niedziela, 30 października 2016

   Niedzielny poranek przyniósł kolejną tragedię. Ziemia zatrzęsła się po raz enty, najmocniej od 36 lat - magnituda 6,5. Nas zastało w łóżku, gdyż obudziliśmy się zaledwie kwadrans wcześniej. Robi się coraz bardziej nerwowo - tym razem czuliśmy jakby epicentrum było pod nami (było 70km dalej, kilka kilometrów od miasta Norcia).

Niby człowiek przyzwyczaja się do tego typu zdarzeń a jednak za każdym razem budzą one ogromny strach i panikę.


Na szczęście nie ma informacji o ofiarach śmierlenych. Zabytki sypią się jednak jak domki z kart. Dzisiaj runęła Bazylika św. Benedykta, właśnie w Norcii. Wiele razy mieliśmy się tam wybrać, ale za każdym razem wycieczkę odkładaliśmy na później, bo przecież to tak blisko, że jeszcze zdąrzymy. Niestety!




W samej Perugii nie odnotowano zniszczeń. Jest nerwowe spoglądanie na wszelakie pęknięcia na ścianach i ulicach. Od rana towrzyszy nam dźwięk przelatujących, w tą i z powrotem, helikopterów.

Szkoły zostały ponownie zamknięte (większość i tak była już zamknieta na długii weekend) aż do odwołania.



Obrona cywilna przypomina by przygotować tzw. safety bag.


czwartek, 27 października 2016

Wszystko OK!

Kochani, dostaję sporo wiadomości, więc spieszę Was uspokoić - u nas wszystko w porządku.

Sporo strachu i  nutka paniki wdarły się wczoraj (znowu) do naszego życia. Drugi wstrząs naprawdę mocno mnie wystraszył - na szczęście mąż (który po pierwszym wstrząsie pobiegł uspokajać teściową) w porę wrócił do domu by przywrócić mnie do pionu. Stefano w zabawie praktycznie nie zorientował się, że dzieje się coś złego.

Kołysały się żyrandole. kolebały lampy stojące, trzęsły szafki, kanpa i łóżko.

Z domu nie wychodziliśmy. U nas tyle! Ale mieszkańcy wiosek i małych miasteczek powychodzili na ulicę i zmuszeni byli spędzić noc pod gołym niebem, a jak  na złość wczoraj póżnym popołudniem strasznie się rozpadało.
Niedaleko Norcii runął kościół.





Szczęście w tym nieszczęściu, nie ma informacji o ofiarach śmiertelnych. Wiadomo, że kilka osób poniosło obrażenia. Po pierwszym wstrząsie mieszkańcy powychodzili z domów i drugi, silniejszy zastał ich na zewnątrz.

Rozporządzeniem burmistrza Perugii, ze względów bezpieczeństwa szkoły dzisiaj pozostają zamknięte. Nie wiemy jeszcze czy postanowienie powyższe zostanie ''rozciagnietę'' również na jutro - mielibyśmu wtedy naprawdę długi, 7dniowy weekend.

Spać kładłam się z niemałym lękiem, Stefano spał z nami, tak czułam się spokojniejsza. Noc przebiegła bez ''atrakcji'', jedynie sen mało spokojny -  niejako na ''trybie czuwania'' i przebudzaniem się w tym dziwnym wrażeniu ''dygotania'' - takie złudzenia serwuje nam nasz mózg.


Czerwona kropka to epicentrum (na granicy regionów Umbria i Marche). Jak możecie zauważyć dzieli nas od niego ''parę'' kilometrów, Dodatkowo mieszkamy w nowym budownictwie, więc teoretycznie jesteśmy bezpieczni. Powtarzam to sama sobie, by czuć się spokojniej :)

Proszę nie dopisujmy tym wydarzeniom teorii spiskowych, które jak zwykle pojawiają się w sieci. Wszyscy doskonale wiemy, że zamieszkujemy rejonu o wysokim ryzyku (i aktywności) sejsmicznym, więc trzęsienia ziemi nie są jakąś wielką niespodzianką. W Umbrii ziemia trzęsienie się praktycznie codziennie, jednak dopóki magnituda jest niska nie odczuwamy tego. No, ale  wiedzieć to jedno, a przeżyć coś takiego to drugie...stąd panika.



