poniedziałek, 30 grudnia 2013

Nasze Swieta

WIGILIA

Jak juz kilkukrotnie wspominalam we Wloszech to praktycznie dzien jak co dzien. O niespodziance juz pisalam tu - klik. Co jeszcze spotakalo nas tego dnia ?? Niespodzianka byla jeszcze jedna - zyczenia imieninowe od mojej rodzinki. Dlaczego niespodzianka? Otoz dlatego, ze w tym roku zupelnie zapomnialam, o swoich imieninach :)
Po poludniu, w koncu sie zebralismy i ruszylismy w kierunku centrum i kiermaszu swietecznego w XVI wiecznej Rocca Paolina. Lubie  chodzic sobie posrod straganow, ogladac, podziwiac w rytm muzyki swiatecznej - poza tym miejsce to ma swoj niepowtarzalny klimat. Mozna znalezc tam wiele inspiracji na swiateczne podarunki. Zeby sie tam dostac, najpierw trzeba pokonac 4 poziomy dlugasnych schodow - dla leniwych sa ruchome. 
My z tych leniwych ;)

Wjezdzamy, zaczynamy ogladanie...a Steffi zaczyna pokaslywac. Oblecielismy wiekszosc na wariata i mogem do domu, zaciskajac kciuki aby to pokaslywanie nie popsulo nam swiat. Nawet jednej forki sobie nie strzelilismy. Wklejam to co znalazlam w necie, aby choc po trosze przyblizyc Wam panujacy w tym miesjcu klimat.

avinews.it

quiperugia.corrierenazionale.it

I jak juz Wy najprawdopodobniej w najlepsze siedzielioscie przy wieczerzy, przyszla pora na pieczenie...miedzy ugnieceniem ciasta na ciasteczka migdalowe i zrobieniem rolady kokosowej mama wyskoczyla na szybkie zakupy do zatloczonego marketu. A po kolkacji wiszenie na telefonie z Polska - z kazdym po kolei.  Tuz po polnocy tatko pojechal nawiedzic kumpli grajacych w karty a mama lulu.

25 GRUDNIA

Mama zwlokla sie z wyra skoro swit i pobiegla do kosciolka. W miedzy przyszedl Gwiazdor i zostawil mase prezentow pod  nasza skromna choinka. Radosci bylo wiele. Ale sami zobaczcie:

wow

Z fotelikiem to nie byla milosc od pierwszego wejrzenia...



Po kilku godzinach Steffi jednak przekonal sie do fotelika i teraz mogly ciagle w nim siedziec. Wstaje jedynie po to by wymienic zabawki.




Na obiad wybralismy sie do tesciow. Bylo smacznie, choc nie wystawnie jak to w polskiej tradycji. Powiem Wam, ze nawet skosztowalam wloskich slodkosci bozonarodzeniowych - Panettone i co wiecej smakowalo mi. NIgdy tego nie jadlam bo na pierwszy rzut oka, moim skromnym zdaniem, bilo od tego cuda chemia. W tym roku mama zarzadzila zakup Penettone w cukierni i to byl strzal w dziesiatke - Stefkowi az sie uszy trzesly jak go jadl. I tu tez byl gwiazdor i do tego podwojny.



kuzynostwo


A wieczorem kolacja u kuzynki meza i po raz kolejny prezenty. Zdjec nie ma, gdyz aparat nasz ma taka dziwna przypadlosc, ze sam z kieszeni nie wyjdzie i zdjec nie zrobi :P
Wszystkie podarki trafione, syn przeszczesliwy. Rodzice rowniez, bo i im cos skapnelo.
Zaspiewalismy i wirtualne STO LAT mojej siostrze, ktora akurat 25 grudnia obchodzi urodziny.

26 GRUDNIA

Dzien nicnierobienia!!


piątek, 27 grudnia 2013

Wigilijna niespodzianka

Wigilia, godz. 13:30, dopiero co udalo mi sie przekonac Stefka aby choc na chwileczke odwiedzil Morfeusza. Dziecie przysnelo, wiec mama zalewa kawke i zasiada na kanapie...i tu odzywa sie ten okropny dzwiek - domofon co by umarlego na nogi posatwil. Mysle sobie, poczta - mam to gdzies, nie wstaje, nie otworze drzwi, niech to zrobi ktos inny (Staram sie odzwyczajac listonoszke od dzwonienia za kazdym razem do nas, nawet jesli dla nas nic nie ma, gdyz zwykle przychodzi w godzinach snu pierworodnego. A domofon nasz wydaje naprawde paskudny dzwiek.). No, ale jest Wigilja...niech strace, zwloklam wiec leniwie swoje cztery litery i po chwili slysze 'Poczta, trzeba podpisac, jest paczka'. Paczka?? No ok, schodze..Podpisuje, paczka pad pache i wdrapuje sie na drugie pietro i z ciekawoscia otwieram...zagladam do srodka i tu mnie oswiecilo - blogowe swietowanie prezentowe :) Justys - Mama Mini, dziekujemy za szliczne podarki.  Bylo cos praktycznego i cos do ozdoby i cos na zabek a i Steffi jak sie obudzil mial niespodzianke - nowa ksiazeczka :)

wigilijna niespodzianka :)

p.s. Mialo byc i zdjecie w czapie, ale nie zdarzylam pstryknac bo M. przystroil nia dzrzwi wejsciowe!!

Dziekujemy za zabawe :)


poniedziałek, 23 grudnia 2013

BUON NATALE


Cudownych, rodzinnych, przepelnionych miloscia i radoscia 
Swiat Bozego Narodzenia.
 Zdrowka, ale to zawsze nie tylko w swieta.
Aby w tym szczegolnym czasie wszelkie troski ustapily miejsca usmiechowi. 
I aby ten usmiech juz na stale zagoscil w Waszym zyciu i nawet na chwile nie schodzil z Waszych ust w 2014 roku. 
Przyszlym mamom, noszacycm w sobie cud,
 spokojnego i w miare mozliwosci bezbolesnego porodu.
A tym Wszystkim,
 ktore o tym cudzie jeszcze marza 
zycze
aby i w nich wkrotce 
zabilo drugie serduszko!!




 

czwartek, 19 grudnia 2013

TRZEJ MUSZKIETEROWIE

Pamietacie jak kiedys przezywalam stwierdzenie, ze moje dziecko jest malo socjalne? I jak Was wtedy meczylam tematem fijoterpii w grupie, zwanej przez nas pieszczotliwie 'terapia grupowa'. Pamietacie jak opowiadalm, ze serce sie kraja jak Steffi zalewa sie potokiem lez juz na wstepie...ze w ogole nie dziala, bo On jest coraz bardziej do mnie przyklejony? W ubiegly piatek byly ostatnie zajecia. Steffi od miesiaca, prawie dwoch, kroczyl na te spotkania z szerokim usmiechem na ustach. Bila od niego wielka radosc, ze oto idzie pobawic sie z innmi dziecmi, swoimi rowiesnikami. Jak tylko terapeutki wchodzily do poczekalni, na jego ustach pojawial sie szczery usmiech - odwracal sie, mahal raczka na pozegnanie i wesolo biegl w ich kierunku. Widzac to szczescie nawszego malenstwa, robilo nam sie wrecz smutno, ze spotkania sie koncza. Nic bowiem tak nie cieszy jak widok szczesliwego dziecka. Wczoraj udalismy sie na spotkanie z rodzicami, podsumowujace ten etap terapii. Gdzies w glowie krazyla mysl, ciekawe co teraz wymysla, zeby Go tam zatrzymac? Po cichu liczylismy, ze moze po prostu stworza nowa grupe lub beda kontynuowac zajecia w tej 'starej'. Dochodzily nas bowiem sluchy, ze jest to mozliwe. A tu gatka szmatka z fizjoterapeutkami i neuropsychiatra i dziecie nasze jest zdrowe...nie zaobserwowano zadnych nieprawidlosci w rozwoju (Trafilismy do centrum, gdyz rezenons magnetyczny wykazal u Stefka mikro zmiany w sferze motorycznej mozgu). Poltora roku obserwacji nic nie wykazalo. Inaczej wykazalo, ze Steffi rozwija sie prawidlowo i jest dokaldnie taki sam jak jego rowiesnicy. Oczywscie pod wzgledem wieku korygowanego. Nic tak nie cieszy, jak stwierdzenie przez ekspertow, ze dziecie twe jest zdrowe. Szkoda nam jednak, ze spotkania sie skonczyly. Wiem, ze moglabym wyslac moje dziecie do zlobka, ale to nie to samo. Tam dzieci byla trojka i dwie panie. Ryzyko chorobowe bylo wiec nieco obnizone. Poza tym poslac dziecko do zloba, gdy ja siedze w domu, jakos mnie sie to nie kalkuluje. Poki co wymienilysmy sie z innymi mamami telefonami w nadzieii, iz uda nam sie czasami spotkac. Zobaczymy jak bedzie, jesli inne dzieci dostana przydzial w centrum, postaramy sie i Stefka wkrecic. Nie zrozumcie mnie zle nie chce na sile mojemu dziecku wyszukiwac patologi. Co to to nie!! I tak mial/ma ich juz sporo!! Cudownie jednak bylo widziec jego radosc, gdy maszerowal wraz z innymi dziecmi korytarzem. Tymbardziej, ze nie ma kontaktow z rowniesnikami poza centrum.

    Na spotkaniu dowiedzielismy sie, iz Stefolinski ma charakter. Zdarzylismy sie zorientowac :D Jest dzieckiem inteligentnym, reaguje na bodzce, w tym na slowa 'NIE' i 'POCZEKAJ' - ehmmmm!!
Nie moglam nie zapytac co sadza na temat jego mowy, a raczej jej braku. Stefano praktycznie nic nie mowi, mama czy tata padly zaledwie kilka razy, choc nie wiem czy to nie urojenia moje :) Gada po swojemu. I tu zaskoczenie totalne, bo Stefano mowi - MAMA. Podczas zajec czasami pokazywal na drzwi i mowil MAMMA. Ja sie wiec pytam - dziecie me, czemu Ty kochanie w domu nie mowisz?
Poza tym mowi 'daj' i 'yh' na tak, dodatkowo potakujac glowka.  Podsumowujac, Steffi jest jeszcze maly - poza tym dwujzeyczny, wiec to normalne. Mamy obserwowac i ich informowac. Jesli z mowa nie nie ruszy do drugiego roku zycia to bedziemy dzialac. Za to problemy z jedzeniem to zdaniem neuropsychiatry wiekszy problem. Zdaniem pediatry nie!! Badz tu czlowieku madry...to tez obserwowac i dac im znac.

(Wczoraj Steffi zjadl talerz makaroniku z sosem pomidorowym i tunczykiem. Wieczorem za to szynki gotowanej nawet nie ruszyl - bawil sie nia z pol godziny po czym najpierw talerz wyladowal na podlodze a pozniej i szyneczka. Sama nie wiem co poczac, bo on mi na nowe potrawy patrzy z pogarda. Pogryzie jedynie to co lubi...bo gryzc potrafi. Ostatnio dostal jejecznice - bral do buzi, ale po 5 minutach poliki byly jak u chomika. Wrzucilismy wiec jajko to zupki z makaronikiem - dziewczyny ja nie wiem jak On to robil, ze zupe z makaronem polykal a jajowe zatrzymywal w buzi!!)

