sobota, 30 grudnia 2017

Oto i On!

Poznajcie. Luca - 3020g i 48cm, urodził sie 22/12/2017 o nieludzkiej godzinie 2:42 nad ranem :)



Tak jak napisałam w poprzednim poście, syn nasz uparcie siedział w brzuchu i poza jednym fałyszwym alarmem, nic nie wskazywało na to, że zamierza opuścić swoją miejscówkę. Ostatecznie przekonał go do tego Propess.

Do usłyszenia

czwartek, 21 grudnia 2017

Update

Wciaz jestem w dwukapaku!
We wtorek wieczorem, z silnymi skurczami, trafilam na oddzial. W nocy bole przeszly!
Dzis - 40+3 - ordynator zarzadzil zaczac indukcje. Cosik jakby ruszylo, ale przed nami jeszcze daleka droga!
Wyczerpana jestem i fizycznie i psychicznie!
Do uslyszenia

P.S. We wtorek przypadkowo odkrylismy, iz Stefano oglosil w przedszkolu, ze jego brat nazywa sie Luca ;)

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Serce czy rozum?

Ostatnio napomknęłam, że nasz drugi syn wciąż pozostaje bezimienny. Mąż żartuje sobie, że nie chcemy dziecku z góry narzucać imienia i wybierze je sobie sam, jak troszkę podrośnie ;) A prawda jest taka, że w temacie powyższym jesteśmy beznadziejni. O ile  imionami żeńskimi, które podobają nam się obojgu w równym stopniu, moglibyśmy cały zeszczyt zapisać, o tyle chłopięca stronnica propozycji jest niezwykle mizerna, by nie powiedzieć pusta.

Déjà vu. Identyczne katusze przeżywaliśmy 5 lat temu! Stefano, był swego rodzaju kompromisem. Ani u mnie, ani u męża nie było to imię marzeń, ale gdzieś tam się przewijało. Teraz nie wyobrażam sobie by pierworodny mógłby nazywać się inaczej.

Naturalnie ''pomocników'' do wyboru imienia mamy wielu. Każdy z nich, wielce przekonany o wspaniaołośći swojej propozycji, nie omieszka nas uświadomić o beznadziejności naszej. O ile początkowo było całkiem zabawnie, z czasem zaczęło mnie to naprawdę denerwować i tylko przez grzeczność (i szacunek) jeszcze nikomu nie wygarnęłam co myślę o ich zachowaniu, kpinach i podśmiewaniu. Chwilami, gdy odzywa się we mnie instynkt obronny, mam niepohamowaną chęć nadać synowi imię na przekór wszystkim. Oczywistym jest natomiast, że Nam pomysły osób trzecich nie mogą się nie podobać!


A teraz, tadam!

Propozycje taty - Dario, Sandro
Propozycje mamy - Filippo

Co do Dario, byłabym w stanie ustąpić, gdyby nie jego polski opowiednik, który (bez urazy, wszak o gustach się nie dyskutuje) wzbudza u mnie dreszcze. Nawet gdbym wszystkim w Polsce nakazała cyrograf podpisać, to prędzej czy później (zgaduje, że prędzej) i tak syn nasz stałby się Dareczkiem czy Darusiem. Nie! Nie wchodzę w to!

Co do Filippo, nie ustąpi mój mąż, gdyż jest ono ''za wolne'' ;) W sumie to i ja sama nie byłam przekonana. Imię samo w sobie mi się podoba (również polski Filip), ale musicie wiedzieć, że niemal każdy Filip we Włoszech staje się Pippo, a tego bym nie zniosła.

M. ma jednakże jeszcze jedną propozycję, którą delikatnie forsował już przy Stefano. Celowo zostawiłam ją na konieć, bo to ona wzbudza największe kontrowersje wśród osób postronnych - LEONE. Początkowo byłam bardzo na nie, z czasem zaczęłam się z tym imieniem oswajać, ale... Bo zawsze jest jakieś ''ale''... ostatnie  miesiące przyniosły, we włoskim showbusinessie, multum dzieci noszących lwie imię. Fakt bycia posądzonym o kopiowanie celebrytów chyba blokuje nas najbardziej. Z jednej strony M. ma to gdzieś, z drugiej wyraźnie go to męczy.

Słowo ''LEONE'', na język polski tłumaczone jest jako lew. Odkryłam jednak , iż w stosunku do imienia trafniejszy bylby przekład LEON. I ten Leon chwycił mnie za serce :) Problem w tym, że we Włoszech imię powyższe wypowiadane jest z francuzkim akcentem i tu znów obawa, czy to aby nie jest już zbyt dziwne?!

Gdzieś tam, na drugiej, trzeciej czy czwartej pozycji, krąży LUCA.  Proste, krótkie i jedyne apceptowane przez starszego brata. Jesteśmy bardzo blisko od postawienia przysłowiowej kropki nad ''i'', ale jak to ujął mój mąż pozostałe dwa imiona nie dają mu spokoju.

Podczas burzy mózgów padło również LEONARDO, ale przy dziesięcioliterowym nazwisku, zależy nam na czymś krótkim. Niby jest LEO, ale tutaj tak jakby czegoś nam brakuje ;) Sami powiedzcie, jesteśmy przypadkiem beznadziejnym!!!


DRZEWO GENEALOGICZNE

Jak już wcześniej wpsomniałam, o gustach się nie dyskutuje. Jasne, że nie wszystkie imiona  wybierane przez rodzinę i znajomych dla swoich pociech mi się podobają, ale też nigdy z premedytacją czy wręcz satysfakcją nie odważyłabym się im powiedzieć w twarz - Chyba rzeście oszaleli? lub Biedne dziecko! itp...

