wtorek, 31 października 2017

A to było tak!

Kochani, pytacie co, gdzie, kiedy itp... W poniższym wpisie postaram się Wam nieco opowiedzieć o obecnej ciąży.

By nie było wątpliwości - zdjęcie robione w pozycji półsiedziącej ;)


SZCZĘŚCIU TRZEBA POMAGAĆ

Po ubiegłorocznej stracie dość długo nie mogłam się podnieść, w sumie to nie ma dnia abym o tym nie myślała. Baliśmy się, ale jednocześnie pragnęliśmy spróbować raz jeszcze. Kto śledzi mnie już dłuższą chwilę, ten wie, że ze względów zdrowotnych, czas działał na naszą niekorzyść - nieoficjalną granicą starań miały być moje 35 urodziny (tyle wiosen stuknęło mi w sierpniu).

Powyższe argumenty przekonały nas do testów owulacyjnych. Nic skomplikowanego, ani drogiego - zdecydowanie polecam. Jestem przykładem, że działają.

W moim brzemiennym stanie upatruje również opatrzności boskiej. Nigdy, odkąd ''stałam się kobietą'', nie miałam fizycznych znaków sygnalizujących owulację. Aż do marca bierzącego roku, kiedy to wszelkie znaki na niebie i ziemi (plamienie czy nagłe, ostre kłucie w boku), zdawaly się wołać, że coś jest na rzeczy. Spore było moje rozczarowanie, gdy dzień przed spodziewaną miesiączką pojawiło się drobne plamienie (czasami tak mam) i zero jakichkolwiek oznak potencjalnej ciąży.


LABORATORIA TEŻ SIĘ MYLĄ

Smutek wkrótce minął, plamienie również. Okres się nie pojawił. Odczekałam chwilę i zrobiłam test  - owulacyny. Nie, nie pomyliłam się. Gdzieś, kiedyś wyczytałam, iż testy na owulację wykrywają wczesną ciążę, a że innego pod ręką nie miałam to same rozumiecie :) Po pozytywnych testach z moczu (owulacyjnym i ciążowym), nadszedł negatywny test z krwi, a co za tym idzie rozżalenie i chwila konsternacji. W głowie powstawały absurdalne historie, ale ginekolog spokojnie poleciła odczekać kilka dni i powtórzyć betę, gdyż najzwyczajniej w świecie, jeden z testów się myli. Jasne! Tylko który?

Betę powtórzyłam tydzień później (w międzyczasie wypadała Wielkanoc), ale już w innym laboratorium. Gdy dostałam sms z informacją, iż wyniki dostępne są na stronie internetowej serce waliło mi jak młot. Gdy je otwierałam miałam wrażenie, że wyskoczy mi ono z piersi! Beta wyszła w tysiącach!!!

(O zaistniałej sytuacji poinformowaliśmy pierwsze laboratorium - przeprowadzono wewnętrzne ''śledztwo'', odnaleziono moją próbkę i ponownie przeanalizowano - wynik pozytywny!)


CIĄŻA

Jeszcze tego samego dnia (czwartek), czyli tydzień przed planowaną podróżą do Polski, siedziałam na fotelu ginekologicznym.  Ciąża potwierdzona, zarodek dobrze zagnieżdżony w macicy. Przeciwskazań medycznych do lotu brak! Mogę jechać, pod warunkiemm że w przyszłym tygodniu (czytaj w Polsce) wykonam USG by skontrolować rozwój płodu - pojawienie się serduszka. Niby nic nadzwyczajnego, a jednak w momecie, w którym małżonek uświadomil mnie, że akurat wtedy wypada w Polsce długi majowy weekend, zaczęło się robić nieco gorąco. Alternatywą było przełożenie wyjazdu o kilka godzin i badania na miejscu. Zgodnie stwierdziliśmy, że druga opcja, mimo że droższa, bardziej nas przekonuje i będzie nam się podróżowało lżej ze świadomością, iż z kruszyną wszystko gra. Sprawę odrobinę komplikował długi włoski weekend i nieobecność mojej ginekolog. Niezastąpiony wujek google przyszedł z pomocą i ostatecznie ''wylądowałam'' u pierwszego specjalisty w zakresie ginekologii, który znalazł okienko by przyjąć mnie tego konkretnego dnia.