Wczoraj serce bolalo mocno. Pojechalismy na powyzsze spotkanie do centrum. Stefo zadowolony, bo przeciez miejsce kojarzy - fajne panie i zabawy z dziecmi. A tu pogadanka, po ktorej do domu. Zero zabawy. Dzieci jedynie w poczekalni. Wychodzimy a Stefko w ryk, nie chce wsiadac do samochodu...po drodze pojekuje. Przed domem ryk numer dwa, gdy mama odpina mu pasy (z reguly nie moze sie tego doczekac)...gdy wyciagam Go z fotelika wlacza sie syrena. Wchodzimy do klatki alarm narasta i nawet winda nie pomaga. Opornie wchodzimy do mieszkania i tu zaczalo sie szlochanie...wielkie, ogromne lzy - nie chcial sie rozebrac. Pokazuje raczkami, ze nie ma... Byl to placz straszny, taki z rozczarowania...pytam zcego nie ma? czy chce do dzieci? Uspokaja sie!! Tlumacze, ze kochanie dzis nie bylo dzieci...placz. Proponuje, ze zadzwonimy to wujka P. i umowimy sie na wizyte u Alessandro (syn kuzyna, 9 miesiecy) - potrzasa glowka, ze nie. Staram sie Go uspokoic mowiac, ze po nowym roku mama zadzwoni do Francesco i Davide i sprobujemy sie umowic na spotkanie i wspolna zabawe. I tak po ok. 15 minutach przytulania udalo sie opanowac kryzys.
Dodatkowy bodziec by znalezc synowi zajecie w grupie. To nasze postanowienie noworoczne!!
Ponizej trzej muszkieterowie:




wtorek, 17 grudnia 2013

OBALAMY MITY

Wroce jeszcze na chwilke, doslownie chwilunie do karmienia piersia. Dokladniej do tematu diety matki karmiacej wokol ktorego od wiekow kraza coraz to nowe legendy.

Gdy urodzilam, zewszad docieraly do mnie informacje co to ja nie powinnam robic...no i w druga strone - czego to ja za zadne skarby nie powinnam robic tzn. do ust wlozyc, nie mowiac juz o przelknieciu i trawieniu.  Glowa puchla od naplywu dobrych rad, a ja przerazona bo nie dosc, ze ciaze mialam ciezka z tymi ochydnymi wymiotami to teraz tez sobie nie pojem...no bo rzecz jasna naplywajace informacje przeczyly jedna drugiej.  Co do jednego wszyscy byli zgodni - mam jesc :) Dziekuje, wiem :)

W tym moim nieszczesciu przedwczesnego porodu, mialam szczescie, ze moglam zasiegnac informacji bezposrednio u zrodla tzn. u tych co w temacie powinni cos wiedziec. Pierwsze kroki, z wolaniem o pomoc, pokierowalam do laktarium gdzie mnie oswiecono - kochana jedz wszystko, tylko z umiarem...nie obzeraj sie i z niczym nie przesadzaj. Nie wystarczylo mi. Popytalam i neonatologow bo oni sami wczesniej mowili mi, ze Stefkowe jelita sa jeszcze bardzo niedorozwiniete i na tym etapie jeszcze nawet im sie nie snilo by trawic.

W szkole rodzenia profesor zrobil nam specjalny wyklad o karmieniu piersia - o wierzeniach od czasow antycznych az do dzis w sprawie zwiekszenia produkcji melczarni. Smiechu bylo co niemiara. Nie wszystko pamietam, ale jedno utkwilo mi w pamieci - woskowina uszna z prawego ucha swini zmieszana z czyms tam - bleeee, bleeem bleee!! Powiedziano nam rowniez, ze piwem to sie mozna jedynie upic. Byla tez historia z zycia wzieta - jak to babka karmila matke karmiaca tlustym rosolem bo przeciez mleka bedzie wiecej - po tygodniu dziecie matki ze spuchnietym brzuchem trafilo na chirurgie i juz miala byc operacja gdy w ostatniej chwili lekarz wlozyl mu w odbyt rurke i powietrze zeszlo z malenstwa jak z balona. Moral - nie przesadzac z niczym, dieta powinna byc zrownowazona. Wyrazne STOP dano nam jedynie odnosnie uzywek (narkotyki, papierosy, alkohol) i potrawy pikantne.

I dokladnie tej teori sie trzymalam. Dieta byla zrownowazona. Poczatkowo unikalam kapusty, cebuli, czosnku bo zmieniaja smak mleka co nie kazdemu dziecku bedzie odpowiadac. Jak sie pozniej okazalo moje obawy byly niesluszne, gdyz zima gdy zaniemoglam aplikowalam sobie konskie dawki syropu z czosnku a Maly mleko pil jak gdyby nigdy nic. Odrzucilam rowniez potrawy smazone i smieciowe jedzenie, choc zdarzaly sie wyjatki.

Odnosnie lekow. Leki jak to leki, zawsze trzeba z nimi ostroznie, tym bardziej w okresie tak delikatnym jakim jest ciaza i karmienie piersia. I w tym temacie wielokrotnie zasiegalam porad neonatologow. Jeszcze w trakcie stefkowego pobytu na Intensywnej Terapii dopadlo mnie okropne oczulenie, cala bylam w bomblach, z kazdym dniem sytuacja pogarszala sie, swedzialo mnie cale cialo, wiec jasne sie stalo, ze trzeba dzialac farmakologicznie. Na pierwszy ogien poszly leki antyhistamiznowe, a tam na ulotce jak byk, ze podaczas karmienia zakazane. No coz mleka mialam pomrozonego tyle, ze bez problemu moglam sobie pozwolic na kilkudniowa przerwe w akumulowaniu zapasow.  Uczulenie nie przechodzilo, wyladowalam na izbie przyjec, z ktorej ucieklam po kilku godzinach oczekiwania, do dermatologa prywatnego - zastrzyki z kortyzonem i masc rowniez z kortyzonem. Absolutnie nie mozna karmic. Pogodzona z losem, udajac sie na odwiedziny u syna, wzielam wszystkie  pudelka po lekach by dowiedziec sie ile musze czekac zeby znow podawac moje mleko Stefkowi. Na Intensywnej mieli bowiem taka 'magiczna' ksiege - w ktorej mozna bylo wyczytac  jak dlugo dany skladnik pozostaje w organizmie i jak oddzialywuje na mleko. I tak dowiedzialam sie, ze niektore ulotki potarfia nieco klamac. Koncerny farmaceutyczne wola napisac, ze nie wolno bo nikt ich w takim wypadku do odpowiedzialnosci nie pociagnie. Skad taki wniosek. Otoz stad, iz po konusltacji ze wspomniana ksiega wyszlo, ze np. ze leki antyhistaminowe nie sa problemem i moge bez problemu karmic (rzecz jasna pisze jedynie o tych, ktore ja zazywalam). Po powrocie do domu strasznie tesknilam za ta ksiega, za kazdym razem gdy zdarzylo mi sie pochorowac. Poza tym dowiedzialm sie, iz o zazyciu paracetamolu nawet nie musze laktarium informowac...i wszystko co lokalne nie stanowi problemu, gdyz w niewielkim stopniu przenika do obiegu.

Szczerze Wam powiem, ze gdy tak naplywaly do mnie te wszelkie przyjacielkie rady myslalam, ze zwariuje. Bo zeby to byla jedna wersja, ale nie. I tak dowiedzialm sie na przyklad, ze nie powinnam jesc:
 - ziemniakow (tu mi sie zapalila lampka, bo przeciez w PL wszystkie mamy jedza bulwy z sosikiem)
- moreli
- salami
- za duzo produktow mlecznych
- cytrusy
- truskawki, bo alergizujace i czeresnie - to z Polski akurat. Tutaj nikt mi o tym ani slowem nie wspomnial.

Produktow tych bylo znacznie wiecej, ale juz ich wszystkich nie pamietam. A Wam czego 'zabraniano'?!
I te ciagle pytania w stylu - masz mleko? karmisz? jeszcze duzo masz? a ile go masz?...doprowadzaly mnie do szewskiej pasji!!

ZIMOWY NIEZBEDNIK - CZYLI BEZ CZEGO SIE ZIMY BOIMY :)

Niech bedzie, ze posiadajac to o czym ponizej boimy sie tej zimy troche mniej!!
Patilli dziekuje za nominacje i jednoczesnie prezentuje sie Wam w zimowej odslonie.  Czego nie moze zabraknac (a jak zabraknie to jest dramat) zima w moich czterech katach. Startujemy:

1. Kawa, kawusia - taka po polskiemu, co by sie mozna bylo smakiem delektowac.
2. Cytryna i czosnek - na odpornosc i zwalczanie chorobska
 Nawet synus wie ;)


3. Goraca czekolada - obowiazkowo gesta. W zaufaniu powiem Wam, ze nie przepadam za czekoladami, ale taka do picia w zimowe popoludnia - mniam. A i ostatnio odkrylam tzn. M. mi odkryl ;) - Lindt Excellence Orange Intense ze skorka pomaranczowa i kawalkami migdalow, ktora wlasnie pochlaniam.

4. Pochlaniacz wilgoci - tu pewnie bede orginalna, bo wiekszosc Was na zime zaopatruje sie z nawilzacze, ale u nas ostatnimi czasy, zima wilgoc taka, ze strach sie bac.

5. Rekawiczki i szalik - lapki i szyje musze miec okryte i juz. Czape tez nosze, ale bez niej przezyje, bo zawsze moge kaptur zarzucic :)

6. Czerwony koc polarowy - lekki i cieplutki. A czerwony, bo pod czerwonym cieplej :D

Wlasnie taki. Inhalator rowniez okazal sie pomocny!!

7. Domowych wypiekow. Uwielbiam makowiec...moze za rok w koncu sie uda go skosztowac. Bo tutaj mak to na wage zlota jest...w koncu narkotyki sa drogie ;)

8. Choinka i swieteczne piosenki.
9. Kozaki - saszki, na plaskim obcasie, co by za synem nadarzyc.
10. Cieple skarpety i  termoform rozgrzewany w mikrofali, co by te bidne pyty w lozku rozgrzac.

A Wam co pomaga przezyc tych kilka najzimniejszych miesiecy w roku. Zapraszam wszystkich chetnych, w szczegolnosci:
-  http://minioweszczescie.blogspot.it/
-  http://mamaemi.blogspot.it/
-  http://dwaitrzy.blogspot.it/
-  http://szczyptaomnie.blogspot.it/
-  http://mamillowo.blogspot.it/
-  http://naszskarbinekxavier.blogspot.it/
-  http://valium16.blogspot.it/

niedziela, 15 grudnia 2013

DOJNA MAMA CZYLI SLOW KILKA O NASZYM KARMIENIU PIERSIA, NIE Z PIERSI!!

Stefano 16 listopada skonczyl 18 miesiecy, choc na drugim liczniku mial dopiero 15. W kwesti karmienia patrze jednak na date urodzenia, a nie na wiek korygowany bo przciez dziecie nasze odzywia sie od maja a nie od sierpnia. Prawie od samego poczatku dostaje mleko matczyne...Prawie, bo nasze poczatki nie byly takie kolorowe jak bysmy sobie wszyscy tego zyczyli. Gdy urodzilam przedwczesnie, myslalam, ze o karmieniu nie bedzie mowy...tak naparwde bylam na tyle zaaferowana stanem syna, ze karmienie piersia odeszlo na drugi plan...baaa, rzeklabym nawet, ze zupelnie o tym zapomnialam.
Dzien po porodzie, po powrocie z odwiedzin u syna, w mojej sali odwiedzila mnie Pani z laktarium z dyskretnym pytaniem 'Czy czuje sie Pani na silach zaczac wspolpracowac'. Rzecz jasna zgodzilam sie a, ze nie bylam jeszcze na silach chodzic kilka razy dziennie do laktarium to laktarium przyszlo do mnie. Zawalona zostalam instrukcjami co robic, jak stymulowac, jak dlugo, ile razy dziennie. co gdy mleko sie pojawi itp... Sprzet bardzo prosty w obsludze i tak wciaz lekko zszokowana, ze ON taki maly bedzie dostawal moje mleko, zaczelam dzialac...poczatkowo dosc nieregularnie, bo w szpitalu, bo malo intymnie...bo ilekroc ktos przychodzil w odwiedziny do kolezanki z sali to musial i na mnie spojrzec. Po kilku godzinach poczucie zawstydzenia minelo i nie przejmowalam sie, ze cala rodzina sasiadki z lozka obok zna moje gabaryty :D  Poczatkowo byla posucha, ale nie nastawialam sie na wiele...troche watpilam czy w ten sposob jestem w stanie cokolwiek osiagnac. Jeszcze w szpitalu po 2 dobach pojawila sie siara - alez to byla radosc i tu pojawila sie nadzieja, ze moze dam rade zdzialac male co nieco.
Przy wypisie do domu zostalam poinstuowana co robic w domu. Pierwszy laktator - Tommee Tippee, reczny...wtedy jeszcze nie wiedzialam co mnie czeka. Czy mleko sie pojawi, a jak sie juz pojawic ile go bedzie...jak dlugo bede odciagac...czy bede mogla przystawic itp.  Pojawilo sie jeszcze tego samego dnia - pamietam moje wzruszenie i lzy radosci, ze moge cos dla Niego zrobic. Mleczarnia ruszyla na dobre, byl nawal...lalo sie ze mnie a niestety nie moglam tego pokarmu dac synkowi - i tak przez 10 dni przyjmowania antybiotyku z zalem wylewalam wszystko co udalo mi sie odciagnac. Wylewalam, ale dalej odciagalam...48h (choc wystarczylyby 24h) po odstawieniiu antybiotyku z duma zanioslam pierwsze przydatne buteleczki z mlekiem do laktarium. Poczatkowo zanosilam 2 niepelne buteleczki (po 100 ml kazda), stopniowo bylo tego coraz wiecej i tak zaczelam dostarczac do szpitala codziennie ponad 400ml swiezego mleczka. Steffi poczatkowo tego mleka dostawal niewiele...dawek stopniowo bylo coraz mniej a pojemnosc coraz wieksza. W przeciagu kilku tygodnii zawalilam cala  Stefkowa polke w zamrazarce...i panie daly mi STOP i rade aby dalej odciagac i mrozic w domu....

