piątek, 15 marca 2019

Home sweet home

Dzięki wielkie za okazane mi wsparcie, kciuki i zdrowaśki. Miniu, dziękuję za maila - naprawdę miło mi się zrobiło!

Jestem już w domu, wypisano mnie wczoraj w południe. Łatwo nie jest bo roczne żywe dziecko nie idzie do końca w parze z rozciętym brzuchem, a syn naturalnie, po tym jak zniknęłam na prawie 3dni, nie odstępuje mnie (cyca) na krok.  Na szczescie jeszcze cały przyszly tydzień mam męża w domu.

To tyle . wkrótce postaram się napisać więcej.  Pozdrawiam
Ewa

czwartek, 7 marca 2019

Nadszedł ten dzień...

Mili moi, mam zaczętych kilka postów, ale coś nie mogę ich skończyć. Czasu mam niewiele i ciężko mi się teraz skupić.
Przyszły tydzień będzie dla nas niezwykle wymagający i stresujący.  Dzień na, który czekaliśmy od kilku lat, ma już datę - 12/03 (po południu). Kto chce i może, to proszę o zdrowaśkę albo i dwie. Kciuki też mile widziane. Z góry dziękuję!

Ewa

środa, 16 stycznia 2019

Grinch, świąt nie było!

Mogłabym napisać tradycyjne święta, święta i po świętach, ale nie napiszę. Tym razem będę orginalna i powiem ''Święta? A to jakieś święta były? Nic nie wiem!". Zapytacie o co chodzi? Już spieszę z wytłumaczeniem, Boże Narodzenie minęło nam tak, że nawet nie zdąrzyłam zauważyć, że było. Z jakiego powodu? Zawsze z tego samego - choroby.

No, ale po kolei.

Już w sobotę 15 grudnia, Stefano zaczął pokasływać, więc w ruch poszedł syrop i witamina C. W niedzielę uczestniczył jeszcze w urodzinach szkolnego kolegi, z których wrócił w naprawdę podłym humorze. Stwierdziliśmy, że świat się nie zawali jak dziecko opuści jeden dzień w szkole (miał to być 4 dzień ''wagarów'' od początku roku szkolnego, z czego 2 dni to były kontrole lekarskie), poinhalujemy i poobserwujemy w którą to idzie stronę. Niestety spektakularnej poprawy nie było, a dodatkowo wtorek przywitaliśmy z lekka podwyższoną temperaturą. Stefano nie miał na nic ochoty, nawet na youtube! Mąż wyrwał się z pracy i pognali do pediatry, gdzie w oczekiwaniu na swoją kolej syn usnął. Wiedzieliśmy, że nie wróży to nic dobrego. No i nie wróżyło - wrócił z gorączką powyżej 39 stopni i zdiagnozowaną grypą (na szczęście oskrzela czyste).  Jako że  na czwartek był zaplanowany koncert bożonarodzeniowy w szkole, na którym synowi bardzo zależało, zaczęła się nerwowa walka z czasem.             

Wtorek praktycznie wyjęty z życiorysu, temperatura wysoka, dziecko ożywiało się jedynie na chwilę pomiędzy poszczególnymi dozami paracetamolu. W środowy wieczór pojawiło się niewielkie światełko w tunelu (jedynie stan podgorączkowy), więc osateczną decyzję odnośnie koncertu odłożyliśmy na ostatnią chwilę, czyli czwartkowy poranek. Stefano obudził się w dobrym humorze i pierwsze co pobiegł sprawdzić godzinę, po czym obwieścił, że za 2h musi być w kościele (koncert miał miejsce w kościele obok szkoły). Już wcześniej postanowiliśmy, że jeśli uda się doprowadzić Stefano do ''stanu używalności'', to w tym roku na występy jadę ja (rok temu był M. gdyż ja byłam w szpitalu).  Biliśmy się nieco z myślami czy nie jechać w komplecie, ale Luca zaczynał pokasływać, a na sobotę mieliśmy zaproszonych gości na  kawę i jego urodzinowy tort.

Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, Stefi pojechał do szkoły jedynie na przedstawienie, po którym poszliśmy złożyć życzenia Paniom i wróciliśmy do domu.

W nocy (z czwartku na piątek) kaszel Luki zaczął robić się coraz bardziej konkretny. Z uwagi na poniedziałkowe prefestivo*, a co za tym idzie nieobecność pediatry aż do po świętach, spakowaliśmy potomstwo do samochodu i ruszyliśmy do lekarza. Oboje czyści!

