wtorek, 22 listopada 2016

Bańka pękła. Czar prysł.

   Wiele razy układałam sobie ten post w głowie. Chciałam by był piękny, niezapomniany, więc korygowałam go wiele razy, a teraz siedzę i patrzę w pulsujący kursor na białym ekranie i nie odnajduję odpowiednich słów by przekazać to co czuję. Post ten miał być wyjątkowy i taki też będzie, tylko nie jak w początkowym założeniu wyjątkowo radosny, a wyjątkowo smutny.

Zdaję sobie sprawę, że moja tutaj nieobecność może wzbudzać pewne podejrzenia. Część z Was zapewne snuje domysły (bardziej lub mnie trafne), innym może wydawać sie wręcz, że odgadli nasz ''słodki sekret''. Pudło! Niestety muszę Was rozczarować - nie jestem w ciąży. Już NIE! W zasadzie tym króŧkim zdaniem mogłabym zakończyć post. Jest to jednak zbyt dla mnie ważne wydarzenie aby pozostawić je bez cienia wyjaśnienia. Tego co przeszliśmy w ostatnich trzech miesiącach nie potrafię, ale i nie chce zapomnieć (no może z wyjątkiem jednej nocy).

A działo się wiele! Wyniki ostatnich cytologii zachęcały do działania, więc postanowiliśmy działać. Jak nie teraz to kiedy? Czas nas jednak nieco goni a z każdym upływającym miesiącem towarzyszy mi coraz większa obawa o moje zdrowie, postanowiliśmy więc nieco pomóc szczęściu i zakupiłam testy owulacyjne. Efekt był pioronujący - w połowie września oczom naszym ukazały się takie oto dwie piękne kreski



Myślałam, że los się odwrócił i zaznamy pełni szczęścia. Że teraz będzie już tylko dobrze, pięknie i radośnie, jak w bajce. No i było. Multum badań, które musiałam wykonać, nie wykazywało odchyleń od normy, szybko dopadły mnie poranne mdłości (i wymioty, a jakże), wahania nastroju również. Brzuszek, który dość szybko stał się widoczny i dla osób postronnych, zmusił mnie do zakupów ciążowych. Uwierzycie, że w 10 tc założyłam legginsy dla przyszłych mam?

Początkowo podchodziliśmy do ciąży bardzo ostrożnie (z każdą wizytą w toalecie uważnie lustrowałam papier toaletowy), z czasem coraz odważniej snuliśmy plany na pszyszłość - zakupy, przemeblowanie itp.  Pod koniec 11tc, książkowo zaczęło się poprawiać moje samopoczucie. Czekaliśmy już tylko na badania prenatalne i założenie szwu okrężnego.

17.10.2016
Czar prysł czwartego listopada. Mimo iż minimalne plamienie w 12tc nie musi oznaczać nic złego, postanowiłam to sprawdzić. Tak dla świętego spokoju. Niestety moja ginekolog akurat była na kongresie poza  miastem, więc kazałam się zawieźć na pogotowie ginekologiczne. Byłam nieco zdenerwowana, ale na tyle spokojna by zostać tam sama, a mężą z synem oddelegować na zajęcia psychomotoryczne.

Dyżurująca lekarz niezbyt przejęła się skąpym plamieniem. Zapewne wzięła mnie za spanikowaną przyszłą mamuśkę, ale miałam to w nosie. Przeszłam na fotel i oto w moich myślach pojawiła się silna iskra nadzieii, że za chwilę, po raz pierwszy, usłyszę bicie serca mojej kruszynki. Zamiast tego uszu mych dochodziły jedynie dziwne pytania, których początkowo nie potrafiłam poskładać w całość.

Byłam w 12tc, z USG wynikało jednak zupełnie co innego. Serduszko naszego dziecka zatrzymało się w 8tygodniu, od prawie miesiąca nosiłam w sobie obumarły płód.  Mój mąż, gdy po wyjściu z gabinetu, z płaczem rzuciłam się mu w ramiona,  myślał że to jakieś kiepskie żarty. Niestety diagnoza wyraźnie głosiła ''poronienie wewnętrzne''.

Przepłakałam całą noc, cały poranek i następny i kolejny. W sumie nadal sobie popłakuję, nawet teraz łzy mi ciekną po policzkach a serce moje ogarnia wielki żal.

Moja ginekolog (mąż pozostawał z nią w stałym kontakcie sms) postanowiła o farmakologicznym wywołaniu poronienia (by nie obciążać szyjki zabiegiem). Miałam wrócić w poniedziałek po tabletki. Nie doczekałam, w sobotę wieczorem zaczęłam ronić.