Nawet sobie nie wyobrażacie ile się nawzdycha i naprycha moja teściowa na propozycje swojego syna, Małżonek mój twierdzi, że jeśli zdecydujemy się na Leone, to babcia będzie się wstydziła przyznać jak wnuk ma na imię ;)

Takie teraz mamy czasy, że wchodzenie z buciorami w życie innych i komentowanie ich wyborów jest na porządku dziennym. Kilka miesięcy temu jednak, wpadło mi ręcę drzewo genealogiczne włoskiej rodziny. Kochani moi, tam to dopiero są perełki. Tym bardziej dziwi mnie łatwość, z jaką niektórzy pozwalają sobie nas oceniać. Poniżej kilka przykładów, tych ciekawszych, które również we Włoszech są ekstremalne. Gotowi?

Dziadkowe męża, ze strony ojca to Ezio i Ulderica. Imiona rzadko spotykane, ale nie szokujące. No, ale idźmy dalej i proszę pańśtwa jest i Leone :)

Imiona męskie: Telesforo, Ponziano, Ermenegildo, Ettore, Elpilio, Ovidio...

Imiona żeńskie: Ersilia, Gea, Casilde, Clotilde...

A Wy czym kierowaliście się wybierając imiona dla Waszych pociech? Sercem czy rozumem, a może mix jedneo i drugiego? Rodzinną tradycją czy jeszcze czymś innym?

p.s. Czterdziesty tydzień w toku, a tu cisza!!!

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Wieści z frontu

Cześć świecie, chciałabym pisać częściej. Miałam mocne postanowienie poprawy, ale okoliczności nieco mnie przerosły:


 1. Stefano już drugi tydzień z rzędu zaczyna w domowych pieleszach. Zaczęło się nagle i pisząc nagle mam naprawdę na myśli z minuty na minutę. Syn praktycznie odprawiony do przedszkola - obudzony, najedzony, ubrany (włącznie z butami) dostał ataku kaszlu i to takiego, że aż zgłupiałam i paszczę rozdziawiłam. Stwierdziłam na prędce, że przedszkole nie zając i nie ucieknie, więc pierworodny został w domu na obserwacji. I na całe szczęści. Co prawda, kaszel (po inhalacjach) zelżał, ale po obiedzie, pierworodny, od niemowlęctwa wyznający zasadę, iż drzemka w dzień to strata czasu, zaczął mi się pokładać. Termometr zapikał 37,4 i niestety do był dopiero początek. Pod wieczór kresek było już 38.
Pediatra, dzień później, zdiagnozowała zapalenie krtani. Samo przyszło, samo przejdzie! Postanowiliśmy zostawić syna w domu jeszcze w środę, by w czwartek mógł spokojnie powędrować do szkoły. W środę w nocy ponownie zrobiło się gorąco, do tego doszedł katar i kaszel. Okropny suchy kaszel, doprowadzający matkę do bólu głowy, a syna do bólu brzucha, spowodował, iż w sobotę mąż zabrał syna na ''guardia medica'' (pomoc doraźna/pogotowie). Opukali, osłuchali - gardło czerwone, flegma zalega na górnych drogach oddechowych stąd ten okropny chruchel (oskrzela i płuca czyste). Nakazali poić (często, małymi łykami) i czekać, aż kaszel przerodzi się w mokry i zacznię się ''odrywać''. Na tę chwilę mam nadzieję, że powoli wychodzimy na  prostą.

2. Jestem nerwowa - stres przedporodowy dopadł mnie na całego. Tak, tak my jeszcze w dwupaku - dziś wkroczyłam w 39 tc, który jeszcze do niedawna był dla mnie fikcją, czymś nieosiagalnym. A tu proszę, ciąża donoszona - drugorodny nie będzie wcześniakiem! Hurra, hurra, ale ja już mam dość (nigdy nie sądziłam, że to powiem) - jestem ociężała, obolała. Irytuje mnie ciagłe szukanie alternatyw na zabawy proponowane przez syna, bo przecież matka nie może  teraz biegać wokół kanapy z kaskiem na głowie by bawić się w policjantów i złodziei. Wkurza mnie moja niezdarność - wszystko leci mi z rąk. Dość mam wykorzystywania innych, bo ze względu na zawroty głowy i kurcze, z domu już sama nie wychodzę. Z resztą i tak nie mam się w co ubrać, klasyka co nie? Tylko kochani, ja tu nie prawię o kieckach, spodniach czy sweterkach, a nakryciu wierzchnim. Zimota przywędrowała i do Włoch, a ja nie mam kurtki zimowej, która byłaby w stanie objąć moje aktualne gabaryty i wciąż paraduję w ciążowej parce wiosenno-jesiennej.

Dwa tygodnie (z hakiem) temu!


3. Powiedzmy, że za nami jeden ''fałszywy alarm''.  W ubiegły czwartek, po konsultacji telefonicznej z ginekolog prowadzącą ciążę, musielismy udać się na pogotowie ginekologiczne by wykluczyć pęknięcie wód płodowych. USG i KTG wyszły dobrze, ale badania wykazały infekcję dróg moczowych.


A jutro, trzymajcie kciuki. O ile dotrwam, o 10:15 jestem umówiona w szpitalu na zdjęcie szwa okrężnego. Może to być ten moment, gdzie wszystko ruszy i od razu (lub po chwili) rozpocznie się akcja porodowa. Ciężko to wcześniej ustalić, wszystko zależy od tego, czy szyjka jeszcze się trzyma sama czy jest już tylko ''na łasce'' kawałka sznurka.  Zdradzę Wam, że chyba bym chciała, aby to własnie była ''godzina W''.  Walizka spakowana, tylko ten tego nasz syn wciąż bezimienny ;)