sobota, 28 maja 2016

Dzień Matki - Festa della Mamma

Post ten pojawić miał się już jakiś czas temu, gdyż włoski Dzień Matki (Festa della Mamma) obchodzony jest w drugą niedzielę maja, ale troszkę mi nie wyszło ;)  No, ale jak to mówią - lepiej późno niż wcale. Tej wersji  będę się trzymać. Treści niezawiele, ale mając przed oczami prace Artysty (tak artysty przez duże A) mowę mi odebrało :) Sami zobaczcie!


 

Jest Laurka - tu dostrzegam sporą pomoc Pań, zwłaszcza przy kwiatku i kropeczkach biedroneczki ;) 

retro
Czy kogoś zastanawia ten rulonik? Ok, nie trzymam dłużej w napięciu. Tadam - oto mój portret :) Prawda, że podobna do orginału? Blond włosy, jeansy i jak słusznie zauważył mój mąż nawet fioletowy polar mam :D No, ale lewe ramię i dłoń wymiatają - strongwoman jestem.




Spokojnego weekendu
Ewa


wtorek, 24 maja 2016

Odkurzam wirtualne cztery kąty - Coloriamo i cieli 2016 (Castiglione del Lago)

  Pfuu, pfuuu - nieśmiało, delikatnie dmucham, dmucham i kurz otrzepuje z moich wirtualnych stronnic. Wszak to już prawie miesiąc o mojej ostatniej tu wizyty. Zaległości mam ogromne, zarówno w pisaniu jak i w czytaniu. Starałam się być na bierząco, ale brak stałego dostępu do internetu skutecznie mi to utrudniał.

Sporo się działo podczas miesięczego rozbratu z wirtualnym światem. Tyle razy chciałam tu napisać, ale jednak los chciał inaczej. Łącze wróciło 13 maja. Tak wiem, że to 10 dni temu, ale w między czasie były choroby, synowskie urodziny, przedstawienia w przedszkolu i najzwyczajniej w świecie ciężko było mi znaleźć czas na pisanie.

W nowym lokum zadomowiliśmy się już na dobre, choć wciąż zewsząd otaczają nas pudła. Dlaczego - brak internetu? Nie, nie upadłam na głowę. Brak internetu skutecznie utrudniał nam egzystencję. Przez miniony miesiąc odcięci od świata uświadomiliśmy sobie jak ten wynalazek ułatwia życie, bynajmniej mówię tu o chatach, blogu itp... Chodzi mi o sprawy dnia codziennego typu: homebanking, opłaty za przedszkole, instrukcje obsługi sprzętów (pralkoszuszarka, zmywarka, hydromasaż)... No i te wszechobecne kartony! Otóż wymyśliliśmy sobie, że modem najwygodniej umiejscowić w pokoju, którego używamy najmniej (tzw. studio), ale gniazdko telefoniczne znajduje się za szafą i póki nas nie podłączono nie mogliśmy rozpakować kartonów z książkami, bo kto taki pełen literatury regał później ruszy?

Rozpisałam się, a nie o tym chciałam dziś pisać. Plany na maj mieliśmy ogromne (patrz poprzedni post). Trochę przez pogodę, trochę z lenistwa a jeszcze trochę z powodu choroby, zrealizować udało się niewiele. No, ale to co się udało, wyszło super fajnie.





Ostatniego dnia kwietnia wybraliśmy się rodzinnie na puszczanie latawców do Castiglione del Lago. Jak w ubiegłym roku (klik) wiatru było aż za wiele, to w tym roku jak na złość było wręcz odwrotnie. Nasz ''pigwinek'', w tym roku potwierdził teorię, że pingwiny do nieloty. Nieźle trzeba było się wysilić by wzbić go w powietrze, a jeszcze więcej by pozwolić mu szybłować. Dosłownie byliśmy wypompowani.

 

poleciał ;)









I wtedy Stefano dostrzegł styropianowe samolociki. Jego mina mówiła sama za siebie - ''mamusi, ja chcę taki''. Tata stanął na wysokości zadania - zakupił i szybko zmontował obiekt latający. Tak, to był zdecydowany hit tegoroczneh edycji Coloriamo i cieli.







No, ale wszystko co piękne i fajne i tak się w końcu znudzi, zwłaszcza dziecku. Z ulotki wiedzieliśmy, że na lotnisku mają być obecne kucyki. Matka więc wytęrzyła wzrok i są - ''Ste, chcesz zobaczyć kucyki?''. A pewnie, że chciał! Po przejściu 100 metrów, kucyki okazały się koniami, młodymy koniami, ale jednak dużymi. Stefano zareagował na nie bardzo pozytywnie, przywitał się, pogłaskał.



Ja na męża, mąż na mnie - próbujemy? Nie za bardzo chcieliśmy wyrzucać w błoto 5 euro, a przekonani byliśmy, że Ste stchórzy i na konia nie wsiądzie. Zapytaliśmy więc czy możemy najpierw spróbować syna posadzić i wtedy zdecydwać?  Syn nasz idealny, bez problemu pozwolił sobie założyć kask i powolutku szedł w kierunku konia...

... konik jednak zdenerwował się (na oplatającą mu nogę linę), że podskoczył w górę i z niesłychaną lekkością wyrwał słupek z ogrodzenia, do którego bym przywiązany.  Matka niemal dostała zawału i już miała krzyczeć, że ''nie nie nie, na tego konia nie wsiądzie'', ojciec również wydawał się z lekka zaniepokojony, a pierworodny nic sobie z tego nie robił (śmiem twierdzić, iż nawet mu się to spodobało)!

Wsiadł i pojechał...




Kochani, a jaki był przy tym szczęśliwy i dumny z siebie. Ja też pękałam z dumy, gdyż kiedyś na obozie sportowym (w liceum) miałam okazję wsiąść na konia, ale się bałam. A jemu uśmiech nie schodził z ust. Brawo synku :)