Całą noc zwijałam się bólach (porównywalnych do skurczy porodowych). Nie zmrużyłam oka. Dosłownie wyłam z bólu, zarówno fizycznego jak i ''psychicznego''. Wspominałam wcześniej, że z ostatnich 3 miesięcy chciałabym wymazać jedną scenę - to co stało się tej nocy, to co widziałam i to co czułam. Doczekałam rana (by zadzwonić po męża kuzynkę do Stefano) i blada jak ściana (nigdy siebie takiej nie widziałam), ledwie utrzymując pion pojechałam do szpitala. Naprawdę bałam się, że inaczej się wykrwawię. Na oddziale szybko i profesjonalnie się mną zajęto, po wydaleniu embrionu (choć dla mnie to było i zawsze będzie nasze dziecko) bóle ustały. Kroplówki wlały we mnie pokłady energii i ''odzyskałam kolory''.

Po wszystkim dostałam jedną dawkę tabletek, mających ułatwić dalsze oczyszczanie i po 8h wróciłam do domu, prawie 3kg lżejsza niż dzień wcześniej.

Obecnie czekam na kontrolę i wyniki z badań histopatologicznych, na jakie pojechał embrion.  Rana bardzo bardzo powoli się zabliźnia. Nie ma dnia bym sobie nie popłakała do poduszki. Co będzie dalej  nie wiem.

Moje poronienie potwierdziło, to co od zawsze wiedziałam. Mam przy sobie cudownego męża, idealnego partnera i ojca. Widziałam na własne oczy jak cierpi w środku, ale wciąż był dla mnie największym oparciem.

Post zakończę podziękowaniami, Znajomość z Sabiną i Malwiną, w bardziej lub mniej fizyczny sposób, już dawno wyszła poza wirtualny świat. Nic więc dziwnego, że to właśnie one dwie wiedziały o wszystkim - najpierew o ciąży, później o utracie dziecka. To właśnie one były ze mną w te najtrudniejsze chwile i to one ocierały moje wirtualne łzy. Raz jeszcze Wam dziękuje.
Ogromne dziękuje posyłam również do wszystkich innych osóbek, które dowiedziawszy się o naszej tragedii okazały mi wsparcie i szepnęły ciepłe słówko. Mille grazie!

30 komentarzy:

  1. Bardzo mi przykro:( Nie znajduje slow pocieszenia. Przytulam wiec mocno i placze razem z toba...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ewa... Strasznie mi przykro... Jak wiesz, na poczatku roku przeszlam to samo, tylko moja ciaza byla troche mlodsza... :(

    Kochana, ta rana kiedys sie zasklepi, ale blizna po niej zostanie juz na zawsze... :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak pamiętam Twój post i pamiętam jak było mi smutno z powodu Waszej straty, ale dopiero teraz wiem co wtedy czułaś :(

      Usuń
  3. Ewuniu.... tak bardzo mi przykro.... w duszy myslalam, ze wlasnie masz dla nas niespodzianke ... kochana nie umie w slowa ubrac mego smutku i wspolczuje wam.... bardzo.... :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję kochana, tak wiem, niektórzy myśleli, że szykuję niespodziankę i w sumie to pewnego momentu tak właśnie było. Niestety los chciał inaczej. Fizycznie czuję się raczej dobrze, emocjonalnie nie jest najlepiej, ale obecność syna pomaga nie myśleć i się uśmiechać.

      Usuń
  4. Ponownie płaczę. Naprawdę mocno Cię ściskam - wirtualnie. Wspomnienia wróciły, czytając twoje słowa, miałam w głowie obraz mojego dnia, kiedy poroniłam. Pamiętam doskonale ten ból w oczach męża, pamiętam siebie i ten rozrywający serce ból i żal.... Przykro mi strasznie, że i Ciebie to spotkało. Żadne słowa nie są w stanie pomóc.. trzymajcie się :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Milena, nie wymieniłam Ciebie z imienia, bo nie wiedziałam czy Twojego poronienia nie chcesz zachować dla siebie. Raz jeszcze dziękuję za ciepłe słowa. Wciąż mam przed oczami ból mojego męża, najgorsze jest to, że ojcom nikt nie współczuje, bo w społeczeństwoe panuje przekonanie, że to matka straciła dziecko i to ona cierpi.

      Usuń
    2. Trzymałam kiedyś w tajemnicy. Z biegiem czasu nauczyłam się o tym mówić, pomimo, że wspomnienia wracają i czuć smutek. Niestety, ale tak jest, że każdy skupia uwagę na kobiecie i nie zdaje sobie sprawy, że mężczyzna również cierpi, ale stara się zachować kamienną twarz.

