czwartek, 6 czerwca 2019

O sole mio...

Kochani, mamy słońce. I to, w końcu, na dłużej niż 48h. Oj spragnieni wszyscy byliśmy też naturalnej witaminki D. Sprawdziło się jednak, to czego się spodziewaliśmy - wiosny w tym roku było niewiele, by nie rzec wcale. Praktycznie z kurtek (jesiennych) przerzuciliśmy się na krótki rękaw. Włosi, jak to włosi, bardzo ostrożnie podchodzą do zmian sezonowych i co niektórzy wciąż śmigają w swetrach/kurtkach/bezrękawnikach. Ja się przełamałam wczoraj i w końcu wystawiłam moje bledziochy na świat. Wszak 27 stopni zobowiązuje.

Niestety na sam koniec sezonu chorobowego, pochorowalismy się wszyscy i naturalnie nie razem, a po kolei. Najgorzej! Najpierw Stefano, potem M., tydzień później ja, a stawkę zamyka Luca, któremu od wczoraj leci z nosa zielony glut, aż niemiło!

W piątek kończy się umbryjski rok szkolny. Nie ma tu uroczystej gali na zakończenie roku, apelu pod krawatem ani nic w tym stylu. Do piątku włącznie, dzieciaki wędrują do szkoły z plecakiem. Tyle tylko, że gdy o 13:00 ostatni dzwonek obwieści konieć zajęć, zacznie się szaleństwo - starsi zwykle mają bitwę wodną (obrzucają się balonikami z wodą) lub obsypują się mąką.

No, ale nie myślcie sobie, że koniec roku może przejść bez echa. Co to, to nie. W ubiegłym tygodniu odbył się koncert szkolny, w wynajętej przez szkołę sali kongresowej. Było pięknie i wzruszająco. A po nim udaliśmy się do restauracji na kolacę klasową. Szczerze nie lubimy takich spędów, ale musze przyznać,  że było miło.
Bardzo wzruszający był również wiwat jaki dzieciak sprawiły nauczycielkom. Głośny i długi aplauz/uderzanie pięsiami w podłogę z równoczesnym okrzykiem - MAESTRE - MAESTRE - MAESTRE!!!


 Po tym wszystkim dyrektorowi ciężko było dojść do głosu i wtedy do mikrofonu podchodzi wychowawczyni klasy Stefano i spokojnym głosem (prawie szeptem) rzuca ''kochani, a teraz policzę to trzech  i cissssza.... UNO...
Na ten JEDEN, już była taka cisza, że można było usłyszeć przelatującą  muchę! Jestem pełna podziwu. Mi ciężko spacyfikować jednego Stefano, a Ona tak przycjacielsko, jednym krótkim słowem, uciszyła 250 uczniów.

Dziś pierwszaki są na wycieczce, po której nauczycielkom zostanie wręczony skromny prezent - bon do sklepu papierniczego.

Świadectwa natomiast dostaniemy dopiero 20 czerwca, bo tutaj praktycznie do ostatniego dnia szkoły można zmienić ocenę końcową.





Wracając jednak do lata, to w niedzielę wyruszamy nad morze. Wyciągnełam wciąż pochowaną w pudłach, odzież letnią i zgadnijcie?! No nie mam się w co ubrać!!! Dobra, żartuję sobie trochę, ale po szybkim przeglądzie garderoby, sporo poszło na Caritas. Część ciuchów zalegała w pudłąch od dwóch lat, bo najpierw ciąża, a potem karmienie piersią (karmię cały czas, ale za dnia nie ma już konieczności wyciągania cyca co 15 minut) i trochę mi się ciało zmieniło.

Dzieci już nieco obkupione, choć z większym szaleństwem czekam na lipcowe wyprzedaże. Nie powiem dziwnie się kupowało sandały, gdy temperatura za oknem wskazywała 15 stopni, a i tak już były nieco przebrane. Obuwie letnie dla dzieci zwykle kupujemy w sklepie firmowym przy fabryce Primigi - po prostu jedziemy i bez nie wychodzimy. Sandały są skórzane, dobrej jakości i o ile stopa nie urośnie, wytrzymują cały sezon. Za dwie pary zapłaciliśmy 50euro (cena outletowa). Plusy posiadania fabryki w mieście.

Na weselu bylim i było spoko, choć cały czas miałam jakieś takie dziwne wrażenie, jakby... Sama nie wiem, ciężko mi to nazwać. Mój mąż twierdzi, że on nic podobnego nie odczuł, więc to zapewne moja styrana psychika :)
Lokalizacja była cudna, zamek na wzgórzu z fenomenalnym widokiem na okolice. Była to jedak typowo włoska posiadówa. Około 23 zaproszono nas na taras, na krojenie torta i przemowy. Dzieci były już dość umęczone, więc postanowiliśmy się pożegnać, ale jak Stefano nie ruszył nic z kolacji, tak zapalił się na tort weselny. Gdybym wtedy wiedziała, że na ten tort przyjdzie nam czekać ponad godzinę to chyba bym wolała kupić mu cały taki tort ;) Młodzi. owszem, tort pokroili, ale wówczas zaczęły się przemowy, iśćie w stylu angielskim  - najpierw mama Panny Młodej, następnie 3 czy 4 siostry, brat, świadkowa, druhna, koleżanki z pracy i nie wiem kto jeszcze. A jeszcze dodatkowo dostałam opierdziel (wraz ze znajomą) od jednego z gości (zagranicznych), że mamy śmiałość szeptem rozmawiać 50 metrów dalej, zamiast wsłuchiwać się w przemowy.  Z całym szacunkiem początkowo stałam i słuchałam i nawet klaskałam na koniec, ale ludzie drodzy przez godzinę każdy ogłszał to samo. Poza tym nie byłyśmy odosobnionym przypadkiem. Po torcie był pierwszy taniec i dopiero po nim włączono muzykę do tańca (około północy, salę trzeba było opuścić do 2), ale my zgodnie z planem się podziękowaliśmy Młodym i wyszliśmy.
Trochę szkoda, że muzyki nie załączono wcześniej, choć na chwilę, dzieciaki na pewno bawiłyby się znacznie lepiej. Dorośli myślę, że również, bo takie kilkugodzinne posiadówy są naprawdę męczące.




Do usłyszenia :-)

piątek, 24 maja 2019

Co u nas...

Chciałabym pisać regularnie, bo później mnóstwo spraw mi umyka, ale na tym etapie jest to dla mnie niewykonalne. Kiedyś miałam chwilę czasu (godzinkę czy nawet dwie) rano, ale te czasy już minęły i zapewne nie wrócą. Jak tylko otwieram laptopa, Luca rzuca wszystko by zacząć mi mazać paluchemm po ekranie i głośno nawoływać do załączenia youtube, by więc nie kusić go za bardzo ograniczam używanie komputera gdy jesteśmy sami w domu. Właśnie zrobiłam wyjątek i naturalnie młody, dla odminay, dorwał się do mojej komórki i już uszu mych dobiega melodia ''Veo Veo''. No ręcę opadają!!!

Post odnośnie mojej operacji jest już prawie skończony. Chciałabym go opublikować, bo dla mnie to swego rodzaju zamknięcie pewnego rozdziału mojego życia. 

Co poza tym? Całkiem sporo się działo/dzieje. 

Pod koniec kwietnia, korzystając z przedłużonej przez długi weekend przerwy wielkanocnej, byliśmy w Turynie. Pogoda była okropna, więc wyjeżdżaliśmy w nieco podłych nastrojach, ale nie żałujemy. Turyn nas zauroczył i bardzo bym chciała jeszcze tam wrócić, tym bardziej, że zostało nam jeszcze kilka rzeczy do zobaczenia.

Marzenia się spełniają. LEGO Store, największy we Włoszech :) 