Może teraz wydaje Wam się nad wyraz spokojna, ale zapewniam, że wciąż mam w sobie niepokój. Tyle ode mnie

Z całego serca dziękuję za wszystkie Wasze wiadomości :)

Ewa

poniedziałek, 24 października 2016

Codzienna rutyna

Wiem wiem, nawaliłam, Po raz kolejny. Obiecałam ''podsumowanie Genuii'', a słowa nie dotrzymałam (póki co). Chciałabym mocno obiecać poprawę, ale ostatnio wszystko toczy się bardzo szybko i są dni, że nawet nie zaglądam do wirtualnego świata.

Pogoda zwariowała, delikatnie mówiąc. Aura wyraźnie nie może się zdecydować, w którą porę roku ''uderzyć'' i tak mamy wiosenno-jesienne temperatury, z przebłykami lata (w ubiegłym tygodniu 27°). Jak to mówią lokalni ''tempo da terremoto'' - pogoda na trzęsienie ziemii. Mówisz, masz. Dziś o świcie się zatrzęsło w Gubbio (dla odmiany po sierpniu, na północy od Perugii).

No, ale co u nas?

Niby rutyna. Tyle, że ta nasza rutyna ma coraz bardziej napięty grafik.

Sobota otworzyła przedszkolny sezon urodzinowy. Dzieciaki bawiły się wyśmienicie, rodzice jedli i plotkowali. Impreza udana, choć zakończona mocnym akcentem - dziewczynie z animacji spadł tort urodzinowy!

Niedziela. W teorii wypoczynkowa, w praktyce dość aktywna. Zaliczyliśmy długaśnny spacer i ''czekoladowe laboratorium'' (w związku z trwającym w mieście Eurochocolate) dla dzieci.

Karmelowy tort zposypką :)

Poniedziałek i środę mąż pracuje do wieczora, więc na mnie spada obowiązek odbierania syna z przedszkola. Teściowa znowu pokombinowała, ale uznałam, że tym razem nie będę zgłaszać obiekcji w temacie - w wyżej wymienione dni stołuje się u rodzicielki męża. Po obiedzie szwagier podwozi mnie odebrać Stefano.

Wtorek, bezpośrednio z przedszkola podążamy do logopedy.

Czwartek. Bieganina od rana do wieczora. Rano logopeda, Następnie przedszkole. Szpital - odbiór moich wyników. Po południu, w końcu udało nam się wybrać do lunaparku, który raz do roku odwiedza Perugię. Z naszego syna boiduszy nie zostało już nic - wdał się w tatę i kręcą go najstraszniejsze karuzele, takie gdzie od samego patrzenia kręci się matce w głowie.


Pan obsługujący karuzelę był na tyle miły, że sam zaproponował  by uiścić opłatę po kursie, bo w razie jakby się mały przestraszył zatrzyma wczesniej maszynę i nie będziemy musieli płacić. Mały się nie wystraszył, przeciwnie!



Wesołe  miasteczko zostaje w mieście do 13 listopada, więc bedzie jeszcze okazja na powtórkę z rozrywki.

Prosto z parku rozrywki pognaliśmy do synowskiego przedszkola wybierać ''rappresentate di classe'' (reprezentat klasy - coś w rodzaju komitetu rodzicielskiego).


Piątek. Psychomotoryka funkcjonalna, którą Stefano uwielbia całym sobą. Następnie wizyta u podologa (mąż).

Sobota. Popołudniowy shopping, bo dziecko tak się powyciagało, że nie ma w czym chodzić. Wieczorem nastomiast wybraliśmy się na ''event'' do sklepu (optyk) szwagra. Co jakiś czas przy okazji zmiany wystroju wnętrza organizują aperitif dla klientów i znajomych. Nie wypadało nie iść. Stefano od razu wpadł w oko przedstawicielce jednej z marek optycznych, która zaproponowała, że przyśle nam do testowania oprawki niemieckiej firmy Ic! Berlin - jestem laikiem w temacie, pierwsze słyszę. Szybko zostałam uświadomniona i tak się zastanawiam czy może by nie chcieli syna do jakiejś reklamy ;)  Żartuję!

A teraz nowy tydzień, stara rutyna i nowe wyzwania - w czwartek kolejne urodziny przedszkolnego kumpla. Myślami jestem już przy długim, pięciodniowym weekendzie. NO, ale najpierw trzeba przeżyć bieżący tydzień.