*prefestivo - dzień przedświąteczny, czyli coś co doprowadza mnie do szewskiej pasji. Powiedźmy, że to taka dodatkowa sobota dla lekarzy. Dla mnie to wymysł totalnie niezrozumiały, mój mąż też z nim polemizuje, bo jak słusznie twierdzi on w dzień przdświąteczny do pracy iść musi, dlaczego więc lekarze mogą sobie robić legalne wagary. No, ale prawa nie zmienię!

W sobotę skromnie obchodziliśmy pierwsze urodziny naszego maluszka. Post z okazji pierwszych urodzin tutaj - Luca. Jaki jest!


W niedzielę zalało nas katarem, a że zaczął się rozkaładać i mój mąż, stwierdziliśmy, że najlepiej będzie jak święta spędzimy w domu. Wciąż gdzieś tam tliła się iskierkaa nadzieii, na bożonarodzeniowy cud i nagłe ozdrowienie, ale wtorkowy poranek całkowicie ją ugasił. Luca obudził się wcześnie i w podłym humorze, a wtedy chce tylko do mamy. Strasznie był niepocieszony, aż mi się serce łamało, gdy kilka minut przed 8, wychodziłam na kościoła. Gdy godzinę później wróciłam do domu, mały był cały usmarkany i wciąż we łzach. Nie isteresowało go nic poza mamą, na prezenty nawet nie spojrzał. Już wtedy włączyła mi się czerwona lampka. Gdy usnął i wsłuchałam się w ten jego jakby nieco płytki oddech, załączyła się i syrena. Godzinę później staliśmy w kolejce na pomocy doraźnej (wł. guardia medica).

Ludzi było sporo. Po cichu liczyłam, że może z uwagi na to, że mam małe dziecko uwieszone na ramieniu, ktoś nas przepuści, ale niestety nikomu to nie przyszło do głowy. Co więcej, doszło do jednej nieprzyjemnej sytuacji. Zaznaczam, że ja osobiście nigdy nie wpycham się w kolejkę, zawsze czekam i chętnie przepuszczam mamy z maleństwami.
W pewnym momencie jedna z oczekujących (około trzydziestoparoletnia) podeszła do mnie mówiąc, że rezygnuje i odstępuje nam swój numerek. Jak możecie sobie wyobrazić, nie wszystkim się to spodobało - gdy wchodziliśmy do gabinetu jedna z pacjentek (około czterdziestoletnia) zaczęła się burzyć i groźnie na nas patrzeć. Nie miałam ani ochoty, ani siły się kłócić, więc spojrzałam na nią i wyszeptałam jedynie ''Naprawdę? Prawdziwa magia świąt? Mam roczne, chore dziecko!'' Kochani, ja wiem, że ta Pani na pewno dobrze się nie czuła, bo w innym wypadku by jej tam  nie było, ale uważam również, że małe dzieci powinny mieć pierwszeństwo, przecież one same nie są w stanie nam przekazać jak się czują i rodzice sami nie są w stanie ocenić na ile poważny jest ich stan. Do domu wróciliśmy z diagnozą początku zapalenia oskrzeli. Przepisano nam inhalacje i jakby się nie poprawiało, albo doszła gorączka, włączenie do terapi również antybiotyku.

Po inhalacji synowi wrócił humor, nawet rosołek zjadł. I gdy wydawało się już, że jesteśmy na dobrej drodze do wyzdrowienia to w drugi dzień świąt wieczorem pojawiła się temperatura popwyżej 38 i znów ten ciężki oddech... I co teraz? Antybiotyk, tak czy nie? Przypomniało nam się wtedy, że przychodnia do której należymy oferuje ''pomoc doraźną pediatryczną'' - prywatną, odpłatną (50euro). Zadzwoniliśmy, spakowaliśmy się i pojechaliśmy - Luca został bardzo dokładnie osłuchany (prawie 10 minut), zmierzono mu poziom tlenu we krwi i okazało się, że jednak jest nieco lepiej.
Zalecono nam kontynuować dotychczasową terapię i za kilka dni udać się na kontrolną wizytę do naszej pediatry. Za kilka dni, czyli w piątek bo przecież w poniedziałek jest znów ''prefestivo''.

Tak właśnie spędziliśmy święta. Rodzinnie owszem, ale też i nieco nerwowo.

p.s. ''Na deser'' rozchorował się mój mąż i niestety on wylądował na antybiotyku!



środa, 9 stycznia 2019

Luca. Jaki jest!

Luca, synku nasz kochany, po cichu, skończyłeś pierwszy rok swojego życia. Jesteś bardzo wesołym, uśmiechniętym chłopcem. Łobuzem niesłychanym, nie przepuścisz żadnej okazji by zerwać Stefano okulary z nosa (jedną parę już zepsułeś). Mam wrażenie, że codziennie uczysz się czegoś nowego. Codziennie też wystawiasz na próbę moją cierpliwość. Jesteś zupełnie inny niż Twój starszy brat. On, spokojny i opanowany. Ty, żywe srebro.

