piątek, 23 grudnia 2016

Bożonarodzeniowy jarmark w Perugii

Witajcie po jakże długiej przerwie. Przyznam z ręką na sercu, że gdyby nie święta to zapewne dzisiaj nie czytalibyście poniższego posta. Tak jak  napisałam, lub nie (wybaczcie nie pamietam) potrzebowałam odczuć się od wirtualnego świata i wszystkiego co z nim związane. Nie jestem na bierząco z Waszymi newsami, ale jak się odcinać to po całości. Ostatnio, bardzo po woli zaglądam na Wasze blogi, śladu po sobie raczej nie zostawiam.

Dziękuję wszystkim za okazane mi w komentarzach (pod poprzednim postem) wsparcie. Wychodzę na prostą, rana się zabliźnia, ale niestety wciąż niewiele potrzeba by ''poszły szwy i na nowo polała się krew''.

Przychodzę do Was z życzeniami świątecznymi, a przy okazji chciałabym Wam pokazać fragment świątecznej Perugii.

Dekoracje w centrum miasta co prawda nie powalają, ale nie czepiajmy się szczegółów. Świąteczny jarmark ''Natale alla Rocca'' nigdy nie zawodzi i wprowadza mnie w świąteczny nastrój. Jako ciekawostkę zdradzę Wam, że ubiegłoroczna edycja została zaliczona do najpiękniejszych, najbardziej sugestywnych bożonarodzeniowych jarmarków europejskich.



Jak sama nazwa  mówi jarmark mieści się w zabytkowej Rocca Paolina (XVIw), z racji swego położenia zwanej również podziemnym miastem. 



sztuka recyctlingu - origami ze starych książek



Dozator do spaghetti 





Zakochałam się w nich.



Bio mydełka, robione na zimno.


Lukrecja, od wyboru do koloru.




Naturalnie nie mogłoby zabraknąć atrakcji dla dzieci. Tradycją staje się sztuczne lodowisko w samym sercu miasta (Stefano usilnie próbował przeskoczyć barierki - kuzynka obiecała, że po świętach go zabierze na tafle). Naturalnie jest i chatka św, Mokołaja, który w weekendy czeka na listy od dzieci, są laboratoria ozdób świętecznych dla najmłodszych, no i jest i christmas train, kursujący między czterema głównymi placami centrum Perugii.



Niestety nie wszystko udało nam się zobaczyć i nie z wszystkiego udało nam się skorzystać, bo wbrew pozorom taki spacer zajmuje sporo czasu. Dla zainteresowanych poniżej wklejam link do oficjalnego filmiku promującego event. 


 

Kochani, wszystkim Wam  życzę spokojnych, rodzinnych oraz pełnych radości i miłość świąt Bożego Narodzenia, a także powodzenia w życiu prywatnym i zawodowym w nadchodzącym 2017 roku. 

wtorek, 22 listopada 2016

Bańka pękła. Czar prysł.

   Wiele razy układałam sobie ten post w głowie. Chciałam by był piękny, niezapomniany, więc korygowałam go wiele razy, a teraz siedzę i patrzę w pulsujący kursor na białym ekranie i nie odnajduję odpowiednich słów by przekazać to co czuję. Post ten miał być wyjątkowy i taki też będzie, tylko nie jak w początkowym założeniu wyjątkowo radosny, a wyjątkowo smutny.

Zdaję sobie sprawę, że moja tutaj nieobecność może wzbudzać pewne podejrzenia. Część z Was zapewne snuje domysły (bardziej lub mnie trafne), innym może wydawać sie wręcz, że odgadli nasz ''słodki sekret''. Pudło! Niestety muszę Was rozczarować - nie jestem w ciąży. Już NIE! W zasadzie tym króŧkim zdaniem mogłabym zakończyć post. Jest to jednak zbyt dla mnie ważne wydarzenie aby pozostawić je bez cienia wyjaśnienia. Tego co przeszliśmy w ostatnich trzech miesiącach nie potrafię, ale i nie chce zapomnieć (no może z wyjątkiem jednej nocy).

