wtorek, 15 października 2019

Kwiat Garganu, czyli wspomnienia o minionych wakacjach.

Wiem, wiem, mamy połowę października, a ja tu wyskakuję z czerwcowym urlopem. Tekst napisałam już dawno, ale obiecałam sobie wybrać i obrobić nieco zdjęcia. Ostatecznie wybrałam kilka na szybko z telefonu, bo obawiam się, że w innym wypadku nigdy bym tego posta nie opublikowała. A szkoda by mi było, bo odkryliśmy naprawdę fajne miejsce i chciałam się z Wami tym podzielić.

Czekamy na ten tydzień urlopu cały rok, dłuży się nam niemiłosiernie, a gdy w w końcu nadejdzie to zdaje się mijać szybciej niż mrugnięcie okiem czy pstryknięcie palacami. Po naszych wakacjach pozostała już tylko czerwona walizka w salonie (oczekująca na wyniesienie do garażu), góra prania w łazience (dwie już zostały spacyfikowane) i co najważniejsze cała masa wspomnień, pięknych wspomnień, częściowo udokumentowanych na zdjęciach.






Było  C U D O W N I E !!! Dzieci nie chciały wyjeżdżać, Stefano żegnając się z grupą animatorów zupełnie spontanicznie rzucił - Ciao, ci vediamo l'anno prossimo! (Cześć, do zobaczenia za rok!) - no, czego chcieć więcej?! 

No, ale gdzie my bylim i jak się tam znaleźliśmy? Wszystko zaczęło się w lutym, miesiącu w którym zwykle rezerwujemy swój tygodniowy urlop nad morzem. Niektórzy pewnie się stukną w głowę, gdzie w lutym rezerwawać letnie wakacje, ale musicie wiedzieć, że wiele placówek z półwyspu apenińskiego oferuje nawet 20% upust dla tzw. rezerwacji first minut.
Odkąd jest z nami Stefano, jeździliśmy nad Morze Tyreńśkie, do Toskanii. Dobrze nam tam było, ale od kilku lat korciło nas by zmienić destynację naszej podróży. Ciągnęło nas na południe, bo taniej i większe prawdopodobieństwo słonecznej aury. No, ale musiało to być umiarkowane południe, bo mamy tylko jednego kierowcę (mój mąż), którego dłuższa jazda samochodem męczy a i Luca za długo w aucie nie wysiedzi (należy do niewielkiego grona dzieci, które w samochodzie oka nie zmrużą).
Stanęło  więc na Puglii (Apulia), a dokładniej półwysep Gargano. Szukałam, szukałam i szukałam, aż mózg mi się lasował. Wysyłałam zapytania o dyspozycyjność i cenę. Porównywałam jedno z drugim i trzeciem itd... Czytałam opinie i zawsze było coś nie tak. Ok, jestem wybredna i dociekliwa. Już miałam rzucić to wszystko w cholerę, gdy pewnego niedzielnego poranka postanowiłam dać Gargano ostatnią szansę - otworzyłam Google Maps i zaczęłam ''przeszywać'' monitor laptopa, minimetr po minimetrze a następnie inwigilowałam z pomocą wujka google wszystkie znalezione struktury.



Jedną z nich był czterogwiazdkowy hotel Orchidea Blu.  W swojej ofercie miał praktycznie wszystko czego szukaliśmy, a dodatkowo ocenę 5.0 na TripAdviser. Pamiętam jak oświadczyłam mężowi, iż znalazłam miejsce idealne, hotel który nie istnieje? A już na pewno kosztuje fortunę! Nieśmiało wysłałam zapytanie o cenę.

Szukaliśmy czegoś:
- blisko czystego morza (pieszo, nie samochodem)
- prywatna, wyposażona plaża
- mini club dla Stefano
- basen
- wyżywienie (najlepiej bufet)
- dostęp do aneksu kuchennego lub możliwość podgrzania w mikrofali


Nasz limit to było ok. 1000 euro.  Gdy przyszła odpowiedź, dosłownie opadła mi szczęka - 650 euro za 4 osoby, z pełnym wyżywieniem.  Zdjęcia wyglądały naparwdę zachęcająco, ale wiecie jak to jest zdjęcia to jedno, a rzeczywistość to drugie. Nawet po wymianie kilku telefonów z hotelem wciąż powątpiewająco kręciliśmy głowami, pewni, że gdzieś musi być jakiś haczyk.  Mimo braku buffetu (był tylko na śniadanie) i braku dostępu do aneksu kuchennego (była jednak możliwość poproszenia w recepcji o podgrzanie w kuchni czegokolwiek) zarezerwowaliśmy u nich tygodniowy pobyt i w drugą niedzielę czerwca, tuż po zakończeniu roku szkolengo, ruszyliśmy na podbój południa.