Mleko, ktore dostarczalam do laktarium bylo codziennie poddawane starannej sterylizacji i mrozone w specjalnej lodowce.

W domu mlekiem zawalilam cala wolno-stojaco zamrazarke tesciowej i nasza niewielka :)

O przystawieniu do piersi nie bylo mowy, bo on zwyczajnie nie umial ssac. Mleko bylo podawane przez sonde, poczatkowo umieszcona w buzi...a po zdjeciu CPAP'u w nosku. Nie wiem czy wiecie jak zaklada sie sonde do zoladka - kiedys wydawalo mi sie to bardzo skomplikowane. Teraz kojarzy mi sie z odmierzaniem materialu w sklepie krawieckim. Bierzesz rurke...przykladasz do dziecia, odmierzasz odleglosc miedzy zoladkiem a nosem...odcinadsz i wkladasz do noska i przesuwasz w dol...w dol....docierasz do zoladka, zakladasz zatyczke i jest!! Proste, co nie?!  Do tego cuda podlaczona byla strzykawa, ktora w okreslonym tempie dozowala mleko synkowi. Przed kolejnym karmieniem kazdorazowo za pomoca sondy sprawdzano zawartosc tresci zoladkowej - odciagajac ja zwykla strzykawka.

Laktator stal sie nieodlaczna czescia mojego zycia. Odciagalam w dzien co 3godziny...nie zawsze regularnie, bo podczas codziennych kilkugodzinnych wizyt na oddziale wolalam siedziec przy synku niz isc maltretowac swoje piersi do laktarium. Moglam sobie na to pozwolic bo mleka bylo wystarczajaco duzo i nie musialam stymulowac za czesto i tak naparwde godzina czy poltorej nie robily roznicy. Wolalam siedziec przy synku a mleko spokojnie odciagnac w domu.
W nocy nie wstawalam, pierwsze dni po porodzie padalam wykonczona w lozku ok. 20:30 - 21, M. budzil mnie na odciaganie okolo polnocy i nastepne spotkanie z laktatorem bylo rano. Czasami zdarzalo sie, ze budzilam sie mokra, no i o spaniu na brzuchu nie bylo w dalszym ciagu  mowy.

Wszystko toczylo sie pieknie, problemow z laktacja nie bylo, az do pamietnej operacji laserowej oczu. Dopadl mnie kryzys, totalnie sie rozkleilam jak zobaczylam moje dziecie ponownie zaintubowane...i oddychajaca za niego  maszyne. Wrocilismy na chwile do domu (do szpitala mamy 5 minut, jakby sie dobrze wychylic z balkonu to nawet go widac) zabralam sie za moje obowiazki a tu nic...z jednej piersi cos tam pokapalo a druga strajk totalny. (Z jedenk piersi od samego poczatku odciagalam znacznie wiecej niz z drugiej). Maz pocieszal, a ja znowu w ryk, ze nie moge tak po prostu stracic mleka, nie teraz!! Chwile pozniej znow stalismy obok synka - operacja poszla sprawnie, Steffi sie wybudzil1...stres powoli zaczal odchodzic. Zawzielam sie, ze nie poddam sie tak latwo, nie bez walki - stymulowalam piersi do pracy co 2h...budzik nastawialm na 4:00 aby i w nocy, choc raz, dac im kopa. Po kilku dniach lakatacja wrocila :)
Nadeszla chwila, ze Steffi zaczal pic mleko z butelki...sonda poszla prawie w odstawke. Posilkow bylo coraz mniej, ale za to bardziej obfite. Zaczela switac mi mysl, ze moge kiedys uda sie Malego nakarmic z piersi. I wtedy zaczal sie koszmar z jedzeniem. Steffi zaczal zasypiac w polowie posilku...karmienie Go to byla meczarnia. Saturacja spadala - laskotalismy pod stopami, glaskalismy po karku....nic, wypijal polowe i spal. Przeswietlenie pluc wykazalo niewielka dysplazje oskrzelowo-plucna stad problemy przy ssaniu. Stefko szybko sie meczyl i padal wyczerpany. Diuretyki pomogly rozwiazac problem i podawanie tlenu podczas jedzenia nie bylo konieczne. O karmieniu z piersi nie smialam nawet myslec, gdyz bylismy zmuszeni dla naszego skrajnego wczesniaka uzywac smoczkow z 3 dziurkami czyli tych dla dzieci duzo starszych. Z tych z wolniejszym przeplywem On zwyczajnie nie dawal rady ciagnac. Ile my smoczkow wyprobowalismy zanim znalezlismy ten idealny. Dla mnie karmienie to byl koszmar - mialam przed oczami obraz spadajacej saturacji albo tego, ze on za chwile mi sie zakrztusi, przeciez to mleko leci tak szybko. Na szczescie zwykle robil to moj maz, podczas gdy ja w tym czasie odciagalam mleko na kolejny posilek.

Po pewnym czasie, gdy Steffi ladnie, w blyskawicznym wrecz tempie, oproznial swoj przydzial mleka, zdarzylo mi sie go kilka razy przystawic. Tak po prostu, bez presji, dla uspokojenia - cos tam pociagnal, ale nie szlo mu jak z butli. Dodatkowo Stefkowe posilki to nie bylo jedynie mleko - w porze posilkow pierworodnego nasza kuchnia przeobrazala sie w male laboratorium. Lista witamin, integratorow, proszkow, diuretykow itp. byla dluga. Tak naprawde poczatkowo jedynie 2 z 7 posilkow byly czysciutkie. Musialbym wiec, najpierw odciagnac nieco mleka - dodac co trzeba podac synkowi a nastepnie przystawic do piersi i liczyc, ze pociagnie reszte. Nie wiem, czy mozna powiedziec, ze decydujac sie na odciaganie poszlam na latwizne?!Niech bedzie, ze poszlam, a co mi tam!!

Bylo kilka ciezszych chwil, zwlaszcza podczas moich niedomagan zdrowotnych. Po kilku miesiacach intensywnego odciagania palce u rak zaczely odmawiac posluszenstwa. Budzilam sie z ogromnym bolem i odretwialymi palcami. Magnez nieco pomogl, ale laktator nie wytrzymal presji. Nowy chcialam porzadny, choc z drugiej strony nie chcialam wyrzucac pieniedzy w bloto, gdyz bylismy z mezem swiecie przekonani, iz kraina mlekiem plynaca nie pociagnie juz dlugo. Philips Avent elektroniczny, ktorego mozna uzywac na 3 sposoby 1) podlaczony do sieci 2) na baterie 3) jako reczny. Mijaly miesiace i tak sobie zylam w przyjazni z laktatorem. Z zakupu bylam zadowolona, na tyle, ze jak po kilku miesiacach rozwalilam motorek (dziesiatki upadkow) od laktatora kupilam drugi identyczny, ktory sluzy mi do dzis. Dokladnie do dzis, bo moja przyjazn z laktatorem wciaz trwa, ale ma sie ku koncowi. Rozdzial 'Karmienie piersia' powoli sie zamyka - to juz ostatnie jego strony. Nie myslalam, nie marzylam nawet, ze to tyle potrwa, ale skoro mleko bylo to postanowilam dobic do 18 miesiecy...18 miesiecy odkad Steffi zywi sie wylacznie mlekiem mamy (z drobnymi wyjatkami).
Jak juz na poczatku wspomnialam 18 miesiecy Stefka po tej stronie brzucha minelo w polowie listopada, pokarm w postaci mleka zaczal jednak przyjmowac nie od razu. Pierwsze sladowe ilosci mleka zaczal dostawac po kilku dniach - 5ml, 7ml. Na szczescie jelita zareagowaly dobrze i 4 czerwca odlaczono zywienie parenteralne (pozajelitowe). Od tej chwili Steffi zaczal przyjmowac juz wylacznie mleko i wlasnie ta data stala sie moja wyrocznia. Dlatego tez postanowilam dobic do symbolicznego 4 grudnia by zakrecic kurek w mleczarni. Ciesze sie ogromnie, ze mi sie tak udalo...w sumie to nam, bo bez pomocy meza zapewne nie dalabym rady...Ciesze sie, ze udalo mi sie dotrwac do chwili, w ktorej to ja podejmuje decyzje, ze mleczarnie zamykamy.  Nie ukrywam, ze wymagalo to ode mnie wiele poswiecenia i cierpliwosci, ale dzieki ogromnej pomocy meza misja zostala zakonczona sukcesem. Nie zaluje tych wszystkich godzin poswieconych na odciaganie mleka. Poczatkowo bylo to 6-7 razy dziennie po 30 - 40 minut. Z cala swiadomoscia moge powiedziec, ze robilam z to z miloscia i zrobilabym to jeszcze raz!! I kto by pomyslal, ze moje mizerne B tyle naprodukuje ?!


czwartek, 12 grudnia 2013

ODBILO???

Najzwyczajniej w swiecie mojemu dziecko odbilo. Nie wiem czy mu, przy pomocy wirusa, na mozg padlo czy moze po kryjomu zarzyl jakies srodki pobudzajace. Moze wyskrobal jakies toksyczne brudy spod kanapy jak to On lubi. A moze to inhalacje tak dzialaja...dobrze, ze to tylko roztwor soli fizjologicznej bo strach sie bac co by bylo gdybym mu jakies leki kazala wdychac.
Zwracam sie do mam co to nie moga sie doczekac az dziecie zacznie samodzielnie sie poruszac - chodzic. Moj pierworodny odkryl krecenie sie wokol wlasnej osi - swietna zabawa, co?! Od samego patrzenia robi mi sie slabo, a ten uhahany i sie kreci i kreci... Nie bylo sposobu by go zatrzymac...probowalismy odwracac jego uwage...na chwile odrywal sie od tego jakze zajmujacego zajecia by po chwili znow zaczac sie krecic. Ubaw ma przy tym nieslychany...zakreci sie kilka razy, staje i traci rownowage - przewraca sie, podnosi i dawaj dalej...i tak w kolko. Najwiekszy ma ubaw wlasnie gdy zakreci mu sie w glowie i probuje isc jak pijany zajac w kapuscie. Geniusz maly mi rosnie,  nie ma co. Podczas wczorajszego prawie 50 minutowego wariowania tak sie wypocil, ze body to mozna bylo wyzymac...Teraz to nawet do kibelka nie moge isc spokojnie bo boje sie, ze przywali gdzies glowa a na nadprogramowe odwiedziny w szpitalu nie mam ochoty!!

środa, 11 grudnia 2013

UWAGA WIRUS - BLOGOTEKA!!

Ale nam szczypta numer wyciela - normalnie nas zawirusowala ;)  Co tu robic, dzialamy samorobna szczepionka. Oto i ona:

Skrobie sobie wirtualnie Ewiczka lub jak kto woli Ewusia,
 juz wcale nie taka malusia....ale tez znow jeszcze  nie taka stara by nie moc pisac o sobie 
mloda mamusia. 
 Zona meza swego z serca Italii sie wywodzacego.
 Pisze o zyciu w centrum polwyspu 'kozakowego' z polska kultura czasami sie klocacego.
 O trudach macierzynstwa, radosciach...o synku - charakternym Stefano, ktorego do pozostania  jak najdluzej w maminym brzuchu przekonac probowano.
 Czesto u mnie o przygodach i wyczynach przedwczesnie wyklutego pisklaka czyli niespelna poltorarocznego skrajnego wczesniaka.
Blog to moj pamietnik, miejsce do wygadania i zycia codziennego opowiadania.
 Poznasz na nim nasze male smutki i wielkie radosci, do ktorych komentowania zapraszamy wszystkich gosci :)

Zawirusowuje i ja, a co:
1. http://mamaemi.blogspot.it/
2. http://miszmasz00.blogspot.it/
3. http://mandarynka-katia.blogspot.it/


Wiecej informacji  znajdziecie TUTAJ



wtorek, 10 grudnia 2013

CO SIE ODWLECZE...

Tak, tak dorwalo i nas - a juz bylo tak pieknie, polowa grudnia a my wszyscy zdrowi. Wirusy uznaly jednak, ze za bardzo nas do tej pory rozpieszczaly i zaatakowaly...tego najbardziej bezbronnego czyli Stefolinskiego.  Tak naprawde to podejrzewam, ze wirusa zaaplikowala Malemu kuzynka - niby wedlug rodzicow zdrowa (zawsze pytamy czy wszyscy sa zdrowi zanim udamy sie na obiad w powiekszonym gronie) a co chwile smarkajaca i rzecz jasna rece nie umyte i do zabawy ze Stefkiem. W ogole wkurza mnie Ich (szwagier z zona) ignorancja, bo za kazdym razem zapewniaja nas, ze wszystko ok a dzien pozniej na obiedzie okazuje sie, ze 'ale mnie trzyma to przeziebienie'. Nosz kurde!!

Mama od dwoch miesiecy codziennie serfuje sobie kilka lyzeczek domowego syropku czosnkowo-cytrynowo-miodowego i poki co trzyma sie w pionie. Jak tylko czuje, ze zaczyna cos sie ze mna dziac aplikuje sobie kilka dodatkowych dawek. Tata patrzy na mame z grymasem, jak ta popija to swoje cudo, ale mieszanka chyba dziala i tej wersji sie trzymam. Jako, ze Steffi wciaz codziennie dostaje kilka kropel matczynego pokarmu, mam nadzieje, ze i jemu pomoze to szybko wybabrac sie z chorobska.

Serce sie kraje jak On tak cierpi, niby tylko nochal zapchany, ale dla Stefka, ktory oddycha tylko noskiem to naprawde wielki problem. I za kazdym przeziebieniem modlimy sie by na nochalu sie skonczylo...bo w pamieci wciaz dzwonia slowa 'dysplazja oskrzelowo-plucna' a to niemaly lek.

Ostatnia noc byla ciezka...maly wiercil sie i wiercil, nosek zapchany, nie mogl znalezc dogodnej pozycji. Ostatecznie zdecydowalismy sie go obudzic i wyczyscic zakatarzone nozdrza i druga czesc nocy poszla znacznie lepiej. W dzien dzialamy sola fizjologiczna podowana strzykawka do nosa, woda morska w spray'u i inhalacje. O ile na te pierwsze Steffi ma wrecz alergie, tak, ze ledwie w dwojke dajemy rade mu zaaplikowac tak inhalacje nie stanowia problemy i wrecz sam zainteresowany kaze sobie przykladac maseczke do twarzy.  Szkoda nam tego naszego szkraba, tym bardziej, ze to ostatni tydzien spotkan fizjoterapii grupowej, na ktora Stefek ostatnio chodzi z wielka radoscia (a pamietacie jak poczatkowo narzekalam?).Nie chcialabym mu odbierac tych ostatnich spotkan z rowiesnikami. Do jutra pewnie cudow nie bedzie, wiec zostaniemy zapewne w domowym wiezieniu, ale mamy nadzieje, ze w piatkek uda nam sie pojsc na zakonczenie. W ogole to trzymajcie kciuki, zeby nam sie maly do czwartku wykaraskal z tego chorobska, gdyz czeka nas wizyta okulistyczna...a z zapchanym gilonem to pierworodny na pewno nie bedzie kolaborowal.

Zdrowka zyczymy i sobie i Wam wszystkim!!

poniedziałek, 9 grudnia 2013

TRADYCJE SWIATECZNE CZYLI....

...JAK TO NAPRAWDE JEST Z  PREZENTAM? KTO JE PRZYNOSI I INNE TAKIE?

  Pamietam jakby to bylo wczoraj, gdy jako dorastajaca dziewczynka, od dobrych kilku lat juz nie wierzaca w starszego pana z broda co to z dobrego serca rozdaje prezenty, odkrylam, ze tradycje swiateczne w roznych regionach swiata a nawet i Polski nie sa takie same.

  U mnie w rodzinie,  w nocy z 5 na 6 grudnia przychodzil sw. Mikolaj, ktory podrzucal grzecznym dzieciom upominki. Dzien wczesniej piekne pucowalo sie kozaczki aby nastepnie ustawic je na parapecie. Warunkiem niezbednym bylo dobre sprawowanie. I o ile problemu z czystymi bucikami nie bylo to z tym nieszczesnym sprawowaniem nie zawsze bylo cacy. Do dzis dnia pamietam jak Mikolaj zostawil nam laske i obierki od ziemniakow - ilez wtedy bylo lez i obietnic poprawy. Mikolaj naiwny i uwierzyl, ze dwa male diabelki (siostra i ja) odtad beda aniolkami i prezenciki znalazly sie w butach w przedpokoju - ufff :)

Wigilia. Dzien zaczynalismy od ubierania choinki...chyba jako jedyna osoba (juz jako nastolatka) na swiecie nie lubilam ubierania choinki. Czemu?  Bo moja mama zawsze miala jakos koncepcje, ktora nie szla parze z naszym strojeniem i trzeba bylo choinke przebierac...ehhh. Po tradycyjnej mszy wigilijnej wieczerza w gronie rodzinnym...z babunia, dziadkiem i ciocia (ze strony mamy). I wypatrywanie pierwszej gwiazdki...salatki, barszcz, pierogi, karpie i pstargi (specjalnie dla Ewusi babcia robila)...i cale mnostwo ciast. Czytanie fragmentu z Pisma Sw., dzielenie sie oplatkiem i wieczerza (na tzw. kawe jezdzilismy do drugiej babci) tradycyjnie z dodatkowym nakryciem dla nieznajomego. I wyczekiwanie, wypatrywanie GWIAZDORA...tak tak Gwiazdora, bo to on w moich rodzinnych stronach (kociewie) odwiedzal nas w Wigilie z worem prezentow. Chocby niewiadomo jak dlugo i jak intensywnie by sie go nie wypatrywalo to nigdy nie udalo sie go dostrzec... Jakims dziwnym zbiegiem okolicznosci albo trzeba bylo nagle isc po kompot do piwnicy albo w drugim pokoju zadzwonil dzwoneczek albo dzwonek do drzwi i dzieciaki lecialy z krzykiem 'Gwiazdor'...a tu klops...bo gwiazdor w miedzy czasie byl w drugim pokoju badz zostawial wor z prezentami na balkonie lub wycieraczce. Niby staruszek a szybki byl jak wiatr. Choc przepraszam bardzo, raz do nas przyszedl brodaty siwy pan w czerwonym kubraczku...a nawet dwoch :)
Te tradycje pielegnowalismy juz jako dorosli, odgrywajac scenki przed siostrzenicami i planuje tak samo robic z moim Stefankiem.
List do swietego - pisalismy, owszem. Wiedzialam jednak, ze niekoniecznie dostane to o co prosze, bo przeciez prezenty kosztuja i mama, babcia czy ciocia musza Gwiazdorowi wyslac pieniazki bo lalki na drzewach nie rosna. Nie znalam mitu, ze swiety ma fabryke w ktorej pracuja elfy. Nie bylam jednak wymagajacym dzieckiem. Doskonale pamietam o co prosilam - o figurki smerfow :) I Pasterka - jako maluchy uparcie z siostra chodzilysmy i zwykle przysypialysmy na lawce wtulone w mame.

25 grudnia - podwojne swieto. Sniadanie w gronie rodzinnym. Obiad tadycyjnie u dziadkow (rodzicow mamy). A po poludniu, cala ferajna zjezdzala sie do nas aby zaspiewac sto lat mojej mlodszej siostrze.

26 grudnia - zjazd czyt. obiad u dziadkow ze strony taty.

Pamietam doskonale kalendarz adwentowy i roraty (uwielbialam je, serio!!). I koledy :) Pamietam tez dzieci chodzace po domach z szopka i spiewajace (niektore probujace spiewac ;) koledy!!

Takie swieta pamietam i tych swiat mi tu brak. Bo jak to wyglada we Wloszech? Podobnie jak i w Polsce kazdy region ma swoje zwyczaje. Po krotce moje przyblizyc Wam jak to wyglada u nas w zielonym centrum Wloch - Umbrii.

6grudnia - nikt prezentow nie roznosi :(
8 grudnia - swieto, dzien wolny od pracy. Czesto to wlasnie tego dnia przystraja sie choinke - sztuczna. Jak dlugo tu zyje, nigdy u nikogo w domu nie widzialam zywej choinki.

W Umbrii bardzo popularne sa szopki - w kazdym domu musi byc. Niektore wielkie, z plynaca woda, swiecidelkami itp...inne maluczkie, ale sa. W okresie okolo bozonarodzeniowym, do 6 stycznia wiele kosciolow czy wiosek organizuje zywe szopki :)

24 grudnia - Wigilia, ktorej sie nie obchodzi. Pasterke owszem, a po niej dajemy w karty - poker i inne takie az do switu!!

25 grudnia -  przychodzi Babbo Natale lub jak kto woli dzieciatko Jezus, kiedys ponoc to nawet sw. Rita - jednym slowem zamieszanie. I to mnie troche denerwuje, bo gdzies tam dostaje prezent od Mikolaja...gdzie indziej od Dzieciatka Jezus, inni nie bawia sie w takie ceregiele i prezent daje ja ode mnie - np. brat meza z zona daja prezent od siebie i osobno od swojej corki. Nie, nie, nie lubie!! Chcialabym zeby Stefko mial troche radosci i wierzyl w starego brodacza, bo moim zdaniem  szkodliwe to nie jest, jesli rodzic potarfi dobrze ta tradycja pokierowac. Jako, ze narodzil sie Chrystus - dopiero w pierwsze swieto figurka dzieciatka Jezus wkladana jest do zlobka. Obiad w gronie najblizszych...deser - panettone (nie cierpie tego) i inne swiateczne przysmaki (szczerze mowiac to niewiele z nich lubie)...i kawa. Tak, tak, dokladnie najpierw deser pozniej kawa - w tym wzgledzie jam Polka pelna geba, bo musze miec wielki top kawy a nie 'naparstek' na jednego lyka.

26 grudnia - zwane Santo Stefano (we Wloszech Stefan i Szczepan to to samo, czasami w glowie zadaje sobie pytanie czy moje dziecko to Stefan czy Szczepan :D By pokazac wage jaka przywiazuje sie temu dniu w IT napisze jedynie, ze nawet Msze sw. odbywaja sie jak w dni powszednie.

6 stycznia - Epifania, do szopki wstawiamy Trzech Kroli, jednoczesnie zegnajac sie z choinka. Do dzieci na miotle przylatuje Befana (czarownica), ktora przynosi im upominki, najczesciej slodycze.