A działo się wiele! Wyniki ostatnich cytologii zachęcały do działania, więc postanowiliśmy działać. Jak nie teraz to kiedy? Czas nas jednak nieco goni a z każdym upływającym miesiącem towarzyszy mi coraz większa obawa o moje zdrowie, postanowiliśmy więc nieco pomóc szczęściu i zakupiłam testy owulacyjne. Efekt był pioronujący - w połowie września oczom naszym ukazały się takie oto dwie piękne kreski



Myślałam, że los się odwrócił i zaznamy pełni szczęścia. Że teraz będzie już tylko dobrze, pięknie i radośnie, jak w bajce. No i było. Multum badań, które musiałam wykonać, nie wykazywało odchyleń od normy, szybko dopadły mnie poranne mdłości (i wymioty, a jakże), wahania nastroju również. Brzuszek, który dość szybko stał się widoczny i dla osób postronnych, zmusił mnie do zakupów ciążowych. Uwierzycie, że w 10 tc założyłam legginsy dla przyszłych mam?

Początkowo podchodziliśmy do ciąży bardzo ostrożnie (z każdą wizytą w toalecie uważnie lustrowałam papier toaletowy), z czasem coraz odważniej snuliśmy plany na pszyszłość - zakupy, przemeblowanie itp.  Pod koniec 11tc, książkowo zaczęło się poprawiać moje samopoczucie. Czekaliśmy już tylko na badania prenatalne i założenie szwu okrężnego.

17.10.2016
Czar prysł czwartego listopada. Mimo iż minimalne plamienie w 12tc nie musi oznaczać nic złego, postanowiłam to sprawdzić. Tak dla świętego spokoju. Niestety moja ginekolog akurat była na kongresie poza  miastem, więc kazałam się zawieźć na pogotowie ginekologiczne. Byłam nieco zdenerwowana, ale na tyle spokojna by zostać tam sama, a mężą z synem oddelegować na zajęcia psychomotoryczne.

Dyżurująca lekarz niezbyt przejęła się skąpym plamieniem. Zapewne wzięła mnie za spanikowaną przyszłą mamuśkę, ale miałam to w nosie. Przeszłam na fotel i oto w moich myślach pojawiła się silna iskra nadzieii, że za chwilę, po raz pierwszy, usłyszę bicie serca mojej kruszynki. Zamiast tego uszu mych dochodziły jedynie dziwne pytania, których początkowo nie potrafiłam poskładać w całość.

Byłam w 12tc, z USG wynikało jednak zupełnie co innego. Serduszko naszego dziecka zatrzymało się w 8tygodniu, od prawie miesiąca nosiłam w sobie obumarły płód.  Mój mąż, gdy po wyjściu z gabinetu, z płaczem rzuciłam się mu w ramiona,  myślał że to jakieś kiepskie żarty. Niestety diagnoza wyraźnie głosiła ''poronienie wewnętrzne''.

Przepłakałam całą noc, cały poranek i następny i kolejny. W sumie nadal sobie popłakuję, nawet teraz łzy mi ciekną po policzkach a serce moje ogarnia wielki żal.

Moja ginekolog (mąż pozostawał z nią w stałym kontakcie sms) postanowiła o farmakologicznym wywołaniu poronienia (by nie obciążać szyjki zabiegiem). Miałam wrócić w poniedziałek po tabletki. Nie doczekałam, w sobotę wieczorem zaczęłam ronić.