Solenizant był nieco zszokowany.

Z całą pewnością jesteś wybitnym synkiem mamusi. Gdy rodzicielki nie ma w domu, szukasz jej i podobno chodzisz smutny, a zdarza się, że i popłakujesz sobie pod noskiem. Jak tylko odzywa się dźwięk domofonu (mama zawsze tak obwieszcza swój powrót) biegniesz sprawdzisz czy to ona i gdy widzisz jej twarz na ekranie videofonu, uśmiech pojawia się na Twojej buźce i tak właśnie ją witasz. Uwielbiasz się przytulać. Miłością ogromną darzysz swojego starszego brata. Myślę, że spokojnie mogę napisać, iż poniekąd jest on Twoim idolem. Jego powrót ze szkoły świętujesz ''tańcem radości'' - stajesz w miejscu i szybko przebierasz nóżkami (zupełnie jak w kreskówkach).

Selfie, jeszcze przed fryzjerem.
Stefi ma do Ciebie wiele cierpliwości. Nie ukrywajmy, początkowo nie był zachwycony Twoim pojawieniem się w rodzinie. Szybko się to jednak zmieniło i teraz skoczyłby za Tobą w ogień. Coraz częściej zaprasza Cię do zabawy, buduje Ci zamki z DUPLO, które Ty burzysz w sekundę.

Braterska miłość.
Gdy Stefano odrabia zadanie domowe, bardzo chcesz mu pomagać. Tak długo stoisz obok i krzyczysz, aż nie dostaniesz do ręki kartki papieru, ołówka i obowiązkowo gumki.

Cały ON!!! To zdjęcie idealnie obrazuje naszego maluszka.
Mając niecałe dziesięć miesięcy, zaskoczyłeś nas pierwszymi wędrówkami. Pierwsze kroki, dość niepewne, po kilku dniach przerodziły się w szybki  marsz, a następnie w bieg, czym przyprawiałeś matkę o zawał.  Wszędzie Ciebie pełno, zwłaszcza tam gdzie można nabroić. Jak tylko dojdzie Cię dźwięk otwieranych drzwi (zwłaszcza tych od łazienki i pokoju Stefano) zrywasz się na równe nogi i biegniesz w poszukiwaniu skarbów. To samo dzieje się gdy tata wstaje z kanapy, Ty wiesz, że to jedyna szansa by podraść mu telefon.


Kochamy Cię syneczku. Rośnij zdrowo i nigdy nie trać tego przesłodkiego uśmiechu.


niedziela, 16 grudnia 2018

Rok temu, czyli wspomnienia okołoporodowe.

To już prawie rok. Czas najwyższy by moje porodowe wspomnienia ujżały światło dzienne.

Dwa tygodnie przed spodziewaną datą porodu, zdjęto mi szew okrężny. Procedura bardzo szybka i bezbolesna. Wszystko odbywa się na fotelu ginekologicznym, podczas zwykłej wizyty ambulatoryjnej. Pięc minut i po sznurku ;)

Miał to być moment przełomowy. Przynajmniej my go za taki obraliśmy. Starsznie się już męczyłam, byłam ociężała, zaczynały mnie łapać kurcze. No i zaplanowałam sobie, że urodzę te 2 tygodnie przed terminem, więc spokojnie zdąrzymy się ogarnąć do świąt i nawet pierniki z pierworodnym upiekę. Szyjka jednak w głębokim poważaniu miała moje założenia. Czasami coś pobolewało, łapały pojedyncze skurcze, które niemal natychmiast przechodziły gdy udawałam się na spoczynek. Pozostało czekać. I to oczekiwanie chyba najbardziej mnie dobijało. Bałam się, że przegapię TEN moment albo odwrotnie, że pojadę do szpitala za szybko i mnie wyśmieją.
Poziom frustracji wzrastał proporcjonalnie do zbliżającej się daty porodu, czyli i świąt bożonarodzeniowych. Humorowi mojemu, na pewno nie pomagały teksty w stylu: haha, może urodzi się w święta. Śmieszne, bardzo śmieszne - miałam ochotę zagryźć tak wspaniale mi życzące kobity (a jakżeby inaczej).
Wraz z ukończeniem 40tc, rozpoczęły się moje codzienne wizyty w szpitalu - KTG, a jednocześnie zamknęły plany światecznego gotowania i pieczenia. Pragnęłam móc spędzić święta razem z moimi najbliższymi, w domu. Podobne marzenia miały moje koleżanki z KTG.  Mój mały psotnik zasiedział się i było mu w brzuchu na tyle dobrze, że nie nie dawał praktycznie rzadnych sygnałów obwieszczających rychłe pojawienie się na świecie.