Nie ma dzielenia sie oplatkiem, nie ma koled, nie ma rorat :( Nie ma sniegu i sanek :(


Choinke ubralismy w sobote poznym popoludniem i jeszcze stoi!! Byl maly kryzys organizacyjny (w naszych niecalych 50m2 kazdy kat jest w jakis sposob zagospodarowany, wiec nie latwo bylo znalezc miejsce nawet na niespelna metrowe drzewko). Steffi nie wykazywal sie jakims specjalnym zainteresowaniem co do zielonego 'krzaka'...do czasu az nie zawisly na nim lampki  - stal jak wryty i naturalnie musial poznac i dotykowo. Nastepnie pierworodny odkryl bombki, ktore na szczescie pomyslnie przeszly test wytrzymalosci. Dzis na galazki trafilo rowniez kilka ciasteczek upieczonych przez mame - nadal sa wszystkie, wiec Steffi jeszcze ich nie odkryl ;)


A jak to wyglada u Was? Kto przynosi prezenty? Jakie sa zwyczaje w innych rejonach Polski czy tez Europy? Ciekawam strasznie :)








czwartek, 5 grudnia 2013

DZIURAWE SERDUSZKO

Szpital. Na pierwszy ogien poszly odwiedziny na drugim pietrze - trzeba bylo sie przeciez przywitac z naszymi ulubionymi pielegniarkami. Te to maja pamiec, nie tylko do twarzy, ale i nazwisk - jak nas jedna przyuwazyla na koncu korytarza to zaczelo sie nawolywanie 'ohhh, kto nas dzis odwiedzil' i minute pozniej byl juz caly personel z ambulatorium. A Stefi, wstydziuch jeden, wtulil sie w mamine nogi i kwiczy...Mysle sobie, no ladnie,  juz cyrki odstawia a pielegniarki chcialy sie tylko przywitac...ciekawe co bedzie dalej. No i nie pomylilam sie...
Ale po kolei, zjechalismy gdzie nas pokierowano - ambulatorium  kardiologiczne przeniesiono do Day Hospital Pediatrycznego. Piekna, sloneczna kolorowa poczekalnia - poczekalnia, ktora bardziej przypominala maly plac zabaw pod dachem.  Krzesla, krzeselka i krzeseleczka - zjezdzalnie w roznych rozmiarach, stoliki, domki, samochodziki (niektore po przejsciach) i nawet wielki telewizor z bajkami. Bylo na tyle milo, ze nawet specjalnie nie odczulismy prawie godzinnej obsuwy. Stefi sie najadl, pozjezdzal, przemeblowal nieco sale i juz nas wolali. Wchodzimi i ryk...i kwik...jak zdejmowalismy bluzeczke slyszal nas juz caly oddzial...sciagamy body a ten drze sie ile sil w plucach. I tak sie zastanawiam co by to byly gdyby tej dysplazji oskrzelowo-plucnej nie mial. Bo jak to moje dziecie ma w jakims tam procencie mniejsza wydolnosc pluc to strach sie bac co by bylo ze 100% wydolnoscia. Steffi wlepia sie w mame i ryczy...caly sie trzesie. I co teraz...kazda proba ulozenia na kozetce konczy sie jeszcze wiekszym wtuleniem w mamine ramie.  Prosby szeptane do ucha nic nie daja...tlumaczyc nie ma co, bo on i tak nie zrozumie. Badanie staje pod znakiem zapytania, bo jak sie Stefko troche nie uspokoi i nalyka za wiele powietrza to moze byc ciezko z obrazem. Tylko nie to!! No to matka daje, odrywa dziecie od siebie i sila kladzie na lozko - ryk, ryk i jeszcze raz ryk...zabawek pelno - graja, spiewaja, mrucza i kwicza!! Zaczynamy - i tu synus nasz postanawia, ze OK na chwile przestanie plakac, ale on to USG to sam sobie zrobi i juz wyrywa lekarce paleczke od ekografa. A Stefo swoje, bo jak sam nie moze to innym tez nie da!!


W koncu udaje sie cos zdzialac i pada pierwsze - wszystko pieknie zamkniete!! Szukamy drugiej 'dziurki' i ta jeszcze niestety sie uchowala, ale jest mikro, mikro, mikro, mikro...ledwie widoczna. Wynki badania - Steffi to aktor dramatyczny. Aktor dramatyczny, ktory jednak pod wzgledem kardiologicznym uwazany jest za zdrowego chlopca :) :) :)  Myslelismy, ze skoro zdrowy to tu koniec, ale  dajemy temu mikroskopijnemu PDA 3 lata na zupelne znikniecie i ponownie zajrzymy w stefkowe serduszko!!

A to juz zadowolony Stefolinski przed szpitalem :)





p.s. Za kciukasy dziekujemy :)

środa, 4 grudnia 2013

UCIEKAJAC PRZED NOżYCZKAMI

 Oj uciekali Ci moi chlopacy przed nozyczkami...od wrzesnia!! W koncu udalo nam sie zorganizowac rodzinne wyjscie do fryzjera - jak wszyscy to wszyscy. Chlopy rano do meskiego, mammy po poludniu do babskiego. Wszyscy scieci, w koncu wygladaja jak ludzie...choc Steffi najbardziej przebolal zmiane fryzury...ilez to lez te moje dziecie dzis wylalo...zatrzymywal sie chyba tylko po to by zlapac oddech i dalej wlaczal syrene. A przeciez to mama ma PMS i z tym PMS poszla do fryzjera i nawet nie ryczala jak wrocila.


  Dzis rano tradycyjnie fizjoterapia i moje dziecko, ktore kiedys tak rzewnie plakalo jak tylko otwieraly sie drzwi z centrum, dzis nie chcialo wracac do domu.  Po skonczonych zajeciach w swojej grupie przyuwazyl na korytarzu swoja ex-fizjo i ruszyl w dluga...Gdyby dwa miesiace temu ktos przedstawil mi taki scenariusz delikatnie powiedzialabym, zeby sie puknal w glowe.


 A jutro szpital i badanie na, ktore czekamy od dawna. Echokardiografia - UKG, echo serca czy tez USG serca. Zwal jak zwal, wazne zeby dobrze poszlo. Stefko, jak praktycznie wszystkie skrajne wczesniaki, ma PDA (przetrwaly przewod Botalla) i ma rowniez FOP (przetrwaly otwor  owalny). Wczesniacze mamy zapewne wiedza czym to sie je.
Pisze MA w nadzieii, iz jutro  bede mogla napisac MIAL. Kciuki wskazane :)


wtorek, 3 grudnia 2013

Reflekcje na temat dnia poprzedniego

Humor dzis nieco lepszy. Usmialam sie nieco na 'Pana bez blosow' z posta Mamy Mini. Dzieci sa nieprzewidywalne, nie zapanujesz nigdy nad tym co wydobywa sie z tych slodkich usteczek. Konkluzja dla nas, ze jak tylko Steffi zacznie produkowac jakies bardziej konkretne dzwieki to trza bedzie uwazac co sie mowi w jego obecnosci. Juz widze nas przy swiatecznym stole, z usmiechami wymalowanymmi na ustach i Stefkowa wstawke 'Enza jest podla i falszywa' - to by dopiero byla bomba!!:D

Wczorajszy humor sukcesywnie sie pogarszal...minut kilka po moim wpisie telefon - w niedziele wieczorem potracono chrzesniaka M. Cisnienie podskoczylo!!  Wypadek z winy poszkodowanego, gdyz przechodzil w miejscu niedozwolonym (we Wloszech chyba tylko ja korzystam z przejscia dla pieszych) i w dodatku tuz za zakretem...gdyby tylko kierowca jechal szybciej, jak to sie czesto w tym miejscu zdarza mogloby byc naprawde tragicznie. A tak, na szczescie, obylo sie bez obrazen wewnetrznych i zlaman. Poobijany, ogolny szok i amnezja, troche bardziej rozlegla niz to bywa w takim wypadku (choc podobno juz dochodzi do siebie). Chlopak dostal mandat - symboliczny bo 15 euro, ale moze to Go czegos nauczy. Nie chce jednak nawet sobie wyobrazac co czuli rodzice w tej sytuacji...moze podobnie jak ja, gdy po porodzie lezalam na mojej sali i nagle weszly dwie lekarki z Intensywnej Terapii Neanotologicznej - zamarlam, serce walilo jak oszalale...spodziewalam sie najgorszego. A one przyszly tylko przeprowadzic z nami wywiad  na temat ciazy i chorob w rodzinie. Skad takie porownanie...otoz ojciec chlopaka wracal z pracy chwile po wypadku, objezdzajac miejsce zdarzenia odwraca glowe i widzi swojego syna lezacego na jezdni...policja, sanitariusze wnosza chlopaka do karetki. NIE, nie, nie nigdy nie chcialabym czegos takiego zobaczyc!!

A wieczorem jeszcze kurs...szczerze mi sie nie chcialo. Poszlam. wracam i juz z dala ujada na mnie pies...znienawidzony pies. Nie wiem  czy juz sie kiedys chwalilam, ale strasznie boje sie psow (wynioslam to z dziecinstwa)...po jakims czasie ja sie do nich przyzwyczaja a one do mnie i zyjemy w zgodzie. Tego jednego nie znosze, on jest jakis 'walniety' - mieszkam tu juz 7 lat a ten jakby mnie pierwszy raz w zyciu widzial. Poza tym wkurza mnie, ze lata luzem i ujada pod oknami, szczeka na wozek...inne psiaki sa jakies normalniejsze (choc i te nie powinny biegac pozostawione same sobie). Mniejsza z tym. Jakoze dzien mialam kiepski, to do domu wrocilam praktycznie ze lzami w oczach i sercem w gardle.

Dzisiejszy blekit nieba napawa optymizmem...i zakupy na Amazon rowniez :)

poniedziałek, 2 grudnia 2013

POSZUKIWANY

Szukam, szukam...
szukam dobrego humoru,
juz od rana 
i...
znalezc nie moge!!


Dziecie nakarmione drzemie...a ja delej szukam...
w TV nie ma, 
w necie nie ma...
obiad zjedzony - Gnocchi al ragù - humor sie nie zlazal...
szukam dalej - kawa wypita, tez go tam nie bylo...
i nawet w lodach orzechowych nic a nic.
  Co sie z nim stalo???
Czyzby to chmury go przeslonily???
A moze...
to wiatr go przepedzil???
No coz, szukam dalej.
Nie poddaje sie!!
Kto widzial niech pilnie da mi znac!!

sobota, 30 listopada 2013

Kartka z kalendarza 30/11/2011

   Dwa lata temu na pierwszej stronie mojego pamietnika napisalam:

''30/11 – nie pojawil sie...jako,ze slowo sie rzeklo wyciagam z szafki test (zakupiony kiedys tam, tak na przyszlosc :D...bez przekonania rozrywam opakowanie i postepuje zgodnie z instrukcja...10sekund – zwykle to pikus...nie tym razem – jak na zlosc dzis jest skapo...nie bede stac i bezczynnie gapic sie w te 2 okienka (bo i tak wiem jaki bedzie resultat)...mam 3 minutki, akurat zdarze odswiezyc twarz – splukujac zel z pyszczka, kontem oka widze test...nie...nie...nie moze byc – i taka jeszcze 'zapieniona' wedruje w jego strone...jak byk sa dwie...minela dopiero mniej wiecej minutka, ale kreska jest wyrazna... jestem w CIAZY – poczatkowy szok, lzy szczescia, ogolna radosc i ogromna chec podzielenia sie nowina z mezem....nie przez telefon (wiem, ze on by nie chcial dowiedziec sie w ten sposob).''


A piec i pol miesiaca pozniej po raz pierwszy zobaczylam ta malenka zwisajaca stope :)

piątek, 29 listopada 2013

IDA SWIETA

Czytam na Waszych blogach, ze zaczynacie czuc atmosfere przedswiateczna...do mnie ona jeszcze nie dotarla :( Swieta na obczyznie nie maja dla mnie tego samego uroku co w domu rodzinnym w Polsce. Nie potrafie sie nimi cieszyc...atmosfera zdecydowanie nie ta. Nie ma wielkich przygotowan, ukladania menu. Nie ma calego tego rozgardiaszu, ktory czasami tak mnie denerwowal...a teraz mi go brakuje. Wiem, ze powinnam sie cieszyc bo spedze swieta z moimi chlopakami, z dwiema najwazniejszymi osobami w moim zyciu. Wierzcie mi, ciesze sie...ale  brakuje mi tradycyjnych polskich swiat z Wigilia, kolendami, oplatkiem, radosnym smiechem dzieci, sniegiem...tym bardziej,ze to pierwsze swieta bez mojej ukochanej babuni. Takie swieta chcialabym pokazac mojemu synkowi. Tymaczsem, o ile nie wygramy w lotka albo bilety nie spadna nam z nieba po raz trzeci z rzedu przyjedzie mi spedzic Boze Narodzenie z rodzina meza. Nie jest to niby jakis wielki dramat, ale wiele w tym wspolnym spedzaniu swiat dostrzegam hipokryzji...niby jest milo, ale to tylko pozory. Kto  mnie zna z bloga slubnego, moze kojarzy sytuacje sprzed naszego slubu...teraz realcje ze szwagierka sie poprawily, ale ja nie potrafie sie juz otworzyc jak to bylo kiedys. Dostalam nauczke, w dodatku siedze cicho choc czasami sie we mnie gotuje, ze wzgledu na tesciow i dzieciaki. Wybaczyc chyba wybaczylam, ale zaufac juz nie potrafie.