Do przejechania mieliśmy ok. 450km. Oficjalnie doba hotelowa rozpoczynała się o godzinie 16:00, a naszym pierwszym posiłkiem w hotelu miała być kolacja. Nie chcieliśmy jednak całej trasy pokonywać w najgorszym słońcu, no i liczyliśmy też że jednak dadzą nam pokój nieco wcześniej, więc postanowiliśmy wyruszyć wczesnym porankiem (o 7). Ostatecznie wyjechaliśmy z czterdziestominutowym poślizgiem, ale trasa szła sprawnie. Zatrzymaliśmy się tylko raz na dłuższy postój (toaletowno-przekąskowy) i o 13:02 byliśmy na miejscu.

Przed hotelem podjęła nas grupa animatorów, każde dziecko otrzymało powitalny balonik. Naturalnie nie było najmniejszych problemów by od razu dostać pokój, a dodatkowo zaproponowano nam obiad (w zamian za obiad dnia ostatniego), na co chętnie przystaliśmy. Otrzymaliśmy również rozpiskę zajęć (mini club, baby dance, spektakl wieczorny, acqua gym itp).


Brudne to szczęśliwe, czy zjakoś tak?!


Po  niespełna 10 minutach pobytu, Luca zalał łazienkę. Wodą z bidetu! Trzeciego dnia utopił komórkę męża w wiaderku z wodą. Poza tym zerwaliśmy też zasłonę, a na koniec Stefano zalał hotelowy telefon kawą. Sukces, że nas stamtąd nie wyrzucili :D

Mini club


Wszystko odbywało się  bardzo sprawnie. Grupa animacyjna była uczynna, starała się zaangażować również dorosłych do zabawy, ale nie byli ani trochę natarczywi. My skusiliśmy się tylko raz, gdy namówiłam męża by zagarć w ''bocce'', w które nigdy nie grałam (M. grał ostatni raz gdy był mniej więcej w wieku Stefano), a ostatecznie wyszło tak, że grał tylko On, bo mimo prób wszelakich Luca nie dał się ode mnie odkleić.

Relaks


Stefano zwykle szalał z mini clubem. A jeśli akurat nie miał ochoty to pluskał się w morzu, aż cieżko było go z wody wyciągnąć. Luca początkowo nie patrzał na tą wielką wodę zbyt przychylnie, ale i on się szybko przekonał. A woda była cieplutka, przy brzegu miałam wrażenie, że brodzę w rosole!

Nasz plan dnia był bardzo prosty i przewidywalny. Pobudka, śniadanie, plaża, prysznic, obiad, usypianie Luki (spacer na plaży), relaks, plaża (lub basen), prysznic, kolacja, spektakl wieczorny. Gdzieś pomiędzy był naturalnie plac zabaw (najbardziej dzieci moje sobie upodobały ten wewnętrzny, drink (dla mnie bezalkoholowy) na plaży, spacer o zachodzie słońcA itp. Okolicy niestety nie udało nam się zobaczyć, ale też i nie mieliśmy tego w planach. Pogodę trafiliśmy rewelacyjną, idealną do plażowania. Mniej idealną do zwiedzania i przesiadywania w nagrzanym samochodzie. Przez cały nasz pobyt, słupki rtęci nie spadły poniżej 30 stopni, co w połączeniu z morską bryzą świetnie się komponowało.



Ten plac zabaw to strzał w dzieciątkę. Wiadomo, że z pogodą różnie bywa, a tak przezorny zawsze ubezpieczony. naturalnie był również plac zabaw na zewnątrz, ale to ten w piwnicy był zdecydowanie największą atrkacją.




Dwa razy dziennie odbywał się konkurs ''gioco bibita'' (w dosłownym tłumaczeniu gra o napój). Naturalnie Stefano obowiązkowo musiał brać w nim udział, co doprowadzało mnie do dreszczy. A czemu? A temu, że pierworodny nie potrafi przegrywać i każde niepowodzenie strasznie przeżywa (z łzami włącznie).  Dodatkowo nie jest on typem sportowca, więc tym trudniej było mu pokonać przeciwników.  No, ale w mini klubie wszystko było doskonale przemyślane, i jeśli rano były zawody spawnościowe, to po południu był to konkurs losowy (i na odwrót). Do udziału w tym drugim zachęcano również najmłodszych, więc niejako szansę mieliśmy podwójną. Kilkukrotnie doszliśmy do finału, ale na ostatniej prostej brakowało nam szczęścia. Aż pewnego dnia...




Tego dnia rzucaliśmy dużą, pluszową kostką. Stefano zaczynał, wyrzucił 4 i bardzo długo prowadził. Niestety dwóm chłopcom udało się wyturlać 5. Oczami wyobraźni już widziałam dantejskie sceny w wykonaniu syna, ale oto do kostki podchodzi ostatni zawodnik, najmłodszy z grupy - Luca. Chwyta kostkę, przytula, rzuca i .... 6 proszę pańśtwa! Jak stałam, tak myślałam, że padnę. Pani przez mikrofon szybko ogłosiła, że wygrali Luca i Stefano. Młodszy nie za bardzo wiedział o co chodzi, a starszy cały w skowronkach pobiegł zrealizować kupon - wybrał sok multiwitamina, z którym to wróciliśmy kilka dni później do domu.