Dziewiętnastego grudnia (wtorek), KTG wykazało jeszcze mniej skurczy niż dzień wcześniej, coś mnie jednak tchnęło i zabrałam się za pakowanie prezentów, dokladnie instruując mojego męża co jest dla kogo i gdzie jest schowane.
W porze obiadowej delikatnie zaczął mnie pobolewać brzuch. Pamietam jak wygłosiłam mężowi mój kolejny plan idelany - po wieczornym występie Stefano trafiam do szpitala, rodzę i w piątek rano idę na przedstawienie do przedszkola. Nieźle to sobie wymyśliłam, co?

Ból narastał, już wiedziałam, że są to skurcze. Bardzo nieregularne, ale skurcze. M. wysunął propozycję by darować sobie popołudniowy koncert (chór wertyklany, międzyszkolny), ale nie chciałam odbierać synowi, i sobie samej, tej przyjemności. Domyślałam się bowiem, że to może być jedyny występ, jaki uda mi się w tym roku zobaczyć.

Zapakowaliśmy syna, walizkę oraz teściową (zupełnie nieświadomą) i wiedząc, że szpital znajduje się gdzieś w połowie drogi między naszym domem, a salą koncertową, pojechaliśmy. Rozpoczęcie się opóźniało, a skurcze  nasilały. Zaczęło się robić gorąco. Raz po raz nerowo spoglądałam na zegarek - skurcze coraz dłuższe i jakby coraz częstsze. Na szczęście, wśród publiczności, wypatrzyliśmy mamę koleżanki Stefano - położną ;)
Jak tylko maluchy zakończyły swój występ, nie czekając na zakończenie całego koncertu, wymkneliśmy się z sali. Odstawiliśmy syna z teściową do domu i pojechaliśmy do szpitala.
Jak nigdy, pogotowie ginekologiczne świeciło pustkami. Od razu trafiłam na fotel i po szybkim badaniu orzeczono rozwarcie na 1 palec. Po czterdziestominutowym KTG, mimo wielu dość silnych skurczy, było niewiele lepiej. Z racji tego, iż co chwilę dopytywano nas gdzie mieszkamy, a mieszkamy dosłownie pięc minut od szpitala, pewni byliśmy, że odeślą nas do  domu. Lekarz dyżurujaca zadecydowała jednak o przyjęciu mnie na oddział. Spanikowałam, myślałam, że nie usnę (M. został ze mną na noc) a skurcze, jak można się było spodziewać, po kilku godzinach ustały.

Dzień później cosik pobolewało, pojawiały się skurcze, ale KTG nie dawało wielkich nadzieii na szybkie rozwiązanie. Zaczęłam sobie zarzucać, że niepotrzebnie pojechałam do szpitala ... Czwartkowy poranek przyniósł ciszę totalną. Byłam załamana, gdyż z moich obliczeń wynikało, że to już ostatnia szansa by święta spędzić w domu. Tak wiem, powtarzam się, ale postawcie się na moim miejscu - ciąża donoszona, w domu starszy syn, który czeka na Boże Narodzenie (i prezenty). Tak bardzo chciałam zobaczyć jego radosne oczy i szeroki uśmiech na twarzy, gdy otworzy swój wymarzony podarek - Lego Ninjago.
Ordynator, albo czytał w moich myślach, albo miał mnie już dość ;) i podczas porannego obchodu zadecydował, iż powoli zaczynamy wywoływać. Wyznam Wam szczerze, że  jak bałam się nieco wywoływania porodu (gdzieś, kiedyś wyczytałam, iż jest on wtedy jakby bardziej bolesny), tak wtedy miałam ochotę rzucić się lekarzowi na szyję. Po zapoznaniu mnie z procedurą, wyjaśnieniu ryzyka z tym związanego, podpisałam zgodę i założono mi propess.

Propess? Co to takiego?
Propess, jakkolwiek by to nie zabrzmiało, to kawałek sznurka/wstążki, zawierającego dinoproston. Założony dopochwowo (na max 24h) stopniowo uwalnia substancję czynną, co ma na celu wywołanie akcji porodowej. Ryzyko jakie wiąże się z jego zastosowaniem to m.in. bardzo silne skurcze, pęknięcie wód płodowych (spowodowane zbyt silnymi skurczami)... Kobieta, u której zastosowano tego typu terapię, jest pod stałym monitoringiem (KTG) i w razie jakichkolwiek watpliwości propess zostaje usunięty i wykonuje się cesarskie cięcie.