Niektórzy z Was już wiedzą, że w lutym potwierdziło się to co od dawna podejrzewaliśmy, Luca ma zamknięty kanalik łzowy w lewym oku. Został wpisany na listę oczekujących na zabieg, co nieco skomplikowało wszystkie nasze plany. 
Zabieg nieskomplikowany, ale w znieczuleniu ogólnym, czego wolelibyśmy uniknąć. Z początkiem miesiąca, ustalono datę opercji (30 maja) a nas zaproszono na spotkanie z anestezjologiem. Nie wiem czy pamiętacie, ale Luca ma niewielkie szmery na serduszku (niedomknięte FOP i PDA), które same w sobie nie stanowią przeciwskazań do znieczulenia, ale ostatnie USG serca jest prawie sprzed roku, a anestezjolodzy woleliby jednak (słusznie) mieć wgląd do aktualnego. Niestety nie udało się przełożyć, zaplanowanej na październik kontrolii u kardiologa dziecięcego, więc zabieg odłożony na niewiadomo kiedy. Tymczasem, od połowy lutego oko przestało łzawić i generalnie nie wykazuje żadnych niepokojących symptomów, więc zdaniem pediatry możemy sobie odpuścić zabieg. Naszym zdaniem też, ale co na to okuliści? Na kwietniowej kontroli było lepiej, ale wciąż kwalifikowało się do sondowania. 

Jutro, 25 maja, idziemy na wesele. Wcale, ale to wcale nie mam na nie ochoty. Szczerze mówiąc, trochę mnie to wydarzenie stresuje. Raz, że pogoda - maj, w tym roku jest wyjątkowo okropny i najzwyczajniej w świecie nie mam się w co ubrać. A dwa... Dwa jest bardziej skomplikowane. O ślubie wiedzieliśmy już od ponad 2 lat, bo to jeden z najbliższych przyjaciół męża (M.  był świadkiem na jego pierwszym ślubie, u niego w domu też się poznaliśmy, gdy jako au pair opiekowałam się synem z pierwszego małżeństwa). I praktycznie od dwóćh lat słyszeliśmy opowieści o organizacji ślubu/wesela z wielką pompą - poszukiwania dogodnej lokalizacji, wedding planner itp. Rok temu otrzymaliśmy ''save the date'', a kilka miesięcy temu przyszło zaproszenie, bez dzieci. Wiem, że nie wszyscy patrzą przychylnym okiem na dzieci na tego typu imprezach, ale we Włoszech dzieci są świętością i wykluczenie ich z podobnego eventu jest uważane za wielki nietakt. A sposób w jaki nam to zakomunikowana jest dla mnie  naprawdę niestosowny. Otóż na kopercie, w której przyszło zaproszenie, czerwonym cienkopisem zostało wyraźnie zaznaczone - ilość osób zaproszonych 2. Poczuliśmy się urażeni, podobnie jak i inni rodzice z naszej paczki. Poźniej okazało się, że niektórzy w ogóle nie zostali zaproszeni i cała ta impreza zaczynała coraz bardziej przypominać snobistyczny event (wesele w pałacu, brak dzieci, konieczność przyniesienia zaproszeń w dzień ślubu) i zaczęłam się nawet zastanawiać czy będą nas przy wejściu legitymować. To wszystko sprawiło, że mimo iż wcześniej deklarowaliśmy naszą obecność, postanowiliśmy odmówić i nie ukrywać z jakiego powodu - nie mamy z kim zostawić dzieci! Kolega początkowo poczuł się urażony, ale zaproponował, że zrobi dla nas wyjątek i możemy przyjść z dziećmi. Odmówiliśmy, bo rodzin w podobnej sytuacji jak nasza jest więcej i nie byłoby to fair w stosunku do nich.  Kiedy Panowie wszystko sobie wyjaśnili i wydawało się, że sprawa zakmknięta, Pan Młody zaczął naciskać, podkreślając, że popełnili błąd wykluczając dzieci (że będą również inni z dziećmi) i że bardzo mu zależy na naszej obecności. Długo się wahaliśmy (M. generalnie nie lubi tego typu imprez i od początku wolałby zostać w domu) aż ostatecznie potwierdziliśmy naszą obecność. Bez przekonania, ale jednak.
Dodam tylko, że młodzi mieszkają w Londynie (skąd pochodzi Panna Młoda) i również goście zagraniczni zostali zaproszeni bez dzieci. Osobiście nie wyobrażam sobie zostawić dzieci w domu i lecieć gdzieś na wesele...