    Tymczasem, bez wzgledu na to czy czuje atmosfere czy tez nie, Swieta zblizaja sie wielkimi krokami i prezenty czas kupic. We Wloszech robimy prezenty jedynie dzieciom  - 3 chrzesniakow meza i nasz osobisty skarb. W Polsce jest ich troche wiecej, ale skoro nie jedziemy na swieta, czekamy z zakupami na styczniowe promocje...choc postaram sie aby moje rozrabiaki (dzieciaczki siostry) znalazly cos pod choinka.

Pomysly sa, gorzej z organizacja...Praktycznie wszystkie prezenty zamawiamy on-line, wiec czas ruszyc tylek...moze nie tyle tylek co palec ;) Dla Tolinki i Lusi (moich siostrzenic lat 6 i 4)) padlo na gry planszowe, w ktore mozna grac cala rodzina -  zamilowanie do tego typu zabaw chyba wyssaly z mlekiem matki. Kostek ( 6miesieczny siostrzeniec) - w zamysle jest ksiazeczka. Poza tym pewnie skapnie im cos ze styczniowych wyprzedazy.
Dla chrzesniakow meza (Francesco 14, Marco 8 i Agnese 9) stawiamy na ksiazki. W dobie gdy dzieciaki maja doslownie wszystko i kazda kolejna zabawka jest na 5minut sa one, naszym zdaniem, prezentem trafionym. Gdyby nie to, ze Agnese ma dosc wybredna mame (czytaj szwagierka), to pewnie ksiazka zamienilaby sie w jakis lumpek. Zobaczymy.

I nasz Stefcio...chcielibysmy, aby mimo wszytsko te swieta byly dla niego wyjatkowe. To jego pierwsze swiadome swieta. Steffi uwielbia Duplo - w planch jest zoo, zwykle klocki i podstawa abysmy mogli budowac zamki i wierze :) Ksiazeczka ''Cucù, sono Turlututù'' Herve Tullet. Kwestia rozdysponowania co od kogo dostanie. Od nas dostanie - fotelik. O taki: klik . Cena troche zwala z nog, ale po dluzszym zastanowieniu i porownaniu z cenami innych tych najzwyklejszych siedzonek stwierdzilismy, ze raz sie zyje, wiec niech ma. Tymbardziej, ze w internecie mozna znalezc w korzystniejszej niz rynkowa cenie. Dzieki Ci Amazon :)


Udanego weekendu

środa, 27 listopada 2013

SECOND HAND

Kto nigdy w zyciu nie byl w second handzie reka w gore...ja bylam!! Co prawda nie naleze do zawodowych 'wygrzebywaczek'...po prostu musi mi sie cos rzucic w oczy, przykuc uwage kolorem, wzorem, materialem...Gdy mieszkalam w PL bywalam dosc czesto...raz na tydzien sie wpadlo chociazby zobaczyc nowy towar. Jeszcze za czasow narzeczenskich ubieralam tam sama siebie i pozniej paradowalam i 'blyszczalam' w tych moich 'luksusowych' (choc zdarzylo mi sie i wydac 60 zl za tunike w ktorej zakochalam sie od pierwszego wejrzenia) rzeczach wsrod wszechoobecnych w It - D&G, Armanich, Prad itp. Jeszcz gdy wlasne dziecie bylo jedynie w planach, chodzilam wyszukiwac 'perelki' dla moich siostrzenic.
We Wloszech 'lumpow' brak - zaluje bo ilekroc widze zdobycze blogowych znjomych to zazdroszcze, ze moga sobie pogrzebac. Jakis czas temu naszla mnie nawet  mysl, ze gdybym to tak miala za duzo pieniedzy to bym taki SH otworzyla...bo w dobie kryzysu, przeciez i tu by sie przyjal. Dzisiejsza rozmowa z mamami Stefkowych kompanow z grupy rozwiala wszelkie watpliwosci. Wszystkie narzekamy, ze ubrania dla dzieci takie drogie...czekamy na 6stycznia* jak na zbawienie aby kupic dziecku kurtke i nie zbankrutowac. Mowie wiec, ze jakis czas temu wpadla mi w rece ulotka, ze otwieraja komis z artykulami dla dzieci (ubrania, zabawki, wozki)...i tu widze oczy szeroko otwarte jednej z mam. Nie, nie, nie dla dziecka to bym nie kupila uzywanego - przeciez nie wiesz kto to nosil. Mowie wiec, ze jestem innego zdania i moje dziecko nosi odziez uzywana (glownie odziedziczona)...Mama F. kontunuuje, ze OK, ale odziez, ktora nosi moj syn mam od znajomych, ludzi, ktorych znam.  Ja, ze niekoniecznie, bo ja niektorych z tych ludzi na oczy nie widzialam - np. kuzyn kuzynki M. to dla mnie obcy. Rozmowa toczy sie jeszcze chwil kilka i ostatecznie inne mamy przyznaja mi race, ale i tak w ich oczach widze, ze nigdy by do lumpeksow nie weszly. Dlaczego...bo to wstyd?...bo to niehigeniczne?....bo taka tu panuje metalnosc?...bo...???

*6 stycznia - we Wloszech wyprzedaze sezonowe sa regulowane prawnie. Kiedys bezposrednio rzad decydowal o ich rozpoczeciu. Obecnie decyzja ta nalezy do regionu/miasta. Z reguly te zimowe zaczynaja sie w okolicach swieta Trzech Kroli, w tym roku u nas ponoc maja ruszyc 5 stycznia.

wtorek, 26 listopada 2013

MAMA BALAGANIARA

Mama Ewiczka jest osoba dosc specyficzna. Jest w niej cos z balaganiary, ale i z pedantki. Nie mozliwe powiecie...a jednak. Lubi czyste, uporzadkowane mieszkanie, drazni ja balagan i widok porozrzucanych rzeczy...a jednak czesto sama uczestniczy w tworzeniu tego 'artystycznego' nieladu. W naszym mieszkaniu panuje niepisana umowa, iz wszystko odkladamy na swoje miejsce...nie zawalamy komody w przedpokoju a tym bardziej stolu w salonie. Piekna teoria, ktorej praktyka sie nie trzyma. W 80% przypadkow nakrywajac do stolu musze dokopac sie do blatu...grrr. W naszym m jest jakas magia - jak  odlozysz jedna rzecz w niedozwolone miejsce to istnieje pewne ryzyko, ze polozysz tam i druga... jak juz polozysz druga to koniec bo trzecia, czwarta czy piata zostana przyciagniete przez nia niczym magnez...i gora rosnie. Wraz z gora rosnie i cisnienie...Szala goryczy sie przelewa i jest sprzatanie, ukladanie i dbanie o porzadek...nic na meble/stol nie odkladamy, bo wszystko teoretycznie ma swoje miejsce!! Ha, pewnie, ze ma, wiec dbamy o to aby wlasnie tam trafialo...dzien, dwa, trzy a nawet i cztery...dopoki nie wrocisz zziajana z supermarketu i jest buch siata z zakupami na stol albo dokumentacja medyczna pierworodnego a to znowu butelka z winem czy DVD, ktore syn wyciagnal niewiadomo skad. Myslisz sobie odpoczne 5 minut i potem odloze, bo przeciez robota nie ucieknie...i tak sie zaczyna.

Ewiczka z domu wyniosla pewne zasady. Po jedzeniu sprzatamy po sobie, odnosimy brudne talerze, kubki po kawie czy herbacie do kuchni, najlepiej do zlewu. Tak tez stara sie robic. Stara sie co  nie znaczy, ze zawsze sie uda. Zdarza jej sie zostawic niedopita kawe an stoliku (alez ja zawsze za to karcila  sw. pamieci babcia), kciazke na kanapie, ladowarke od komorki zwisajaca z polki czy kapcie przy kanapie.
A syn Ewiczki to maly potwor - wprowadza matke w kompleksy. Ktoregos dnia matka pospiesznie ubiera dziecko...wciskamy buciki a kapcie z pospiechu zostaja przy tapczanie. Ewiczka instruuje syna, ze ma tu stac i czekac...i w ogole to ma sie nie ruszac, zeby sie nie zgrzac, podczas gdy ona leci do kuchni przygotowac picie dla syna. Po kilku sekundach wraca a Steffi z wedruje przed pokoj z papciami w reku...mamuska otwiera buzie, zeby go skarcic, bo przeciez mial stac i czekac i w dodatku rece dopiero co umyte...wycofuje sie jednak gdy syn obrzuca ja groznym spojrzeniem i kontynuuje marsz do przedpokoju, odstawia papcie na ich miejsce...wesolo klaszcze w dlonie i wraca gotowy do spaceru. Matka oblewa sie rumiencem...wstyd, wstyd, wstyd, zeby niespelna poltoroczne dziecko musialo uczyc Cie porzadku.

piątek, 22 listopada 2013

NIEJADEK???

   Zaczne od tego, ze nigdy nie mielismy problemow z jedzeniem. Pomijam, rzecz jasna, okres hospitalizacji i ten krotko po, bo wtedy Steffi nie tyle odmiawial jedzenia co nie dawal rady skonczyc tego co zawierala butelka i zasypial wykonczony...tu dala o sobie znac dysplazja oskrzelowo-plucna. Wspomagany lekami na dysplazje i refluks (bo i to nas dopadl) Steffi z czasem zaczal ladnie wypijac mleko. Nadeszlo rozszerzenie diety - poszlo idealnie. Steffi swietnie zareagowal na zmiane konstystencji i lyzeczke. Nasz pierworodny praktycznie od pierwszego dnia zjadal cale przygotowane danie, az pediatra przecierala ze zdziwienia oczy. Wprowadzalismy nowe produkty...jagniecina, mieso z krolika, kurczak, indyk, ryba, fasola - jadl wszystko bez mrugniecia okiem...Zewszadz dochodzily nas 'ochy' i 'achy' - jak On pieknie je.

 Gdybym to ja teraz mogla powiedziec 'Jak on pieknie je'. Stopniowo zaczelismy wprowadzac coraz to nowe konsystencje i do pewnego momento szlo sprawnie...do czasu az zamiast tradycyjnej zupki (gestej, ze az lyzka stoi) Steffi, wydawac by sie moglo, ze awansowal i dostap talerz makaronu dla dzieci...jedna lyzeczka i zeby zacisniete i ryk...to samo z pulpecikami...i rybka...Dawalismy mu makaron z kremem z groszku (bleee)...z philadelfia (bleee)...pomidorem (pol bleee)...pomidorem i tunczykiem (raz ladnie zjadl...ostatnio i to jest bleee). Rece opadaja...Mysle, szperam po internecie i dochodze do wniosku, ze moze jeszcze nie jest gotowy na takie dania???....a moze jest leniwy i nie chce gryzc???...a moze zdrobil sie z niego niejadek? a moze jest juz taki wybredny???

Jednoznacznie nie potrafie odpowiedziec na nurtujace mnie pytania...bo on biszkopta, chleb, rogalika i 'Mleczna kanapke' i szynke gotowana ladnie pogryzie i je z przyjemnoscia...gruszki, jablka, makaronu, miesa nie chce.  Probowalismy brac go na przetrzymanie, na glod - nie dziala i ostatecznie dostaje swoja papke bo przeciez dziecko nie moze caly dzien nic nie jesc. Troche mnie to martwi...dzis idziemy na kontrole do pediatry to zagadam ja na ten temat. Co ja sie jednak nadenerwuja to moje.