Poza tym moje aspołeczne dziecko było wszędzie, we wszystkim chciał uczestniczyć. I nie, że biernie. Co to, to nie! Wyrywał się dosłownie do wszystkiego, a rekord pobił pewnego wieczora, gdy podczas spektaklu wieczornego dla dzieci: - opowiadał bajkę o czerwonym kapturku, wypowiadał się na temat Shreka, był jednym z siedmiu krasnoludków u boku Śnieżki, kominiarzem (z Marry Popins) i nie pamiętam już kim jeszcze.






Co, przed wyjazdem, dręczyło mnie najbardziej to posiłki. Miał to być nasz pierwszy wyjazd z pełnym wyżywieniem. Zastanawiałam się jak to będzie z dziećmi, niespełna półtoraroczniak i siedmnioletni niejadek, a i ja jestem z kategori wybrzydzających. Wiadomo, gdy jest tzw. szwedzki stół zawsze się cosik znajdzie na ząb, a tu takowego miało nie być. No więc, jak to działało w praktyce? Codziennie wieczorem, na stoliku (każdy pokój miał przypisany stolik) czekała na nas propozycja menu na dzień kolejny - Menu Infant i Menu Dzieci i Menu Dorośli. Menu Infant to krem z warzyw lub bulion warzywny (do tego makaron i parmezan), Menu Dzieci to do wyboru makaron biały, z sosem pomidorowym lub ragu i drugie danie (codziennie inne). A menu dla dorosłych codziennie zawierało dwie propozycje pierwszego i drugiego dania (zwykle jedno było rybne, a drugie mięsne) - było dość wyszukane, dania przemyślane a co najważniejsze przepyszne (odpowiednio przyprawione i o idealnej konsystencji). Wieczorem do wboru była również pizza. Oprócz tego na stoliku zawsze była ciepła przystawka i  buffet z przystawkami zimnymi (warzywa). Po obiedzie były owoce sezonowe, a po kolacji deser.
Bardzo podobało mi się również rozwiązanie, że rodzice z małymi dziećmi (infant) mogli do stołówki wejść pół godziny przed resztą urlopowiczów, co małym wiercipiętom pozwalało w spokoju i pełnym skupieniu skonsumować posiłek, a przynajmniej jego część.

Rozczulał  mnie ten widok!

Audytorium gotowe na przyjęcie swych najważniejszych gości - dzieci.


Zgodnie z  hoteleowym regulaminem, w sezonie, wymiania tzw. turnusu miała miejsce w niedzielę. Był to jedyny dzień, kiedy nie działał mini klub, gdyż personel zajęty był podejmowaniem nowych gości.  Dzień wcześniej zorganizowano nam niejako imprezę pożegnalną. Dzieci (bodajże od 4 roku życia) zaproponowano kolację w towarzystwie grupy animacyjnej. Dorosłych natomiast, po wieczerzy, zaproszono na tort i szampana  (wino musujące) przy basenie.  Całość zakończył tradycyjny babydance w audytorium i dyskoteka w rytm starych, dobrych włoskich szlagierów.




Wyjeżdżaliśmy wypoczęci i zadowoleni. No, Stefano nieco mniej, bo cały czas pod nosem gderał, że zdecydowanie za szybko minął ten tydzień. Po czym, w drodze powrotnej, dziarsko rzucił - to co, za rok przyjeżdzamy na dwa tygodnie!

Tydzień czy dwa, a może 10 dni. Tego nie wiem.  Czuję jednak, że to dopiero początek naszej przyjaźni z gargańską Orchideą.

Pozdrawiam,
Ewa








4 komentarze:

  1. Ale mi sie spodobalo .. Bardzo fajne mieliscie te wakacje Ewus.
    A Stefano,ze taki odwazny to jestem w szoku.
    Moj Starszak tez ma problemy z przegrywaniem. Mlodszy nie jest lepszy..
    I to zdjecie za raczke chlopcow.. Cudne!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Wakacyjnie u Ciebie.Swietny urlop, czyli nic tylko za rok powtorka!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale pieknie! Morze, plaza, upal, dobre zarcie i zabawione dzieci - czego mozna chciec wiecej! Podziwiam Stefano! W zeszlym roku na Dominikanie dzialal klubik dla dzieci, ale moja nie chcialy nawet tam zajrzec. ;) A na wielu kempingach maja zajecia dla dzieci, najczesciej z ekologii i lokalnej fauny. A moje Potwory owszem, chetnie, ale ze mna! :D Nie mam szans gdzies ich "opchnac" i zrelaksowac sie bez brzeczenia "maaamooo" nad uchem. ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Pięknie wspomnienia będziecie mieli.

    OdpowiedzUsuń