Od kilku dni, mam w domu siedmiolatka i wciąż nie mogę w to uwierzyć. Siedem lat to już całkiem poważny wiek ;) W miniony piątek, na przekór klątwom (piątek, 17-ego to tutaj taki polski piątek 13-ego) wyprawiliśmy synowskie urodziny. Imprezka była udana. Frekwencja dopisała, ponad 20 biegającej i głośno krzyczącej dziatwy (spoconej, tak że wyglądali jakby wyszli z pod  prysznica), wykończyło nas psychicznie i fizycznie ;)  W tym roku, udało nam się nawet utrafić z poczęstunkiem (ilością) i praktycznie nic się nie zmarnowało. W domu byliśmy dopiero kilka minut przed 21.

NUMBER CAKE na potrzeby domowe.

Tort urodzinowy

Za 2 tygodnie (7 czerwca) kończy się włoski rok szkolny. Przed nami ponad 3 miesiące laby. Przyznaję Wam, z ręką na sercu, że posyłając Stefano we wrześniu do pierwszej klasy, wiele miałam obaw. Jak się szybko okazało, niesłusznie.  Jak więc widzicie jesteśmy już na ostatkach, a jeszcze po drodze kilka dni przepadnie, 2 dni w związku z wyborami (szkoła jej siedzibą komisji) i 1 na wycieczkę. W związku z powyższym mamy i gorący okres w szkole, a to koncert na koniec roku, a to klasowa kolacja, a to prezent dla Nauczycielek (nie ma tu zwyczaju obdarowywania kwiatami).

Zaraz po zakończeniu roku, teoretycznie, jedziemy na tydzień nad morze. Piszę teoretycznie, bo jak patrze na to co dzieje się za oknem, to wszystkiego się odechciewa. Podobno tegoroczny maj jest najzimniejszy od ponad 50 lat, przez co nasza wiosna bardziej przypomina jesień.

Ci którzy śledzą mnie na instagramie wiedzą już, że szkoła Stefano zgłosiła się, i została wybrana, do ministerialnego programu ''Frutta e verdura nelle scuole'' (Owoce i warzywa w szkołach), mającego na celu promowanie zdrowej żywności wśród dzieci. I tak, od 2 tygodni, syn przynosi nam do domu skarby natury w ilościach niemal hurtowych - 480g przepysznego kiwi, tyle same jabłek i gruszek czy też marchewek. Gdyby tylko jeszcze chciał to jeść.

Skarby natury

Prawie bym zapomniała. Pod koniec kwietnia, po raz czwarty zostałam ciocią (moja siostra powiła swoje czwarte dzieciątko - małą Hanię). Poród marzenie, wciąż jesteśmy w szoku tempem - malutka przyszła na świat po 10 minutach skurczy (co minutę), za pierwszym skurczem partym!

A na zakończenie skarby, jakie otrzymałam z okazji Dnia Matki, który we Włoszech jest obchodzony w drugą niedzielę maja.  Przy okazji dowiedziałam się, że jestem jak truskawka, pachnąca i słodka (patrz drugie zdjęcie).





środa, 3 kwietnia 2019

Update

Kochani, dochodzę powoli do siebie, bardzo powoli, ale w końcu zaczynam widzieć poprawę! Szczerze Wam powiem, że nieco się zaskoczyłam - myślałam, że początek będzie cięższy, a potem to już górki, a było/jest wprost odwrotnie.

Przez dwa tygodnie czułam się i chodziłam jak staruszka (zgarbiona i powolna). Wciąż jestem ''napowietrzona'' i znacznie wolniejsza niż zwykle, ale poprawa jest.

Pogoda u nas była cudownie wiosenna, prawie letnia, ale jak na złość nie mogliśmy skorzystać, bo rozłożył nam się Luca - dopadła biedulę gorączka (w nocy przekraczająca 39 stopni). Innych objawów, poza pokasływaniem raz na jakiś czas, brak. Po zbiciu temperatury, wydawało się, że nic mu nie jest, ale dla świętego spokoju pojechaliśmy do pediatry - czerwone gardło. Jak nie przejdzie do jutra to musimy wrócić ponownie przebadać. Nie chce zapeszać, ale dziś już bez gorączki, choć humor ma taki, że bez kija nie podchodź. A do tego jeszcze zęby w natarciu, cztery trzonowe idą wszystkie razem.


Post odnośnie operacji się tworzy, bardzo powoli, ale się tworzy.