Całą noc zwijałam się bólach (porównywalnych do skurczy porodowych). Nie zmrużyłam oka. Dosłownie wyłam z bólu, zarówno fizycznego jak i ''psychicznego''. Wspominałam wcześniej, że z ostatnich 3 miesięcy chciałabym wymazać jedną scenę - to co stało się tej nocy, to co widziałam i to co czułam. Doczekałam rana (by zadzwonić po męża kuzynkę do Stefano) i blada jak ściana (nigdy siebie takiej nie widziałam), ledwie utrzymując pion pojechałam do szpitala. Naprawdę bałam się, że inaczej się wykrwawię. Na oddziale szybko i profesjonalnie się mną zajęto, po wydaleniu embrionu (choć dla mnie to było i zawsze będzie nasze dziecko) bóle ustały. Kroplówki wlały we mnie pokłady energii i ''odzyskałam kolory''.

Po wszystkim dostałam jedną dawkę tabletek, mających ułatwić dalsze oczyszczanie i po 8h wróciłam do domu, prawie 3kg lżejsza niż dzień wcześniej.

Obecnie czekam na kontrolę i wyniki z badań histopatologicznych, na jakie pojechał embrion.  Rana bardzo bardzo powoli się zabliźnia. Nie ma dnia bym sobie nie popłakała do poduszki. Co będzie dalej  nie wiem.

Moje poronienie potwierdziło, to co od zawsze wiedziałam. Mam przy sobie cudownego męża, idealnego partnera i ojca. Widziałam na własne oczy jak cierpi w środku, ale wciąż był dla mnie największym oparciem.

Post zakończę podziękowaniami, Znajomość z Sabiną i Malwiną, w bardziej lub mniej fizyczny sposób, już dawno wyszła poza wirtualny świat. Nic więc dziwnego, że to właśnie one dwie wiedziały o wszystkim - najpierew o ciąży, później o utracie dziecka. To właśnie one były ze mną w te najtrudniejsze chwile i to one ocierały moje wirtualne łzy. Raz jeszcze Wam dziękuje.
Ogromne dziękuje posyłam również do wszystkich innych osóbek, które dowiedziawszy się o naszej tragedii okazały mi wsparcie i szepnęły ciepłe słówko. Mille grazie!

piątek, 4 listopada 2016

Niekończący się weekend

Zwonu mnie tu nie ma. Mało piszę. Niby miałabym o czym, ale brak mi skupienia i trochę też czasu. Wydarzenia ostatnich dni wprowadziły nieco chaosu do naszego życia. Niby nie jesteśmy bezpośrednio poszkodowani, ale mózg ''odstawia'' nam takie psikusy, że nie wiadomo czy śmiać się czy płakać.

Atmosfera nam się udziela i czujemy wstrząsy, których nie ma.

Niby jesteśmy bezpieczni, ale ''w powietrzu'' czuć, zdenerwowanie, czuć, że jest inaczej niż zwykle. No, ale jak ma być jak w mieście pozamykano teatry, stare klimatyczne kina czy hale sportowe (powoli zostają przywrócone do użytku). No, ale Rocca Paolina pozostaje zamknieta. Nie wspomnę o szkołach - nasz długi listopadowy weekend trwa. W poniedziałek okarze się co dalej, ale już dziś wiadomo, że nie wszystkie szkoły będą  mogły przyjąc w swoje mury uczyniów. Osobiście mam nadzieję, że szkoła naszego czterolatka nie odniosła szkód i jest bezpieczna. Tylko ciekawe jak będzie wyglądał powrót do przedszkola po 9 dniach beztroskiej zabawy i spania do oporu.

Placówki oświatowe okazały się punktem spornym. O ile większość rodziców, ze zrozumieniem (a wręcz i wdzęcznością) przyjęła decyzję Prezydent regionu Umbria o zamknięciu wszystkich szkół (również prywatnych) do weryfikacji. to jednak pojawiają się głosy w stylu ''wymyślcie coś, bo ja na pewno nie zamierzam wybierać urlopu by siedzieć z dzieckiem w domu''.

My staramy się wykorzystywać te wspólne chwile - odwiedziliśmy naszych krewnych, których już nie ma między nami. Kolorujemy, układamy, puzzle i dużo spacerujemy. O tak pogoda nadal sprzyja długim spacerom, więc korzystamy z tych 23 stopni póki można.