      Usuń
  5. Jestem z Wami myślą i w modlitwie. Trzymajcie się jakoś ♡♡♡

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo mi przykro. Zastanawialam sie gdzie sie podziewasz. Nie wiem co wiecej napisac (tule).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie musisz nic pisać. Zniknęłam początkowo przez ciążę - nękały mnie poranne mdłości i wymioty i generalnie nic mi się nie chciało. Niedługo pewnie wrócę, ale jeszcze nie wiem kiedy.

      Usuń
  7. Bardzo Mocno Cię kochana moja ściskam i tulę wiem co czujesz, przeszłam przez to samo i mimo, że minęło już trochę czasu to to wciąż boli.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem wiem, pamiętam i przykro mi, że otwieram tę ranę. Chciałam nawet zrezygnować z tego posta, ale zbyt mocno to wszystko przeżyłam by tak po prostu przemilczeć moją tragedię.

      Usuń
  8. Przykro mi, wiem co czujesz, co to za ból...lecz nie poddawajcie się, wiem, ze te słowa teraz nic nie będą znaczyć bo ból jest ogromny, ale starajcie się, z tych dwóch kresek w końcu będzie mały brzdąc. Znasz moje historie wiesz jak było, trzeba wierzyć...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje, znam i pamiętam doskonale co przeszłaś i nie raz powdziwiałam Cię :)

      Usuń
    2. Ucięło mi część wypowiedzi - staram się iść do przodu i wierzę, że jeszcze będzie dobrze!

      Usuń
    3. Będzie musi być...poza tym na pewno czeka na górze na was aniołek, który już nie może się doczekać aż zobaczy swoich rodziców i starszego brata, czeka aż będziecie gotowi, żeby przyjść na ten świat zdrowym i silnym, no bo kto jak nie on będzie podnosił bratu ciśnienie i sprawiał, że będzie musiał się wykazać na całej linii, do tego musi być silny i zdrowy i czeka na takie ciałko, które wytrzyma jego temperament :D

      Usuń
  9. Kochana.....brak mi słów, wyobrażam sobie co przeżyłaś, bo moja siostra przeszła przez to samo :( Masz rację, masz cudownego męża!!! Tule cię mocno :*

    OdpowiedzUsuń
  10. Bardzo mi przykro... przytulam i myślę o Was...

    OdpowiedzUsuń
  11. Bardzo mi przykro :( ale wierze ze jeszcze uda Ci sie urodzic jeszcze minimum jedno zdrowe dzieciątko:)

    OdpowiedzUsuń
  12. Bardzo mi przykro, nie wiem, co powiedzieć, bo żadne słowa tu nie są na miejscu... Przesyłam mnóstwo ciepłych myśli!

    OdpowiedzUsuń
  13. Ewka, okropnie mi przykro. Przytulam Cię z wszystkich sił, trzymaj się :-*

    OdpowiedzUsuń
  14. Przykro mi :( nawet sobie nie wyobrażam co musisz teraz czuć... ale mimo wszystko wierzę, że jeszcze Wam się uda, że za jakiś czas przeczytamy tutaj radosny post o pojawieniu się na świecie Waszego kolejnego malucha. Trzymam kciuki!

    OdpowiedzUsuń
  15. Ewuś ściskam mocno:* bardzo mi przykro...

    OdpowiedzUsuń
  16. Ewa, zawsze możesz liczyć na moją pomoc, chociaż tylko wirtualną. Myślę często o Was, naprawdę mi przykro, że tak się stało...

    OdpowiedzUsuń
  17. Bardzo mi przykro Ewo. Niestety wiem co czujesz gdyż mnie spotkało to samo w 13 tygodniu ciąży. Najbardziej ubodły mnie słowa lekarki, która wcześniej na wyznaczonych wizytach mówiła, że wszystko jest wporzadku, a w dniu w którym dowiedziałam się, że płód obumarł doktorka powiedziała: "wiedziałam,że tak będzie" jej słowa jeszcze bardziej mnie dobiły.
    Trzymaj się kochana.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  18. Bardzo mi przykro Ewo. Niestety wiem co czujesz gdyż mnie spotkało to samo w 13 tygodniu ciąży. Najbardziej ubodły mnie słowa lekarki, która wcześniej na wyznaczonych wizytach mówiła, że wszystko jest wporzadku, a w dniu w którym dowiedziałam się, że płód obumarł doktorka powiedziała: "wiedziałam,że tak będzie" jej słowa jeszcze bardziej mnie dobiły.
    Trzymaj się kochana.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń