wtedy miałam ochotę rzucić się lekarzowi na szyję. Po zapoznaniu mnie z procedurą, wyjaśnieniu ryzyka z tym związanego, podpisałam zgodę i założono mi propess.

Propess? Co to takiego?
Propess, jakkolwiek by to nie zabrzmiało, to kawałek sznurka/wstążki, zawierającego dinoproston. Założony dopochwowo (na max 24h) stopniowo uwalnia substancję czynną, co ma na celu wywołanie akcji porodowej. Ryzyko jakie wiąże się z jego zastosowaniem to m.in. bardzo silne skurcze, pęknięcie wód płodowych (spowodowane zbyt silnymi skurczami)... Kobieta, u której zastosowano tego typu terapię, jest pod stałym monitoringiem (KTG) i w razie jakichkolwiek watpliwości propess zostaje usunięty i wykonuje się cesarskie cięcie.

Już godzinę później zaobserwowałam, że coś się dzieje. Skurcze byly coraz częstsze, wciąż nieregularne, ale w końcu się pojawiły. Obiad dostałam jeszcze normalny, ale na kolację przyniesiono mi jedynię zupę. Ok. 22 skurcze były już na tyle bolesne, że zadzwoniłam po położną - kontrola szyjki (2cm), KTG (krótko bo nie byłam już w stanie spokojnie uleżeć) i ponowna kontrola szyjki. Ewidentnie faza aktywna w toku. Gdy kwarans później, wezwany przeze mnie mąż (w trybie pilnym) stawił się na oddziale, zastał mnie zwiniętą w pozycji półklęczącej, na podłodze. Bolało już tak cholernie mocno, iż prawie wyłam z bólu - zalecony przez położną gorący prysznic owszem pomagał, ale nie na długo. Wciąż mam przed oczami obraz mnie na czworaka, wymiotującą, podczas gdy M. polewa mnie wodą. Przy kolejnej kontroli szyjki usunieto mi propess i w końcu, między jednym a drugim  skurczem, mogłam chwilę odetchnąć. Około północy przybiegły po mnie położne z porodówki i przetransportowały mnie do swojego ''królestwa''. Byłam wykończona, zwijałam się z bólu, chciało mi się wrzeszczeć ile sił w płucach i gdzieś tam po drodze zażyczyłam sobie nawet znieczulenie (ostatecznie nie dostałam). Luca praktycznie siedział w kanale rodnym i strasznie cisnął, przez co niemal od samego początku fazy aktywnej porodu miałam impuls parcia. Mąż mój twierdzi, że chwilami wygladałam jak nawiedzona ;) Mimo to nie padły żadne niecenzurlane słowa, nikogo nie obraziłam ani nie posłałam do diabła!
Położne były super babki. Początkowo robiły wszystko by odwrócić moją uwagę od bólu, zagadywały, dopytywaly o płeć i imię dla potomka, o starszego brata i wiele innych spraw. Przewracały mnie, obracały, doradzały co robić by nieco sobie ulżyć, podtrzymywały na duchu oraz wierzyły we mnie i mnie nie nacięły (co sugerowała (po cichu) ginekolog dyżurująca). Nasz synuś przyszedł na świat o godzinie 2:42, owinięto go w prześcieradło i od razu mogłam go przytulić. Przecudowne uczucie, którego niestety nie mogłam doświadczyć ze Stefano. Chwilę później odcięto pępowinę, do Luki przyszła neonatolog, a reszta ekipy zajęła się moim pobojowiskiem. Co tu dużo gadać, szycie do przyjemnych nie należy, ale da się przeżyć. Nasza kruszyna okazała się silnym, zdrowym chłopaczkiem - otrzymał 10 punktów i jak tylko mnie pozszywano wrócił w moje ramiona. Z pomocą położnej udało mi się go przystawić do piersi, ale zmęczony porodem szybko usnął. Podobnie z reszta jak jego tata. Dwie godziny później, umyty i ubrany już synek wraz z obmytą mamą zostali przetransportowani na oddział. Ledwie zdąrzyliśmy usnąć a zegar wybił godzinę 6, co w szpitalu oznacza pobudkę!
Oboje z mężem wyglądaliśmy jak zombi. Dodatkowo emocje zaczęły powoli uchodzić, adrenalina spadła a i znieczulenie przestało działać. Wydawało mi się jakby sam mój zadek ważył z 50kg! Z pomocą męża zwlekłam się z łózka, doczłapałam się do łazienki bo w głowie wciąż rozbrzmiewał mi głos położnej - pamiętaj, aby spróbować oddać mocz (wystarczy kilka kropel by upewnić się, że układ moczowy nie został uszkodzony).
Po śniadaniu M. pojechał do domu by zawieźć Stefano do przedszkola i pognał dostarczyć do zakładu pracy dokumenty niezbędne do urlopu ojcowskiego, zanim zacznie się koncert w przedszkolu. Mówię Wam to był szalony dzień! Na szczęście rejestracji noworodków móżna dokonać w szpitalu - jest specjalne biuro, które zajmuje się tymi sprawami.