Zaczynamy również myśleć o gwiazdce, którą w tym roku ponownie spędzimy we Włoszech. Jeszcze do niedawna byłam przekonana, że polecimy do Polski, ale życie napisało inny scenariusz.

W ramach ''śledztwa'' przed bożonarodzeniowego, zabraliśmy syna do dziecięcego raju - Toys (supermarket z zabawkami), gdzie spotkaliśmy dwumetrowego ''Cara'' ;) Pasjonaci siatkówki powinni kojarzyć - Ivan Zaytsev, światowej sławy siatkarz, reprezentant Włoch (w obecnym sezonie w składzie lokalnej drużyny). Nie jestem łowcą autografów, zdjęć z ukrycia też nie pstrykam - uważam, że każdy ma prawo spędzać czas wolny z rodziną, nie atakowany ze wszystkich stron prośbami o fotkę. Stefano chwilkę ''pobawił'' się z jego synem, a raczej sprzątnął mu sprzed nosa dzwoniąco-wibrujące ustroństwo o formie samochodu. W sumie to zachowaliśmy się z mężem jakbyśmy Go nie poznali (zawsze tak reaguje jak spotykam znane osobistości), ale w tej sytuacji mogliśmy się jednak odezwać i np. pogratulować postawy na ostatnich Igrzyskach, bo jednak oboje interesujemy się siatkówką.

To przypadkowe spotkanie zmobilizowało nas do pójścia na mecz siatkówki (Ostatni raz byliśmy lata temu - w drużynie rywali występował wtedy Sebastian Świderski). Mieszkamy zaledwie 10 minut drogi od hali sportowej, w której Sir Perugia toczy boje w Serie A - drużyna z naszego miasta jest obecnym wicemistrzem Włoch. Czekamy jednak na jakiegoś słabszego rywala, który przyciągnie mniej kibiców bo chcielibyśmy na mecz pójść z synem.



niedziela, 30 października 2016

   Niedzielny poranek przyniósł kolejną tragedię. Ziemia zatrzęsła się po raz enty, najmocniej od 36 lat - magnituda 6,5. Nas zastało w łóżku, gdyż obudziliśmy się zaledwie kwadrans wcześniej. Robi się coraz bardziej nerwowo - tym razem czuliśmy jakby epicentrum było pod nami (było 70km dalej, kilka kilometrów od miasta Norcia).

Niby człowiek przyzwyczaja się do tego typu zdarzeń a jednak za każdym razem budzą one ogromny strach i panikę.


Na szczęście nie ma informacji o ofiarach śmierlenych. Zabytki sypią się jednak jak domki z kart. Dzisiaj runęła Bazylika św. Benedykta, właśnie w Norcii. Wiele razy mieliśmy się tam wybrać, ale za każdym razem wycieczkę odkładaliśmy na później, bo przecież to tak blisko, że jeszcze zdąrzymy. Niestety!




W samej Perugii nie odnotowano zniszczeń. Jest nerwowe spoglądanie na wszelakie pęknięcia na ścianach i ulicach. Od rana towrzyszy nam dźwięk przelatujących, w tą i z powrotem, helikopterów.

Szkoły zostały ponownie zamknięte (większość i tak była już zamknieta na długii weekend) aż do odwołania.



Obrona cywilna przypomina by przygotować tzw. safety bag.


czwartek, 27 października 2016

Wszystko OK!

Kochani, dostaję sporo wiadomości, więc spieszę Was uspokoić - u nas wszystko w porządku.

Sporo strachu i  nutka paniki wdarły się wczoraj (znowu) do naszego życia. Drugi wstrząs naprawdę mocno mnie wystraszył - na szczęście mąż (który po pierwszym wstrząsie pobiegł uspokajać teściową) w porę wrócił do domu by przywrócić mnie do pionu. Stefano w zabawie praktycznie nie zorientował się, że dzieje się coś złego.

