wtorek, 24 maja 2016

Odkurzam wirtualne cztery kąty - Coloriamo i cieli 2016 (Castiglione del Lago)

  Pfuu, pfuuu - nieśmiało, delikatnie dmucham, dmucham i kurz otrzepuje z moich wirtualnych stronnic. Wszak to już prawie miesiąc o mojej ostatniej tu wizyty. Zaległości mam ogromne, zarówno w pisaniu jak i w czytaniu. Starałam się być na bierząco, ale brak stałego dostępu do internetu skutecznie mi to utrudniał.

Sporo się działo podczas miesięczego rozbratu z wirtualnym światem. Tyle razy chciałam tu napisać, ale jednak los chciał inaczej. Łącze wróciło 13 maja. Tak wiem, że to 10 dni temu, ale w między czasie były choroby, synowskie urodziny, przedstawienia w przedszkolu i najzwyczajniej w świecie ciężko było mi znaleźć czas na pisanie.

W nowym lokum zadomowiliśmy się już na dobre, choć wciąż zewsząd otaczają nas pudła. Dlaczego - brak internetu? Nie, nie upadłam na głowę. Brak internetu skutecznie utrudniał nam egzystencję. Przez miniony miesiąc odcięci od świata uświadomiliśmy sobie jak ten wynalazek ułatwia życie, bynajmniej mówię tu o chatach, blogu itp... Chodzi mi o sprawy dnia codziennego typu: homebanking, opłaty za przedszkole, instrukcje obsługi sprzętów (pralkoszuszarka, zmywarka, hydromasaż)... No i te wszechobecne kartony! Otóż wymyśliliśmy sobie, że modem najwygodniej umiejscowić w pokoju, którego używamy najmniej (tzw. studio), ale gniazdko telefoniczne znajduje się za szafą i póki nas nie podłączono nie mogliśmy rozpakować kartonów z książkami, bo kto taki pełen literatury regał później ruszy?

Rozpisałam się, a nie o tym chciałam dziś pisać. Plany na maj mieliśmy ogromne (patrz poprzedni post). Trochę przez pogodę, trochę z lenistwa a jeszcze trochę z powodu choroby, zrealizować udało się niewiele. No, ale to co się udało, wyszło super fajnie.





Ostatniego dnia kwietnia wybraliśmy się rodzinnie na puszczanie latawców do Castiglione del Lago. Jak w ubiegłym roku (klik) wiatru było aż za wiele, to w tym roku jak na złość było wręcz odwrotnie. Nasz ''pigwinek'', w tym roku potwierdził teorię, że pingwiny do nieloty. Nieźle trzeba było się wysilić by wzbić go w powietrze, a jeszcze więcej by pozwolić mu szybłować. Dosłownie byliśmy wypompowani.

 

poleciał ;)









I wtedy Stefano dostrzegł styropianowe samolociki. Jego mina mówiła sama za siebie - ''mamusi, ja chcę taki''. Tata stanął na wysokości zadania - zakupił i szybko zmontował obiekt latający. Tak, to był zdecydowany hit tegoroczneh edycji Coloriamo i cieli.







No, ale wszystko co piękne i fajne i tak się w końcu znudzi, zwłaszcza dziecku. Z ulotki wiedzieliśmy, że na lotnisku mają być obecne kucyki. Matka więc wytęrzyła wzrok i są - ''Ste, chcesz zobaczyć kucyki?''. A pewnie, że chciał! Po przejściu 100 metrów, kucyki okazały się koniami, młodymy koniami, ale jednak dużymi. Stefano zareagował na nie bardzo pozytywnie, przywitał się, pogłaskał.



Ja na męża, mąż na mnie - próbujemy? Nie za bardzo chcieliśmy wyrzucać w błoto 5 euro, a przekonani byliśmy, że Ste stchórzy i na konia nie wsiądzie. Zapytaliśmy więc czy możemy najpierw spróbować syna posadzić i wtedy zdecydwać?  Syn nasz idealny, bez problemu pozwolił sobie założyć kask i powolutku szedł w kierunku konia...

... konik jednak zdenerwował się (na oplatającą mu nogę linę), że podskoczył w górę i z niesłychaną lekkością wyrwał słupek z ogrodzenia, do którego bym przywiązany.  Matka niemal dostała zawału i już miała krzyczeć, że ''nie nie nie, na tego konia nie wsiądzie'', ojciec również wydawał się z lekka zaniepokojony, a pierworodny nic sobie z tego nie robił (śmiem twierdzić, iż nawet mu się to spodobało)!

Wsiadł i pojechał...




Kochani, a jaki był przy tym szczęśliwy i dumny z siebie. Ja też pękałam z dumy, gdyż kiedyś na obozie sportowym (w liceum) miałam okazję wsiąść na konia, ale się bałam. A jemu uśmiech nie schodził z ust. Brawo synku :)

12 komentarzy:

  1. Sama pobawilabym sie tym steropianowym samolotem . Brawa dla Stefcia za jazde na koniku :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzielny ten Wasz synek! :) Dobrze,ze wrocilas:)
    Ps. A konie wygladaja na mala rase raczej- hucul, konik polski czy cos w tym typie. To sa bardzo cierpliwe i kochane zwierzeta, szczegolnie jak chodzi o jazde dla dzieci:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Matko wstydź się, że twe dziecię odważniejsze od Ciebie ;) Serce rośnie, gdy dziecko jest takie szczęśliwe, a to niby taka zwykła przejażdżka na koniu :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzieci uwielbiają konie, a szczególnie wtedy gdy nie mają ich na co dzień. Pamiętam jak kiedyś Niuniek chciał u cioci na gęsi pojeździć bo sobie ubzdurał, że to te z karuzel...mają więcej odwagi niż my :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja też bym się bała, ale dzieci są odważne, więc nie ma się co dziwić Stefano. Fajne rozrywki macie w Perugii, bo w Genui to nic się nie dzieje :).

    OdpowiedzUsuń
  6. Rodzinne puszczanie latawców to brzmi jak super zabawa :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Dzielny Stefek! Ja wciaz czuje respekt do koni,a na karku trzydziestka. ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Masz rację, mimo, że interenet pochlania czas to naprawdę wielu kwestiach pomaga :) Widzę, że spędziliście cudowny i intensywny czas :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Choćbyś kiedyś nawet chciała to nie możesz powiedzieć, że jest u Ciebie nudno ;p

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja tez sie boje...wiec przybij piatke :)
    U mnie konie najfajniej wygladaja na kalenadzu, na zdjeciu :)
    Stefek - no facet jest i tam mu rybka czy kon czy konik :) Fajna atrakcja dla dzieci.
    ps. fajnie, ze juz jestes "wrocona do zycia w blogosferze"

    OdpowiedzUsuń
  11. Odważny synek ;-) najbardziej brykajacego konika wybrał ;-)

    OdpowiedzUsuń