Już godzinę później zaobserwowałam, że coś się dzieje. Skurcze byly coraz częstsze, wciąż nieregularne, ale w końcu się pojawiły. Obiad dostałam jeszcze normalny, ale na kolację przyniesiono mi jedynię zupę. Ok. 22 skurcze były już na tyle bolesne, że zadzwoniłam po położną - kontrola szyjki (2cm), KTG (krótko bo nie byłam już w stanie spokojnie uleżeć) i ponowna kontrola szyjki. Ewidentnie faza aktywna w toku. Gdy kwarans później, wezwany przeze mnie mąż (w trybie pilnym) stawił się na oddziale, zastał mnie zwiniętą w pozycji półklęczącej, na podłodze. Bolało już tak cholernie mocno, iż prawie wyłam z bólu - zalecony przez położną gorący prysznic owszem pomagał, ale nie na długo. Wciąż mam przed oczami obraz mnie na czworaka, wymiotującą, podczas gdy M. polewa mnie wodą. Przy kolejnej kontroli szyjki usunieto mi propess i w końcu, między jednym a drugim  skurczem, mogłam chwilę odetchnąć. Około północy przybiegły po mnie położne z porodówki i przetransportowały mnie do swojego ''królestwa''. Byłam wykończona, zwijałam się z bólu, chciało mi się wrzeszczeć ile sił w płucach i gdzieś tam po drodze zażyczyłam sobie nawet znieczulenie (ostatecznie nie dostałam). Luca praktycznie siedział w kanale rodnym i strasznie cisnął, przez co niemal od samego początku fazy aktywnej porodu miałam impuls parcia. Mąż mój twierdzi, że chwilami wygladałam jak nawiedzona ;) Mimo to nie padły żadne niecenzurlane słowa, nikogo nie obraziłam ani nie posłałam do diabła!
Położne były super babki. Początkowo robiły wszystko by odwrócić moją uwagę od bólu, zagadywały, dopytywaly o płeć i imię dla potomka, o starszego brata i wiele innych spraw. Przewracały mnie, obracały, doradzały co robić by nieco sobie ulżyć, podtrzymywały na duchu oraz wierzyły we mnie i mnie nie nacięły (co sugerowała (po cichu) ginekolog dyżurująca). Nasz synuś przyszedł na świat o godzinie 2:42, owinięto go w prześcieradło i od razu mogłam go przytulić. Przecudowne uczucie, którego niestety nie mogłam doświadczyć ze Stefano. Chwilę później odcięto pępowinę, do Luki przyszła neonatolog, a reszta ekipy zajęła się moim pobojowiskiem. Co tu dużo gadać, szycie do przyjemnych nie należy, ale da się przeżyć. Nasza kruszyna okazała się silnym, zdrowym chłopaczkiem - otrzymał 10 punktów i jak tylko mnie pozszywano wrócił w moje ramiona. Z pomocą położnej udało mi się go przystawić do piersi, ale zmęczony porodem szybko usnął. Podobnie z reszta jak jego tata. Dwie godziny później, umyty i ubrany już synek wraz z obmytą mamą zostali przetransportowani na oddział. Ledwie zdąrzyliśmy usnąć a zegar wybił godzinę 6, co w szpitalu oznacza pobudkę!
Oboje z mężem wyglądaliśmy jak zombi. Dodatkowo emocje zaczęły powoli uchodzić, adrenalina spadła a i znieczulenie przestało działać. Wydawało mi się jakby sam mój zadek ważył z 50kg! Z pomocą męża zwlekłam się z łózka, doczłapałam się do łazienki bo w głowie wciąż rozbrzmiewał mi głos położnej - pamiętaj, aby spróbować oddać mocz (wystarczy kilka kropel by upewnić się, że układ moczowy nie został uszkodzony).
Po śniadaniu M. pojechał do domu by zawieźć Stefano do przedszkola i pognał dostarczyć do zakładu pracy dokumenty niezbędne do urlopu ojcowskiego, zanim zacznie się koncert w przedszkolu. Mówię Wam to był szalony dzień! Na szczęście rejestracji noworodków móżna dokonać w szpitalu - jest specjalne biuro, które zajmuje się tymi sprawami.