Kołysały się żyrandole. kolebały lampy stojące, trzęsły szafki, kanpa i łóżko.

Z domu nie wychodziliśmy. U nas tyle! Ale mieszkańcy wiosek i małych miasteczek powychodzili na ulicę i zmuszeni byli spędzić noc pod gołym niebem, a jak  na złość wczoraj póżnym popołudniem strasznie się rozpadało.
Niedaleko Norcii runął kościół.





Szczęście w tym nieszczęściu, nie ma informacji o ofiarach śmiertelnych. Wiadomo, że kilka osób poniosło obrażenia. Po pierwszym wstrząsie mieszkańcy powychodzili z domów i drugi, silniejszy zastał ich na zewnątrz.

Rozporządzeniem burmistrza Perugii, ze względów bezpieczeństwa szkoły dzisiaj pozostają zamknięte. Nie wiemy jeszcze czy postanowienie powyższe zostanie ''rozciagnietę'' również na jutro - mielibyśmu wtedy naprawdę długi, 7dniowy weekend.

Spać kładłam się z niemałym lękiem, Stefano spał z nami, tak czułam się spokojniejsza. Noc przebiegła bez ''atrakcji'', jedynie sen mało spokojny -  niejako na ''trybie czuwania'' i przebudzaniem się w tym dziwnym wrażeniu ''dygotania'' - takie złudzenia serwuje nam nasz mózg.


Czerwona kropka to epicentrum (na granicy regionów Umbria i Marche). Jak możecie zauważyć dzieli nas od niego ''parę'' kilometrów, Dodatkowo mieszkamy w nowym budownictwie, więc teoretycznie jesteśmy bezpieczni. Powtarzam to sama sobie, by czuć się spokojniej :)

Proszę nie dopisujmy tym wydarzeniom teorii spiskowych, które jak zwykle pojawiają się w sieci. Wszyscy doskonale wiemy, że zamieszkujemy rejonu o wysokim ryzyku (i aktywności) sejsmicznym, więc trzęsienia ziemi nie są jakąś wielką niespodzianką. W Umbrii ziemia trzęsienie się praktycznie codziennie, jednak dopóki magnituda jest niska nie odczuwamy tego. No, ale  wiedzieć to jedno, a przeżyć coś takiego to drugie...stąd panika.



Może teraz wydaje Wam się nad wyraz spokojna, ale zapewniam, że wciąż mam w sobie niepokój. Tyle ode mnie

Z całego serca dziękuję za wszystkie Wasze wiadomości :)

Ewa

poniedziałek, 24 października 2016

Codzienna rutyna

Wiem wiem, nawaliłam, Po raz kolejny. Obiecałam ''podsumowanie Genuii'', a słowa nie dotrzymałam (póki co). Chciałabym mocno obiecać poprawę, ale ostatnio wszystko toczy się bardzo szybko i są dni, że nawet nie zaglądam do wirtualnego świata.

Pogoda zwariowała, delikatnie mówiąc. Aura wyraźnie nie może się zdecydować, w którą porę roku ''uderzyć'' i tak mamy wiosenno-jesienne temperatury, z przebłykami lata (w ubiegłym tygodniu 27°). Jak to mówią lokalni ''tempo da terremoto'' - pogoda na trzęsienie ziemii. Mówisz, masz. Dziś o świcie się zatrzęsło w Gubbio (dla odmiany po sierpniu, na północy od Perugii).

No, ale co u nas?

Niby rutyna. Tyle, że ta nasza rutyna ma coraz bardziej napięty grafik.

Sobota otworzyła przedszkolny sezon urodzinowy. Dzieciaki bawiły się wyśmienicie, rodzice jedli i plotkowali. Impreza udana, choć zakończona mocnym akcentem - dziewczynie z animacji spadł tort urodzinowy!