W  międzyczasie zaniemogłam, pojawiły się mdłości i okrutny ból żołądka. Ostatnia rzecz, o jakiej chciało mi się myśleć to pakowanie. Byłam słaba, brakowało mi sił by zwlec się z łóżka i pójść do łazienki. Do jedzenia musiałam się zmuszać. Możecie mi wierzyć na słowo, nic mi się nie chciało a walizki, łypające na mnie z kąta pokoju, tylko mnie stresowały. Gdyby nie Stefano chyba byśmy zostali w domu. Biedny nasz pierworodny od dawna czekał na ten wyjazd, co chwila dopytywał: ''kiedy lecimy?''. Ta jego smutna, zmartwiona twarzyczka wlała we mnie niespodziewane siły, w 20 minut byliśmy spakowani.

Badanie wypadło dobrze, serce podjęło pracę.  Nadeszła chwila by podjąć ostateczną decyzję odnośnie wyjazdu. Wszystkie oczy skierowane były na mnie, a matczyne serce nie było w stanie odmówić synowi wakacji.  Do dziś zastanawiam się jak udało mi się przeżyć podróż?


NIEPOWŚCIĄGLIWE WYMIOTY

W dziewiątym tygodniu (po powrocie z Polski) przeszłam trzecie USG i cała ciążowa machina, dotychczas nieco uśpiona, poszła w ruch.

W 8tc pojawiły się wymioty, które niczym huragan, z każdym dniem zdawały się nabierać na sile. Rozpoczęła się moja, kilkumiesięczna symbioza z miską/muszlą klozetową. Chwilami byłam tak zrezygnowana, że aż łzy napływały mi do oczu - zarzuacałam sobie bycie okropną matką (Stefano całe popołudnia spędzal przed TV) albo po prostu ryczalam z bezsilności. Niemal wszystkie posiłki oglądałam co najmniej dwa razy. Mój żołądek zdawał się nie trawić, potrafiłam pół nocy wymiotować obiad skonusmowany 10 godzin wcześniej. W wydalanym pokarmie zaczęły się pojawiąć niewielkie ślady krwi. Byłam wyczerpana i zdruzgotana, bo jak to niektórzy mówią historia lubi się powtarzać, a w pierwszej ciąży (ze Stefano) mdłości i wymioty towarzyszyły mi do samego końca. Zważając na powyższe, mogę się uznać za szczęściarę - samopoczucie zaczęło się nieco poprawiać wraz z wkroczeniem w 4 miesiąc ciąży. Wymiotować przestałam na początku lipca.


CIĄŻA W LICZBACH

  •  termin porodu - 18/12/2017
  • obecnie jestem w 34tc, czyli pierwszy cel (przekroczenie narodzin Stefano) został osiągniety, kolejnym jest ukończenie tygodnia 34
  • do tej pory przybrałam 9kg; z powodu niepowściągliwych wymiotów, w poczatkowej fazie ciąży straciłam ok. 4kg
  • z ostatniego USG wynika, iż mały powinien ważyć już 2kg z hakiem (czytaj dwa razy tyle co pierworodny w dniu narodzin)
  • przyjmowane leki - 1 paracetamol (do tej pory), kwas foliowy, żelazo (łykałam przez ok.2 miesiące), Eutirox 0,25 dziennie (1,5 miesiąca temu rozstroiła mi się nieco tarczyca), progesteron 200mg (od lipca)
  • dni spędzone w szpitalu - 3 (więcej następnym razem)
  • ilość pokutych palców - wszystkie, po kilkanaście razy 

Hmm, co jeszcze? Ciężko mi zebrać myśli, ale za kilka dni postaram się napisać kilka słów o ciąży  zagrożonej. 