Pozdrawiam

Ewa


piątek, 14 października 2016

Cinema2Day

Dziś na szybko i inaczej  niż zazwyczaj.

Większości z Was zapewne nie bedzie poniższy post interesować. ale zamieszczam go w celach informacyjnych, jakby zbłądzili tu przypadkiem Polacy mieszkający we Włoszech. Choć kto wie, może i u Was istanieją podobne akcję?

Włoskie Ministerstwo Kultury wyszło z wspaniałą (moim zdaniem) inicjatywą - od września, aż do lutego 2017 roku, w każdą drugą środę miesiąca bilety do kina kosztować będą jedynie 2 euro. Do akcji przystąpiło ponad 3000 tysiące kompleksów, w tym (ku naszej ogromnej radości) oba multipleksy z Perugii.

http://www.cinema2day.beniculturali.it/


Na wrześniową promocję się spóźniliśmy, ale październikową wpisaliśmy sobie w kalendarz i tak oto w ostatnią środę wybraliśmy się do kina na Pets - sekretne życie zwierzaków domowych. Film sympatyczny, Stefano był w siódmym niebie, co rusz wybuchał głosnym śmiechem.

Za 3 bilety zapłaciliśmy 6 euro (normalnie tyle kosztuje 1 bilet), za jeden popcorn 5,20 :D

Z tego co zauważyliśmy akcja cieszy się niemałym zainteresowaniem. Spodziewaliśmy się, iż na seansie o godzinie 15 będziemy jedynie my i kilka innych zagubionych dusz. Mile byliśmy zaskoczeni, bo sala była w połowie wypełniona. Nie wspomnę jaki tłum ludzi spotkalismy wychodząc z kina.

Październikowa edycja ''zaprowadziła'' do kin ponad milion widzów.

Moim zdaniem to strzał w dziesiątkę, choć zdania są podzielone. Niektórym promocja ''kinowych śród''  nie przypadła do gustu i tak np. Disney przełożył. planowaną na drugą środę września premierę ''Gdzie jest Dory''  na dzień później! Inni przeciwnie, są zachwyceni - włoski reżyser F. Moccia przyspieszył premierę najnowszego filmu, tak by załapać się na akcję.

A co Wy o tym sądzicie?








środa, 5 października 2016

Muzeum Morza - Galata Museo del Mare (Genua)

Nie mogę uwierzyć, że minął już ponad miesiąc od naszego wypadu do Genui. Kiedy? Czy tylko mi czas ucieka przez palce? Gdzie się podział wrzesień?

Jadąc do Genuii nie spodziewałam się zbyt wiele po mieście. Przyznaję, moja wiedza o liguryjskiej stolicy kończyła się właściwie na Akwarium i Kolumbie. Miałam jednak nadzieję, że miasto to nas pozytywnie zaskoczy. Nie myliłam się, choć Genua, jak każde inne miasto, ma również swoje minusy i zdecydowanie zamieszkać bym tam nie mogła.

Czwartek, ostatni dzień naszego ''weekednu'' był nad wyraz intensywny. Początkowo nie planowaliśmy nic specjalnego, chcieliśmy po prostu posnuć się ospale po ulicach, wypić aperitif z kuzynkami męża, zjeść pyszna kolację i wyspać się przed obraniem drogi powrotnej do domu.

Taki był plan! Skąd więc 10km na liczniku?

Zaczęło się dość niewinnie, leniwie wstaliśmy, ogarneliśmy się i po śniadaniu ruszyliśmy do Muzeum Morza (Galata Museo del Mare). Zupełnie nie mieliśmy tego w planach, bo ani maż, ani ja nie należymy do ''muzelników''. I nawet nie chodzi tu o opłatę za wstęp, ale chodzenie po pokojach i podziwiane obrazów po prostu nas nie kręci. Dzień wcześniej jednak Sabina i Luigi,w luźnej rozmowie napomknęli, że to nie takie zwykłe, nudne muzeum, Przegooglowaliśmy i postanowiliśmy dać mu szansę, upatrując w jego zwiedzaniu kolejnej przygody dla Stefano, bo ilu czteroletnich chłopców może pochwalić się, że zwiedziło prawdziwą łódź podwodną?