Trzymajcie kciuki abyśmy się wszyscy pozbierali, bo za niecałe 3 tygodnie mamy zarezerwowany hotel w Turynie i bardzo chcemy pojechać. Tak długo już nigdzie nie byliśmy, a taki wyjazd dobrze by nam wszystkim zrobił. Stefano, w końcu, spełniłby jedno ze swoich marzeń, jakim jest odwiedzenie LEGO Store. A do tego wyszperałam w internecie, że Museum Egipskie, organizuje laboratoria LEGO i już zarezerwowaliśmy miejsce dla syna. Naturalnie wszystko to pozostaje na razie w sekrecie, bo za dużo w tym wszystkim niewiadomych i nie chcemy by się Stefano nastawił a potem zawiódł.


Do usłyszenia

piątek, 15 marca 2019

Home sweet home

Dzięki wielkie za okazane mi wsparcie, kciuki i zdrowaśki. Miniu, dziękuję za maila - naprawdę miło mi się zrobiło!

Jestem już w domu, wypisano mnie wczoraj w południe. Łatwo nie jest bo roczne żywe dziecko nie idzie do końca w parze z rozciętym brzuchem, a syn naturalnie, po tym jak zniknęłam na prawie 3dni, nie odstępuje mnie (cyca) na krok.  Na szczescie jeszcze cały przyszly tydzień mam męża w domu.

To tyle . wkrótce postaram się napisać więcej.  Pozdrawiam
Ewa

czwartek, 7 marca 2019

Nadszedł ten dzień...

Mili moi, mam zaczętych kilka postów, ale coś nie mogę ich skończyć. Czasu mam niewiele i ciężko mi się teraz skupić.
Przyszły tydzień będzie dla nas niezwykle wymagający i stresujący.  Dzień na, który czekaliśmy od kilku lat, ma już datę - 12/03 (po południu). Kto chce i może, to proszę o zdrowaśkę albo i dwie. Kciuki też mile widziane. Z góry dziękuję!

Ewa

środa, 16 stycznia 2019

Grinch, świąt nie było!

Mogłabym napisać tradycyjne święta, święta i po świętach, ale nie napiszę. Tym razem będę orginalna i powiem ''Święta? A to jakieś święta były? Nic nie wiem!". Zapytacie o co chodzi? Już spieszę z wytłumaczeniem, Boże Narodzenie minęło nam tak, że nawet nie zdąrzyłam zauważyć, że było. Z jakiego powodu? Zawsze z tego samego - choroby.

No, ale po kolei.

Już w sobotę 15 grudnia, Stefano zaczął pokasływać, więc w ruch poszedł syrop i witamina C. W niedzielę uczestniczył jeszcze w urodzinach szkolnego kolegi, z których wrócił w naprawdę podłym humorze. Stwierdziliśmy, że świat się nie zawali jak dziecko opuści jeden dzień w szkole (miał to być 4 dzień ''wagarów'' od początku roku szkolnego, z czego 2 dni to były kontrole lekarskie), poinhalujemy i poobserwujemy w którą to idzie stronę. Niestety spektakularnej poprawy nie było, a dodatkowo wtorek przywitaliśmy z lekka podwyższoną temperaturą. Stefano nie miał na nic ochoty, nawet na youtube! Mąż wyrwał się z pracy i pognali do pediatry, gdzie w oczekiwaniu na swoją kolej syn usnął. Wiedzieliśmy, że nie wróży to nic dobrego. No i nie wróżyło - wrócił z gorączką powyżej 39 stopni i zdiagnozowaną grypą (na szczęście oskrzela czyste).  Jako że  na czwartek był zaplanowany koncert bożonarodzeniowy w szkole, na którym synowi bardzo zależało, zaczęła się nerwowa walka z czasem.             

Wtorek praktycznie wyjęty z życiorysu, temperatura wysoka, dziecko ożywiało się jedynie na chwilę pomiędzy poszczególnymi dozami paracetamolu. W środowy wieczór pojawiło się niewielkie światełko w tunelu (jedynie stan podgorączkowy), więc osateczną decyzję odnośnie koncertu odłożyliśmy na ostatnią chwilę, czyli czwartkowy poranek. Stefano obudził się w dobrym humorze i pierwsze co pobiegł sprawdzić godzinę, po czym obwieścił, że za 2h musi być w kościele (koncert miał miejsce w kościele obok szkoły). Już wcześniej postanowiliśmy, że jeśli uda się doprowadzić Stefano do ''stanu używalności'', to w tym roku na występy jadę ja (rok temu był M. gdyż ja byłam w szpitalu).  Biliśmy się nieco z myślami czy nie jechać w komplecie, ale Luca zaczynał pokasływać, a na sobotę mieliśmy zaproszonych gości na  kawę i jego urodzinowy tort.

Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, Stefi pojechał do szkoły jedynie na przedstawienie, po którym poszliśmy złożyć życzenia Paniom i wróciliśmy do domu.

W nocy (z czwartku na piątek) kaszel Luki zaczął robić się coraz bardziej konkretny. Z uwagi na poniedziałkowe prefestivo*, a co za tym idzie nieobecność pediatry aż do po świętach, spakowaliśmy potomstwo do samochodu i ruszyliśmy do lekarza. Oboje czyści!

*prefestivo - dzień przedświąteczny, czyli coś co doprowadza mnie do szewskiej pasji. Powiedźmy, że to taka dodatkowa sobota dla lekarzy. Dla mnie to wymysł totalnie niezrozumiały, mój mąż też z nim polemizuje, bo jak słusznie twierdzi on w dzień przdświąteczny do pracy iść musi, dlaczego więc lekarze mogą sobie robić legalne wagary. No, ale prawa nie zmienię!

W sobotę skromnie obchodziliśmy pierwsze urodziny naszego maluszka. Post z okazji pierwszych urodzin tutaj - Luca. Jaki jest!


W niedzielę zalało nas katarem, a że zaczął się rozkaładać i mój mąż, stwierdziliśmy, że najlepiej będzie jak święta spędzimy w domu. Wciąż gdzieś tam tliła się iskierkaa nadzieii, na bożonarodzeniowy cud i nagłe ozdrowienie, ale wtorkowy poranek całkowicie ją ugasił. Luca obudził się wcześnie i w podłym humorze, a wtedy chce tylko do mamy. Strasznie był niepocieszony, aż mi się serce łamało, gdy kilka minut przed 8, wychodziłam na kościoła. Gdy godzinę później wróciłam do domu, mały był cały usmarkany i wciąż we łzach. Nie isteresowało go nic poza mamą, na prezenty nawet nie spojrzał. Już wtedy włączyła mi się czerwona lampka. Gdy usnął i wsłuchałam się w ten jego jakby nieco płytki oddech, załączyła się i syrena. Godzinę później staliśmy w kolejce na pomocy doraźnej (wł. guardia medica).

Ludzi było sporo. Po cichu liczyłam, że może z uwagi na to, że mam małe dziecko uwieszone na ramieniu, ktoś nas przepuści, ale niestety nikomu to nie przyszło do głowy. Co więcej, doszło do jednej nieprzyjemnej sytuacji. Zaznaczam, że ja osobiście nigdy nie wpycham się w kolejkę, zawsze czekam i chętnie przepuszczam mamy z maleństwami.
W pewnym momencie jedna z oczekujących (około trzydziestoparoletnia) podeszła do mnie mówiąc, że rezygnuje i odstępuje nam swój numerek. Jak możecie sobie wyobrazić, nie wszystkim się to spodobało - gdy wchodziliśmy do gabinetu jedna z pacjentek (około czterdziestoletnia) zaczęła się burzyć i groźnie na nas patrzeć. Nie miałam ani ochoty, ani siły się kłócić, więc spojrzałam na nią i wyszeptałam jedynie ''Naprawdę? Prawdziwa magia świąt? Mam roczne, chore dziecko!'' Kochani, ja wiem, że ta Pani na pewno dobrze się nie czuła, bo w innym wypadku by jej tam  nie było, ale uważam również, że małe dzieci powinny mieć pierwszeństwo, przecież one same nie są w stanie nam przekazać jak się czują i rodzice sami nie są w stanie ocenić na ile poważny jest ich stan. Do domu wróciliśmy z diagnozą początku zapalenia oskrzeli. Przepisano nam inhalacje i jakby się nie poprawiało, albo doszła gorączka, włączenie do terapi również antybiotyku.