Po południu, Stefano przyjechał poznać brata. Bardziej od noworodka interesował go jednak telewizor :) Ale co tu się dziwić dziecku, gdy np. teściową najbardziej interesowało czy aby mały nie  ma odstających uszu ;)

Nie ukrywam, iż było mi naprawdę ciężko. Miałam ogromne problemy ze zmianami pozycji, wstawaniem i siedzeniem. Mój mąż starał się jak mógł dzielić czas między dom (gdzie był Stefek), a szpital. Bardzo mnie w tym okresie wspierał, Na szczęście u nas w szpitalu pacjenci mogą mieć przy sobie 24h na dobę, jedną osobę do pomocy (na noc wystawiane jest specjalne pozwolenie, które uprawnia do wejścia na odział nawet gdy szpital zamyka drzwi). Sprzątanie i obchód, to jedyne momenty kiedy osoby towarzyszące położnicom muszą opuścić oddział.

Luca wzorowo zaliczał kolejne badania. Wszystko odbywało się na moich oczach, dziecko ani na chwilę nie opuściło sali.
Mi co chwila położne sprawdzały brzuch, tzn. obkurczanie się macicy.

W sobotni poranek z ust ordynatora padło magiczne - wszystko ok, w takiej sytuacji jutro Was wypuścimy, na święta do domu!

Niedziela,  24 grudnia. Wigilijny słoneczny poranek, zarówno ja, jak i Luca, jesteśmy zakwalifikowani do wypisu.  To był zwariowany poranek, gdyż jak możecie sobie wyobrazić wszyscy chcięli spędzić święta w domu. Z dziećmi urodzonymi w godzinach porannych nie było problemu, schody zaczynały się przy maluchach, które światło dzienne ujrzały w godzinach wieczornych, czyli nie zdarzyły jeszcze upłynąć wymagane 48h od porodu.

My wychodziliśmy w porze obiadowej. Między jednym a drugim kęsem pieczonego kurczaka, w drzwiach dostrzegłam postać pediatry, dierżacej w dłoni wypis dla syna. Pani doktor wytłumaczyła kilka kwesti, zrobiła matce krótki test na inteligencję , tzn. zadała pytanie ''skąd moim zdaniem wiadomo, że dziecko się prawidłowo odżywia?''. Zdałam wzorowo  i byliśmy wolni.

wtorek, 27 listopada 2018

Gubbio, miasto szaleńców.



Gubbio, miasto wariatów, jak sami o sobie mówią jego mieszkańcy. Szczerze mówiąc, takie ‘’wariactwo’’ przydałoby się każdemu. Bo to szaleństwo, jak najbardziej pozytywne - wiecie wolność, marzycielstwo, sztuka i te sprawy. A gdybym Wam powiedziała, że i Wy możecie stać się certyfikowanymi szaleńcami? Jak tego dokonać? Proste!




Po pierwsze należałoby odwiedzić Gubbio i odnaleźć fontannę Bergello (la fontana del Bergello), wszystkim znaną jako fontanna szaleńców. Bez niej z wariackiego prawo jazdy nici.
Mamy fontannę, idziemy dalej...tfu tfu, biegniemy dalej - a dokładniej trzy razy wokół jej osi, ostatnią rundkę kończy chrzest wodą z tego zabytkowego zbiornika. Ale uwaga,  by chrzest był ważny, musi go dokonać rodowity eugubino. Po otarciu czoła, możemy udać się do jednego z wielu sklepików z pamiątkami by zakupić sobie prawo jazdy szaleńca ;) To jest wersja turystyczna, dla wszystkich, która nie wymaga ani wiele zachodu ani dużo czasu.  Jak już sobie możecie wyobrazić jest też wersja tradycyjna, nieco bardziej skomplikowana. Nie wszyscy bowiem wiedzą, iż istnieje stowarzyszenie Maggio Egubino, będące jedyną organizacją upoważnioną do certyfikowania szaleńców. Aby zostać zarejestrowanym w ich księgach, ponownie będziemy musieli nisko się ukłonić jakiemuś rodowitemu mieszkańcowi Gubbio i poprosić aby w naszym imieniu wystąpił do stowarzyszenia o przyznanie nam wspomnianego tytułu i uiścił na jego poczet niewielką opłatę.







Niektórych pewnie zaskoczy fakt, iż nie jest to wynalazek z XXI wieku, tradycja ‘’szalonego prawo jazdy’’ sięga 1880 roku. Wówczas głównym wymogiem było przynajmniej trzykrotne (trzy lata z rzędu) uczestniczenie/obejrzenie Festa dei Ceri, o której wspominałam np. tutaj.  


CIEKAWOSTKI:

- Gubbio jest naprawdę pięknym, typowo umbryjskim miasteczkiem, rozsławionym na święcie, jako pierwsza parafia Don Matteo.
- Niektórzy mogą znać historię o wilku, oswojonym przez św. Franciszka.
- Patronem miasta jest św. Ubaldo. Nieprzerwanie od 1160 roku, w wigilię jego święta, odbywa się jedno z najbardziej niezwykłych i unikalnych wydarzeń religijnych we Włoszech - wspomniana wcześniej Festa dei Ceri.