Niedziela. W teorii wypoczynkowa, w praktyce dość aktywna. Zaliczyliśmy długaśnny spacer i ''czekoladowe laboratorium'' (w związku z trwającym w mieście Eurochocolate) dla dzieci.

Karmelowy tort zposypką :)

Poniedziałek i środę mąż pracuje do wieczora, więc na mnie spada obowiązek odbierania syna z przedszkola. Teściowa znowu pokombinowała, ale uznałam, że tym razem nie będę zgłaszać obiekcji w temacie - w wyżej wymienione dni stołuje się u rodzicielki męża. Po obiedzie szwagier podwozi mnie odebrać Stefano.

Wtorek, bezpośrednio z przedszkola podążamy do logopedy.

Czwartek. Bieganina od rana do wieczora. Rano logopeda, Następnie przedszkole. Szpital - odbiór moich wyników. Po południu, w końcu udało nam się wybrać do lunaparku, który raz do roku odwiedza Perugię. Z naszego syna boiduszy nie zostało już nic - wdał się w tatę i kręcą go najstraszniejsze karuzele, takie gdzie od samego patrzenia kręci się matce w głowie.


Pan obsługujący karuzelę był na tyle miły, że sam zaproponował  by uiścić opłatę po kursie, bo w razie jakby się mały przestraszył zatrzyma wczesniej maszynę i nie będziemy musieli płacić. Mały się nie wystraszył, przeciwnie!



Wesołe  miasteczko zostaje w mieście do 13 listopada, więc bedzie jeszcze okazja na powtórkę z rozrywki.

Prosto z parku rozrywki pognaliśmy do synowskiego przedszkola wybierać ''rappresentate di classe'' (reprezentat klasy - coś w rodzaju komitetu rodzicielskiego).


Piątek. Psychomotoryka funkcjonalna, którą Stefano uwielbia całym sobą. Następnie wizyta u podologa (mąż).

Sobota. Popołudniowy shopping, bo dziecko tak się powyciagało, że nie ma w czym chodzić. Wieczorem nastomiast wybraliśmy się na ''event'' do sklepu (optyk) szwagra. Co jakiś czas przy okazji zmiany wystroju wnętrza organizują aperitif dla klientów i znajomych. Nie wypadało nie iść. Stefano od razu wpadł w oko przedstawicielce jednej z marek optycznych, która zaproponowała, że przyśle nam do testowania oprawki niemieckiej firmy Ic! Berlin - jestem laikiem w temacie, pierwsze słyszę. Szybko zostałam uświadomniona i tak się zastanawiam czy może by nie chcieli syna do jakiejś reklamy ;)  Żartuję!

A teraz nowy tydzień, stara rutyna i nowe wyzwania - w czwartek kolejne urodziny przedszkolnego kumpla. Myślami jestem już przy długim, pięciodniowym weekendzie. NO, ale najpierw trzeba przeżyć bieżący tydzień.

Pozdrawiam

Ewa


piątek, 14 października 2016

Cinema2Day

Dziś na szybko i inaczej  niż zazwyczaj.

Większości z Was zapewne nie bedzie poniższy post interesować. ale zamieszczam go w celach informacyjnych, jakby zbłądzili tu przypadkiem Polacy mieszkający we Włoszech. Choć kto wie, może i u Was istanieją podobne akcję?

Włoskie Ministerstwo Kultury wyszło z wspaniałą (moim zdaniem) inicjatywą - od września, aż do lutego 2017 roku, w każdą drugą środę miesiąca bilety do kina kosztować będą jedynie 2 euro. Do akcji przystąpiło ponad 3000 tysiące kompleksów, w tym (ku naszej ogromnej radości) oba multipleksy z Perugii.

http://www.cinema2day.beniculturali.it/


Na wrześniową promocję się spóźniliśmy, ale październikową wpisaliśmy sobie w kalendarz i tak oto w ostatnią środę wybraliśmy się do kina na Pets - sekretne życie zwierzaków domowych. Film sympatyczny, Stefano był w siódmym niebie, co rusz wybuchał głosnym śmiechem.