Zanim jednak doszliśmy do łodzi, pokonaliśmy 4 ogromne piętra pełne morskich eksponatów, od makiet statków, przez kolumbowe zapiski, stare mapy po zwiedzanie statku pasażerskiego. Gdybym chciała tu wszystko opisać, post ten nie ukazałby się i za miesiąc ani nawet dwa. Z resztą zdjęcia i tak trafniej oddadzą magię tego  miejsca.

Wstęp do Galata Museo di Mare do najtańszych nie należy, bo jest to aż 12 cennych euro (7 dziecko), jeśli zainteresowani jesteśmy również łodzią podwodną (Nazario Sauro) to przyjdzie nam dorzucić kolejnych 5. Niestety, albo i stety, nie  można zwiedzać jedynie łodzi - tzn. pewnie można, ale trzeba zapłacić za wszystko. Wstęp do łodzi podwodnej podlega pewnym restrykcjom np. kobiety ciężarne i dzieci poniżej 4 roku życia muszą zadowlić się podziwianiej jej z zewnątrz.

Kończę paplanię i przerchodzę do zdjęć.




Czy muszę Wam mówić, że Stefano był wniebowzięty? Ochoczo biegał i zaglądał w każdy kąt. To czego nie należało dotykać było za szybą, wszystko inne,  nie tylko możba było, ale wręcz należało dotkąć i spróbować. Chodziliśmy po orginalnych rozmiarów atrapach statków....


próbowaliśmy wiosłować. Matka marnie skończyłaby swój żywot i szybko wyleciałąby za burtę, bo nawet raz nie potrafiła wiosłem machnąć...

nabijaliśmy armatę....


uciekaliśmy przed piratami....



kompas

Z góry podglądaliśmy kajuty...

i kambuzę.





Piętro trzecie to podróż przez klasy transatlantyku, od kalsy roboczej po mostek kapitański, gdzie możemy spróbować unikąć kolizji z innym statkiem. Przy wejściu na piętro otrzymujemy papierowy paszport, który posłuży nam do zabawy w pasażera statku, gdyż wsuwając do w odpwiednie miejsca stajemy się niejako bohaterami filmu - w ten sposób dokonujemy np. check in, przechodzimy kontrolę emigracyjną.



Symulacja łodzi podwodnej dla najmłodszych, zanim odważą się wejść na pokład tej prawdziwej.
Czwarte, ostatnie już piętro musem, to oszklony taras widokowy. Ja niestety, z uwagi na lęk wysokości, nie za bardzo mogłam z niego skorzystać i ogarniczyłam się do spoczecia na ławeczce, podczas gdy mąż mój pstrykał zdjęcia okolicy.





Po tych zapierająch dech w piersiach widokach czyli po około dwóch godzinach zwiedzania, ponownie zameldowaliśmy się na recepcji (czyli przy kasie), gdzie dostaliśmy stylowe czepki i kaski i powędrowaliśmy do zacumowanej w porcie ''podwodnej krainy''.

W tym miejscu muszę się przyznać, że miałam mały kryzys - atak paniki. Nie,  nie w środku, a przy wejściu. Nie wiem jak to dokładnie zdefiniować - mam lęk wysokości i boję sie wody, co powoduje, że mam ogromną słabość przed mostami na wodzie (rzece czy morzu). Zbierając się do przejścia przez trap nogi zrobiły mi się jak z waty, zaczęłam drżeć i prawie płakać - ''No nie idę i koniec i Stefano też nie pójdzie, bo Ty go nie będziesz pilnować'' i inne bzdury. M.musiał się wrócić, uspokoić mnie, przejąć syna i  uświadomić mi, że w sumie to ja już jestem na wodzie, więc albo do przodu albo do tyłu. Weszłam i nie żałuję!
Nazario Sauro od zewnątrz

i od środka...


Nazario Sauro to orginalna łódź podwodna włoskiej marynarki wojennej, Brała udział w drugiej wojnie światowej, podczas której trafiona bombą zakończyła swój żywot na Morzu Czerwonym. Od 2010 roku stanowi jedną z atrakcji Muzem Morza w Genuii.







Myślę, że warto było. Marzyłoby  mi się więcej takich interaktywnych muzeów. Poznajesz historię a jednocześnie się  bawisz - raj dla dzieci.

Tym wpisem planowałam zakończyć posty o Genui, ale w ostatniej chwili stwierdziłam, że wyszłoby nieco chaotycznie. Za kilka dni powinien pojawić sie post podsumowujący nasz wypad, co nas urzekło, co zawiodło i kilka fotek.