- Osada może poszczycić się także prymatem posiadania największej choinki na świecie.

foto Flickr




No to jak, kto pakuje walizki?

poniedziałek, 15 października 2018

Wakacje, czyli czerwiec - wrzesień

Wiem, wiem, całe wieki mnie tu nie było!

Hmm, od czego by tu zacząć? Najlepiej od początku, tylko gdzie jest ten początek?

Zupełnie nie mam pomysłu na ten post, tzn. do napisania miałabym wiele (sporo się u nas działo), ale nie wiem jak go zorganizować by nie wyszło poplątane z pomieszanym.

CZERWIEC

- Drugi tydzień czerwca, tradycyjnie już  spędziliśmy nad Morzem Tyreńskim. Co roku obiecujemy sobie zmienić destynację, a ostatecznie i tak lądujemy w Toskani. Mimo wielu obaw, jakie nami targały, z uwagi na podróż z niespełna sześciomięsięcznym niemowlakiem, wakacje były udane.

Jak widać na załączonych poniżej obrazkach, matka nie zdarzyła wrócić do formy na sezon bikini. Starała się (przez chwilę nawet bardzo), ale nie zdąrzyła. I nie, nie szczycę się tym, ale nie pozwoliłam aby wystający brzuch popsuł mi wakacje.  P.S. W sekrecie Wam zdradzę, że nadal jestem daleka (mąż uważa, że przesadzam) od formy idealnej!





- Koniec czerwca, przyniósł nam zakończenie przedszkola przez Stefano. Możecie mi wierzyć, lub nie, ale bardzo mną ten fakt wstrząsnął. Gdy ostatniego dnia, syn wrócił w strojnym kapeluszu, dzierżąc w dłoni dyplom, a po podłodze ciągnąc wielką torbę swoich ubiegłorocznych prac, aż mi łzy napłynęły do oczu. Panie odwaliły kawał dobrej roboty, śmiem twierdzić, że dały z siebie więcej niż ustawa przewiduje, np. starały się przygotować syna na przyjście na świat młodszego brata. Dzieci, podzielone na grupy, napisały również bajkę, której głównymi bohaterami są one same i przybysz z innej planety :)

- Zapisaliśmy synów do miejskiej biblioteki. Obu, a co?! Stefano bardzo przypadł do gust projekt przedszkolnej biblioteczki - co piątek dzieci wybierały sobie książkę, która później (w domu) czytali z rodzicami. Poza tym, już od jakiegoś czasu obserwowałam, że pierworodny lubi sobie ''poczytać'' w wolnym czasie.




LIPIEC

Tematem przewodnim siódmego miesiąca bieżącego roku były chrzciny.  Z tematem powyższym, chciałabym się jednak ''rozprawić'' innym razem, w oddzielnym wpisie. Organizacja chrzcin na emigracji to była dla mnie poniekąd droga przez mękę - zgrać wszystkich i wszystko, tak by nikogo nie urazić i na nikim nie wymuszać obecności. Wspomnę jedynie, że mimo iż mój mąż mocno forsował pomysł, by chrzciny wyprawić w Polsce, to odbyły się one w  naszej parafii w Perugii.

W związku z powyższym, było u nas tłoczno. Jedenaście osób, w tym piątka dzieci, z czego jedno niemowlę, pod jednym dachem (na 100m2, w bloku). Przylecieli dziadkowie (moi rodzice) , a w ostatniej chwili na przyjazd zdecydowała się również moja siostra z rodziną, sprawiając nam (a szczególnie swojemu chrześniakowi - Stefano) ogromną radość.


SIERPIEŃ

Odnoszę wrażenie, że sierpień przeleciał nam przez palce. Zawsze lubiłam ten miesiąc. Sierpień w naszej rodzinie jest miesiącem wyjątkowym, jakby się uprzeć to świętować moglibyśmy na okrągło, bo okazji temu sprzyjających nie brakuje. Już w naszej małej czteroosobowej rodzince są przynajmniej trzy: urodziny męża i moje, nasza rocznica ślubu. W sierpniu na świecie miał się też pojawić pierworodny, ale jak już wiecie uznał, że woli maj bzem pachnący.