Za 3 bilety zapłaciliśmy 6 euro (normalnie tyle kosztuje 1 bilet), za jeden popcorn 5,20 :D

Z tego co zauważyliśmy akcja cieszy się niemałym zainteresowaniem. Spodziewaliśmy się, iż na seansie o godzinie 15 będziemy jedynie my i kilka innych zagubionych dusz. Mile byliśmy zaskoczeni, bo sala była w połowie wypełniona. Nie wspomnę jaki tłum ludzi spotkalismy wychodząc z kina.

Październikowa edycja ''zaprowadziła'' do kin ponad milion widzów.

Moim zdaniem to strzał w dziesiątkę, choć zdania są podzielone. Niektórym promocja ''kinowych śród''  nie przypadła do gustu i tak np. Disney przełożył. planowaną na drugą środę września premierę ''Gdzie jest Dory''  na dzień później! Inni przeciwnie, są zachwyceni - włoski reżyser F. Moccia przyspieszył premierę najnowszego filmu, tak by załapać się na akcję.

A co Wy o tym sądzicie?








środa, 5 października 2016

Muzeum Morza - Galata Museo del Mare (Genua)

Nie mogę uwierzyć, że minął już ponad miesiąc od naszego wypadu do Genui. Kiedy? Czy tylko mi czas ucieka przez palce? Gdzie się podział wrzesień?

Jadąc do Genuii nie spodziewałam się zbyt wiele po mieście. Przyznaję, moja wiedza o liguryjskiej stolicy kończyła się właściwie na Akwarium i Kolumbie. Miałam jednak nadzieję, że miasto to nas pozytywnie zaskoczy. Nie myliłam się, choć Genua, jak każde inne miasto, ma również swoje minusy i zdecydowanie zamieszkać bym tam nie mogła.

Czwartek, ostatni dzień naszego ''weekednu'' był nad wyraz intensywny. Początkowo nie planowaliśmy nic specjalnego, chcieliśmy po prostu posnuć się ospale po ulicach, wypić aperitif z kuzynkami męża, zjeść pyszna kolację i wyspać się przed obraniem drogi powrotnej do domu.

Taki był plan! Skąd więc 10km na liczniku?

Zaczęło się dość niewinnie, leniwie wstaliśmy, ogarneliśmy się i po śniadaniu ruszyliśmy do Muzeum Morza (Galata Museo del Mare). Zupełnie nie mieliśmy tego w planach, bo ani maż, ani ja nie należymy do ''muzelników''. I nawet nie chodzi tu o opłatę za wstęp, ale chodzenie po pokojach i podziwiane obrazów po prostu nas nie kręci. Dzień wcześniej jednak Sabina i Luigi,w luźnej rozmowie napomknęli, że to nie takie zwykłe, nudne muzeum, Przegooglowaliśmy i postanowiliśmy dać mu szansę, upatrując w jego zwiedzaniu kolejnej przygody dla Stefano, bo ilu czteroletnich chłopców może pochwalić się, że zwiedziło prawdziwą łódź podwodną?

Zanim jednak doszliśmy do łodzi, pokonaliśmy 4 ogromne piętra pełne morskich eksponatów, od makiet statków, przez kolumbowe zapiski, stare mapy po zwiedzanie statku pasażerskiego. Gdybym chciała tu wszystko opisać, post ten nie ukazałby się i za miesiąc ani nawet dwa. Z resztą zdjęcia i tak trafniej oddadzą magię tego  miejsca.