środa, 11 października 2017

Cukrzyca ciążowa po włosku

Dziękuje serdecznie za wszystkie ciepłe komentarze pod ostatnim wpisem. Nie planuję prowadzić bloga ciążowego, choć kilka wpisów w temacie zapewne się pojawi. Będą to raczej artykuły informacyjne, które może komuś, w sytuacji podobnej do mojej, się przydadzą.


Krzywa cukrowa przerażała mnie tylko z jednego powodu, przymusu wypicia glukozowego preparatu, gdyż w pierwszej ciąży nie miałam najmniejszych problemów z poziomem glukozy we krwi. Tym razem glikemia bazowa wykazała 94 (od 92 rozpoznaje się cukrzycę - UWAGA, w ciązy parametry są zaniżone), pozostałe wyniki - po 60min i 120min mieściły się ''zawiasach''.
No, ale wystarczyło to by sklasyfikować mnie jako obarczoną tzw. cukrzycą ciążową. Informacja ta ścięła mnie z nóg, podcięła skrzydła itp.

Skierowano mnie do poradni diabetologicznej. Niestety, u nas w mieście, terminy były dość odleglę, więc zdecydowaliśmy się pojechać do innego szpitala. Po przeprowadzonym wywiadzie i pomiarach, wizytująca mnie lekarz orzekła, że jej zdaniem nic mi nie dolega, ale by ostatecznie wykluczyć problem zalecono mi codzienne pomiary cukru we krwi.



Do domu wróciłam w pełni wyposażona - aparat glikemiczny, igły, paski i dziennik glikemiczny. Dwutygodniowy monitoring miał załatwić sprawę, ale... moja ginekolog zdecydowanie nie była zadowolona z przebiegu wizyty i w trybie pilnym załatwiła mi wizytę w poradni w Perugii.

W międzyczasie jadłam normalnie (ograniczając jedynie cukier - cukierki, czekoladę, lody), wszystkie wyniki dalece mieściły się normie. Z tak przygotowanym dzienniczkiem pojechałam na kontrolę do poradni nr 2 - Pani przeanalizowała wyniki, przeprowadziła wywiad, orzekła, iż pomiary są dobre i ''wręczyła kilkustronnicową dietę''.

OK, złapałam dołka - teraz, gdy w końcu mogę jeść (czyt. nie wymiotuję na widok wszystkiego) nałożono na mnie dietę. Ścisłą dietę. Zdaniem mojego męża przesadzoną, bo i nie traktowaną indywidulanie, ale z automatu. Szczerze mówiąc nie tak to sobie wyobrażałam.

Na diecie jestem od prawie trzech tygodni. Nie jest łatwo, zwłaszcza, że dieta przystosowana jest do warunków włoskich, a w moim żywieniu sporo jest akcentów polskich. Jakoś idę do przodu, choć niedługo pierś z kurczaja wyjdzie mi uszami ;)


INFORMACJE PRAKTYCZNE

Przyznaję, iż nie mam zielonego pojęcia ani jaki jest polski iter diagnostyczny, ani jak do tematu cukrzycy ciążowej podchodzą ginekolodzy/diabetolodzy. Na podstawie własnych doświadczeń i wymiany poglądów z innymi mamami, mogę stwierdzić, iż we Włoszech (Perugii) problemowi temu poświęca się dużo uwagi.  Poniżej, po krótce, przedstawiam włoską procedurę - może kiedyś komuś się przyda.

- krzywa cukrowa
- skierowanie na wizytę diabetologiczną w ciąży, wypisywane przez lekarza rodzinnego
- diabetolog, po zdiagnozowaniu cukrzycy wypisuje skierowanie na wydanie  sprzętu niezbędnego do badań glikemicznych oraz wydaje ''esenzione'' (zwolnienie od płatności)
- skierowanie zanosimy do lokalnego punktu sanitarnego, gdzie zostaje nam wypisana recepta na odbiór przepisanych przyrządów
- apteka (odbiór)