wtorek, 26 lipca 2016

''Dolce far niente'' czyli chwile relaksu nad Morzem Tyreńskim.





  Nie wiem czy pamiętacie, w czerwcu przez 8 dni bawiliśmy w Toskani. Nie mogę uwierzyć, że od tego czasu minęło już 1,5 miesiąca a ja jeszcze nie zdąrzyłam napisać choćby krótkiej relacji z pobytu. Jako że miejsce co roku to samo, tym razem podusmowanie urlopu miało być nieco inne. Wymyśliłam sobie mianowicie, iż złożę filmik z naszych toskańskich przygód.  No, ale nie wyszło. Bo po pierwsze czasu wiecznie brak, a po drugie mój program do obróbki, dziwnym trafem, zniknął z dysku.

Tegorocznego urlopu wyczekiwaliśmy z wielkim utęsknieniem, nawet mój nielubiący słońca mąż nie mogł się doczekać kiedy w końcu będzie mógł wygrzać obolałe gnaty ;)

Proces pakowania przebiegał dość niespokojnie. A wszystko to wina tegorocznej pogody. Jak w kwietniu mielismy pełnię lata, tak maj ''wynagrodził'' nam zimową suszę - słowo daję, jak długo tu mieszkam, nie widziałam tak brzydkiej wiosny. Cóż, los zadbał by starsze panie miały na co narzekać - zimą na suszę, a wiosną na deszcz!

Jeszcze w środę spoglądaliśmy na prognozy pogody, ze smutkiem zadając sobie pytanie ''co robimy? jedziemy? przekładamy? odwołujemy''. Na szczęście, w czwartek deszczowe chmury zaczeło zastępować utęsknione słońce toteż w piątkowy poranek ruszyliśmy w drogę.

Droga minęła przyjemnie i już kilka minut po 14 mogliśmy pokierować nasze kroki na plażę. O tak, tego nam było trzeba. Swieże powietrze, ciepły piasek, słońce i morze.


Ojciec dziecka pilnuje!

Krótki wypad na lody - Castiglioncello.

Było cudownie. Nad Morzem Tyreńskim spędziliśmy osiem wspaniałych dni. Nieco wietrznych, ale ciepłutkich. Tylko dwie doby oszczędziły nam wiatru,  momentalnie zrobił się skawar, a piach parzył w stopy.
Co prawda wieczorami bywało chłodnawo, ale wystarczył sweterek i dalej można było cieszyć się rodzinnymi spacerami.

Nasze dni były raczej monotonne, mijały nam pod znakiem plaży. Do basenu wciąż nie udało się syna przekonać - tylko raz (i to na siłę) poszliśmy się popluskać w ciepłej wodzie groty z hydromasażem.




Na morze Stefek reagował znacznie przychylniej. Szału co prawda nie było, ale sam fakt, iż syn sam maszerował po wodę (wchodził najdalej do ud) jest krokiem na przód. Pierworodny chętnie uczestniczył w zajęciach baby club, czy to na plaży czy w hotelowym ogrodzie.







Niestety był  najmłodszy, a że różnica wieku była spora nie dane mu  było w pełni uczestniczyć we wszystkich zabawach. Dopiero wiczorem, na baby dance, pojawiały się maluchy i wtedy już do woli można było dać upust emocjom.





Cześć Maluszku, zapewne to chciał Stefek przekazać dziewczynce, gdy czule pogłaskał ją po główce :)
Jedna z dziewczynek podbiła serce syna. Kto zgadnie która?




Jesteśmy z mężem osobami, które lubią aktywny wypoczynek, ale w tym roku nastawiliśmy się na bezczynne siedzenie na leżaku. Jak nigdy przedtem potrzebowaliśmy uwolnić nasze myśli i relaksować ile się da. Nie interesowało nas zwiedzanie, a leniwe wyciągnięcie nóg.
No, ale niedzielny poranek postanowił spłatać nam figla. Ciemne chmury, które pojawiły się na horyzoncie, przekonały nas do odbicia nieco od lini brzegowej. Opcje były dwie - Lucca bądź Piza.  Jako że ostatnimi czasy naszych uszu doszło wiele pozytywnych opini odnośnie pierwszej z nich, postanowiliśmy na własne oczy się przekonać czy rzeczywiście zapiera dech w piersiach. No i ... ochów i achów nie było, miasto nie podbiło naszego serca. Może za wiele się po nim spodziewaliśmy? Sama nie wiem. Przyznaję, ma swój urok, ale dla mnie nie było tam nic nowego, wyjątkowego co sparwiłoby że zapadnie w mojej pamięci na zawsze. (A ciemne chmury zniknęły jak tylko wsiedliśmy do samochodu - normalka).

              



Na koniec kilka wakacyjnych ujęć - plaża i cała reszta.  Spoglądam na zdjęcia i już tęsknię...



Moje zabawki zaniosę sam!


Italia, Italia - tutaj akurat kibicujemy reprezentacji Włoch, ale mecze polskiej drużyny też oglądaliśmy. Po golach radość była ogromna. 


Uwielbiam błękit nieba.
Poranna kawa  na balkonie










Ciepłe, rozpływające się w ustach, pączki przed snem. Niebo w gębie - na szczęście odkryliśmy je dopiero w czwartek ;)




piątek, 15 lipca 2016

WELCOME HOME

W niedzielę, kilka minut po południu z głośników rozległ się radosny głos stewardesy ''witamy w Perugii, temperatura powietrza 30 stopni...'' Chwilę wcześniej, po godzinnym locie nasz samolot dotknął włoskiej ziemii.

Gdzieś w przestworzach pomędzy Gdańskiem a Monachium :)

Wróciliśmy! Z wietrznej i chłodnej Polski w samo centrum umbryjskich upałów. Przez ostatnie 3 tygodnie praktycznie nie wchodziłam na bloggera. Wysoka temperatura nie zachęcała na włączanie komputera by dodatkowo nagrzać sobie, i tak już rozpalone, mieszkanie. Wczoraj wieczorem powiało chłodem, dziś od rana ulewne deszcze i niewiele ponad 20 stopnii, co skłoniło mnie do nadrabiania wirtualnych zaległości. Powoli zaczynam czytać obserwowane blogi a nawet zostawiać po sobie ślady w postaci komenatrzy.

Spokojnego weekendu