Wstęp do Galata Museo di Mare do najtańszych nie należy, bo jest to aż 12 cennych euro (7 dziecko), jeśli zainteresowani jesteśmy również łodzią podwodną (Nazario Sauro) to przyjdzie nam dorzucić kolejnych 5. Niestety, albo i stety, nie  można zwiedzać jedynie łodzi - tzn. pewnie można, ale trzeba zapłacić za wszystko. Wstęp do łodzi podwodnej podlega pewnym restrykcjom np. kobiety ciężarne i dzieci poniżej 4 roku życia muszą zadowlić się podziwianiej jej z zewnątrz.

Kończę paplanię i przerchodzę do zdjęć.




Czy muszę Wam mówić, że Stefano był wniebowzięty? Ochoczo biegał i zaglądał w każdy kąt. To czego nie należało dotykać było za szybą, wszystko inne,  nie tylko możba było, ale wręcz należało dotkąć i spróbować. Chodziliśmy po orginalnych rozmiarów atrapach statków....


próbowaliśmy wiosłować. Matka marnie skończyłaby swój żywot i szybko wyleciałąby za burtę, bo nawet raz nie potrafiła wiosłem machnąć...

nabijaliśmy armatę....


uciekaliśmy przed piratami....



kompas

Z góry podglądaliśmy kajuty...

i kambuzę.





Piętro trzecie to podróż przez klasy transatlantyku, od kalsy roboczej po mostek kapitański, gdzie możemy spróbować unikąć kolizji z innym statkiem. Przy wejściu na piętro otrzymujemy papierowy paszport, który posłuży nam do zabawy w pasażera statku, gdyż wsuwając do w odpwiednie miejsca stajemy się niejako bohaterami filmu - w ten sposób dokonujemy np. check in, przechodzimy kontrolę emigracyjną.



Symulacja łodzi podwodnej dla najmłodszych, zanim odważą się wejść na pokład tej prawdziwej.
Czwarte, ostatnie już piętro musem, to oszklony taras widokowy. Ja niestety, z uwagi na lęk wysokości, nie za bardzo mogłam z niego skorzystać i ogarniczyłam się do spoczecia na ławeczce, podczas gdy mąż mój pstrykał zdjęcia okolicy.





Po tych zapierająch dech w piersiach widokach czyli po około dwóch godzinach zwiedzania, ponownie zameldowaliśmy się na recepcji (czyli przy kasie), gdzie dostaliśmy stylowe czepki i kaski i powędrowaliśmy do zacumowanej w porcie ''podwodnej krainy''.

W tym miejscu muszę się przyznać, że miałam mały kryzys - atak paniki. Nie,  nie w środku, a przy wejściu. Nie wiem jak to dokładnie zdefiniować - mam lęk wysokości i boję sie wody, co powoduje, że mam ogromną słabość przed mostami na wodzie (rzece czy morzu). Zbierając się do przejścia przez trap nogi zrobiły mi się jak z waty, zaczęłam drżeć i prawie płakać - ''No nie idę i koniec i Stefano też nie pójdzie, bo Ty go nie będziesz pilnować'' i inne bzdury. M.musiał się wrócić, uspokoić mnie, przejąć syna i  uświadomić mi, że w sumie to ja już jestem na wodzie, więc albo do przodu albo do tyłu. Weszłam i nie żałuję!
Nazario Sauro od zewnątrz

i od środka...


Nazario Sauro to orginalna łódź podwodna włoskiej marynarki wojennej, Brała udział w drugiej wojnie światowej, podczas której trafiona bombą zakończyła swój żywot na Morzu Czerwonym. Od 2010 roku stanowi jedną z atrakcji Muzem Morza w Genuii.







Myślę, że warto było. Marzyłoby  mi się więcej takich interaktywnych muzeów. Poznajesz historię a jednocześnie się  bawisz - raj dla dzieci.

Tym wpisem planowałam zakończyć posty o Genui, ale w ostatniej chwili stwierdziłam, że wyszłoby nieco chaotycznie. Za kilka dni powinien pojawić sie post podsumowujący nasz wypad, co nas urzekło, co zawiodło i kilka fotek.