Któregoś pięknego, słonecznego dnia zorientowaliśmy się, że Stefano czyta. Jak, gdzie... Tak po prostu się nauczył. Sam! Jak zaczął, tak nie może przestać. Czyta wszystko, dosłownie: reklamy, znaki drogowe, napisy i naturalnie książki (początkowo litery drukowane, na chwilę obecną czyta wszystko). A tak się obawiałam, że ze względu na opóźnienie w mowie będą z tym problemy.
Ostatnio, w mym zabieganiu i roztargnieniu, dałam synowi komórkę z poleceniem by napisał tacie wiadomość (na whatsapp), że wrócił już do domu. Po chwili zreflektowałam się, że przecież On nie potrafi pisać... Wyobraźcie sobie jak ogromne było moje zdziwienie gdy przeczytałam ''SONO TORNATAO''  (wróciłem)

Kompletowanie wyprawki szkolnej poszło nam bardzo szybko - kupiliśmy wymarzony plecak (dziadkowie podarowali piórnik), dorzuciliśmy mundurek/fartuszek i tyle. Na resztę brakło nam wytycznych ze szkoły, gdyż tutaj nawet format zeszytu zależy od ''widzimisie'' nauczycielki. A podział na klasy, i co za tym idzie i nauczycielki, wydawały się najpilniej strzeżoną w całej galaktyce tajemnicą, Wiadomo, że każdy z nas miał nadzieję znaleźć się w jednej sekcji z kolegami z przedszkola. "Czwarta tajemnica fatimska'' ujrzała światło dzienne z końcem miesiąca - 28 sierpnia,  jedna z mam puściła w grupie cynk, że w sekretariacie mają listy klas. Nasz instytut dydaktyczny, zasłaniając się ochroną danych osobowych (ufffa), list jednak nie wywiesza, ani nigdzie nie publikuje. Jako że Panie w sekretariacie upoważnione są by podać rodzicom jedynie klasę swojego dziecka, został on storpedowany setkami telefonów. Mi udało się dodzwonić dopiero za dziesiątym razem. W około pół godziny udało nam się ustalić, iż nasze prośby zostały wysłuchane i cała szóstka pierwszoklasistów z przedszkola, została przydzielona do tej samej klasy!!!

Luca sam wstaje! Dnia 20 sierpnia (2 dni przed ukończeniem ósmego miesiąca życia), przyłapałam młodszą latorośl na stojąco w łóżeczku. Aż krzyknęłam, z przerażenia. O matulu, to już?

Zrobiliśmy Stefano testy alergiczne i niestety, ale niektóre wyszły pozytywne - drzewa oliwne, cyprysy i niestety roztocza (kurz). Co nas do tego skłoniło? Mój mąż jest okropnym alergikiem i niektóre z jego zachowań zaczęłam obserwować u syna, jak na przykład poranna seria silnych kichnięć - teoretycznie sygnalizująca przeziębienie, a w praktyce to objaw uczulenia na roztocza.



No i  WRZESIEŃ

- Słuchaj, pojedziemy kiedyś do Orvieto? Ciągle słyszę zachwyty jakie to ono piękne, a mimo że jest tak blisko, nigdy nie byłam. Wstyd! - rzuciłam któregoś ranka do męża
- Czemu nie, choćby jutro.


family selfie :)



Słowo się rzekło, korzystając z ostatnich podrygów wakacji, zabraliśmy chłopaków na wycieczkę,  do Orvieto! (może kiedyś uda mi się wstawić fotorelację). Cudna, piękna mieścina, której największym zabytkiem jest ogromna katedra.


Siódmego września odbyło się, w końcu, spotkanie organizacyjne z nauczycielkami, na którym poznaliśmy dwie główne nauczycielki - wychowawczynię, która jest odpowiedzialna za większość materii humanistycznych, oraz Panią od matematyki (i angielskiego). Dowiedzieliśmy się, że stefkowa klasa liczy 19 uczniów (11 chłopaków i 8 dziewczynek) oraz kilka innych kwestii praktycznych odnośnie zeszytów, piórników itp...

Aaaaaa, Luca ''łordzi'' po całym domu. Wszędzie go pełno, wlezie w każdy kąt. Na czworaka podbiega do mebli, kanapy, nogi brata, czegokolwiek gdzie może się podeprzeć i wstaje... Chodzi, a nawet biega z podparciem. Gdy się zapomni zdarza mu się zrobić kilka samodzielnych kroków (typu dwa i bum), ale generalnie boi się jeszcze puszczać. Ratunku, czy ja jestem na to gotowa?! Poza tym interesuje go wszystko co zakazane - kable, telefony, komputer itp.

Zaraz coś zbroję!


Jak zacznę z październikiem, to nie skończę tak szybko. Posyłam więc w świat powyższe i do usłyszenia wkrótce (mam nadzieję).
Ściskam.
Ewa