Nie wiem czy moze wybralismy nieodpowiedni moment na wprowadzanie produktow bardziej wymagajacych bo Steffi jest z fazie wychodzenia zebow trzonowych i jak patrze na jego dziasla to plakac sie chce...moze dlatego nie chce gryzc niektorych rzeczy...tylko znowu inne gryzie...chleba to by zjadl pol bochenka. Ratunku....

poniedziałek, 18 listopada 2013

Versatile Blogger Award

   
Bardzo dziekuje Mamilli za nominacje. Oto 7 faktow, ktorych raczej o mnie nie wiecie :)

1. FOBIE
- Panicznie boje sie latac!! I to stwierdzenie, ze panicznie wcale nie jest przypadkowe. Zdarzylo mi sie bowiem miec i atak paniki podczas wyjatkowo turbulencyjnego lotu - z niekontrolowanymi lzami cieknacymi po policzkach. Byl czas, ze wspomagalam sie persenem. No i wiem ile rozancow mozna odmowic na trasie Rzym - Gdansk ;)
 - Zdecydowanie nie jestem milosnikiem pewnych gadow...pelzajacych i syczacych. Znalezienie owego w przegladanym czasopismie lub TV skutkuje glosnym krzykiem, drgawkami i dalekim lotem czasopisma.

2.AU - PAIR - jako studentka, podczas wakacji dwa razy pojechalam zdobywac doswiadczenie zyciowe jako opiekunka. Gdzie? Do Wloch - podczas drugiego pobytu poznalam M. :)

3. WLOSY - kilkukrotnie zdarzylo mi sie uczestniczyc w castingach na modelke wlosow...w konsekwencji czego, mialam na glowie chyba wszystkie kolory teczy, a nawet i cos wiecej, zdarzyl sie i delikatny fiolet i rudy...

4. RECE I PAZNOKCIE - mam fisia na punkcie czystych rak i paznokci. Potrafie je myc co 5 minut, a tzw. zaloba przyprawia mnie o dreszcze.

5. TELENOWELE - ogladalam, a co!! I razu pewnego, wraz ze znajomymi z liceum, nakrecilismy wlasna, taka z przymrozeniem oka :) Zabawa byla przednia.

6. NUDZIARA -  roku szkolnego pewnego, zdarzylo mi sie nie miec ani jednej nieobecnosci...a szczerze probowalam sie rozchorowac traktujac moje cialo zimnym prysznicem i chyba sie zahartowalam :D

7. NIESMIALA A SZALONA - Z natury jestem niesmiala, ale tez troche szalona. Potrafie walczyc jesli w cos wierze...aby ratowac milosc spakowalam walizke, wsiadlam do samolotu i napisalam sms 'o 19 na dworcu' :)


Nominuje wszystkich, ktorzy maja ochote zdradzic male co nieco o sobie :) Zwlaszcza mamuski, ktorych blogi namietnie czytam - patrz pasek po prawej :) Wybaczcie, ze nie wymieniam kazdego z osobna, ale Steffi juz mi wlazl na kolana... 

czwartek, 14 listopada 2013

LUNAPARK

Przelom pazdziernika-listopada - na ta chwile czeka chyba kazde dziecko z naszego miasta.  Tradcyjnie juz, w tym wlasnie okresie, przyjezdza do Perugii lunapark. Jako mala dziewczynka, z powodu okropnych zawrotow glowy, sama niewiele korzystalam z tych atrakcji. Mimo to pamietam jaka byla radosc jak wesole miasteczko zawitalo do mojego rodzinnego miasta...Steffi jest jeszcze za malenki aby swiadomnie ciagnac rodzicow na karuzle...tak wiec rodzice sami go zaprowadzili :) i warto bylo bo radosc pierworodnego byla ogromna :) Usmiech natomiast na tyle szeroki, zeby przekonac rodzicow do ponownego sie tam udania... darmowe bilety stanowily dodatkowy bodziec :)

ciuchcia...

Mammi na dumbo ;)

Pierwszy konik...

....drugi....

...no coz, Steffi szcezgolnie upodobal sobie koniki :)

wtorek, 12 listopada 2013

JESIEN

  Jesien, przyszla i do nas... Nie lubie tej pory roku...za szarosc, za deszcze, za wiatr, za krotkie dni, za temperatury poznizej 20°C, za to jak wplywa na moj humor, za to, ze nic mi sie wtedy nie chce...

Gdyby nie fakt, iz wielkimi krokami zblizamy sie do polowy listopada to rzeklabym iz przyszla niespodziewanie...dokladnie, praktycznie z dnia na dzien - rzecz jasna przyszla w najmniej odpowiedniej chwili...gdy maminia na 8:00 musiala stawic sie w gabinecie lekarskim ulokowanym po drugiej stronie miasta. Pobudka miala byc wczesna....a byla bardzo wczesna. Dziekuje ex-lokatorom z pietra wyzej, co to 'wspanialomyslnie' zostawili na balkonie wiadro, ktore bawi sie w berka z wiatrem...i co chwil kilka, ma bliskie spotkania pierwszego stopnia z balkonowa bariera...tak, tak dziekuje za to cudowne 'brzdek'!!

O 5:30, po polgodzinym przewracaniu sie z boku na bok, matka stwierdzila, ze juz nie usnie i ociezale zwlekla sie z wyra...kawa, kanapka, ''krowie obowiazki'', podklad, co by troche koloru nabrac i nie wygladac jak ofiara przemocy w rodzinie (siniak pod okiem wciaz sie dzielnie trzyma)...by juz o 7:11 zmarznieta siedziec w autobusie...rzecz jasna ciepla kurtka zostawla w szafie zeby pierworodnego nie budzic, a czapki, szaliki itp...siedza sobie pieknie w garazu. I jakby wstretna pogoda...z wiatrem, ulewa, chlodem nie byla wystarczajaca jak na poniedzialkowy poranek to centralnie przed budynkiem, gdzie podazala mamina, wiatr obalil drzewo i zablokowal droge...Mammi wysiadla kilometr wczesniej i podazyla pieszo by juz po 30 sekundach zostac totalnie ochlapana przez pierwszy nadjezdzajacy samochod...i miala wtedy swiecie dosc...
Wizyta u alergologa trwala doslownie 5 minut, w miedzy czasie drzewo usunieto z ulicy i droga powrotna minela bez zbednych atrakcji. A w domu szybkie moczenie zmarznietych stop (cieplejsze buty rzecz jasna tez w garazu) i ciepla herbata z cytryna i witamina C i matka padnieta..tata pojechal do pracy na caly dzien...a syn wyspany i wypoczety do brojenia gotow...wieczorem mammina polozyla glowe obok glowki pierworodnego i chyba tylko przez przypadek nie usnela jako pierwsza :) Nie, nie, zdecydowanie nie lubie jesieni!!

piątek, 8 listopada 2013

BUZIACZKI

 Czy jest cos piekniejszego niz uslyszenie po raz pierwszy z ust dziecka 'mama'...Dla mnie tym czyms jest okazywanie milosci przez maluszka. Czasami zdarza mi sie mowic: ''Steffi, przytul mame'' a on nic, wiec dopytuje czy choc troche kocha to swoja chwilami nerwowa rodzicielke...i kilka dni temu serce moje przepelnila ogromna radosc, bo male raczki najpierw poglaskaly mame po twarzy (co robia juz od dawna) i zaraz po tym w bonusie dostalam buziaka :) Co prawda policzek moj wygladal wtedy jakby mnie pies oblizal, ale nie to jest najwazniejsze :D Ach...jak ja kocham tego mojego lobuza...

 Zeby jednak nie bylo za pieknie, to dzien pozniej dostalam z glowki i mam wrazenie, ze moje oko   przybiera po kolei wszystkie kolory teczy...dzis kroluja fiolet i zolc, wiec mam nadzieje, ze to juz ostatni etap.

poniedziałek, 4 listopada 2013

PUDELKO SKARBOW

Robienie porzadkow sluzy wspomnieniom....ostatnio znalezlismy zablakana pare stefolinkowych skarpetek...bielutkie, maciupenke bo jeszcze z czasow szpitalnych...powedrowaly prosto do pudelka skarbow...i tak sie zaczelo ogladanie...przytulanie...podziwianie i krecenie z niedowierzaniem glowa, ze on byl kiedys taki 'mini'. I pomyslec, ze on i do tych ciuszkow musial dorosnac a i tak sie w nich 'topil'...

rozmiar 46


Sprawca calego zamieszania...i moja ukochana czapeczka :)




Maly kiedys za duzy, a teraz duzy juz przykrotki ;)

I jeszcze slow kilka o czapeczce. Byla to pierwsza rzecz jaka kupilam synusiowi po porodzie...ile razy na nia patrze to lza mi sie w oku kreci...patrze na nia i mam przed soba ten obraz:

u taty na reku :)

To byl jego ostatni dzien w 'szklanym domku'. Dzien pozniej wchodzac na UTIN oczom naszym ukazal sie pusty inkubator...a z lozeczka obok wystawala tylko ta czapka :)

czwartek, 31 października 2013

Nuda

Co to jest nuda? Jak ja kiedys tego nie znosilam...a teraz, czasami marze o tym aby sie troche ponudzic. Nic z tego, synus od samego rana dba o to, zeby mama sie nie nudzila jak tata idzie na caly dzien do pracy....dzien o samego poczatku zapowiadal sie ciekawie - pobudka, jak nigdy, o 6:45 (gdzie zwykle wstaje ok. 8:30)...tak tylko, ze dzis na 8:30 pierworodny mial juz inne plany...plany jakze wyszukane - przykleszczyc sobie palce szuflada. Ojjj lez bylo duzo, raczki pod zimna woda trzymac nie chcial...matka przerazona widzi dwie wyrazne krechy na tych malych paluszkach...czy aby palce cale?...czy nie zlamane? - ale jak to zweryfikowac u tak malego dziecka?...Matka Polka na obczyznie pyta wiec pierworodnego: 'boli kochanie, gdzie boli?' Pierworodny skinieniem glowy potwierdza, ze i owszem boli...i trzyma sie za glowe'. Nie ma co...przykleszczyl palce a boli glowa...wiedzialam, ze cialo ludzkie moze zaskakiwac, ale zeby az tak!!

Pol godziny pozniej matka spojrzala w lustro i sie przestraszyla - kazdy wlos w inna strone...w takich momentach najbardziej zaluje obciecia wlosow - bo szybkie zwiazanie w kitka fajnie rozwiazywalo problem. Grzebie wiec we wlosach, przy okazji nakladajac na twarz urode z roznych czesci lazienki...synus siedzi obok w wozku...i nagle okazuje sie, ze poranna przygoda z szuflada niczego Go nie nauczyla - matka lapie w locie lazienkowa szafke chroniac syna swego przed przygnieciem i guzem, przy okazji zonglujac spadajacymi tubkami, buteleczkami, wacikami...syn kwituje wszytsko niewinnym usmiechem a zgrzana mamuska, ciezko oddychajac podsumowuje poranek sms do M. 'jak dzis na zawal nie zejde to bede szczesliwa'.

Teraz dopijam kawe, bo moja mala bestia zapewne zaraz sie obudzi gotowa do dalszego brojenia i testowania wytrzymalosci fizycznej i psychicznej rodzicielki :)

środa, 30 października 2013

NO I CZTERY LITERY...