Po południu, Stefano przyjechał poznać brata. Bardziej od noworodka interesował go jednak telewizor :) Ale co tu się dziwić dziecku, gdy np. teściową najbardziej interesowało czy aby mały nie  ma odstających uszu ;)

Nie ukrywam, iż było mi naprawdę ciężko. Miałam ogromne problemy ze zmianami pozycji, wstawaniem i siedzeniem. Mój mąż starał się jak mógł dzielić czas między dom (gdzie był Stefek), a szpital. Bardzo mnie w tym okresie wspierał, Na szczęście u nas w szpitalu pacjenci mogą mieć przy sobie 24h na dobę, jedną osobę do pomocy (na noc wystawiane jest specjalne pozwolenie, które uprawnia do wejścia na odział nawet gdy szpital zamyka drzwi). Sprzątanie i obchód, to jedyne momenty kiedy osoby towarzyszące położnicom muszą opuścić oddział.

Luca wzorowo zaliczał kolejne badania. Wszystko odbywało się na moich oczach, dziecko ani na chwilę nie opuściło sali.
Mi co chwila położne sprawdzały brzuch, tzn. obkurczanie się macicy.

W sobotni poranek z ust ordynatora padło magiczne - wszystko ok, w takiej sytuacji jutro Was wypuścimy, na święta do domu!

Niedziela,  24 grudnia. Wigilijny słoneczny poranek, zarówno ja, jak i Luca, jesteśmy zakwalifikowani do wypisu.  To był zwariowany poranek, gdyż jak możecie sobie wyobrazić wszyscy chcięli spędzić święta w domu. Z dziećmi urodzonymi w godzinach porannych nie było problemu, schody zaczynały się przy maluchach, które światło dzienne ujrzały w godzinach wieczornych, czyli nie zdarzyły jeszcze upłynąć wymagane 48h od porodu.

My wychodziliśmy w porze obiadowej. Między jednym a drugim kęsem pieczonego kurczaka, w drzwiach dostrzegłam postać pediatry, dierżacej w dłoni wypis dla syna. Pani doktor wytłumaczyła kilka kwesti, zrobiła matce krótki test na inteligencję , tzn. zadała pytanie ''skąd moim zdaniem wiadomo, że dziecko się prawidłowo odżywia?''. Zdałam wzorowo  i byliśmy wolni.

9 komentarzy:

  1. Ojej,rzeczywiscie to wylowywanie porodu nie nalezalo do 'najprzyjemniejszych'. Jestem w szoku,ze to juz ROK na dniach!! Pamietam jak urodzilam Starszaka o 4.28 to 8 rano byl obchod i pytali mnie sie czy chce isc do domu... Jasne. Wtedy zostal 48 h,z Misiem 5 dni,bo byl na IT ,a z Najmlodszym 24h :-) sto lat dla Luca!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale wspomnienia, super, że na Święta byliście w domu

    OdpowiedzUsuń
  3. Super, że na pogotowiu było akurat pusto, a i koncert udało się zaliczyć :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Przeżyć współczuję, ale dobrze, że wszystko dobrze się skończyło i że święta mogliście święta spędzić razem we czworo. :)



    OdpowiedzUsuń
  5. To juz rok???? Ojej :) Wspomnienia bolesne ale jaki owoc tych staran! Cudownosci w Nowym Roku!!!

    OdpowiedzUsuń
  6. Spoznione Sto Lat dla Luca!!!

    Ja mialam wywolywane oba porody i pamietam ten koszmar! Tyle, ze mi zdazono podac znieczulenie zanim jeszcze mialam ochote wrzeszczec z bolu. :) Z Nikiem w ogole poprosilam o znieczulenie prawie na poczatku, bo wiedzialam, ze i tak je wezme, wiec po co sie meczyc? ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Moja koleżanka również urodziła synka przed świętami :) Wypisali ją tuż przed wigilią :) Z tą różnicą, że to było w tym roku :D Ale pamiętam jak i jej zależało, żeby nie spędzić świąt w szpitalu :)

    OdpowiedzUsuń