Po inhalacji synowi wrócił humor, nawet rosołek zjadł. I gdy wydawało się już, że jesteśmy na dobrej drodze do wyzdrowienia to w drugi dzień świąt wieczorem pojawiła się temperatura popwyżej 38 i znów ten ciężki oddech... I co teraz? Antybiotyk, tak czy nie? Przypomniało nam się wtedy, że przychodnia do której należymy oferuje ''pomoc doraźną pediatryczną'' - prywatną, odpłatną (50euro). Zadzwoniliśmy, spakowaliśmy się i pojechaliśmy - Luca został bardzo dokładnie osłuchany (prawie 10 minut), zmierzono mu poziom tlenu we krwi i okazało się, że jednak jest nieco lepiej.
Zalecono nam kontynuować dotychczasową terapię i za kilka dni udać się na kontrolną wizytę do naszej pediatry. Za kilka dni, czyli w piątek bo przecież w poniedziałek jest znów ''prefestivo''.

Tak właśnie spędziliśmy święta. Rodzinnie owszem, ale też i nieco nerwowo.

p.s. ''Na deser'' rozchorował się mój mąż i niestety on wylądował na antybiotyku!



środa, 9 stycznia 2019

Luca. Jaki jest!

Luca, synku nasz kochany, po cichu, skończyłeś pierwszy rok swojego życia. Jesteś bardzo wesołym, uśmiechniętym chłopcem. Łobuzem niesłychanym, nie przepuścisz żadnej okazji by zerwać Stefano okulary z nosa (jedną parę już zepsułeś). Mam wrażenie, że codziennie uczysz się czegoś nowego. Codziennie też wystawiasz na próbę moją cierpliwość. Jesteś zupełnie inny niż Twój starszy brat. On, spokojny i opanowany. Ty, żywe srebro.

Solenizant był nieco zszokowany.

Z całą pewnością jesteś wybitnym synkiem mamusi. Gdy rodzicielki nie ma w domu, szukasz jej i podobno chodzisz smutny, a zdarza się, że i popłakujesz sobie pod noskiem. Jak tylko odzywa się dźwięk domofonu (mama zawsze tak obwieszcza swój powrót) biegniesz sprawdzisz czy to ona i gdy widzisz jej twarz na ekranie videofonu, uśmiech pojawia się na Twojej buźce i tak właśnie ją witasz. Uwielbiasz się przytulać. Miłością ogromną darzysz swojego starszego brata. Myślę, że spokojnie mogę napisać, iż poniekąd jest on Twoim idolem. Jego powrót ze szkoły świętujesz ''tańcem radości'' - stajesz w miejscu i szybko przebierasz nóżkami (zupełnie jak w kreskówkach).

Selfie, jeszcze przed fryzjerem.
Stefi ma do Ciebie wiele cierpliwości. Nie ukrywajmy, początkowo nie był zachwycony Twoim pojawieniem się w rodzinie. Szybko się to jednak zmieniło i teraz skoczyłby za Tobą w ogień. Coraz częściej zaprasza Cię do zabawy, buduje Ci zamki z DUPLO, które Ty burzysz w sekundę.

Braterska miłość.
Gdy Stefano odrabia zadanie domowe, bardzo chcesz mu pomagać. Tak długo stoisz obok i krzyczysz, aż nie dostaniesz do ręki kartki papieru, ołówka i obowiązkowo gumki.

Cały ON!!! To zdjęcie idealnie obrazuje naszego maluszka.
Mając niecałe dziesięć miesięcy, zaskoczyłeś nas pierwszymi wędrówkami. Pierwsze kroki, dość niepewne, po kilku dniach przerodziły się w szybki  marsz, a następnie w bieg, czym przyprawiałeś matkę o zawał.  Wszędzie Ciebie pełno, zwłaszcza tam gdzie można nabroić. Jak tylko dojdzie Cię dźwięk otwieranych drzwi (zwłaszcza tych od łazienki i pokoju Stefano) zrywasz się na równe nogi i biegniesz w poszukiwaniu skarbów. To samo dzieje się gdy tata wstaje z kanapy, Ty wiesz, że to jedyna szansa by podraść mu telefon.


Kochamy Cię syneczku. Rośnij zdrowo i nigdy nie trać tego przesłodkiego uśmiechu.