Nasze zimowe plany coraz bardziej sie rozmywaja. Kiedys nie wyobrazalam sobie Swiat Bozego Narodzenia z dala od rodzinnego domu...tymczasem juz dwa ostatnie zmuszona bylam spedzic na obczyznie. Pierwszy raz jak zaszlam w ciaze,  bylam w drugim miesiacu i nie bylam w stanie dojsc nawet do lazienki...i tak zamiast ladowac w Gdansku, wyladowalam w szpitalnym lozku na oddziale ginekologiczno-polozniczym. Pomyslalam wtedy, ze trudno - polecimy wszyscy razem za rok. Plany planami a zycie toczy sie swoim torem...przedwczesny porod, juz w polowie maja dal znac, ze na swieta do Polski nie polecimy.  W tym roku mialo byc inaczej. No wlasnie mialo!!
Najpierw przyszla informacja, ze ze wzgledu na ciecia w sluzbie zdrowia Steffi nie zalapal sie na Synagis, ktory dosc istotnie pomagal nam w ubieglym roku chronic Go przed ludzkim syncytialnym wirusem oddechowym. Hmmm, jakos to przyjelam bo co innego mi pozostaje...choc juz tu wizja lotu do Polski, zima w zatloczonym samolocie, pelnym kichajacych i kaslajacych ludzi, zaczynala sie oddalac. Nie powiedzielismy jednak stanowczego 'NIE' i tak postanowilam zerknac jak taka podroz przekladalaby sie na nasze finanse...i SURPRISE - nasz lot Rzym-Gdansk zostal zawieszony!! Coooo, nie rozumiem polityki lini lotniczych - Rzym wydawal mi sie zawsze dosc popularnym kierunkiem...nigdy nie zdarzylo mi sie na tej trasie leciec pustym samolotem. W dodatku ten nieszczesny Gdansk to jedyne lotnisko na polnocy Polski...alternatywa jest Rzym - Warszawa lub Mediolan  - Gdansk. Tylko obie opcje sa dosc ciezkie do zrealizowania, zwlaszcza z malym dzieckiem...i ta cena, na dzien dzisiejszy 140euro na glowe w 1 strone. Niby kryzys a ceny jak z ksiezyca...najzwyczajniej w swiecie nas na taki luksus nie stac.
Biale swieta chyba trzeba bedzie odlozyc o kolejny rok...no chyba, ze stanie sie cud i wygramy w totka badz w Perugii w Swieta snieg spadnie. Sama nie wiem co jest bardziej prawdopodobne. Ehhh...Rozczarowana ja i rozczarowana bedzie i moja rodzina :(

wtorek, 29 października 2013

WOLNIEJ PROSZE

  Niedawno byl wrzesien...a tu juz koniec pazdziernika i praktycznie wkraczamy w listopad...Minelo niepostrzezenie, moze dlatego, ze pazdziernik byl mozno zabiegany...poczatek listopada rowniez zapowiada sie intensywnie...Zmiana czasu raczej nie robi na nas wrazenia...choc nie lubie jak juz o 18 robi sie szaro-buro...nie lubie krotkich dni...bo my lubimy przebywac na dworzu...chodzic na spacery i grac w pilke!! Pogoda poki co dopisuje, pokusilabym sie o stwierdzenie, ze na zewnatrz mamy cieplej niz w domu (22°C) a na dworzu w sloncu 25°C...mama sie przeprosila z T-shirtem i korzystamy ile sie da :)  Dzis rano slonko niestety schowalo sie za chmurami, ale w pilke i tak pogralismy :)

Mamo, mam ja...

...prosze!!


piątek, 25 października 2013

STEFI DORASTA...

Miesiac uczeszczania na 'grupe' i dwa razy w tygodniu ten okropny placz...lzy... i wyciagniete rece. Szczerze zaczynalam watpic, ze to kiedykolwiek sie zmieni...mowiono nam, ze to kwsetia czasu...ze to normalne, ale ze ustapi...W srode bylo znacznie lepiej...zaplakal, ale nie bylo juz potoku lez...a dzis...podal ladnie pani fizjoterapeutce reke i poszedl - bez placzu, bez lez. Mama, pesymistka z natury, nasluchiwala jak to zapewne w polowie korytarza jej pierworodny zaleje sie lzami...ale nic z tych rzeczy. Po godzinie przyszedl wraz z innymi dziecmi a dumna mama uslyszala 'Stefano dorasta' :) Obym jedna nie chwalila dnia przed zachodem slonca!!

środa, 23 października 2013

''Quality Time''

   Kilka tygodniu temu, za posrednictwem jedengo z portali spolecznosciowych, dostalismy zaproszenie na impreze urodzinowa znajomej M. jeszcze z czasow liceum. Przynajmniej wydawalo nam sie, ze dostalismy - w liczbie mnogiej, trzyosobowej rodziny. Na chwile obecna to juz nie jestem taka pewna czy zaproszenie to obejmuje jedynie M. czy tez i ogon w postaci zony. Stwierdzilismy, czemu nie - nie wychodzimy za czesto, a tu spotkamy sie ze znajomymi, rowniez tymi, ktorych nie widujemy za czesto...solenizantka na codzien mieszka w Nowym Jorku. Odpisujemy, ze sie piszemy na impreze, o ile nie bedzie nieprzewidywanych akcji...Po otrzymanej odpowiedzi zrobilo nam sie nieco przykro, jakos niesmacznie...'Bardzo sie ciesze...licze na to, ze wpadniesz (zwracam uwage na liczne pojedyncza), ale 'no children', bo to kolacja w intymnym gronie, na siedzaco przy stole a potem tance. Hmmm, czyli moj maz nalezy do wybranych...co do mnie to mam juz mocne watpliwosci....natomiast nasze dziecko wyraznie nie jest mile widziane...I jakos tak, z wydarzenia na ktore poszloby sie z mila checia zostal jedynie niesmak...M. nie ma juz najmniejszej ochoty isc, bo skojarzylo mu sie to dosc snobistycznie...jakby mial przechodzic selekcje przy drzwiach 'Ty tak...a Ty nie'. Doskonale rozumiem, ze nie kazdy ma dzieci i nie kazdy musi je lubic...ale wyrazny zakaz przyprowadzenia dziecka wydal nam sie dosc przykry. My nie mamy komu zostawic naszego skarba...w sytuacji alarmowej na chwile ktos by sie znalazl, ale urodziny znajomej do takich nie zaliczamy. Poza tym, jeszcze w czasach bezdzietnych...czy wrecz sprzed zamazpojscia nigdy nie przeszkadzala mi obecnosc dzieci. Wierzcie mi, nie jestesmy osobami, ktore jak nakrecone gadaja tylko o swoim potomku.
Wraz z odpowiedzia przyszlo oficjalne zaproszenie...strona internetowa....cos w stylu fejsowego eventu, tylko lepiej dopracowane graficznie...czytam, ze solenizantka chce spedzic 'quality time' (tak to pewnie mowia na Manhatanie) z osobami jej najblizszymi...az mi sie w odpowiedzi na usta cisnelo, ze dla mnie czas spedzony z moim Stefim to wlasnie jest 'quality time'!!


Tymczasem w niedziele idziemy na chrzciny...tam chca nas wszystkich :) :)

poniedziałek, 21 października 2013

ksiazkozerca

Stefi po raz pierszwy dzis zwymiotowal (nie licze wczesniejszego ulewania)...
KSIAZKA...
tak tak dobrze widzicie ksiazka*!!
Ja to przez tego mojego urwisa kiedys na zawal zejde!!
Ehhh.....

* ksiazka to byl czynnik wywolujacy, zjadl jej na tyle duzo, ze podraznila/utknela w gardle i reszta jak wyzej :(

niedziela, 20 października 2013

DO ODWAZNYCH SWIAT NALEZY

Czyz nie? Tylko, ze pozniej to wlasnie Ci odwazni placza. Wlosy mialam zniszczone przygotowaniami do slubu, glownie dekoloryzacja. Nadeszla ciaza, brak koloryzacji i burza hormonalna zrobily swoje - wlosy staly sie silne, nie lamaly sie i nie wypadaly. Po kilku miesiacach od porodu problem wrocil w jeszcze powazniejsztm wydaniu. Podobno wiaze sie to rowniez z karmieniem piersia.Wlosy znow zaczelam widziec doslownie wszedzie...nawet Stefi zaczal je z podlogi zbierac i mi przynosic. Po myciu wypadaly mi garsciami...co prawda odrastaja, ale stoja na czubku glowy jak druty. Ampulki wzwacniajace niewiele pomagaly. Od tygodnia biore tabletki przepisane przez lekarza rodzinnego i czekam na efekty. Tyle tylko, ze wlosy moje staly sie bardzo slabe, wiec postanowilam, ze tniemy...tak konkretnie. Fryzura wybrana...mialo byc asymetrycznie - z jednej strony bardzo krotko, z drugiej  nieco dluzsze. Poszlo...i nawet mi sie podobalo. Po powrocie do domu zaczelam sie przegladac i przegladac i zaczelam dostrzegac niedociagniecia w strzyzeniu...im dluzej sterczalam przed lustrem tym bardziej zniechecalam sie do nowej fryzury. M. przekonywal, ze mu sie podoba, ale mnie cos nie pasilo...i tak cos z tylu podcielam, przedzialek i grzywe przerzucilam na druga strone i moge na siebie patrzec...w sumie to nawet mi sie podoba  :) (przez kilka lat nosilam krotkie wlosy, zdarzylo mi sie nawet mniec krotsze niz obecnie). A z tylu - hmm, powiedzmy, ze w tym wypadku nieposiadanie oczu z tylu glowy jest dla mnie na plus ;)
No coz, do odwaznych swiat nalezy...wlosy odrosna, mam nadzieje, ze w lepszej formie niz te, ktore wczoraj pozegnalam!! I naturalnie od wczoraj zapuszczam :D

piątek, 18 października 2013

DECYZJA

Bronilam sie jak moglam przez ponad 13 lat, ale od zawsze wiedzialam, ze ten dzien kiedys nadzejdzie...no i nadszedl - mama zapisala sie na kurs prawa jazdy!! Nie powiem zeby z wlasnej nieprzymuszonej woli...co to to nie!! Z koniecznosci...Gdybym jako 18latka miala ten sam rozum co teraz to pewnie prawo jazdy mialabym juz w kieszeni...a ja nie chcialam, bronilam sie...rodzice poczatkowo naciskali, potem odpuscili bo twardo sie bronilam. Czemu? Najzwyczajniej w swiecie sie balam...w wieku 7 lat uczestniczylam w wypadku samochodowym - kierownica sie zablokowala i cala rodzina skonczylismy w polu, auto koziolkowalo kilkukrotnie i zatrzymalo sie na dachu...drzwi sie zablokowaly. Pamietam moj krzyk, ze siostrze siostrze z twarzy krew leci...pamietam krzyk mojej mamy 'Kazik, zyjesz????'...pamietam placz...i ludzi, ktorzy nas wyciagali. Samochod poszedl na zlom, ale my wyszlismy z tego calo...bez powazniejszych obrazen, bez hospitalizacji. Ktos nad Nami wyraznie czuwal!! Wyszlam z tego wypadku bez obrazen fizycznych, ale mocno sie to odbilo na mojej psychice i nastawieniu do pojazdow czterokolowych.  Siostra w wieku 17 lat poszla na prawo jazdy aby jak tylko wkroczy w pelnoletnosc zapisac sie na egzamin. Ja zdobylam sie na ten krok dopiero po studiach, aczkolwiek podeszlam do tego bez serca...dla swietego spokoju, bo i tak nie bede jezdzic...nie chce...boje sie!! Egzaminu nie zdalam, nie do konca z mojej winy i odpuscilam.
I sprawa wrocila...bo aby znalezc prace to prawo jazdy to praktycznie koniecznosc...i zawsze musze prosic meza jak chce sie wybrac na wieksze zakupy (M. i centra handlowe wyraznie sie nie lubia)...a to zawiezc pierworodnego na kontrole. Zawsze jestesmy zdani na czyjas laske lub nielaske. Ponadto rodzice w Polsce wyprowadzili sie za miasto (siostra rowniez) i bez prawka ciezko.
Klamka zapadla...i jak tylko zona powiedziala OK, maz polecial na poczte porobic oplaty, zanim zona po raz kolejny sie rozmysli. We Wloszech sprawa prawa jazdy wyglada nieco inaczej niz w Polsce - kurs nie jest obowiazkowy, do stycznia bierzacego roku nawet wykupywanie jazd nie bylo obowiazkowe (obecnie jest 6h obowiazkowych). W zalozeniu mialam podchodzic do egzaminu na prywaciarza, jedynie wykupic jazdy w szkole...w szkole jazdy byla jednak promocja na pakiet, z ktorej zal bylo nie skorzystac i tak oto pierwsza lekcje teorii mam juz za soba. Zajecia wydaja sie byc dobrze prowadzone, wiec o ile czas i syn pozwola postanowilam na nie uczeszczac.

Ale o powyzszym to cicho sza, bo to nasza slodka rodzinna tajemnica ;) A tak na powaznie to nikomu nic nie mowie, bo zaczna sie ciagne pytania jak idzie, kiedy egzamin itp...a tak jak zdam to sie pochwale i bedzie niespodzianka :)