poniedziałek, 1 lutego 2016

Wakacje 2015 ;)

Kolejny post z serii ''przygód moich niespisanych''.

Zima w pełni (przynajmniej teoretycznie), więc chętnie powspominam sobie lato. Tak lato, bo latem wiele się działo, a ze względu na moje problemy zdrowotne nie zdąrzyłam wspomnieć o naszym pobycie w Polsce.

Był to czas cudny, niezapomniany. Trzy tygodnie na ojczystej ziemi, pozwoliły mi się nieco zrelaksować, nacieszyć rodziną i ponownie odkryć polską naturę.

Do Polski, lecieliśmy ze Stefano sami , po raz pierwszy! Ogromnie mnie ta przygoda stresowała, gdyż nie dość, że strasznie boję się latać, to miałam do ogarnięcia rozbrykanego trzylatka. W dodatku Stefano, niczył łowne zwierze, wyczuł cały ten stres i postanowił nigdzie z matką nie lecieć, przynajmniej nie bez swojego tatuśka. Sceny z rzymskiego lotniska na zawsze pozostaną w mojej pamięci, nigdy wcześniej nie widziałam syna tak rozgoryczonego. Po policzkach spływały mu łzy, wielkie jak groch. Z bezsilności poryczałam się i ja, a na koniec łezkę uronił i M, (było to pierwsze tak długie rozstanie z synem).
Lotniskowy personel pospieszył z pomocą, Celnicy troskliwie zagadywali Stefano i przystali na szereg udogodnień (między innymi, zaproponowano nam abym wzięła syna na ręcę i tak przeszła przez wykrywacz metali). Panowie patrzeli z troską, a panie niemal ocierały dziecku łzy.

Niestety tego samego nie mogę powiedzieć o personelu naziemnym w Warszawie (w drodze powrotej), który mam wrażenie szuka dziury w całym, tak by tylko Tobie dopiec swoimi głupimi, nic nie wnoszącymi, komentarzami. Stefano nie był w najlepszej formie i przebiegł przez bramkę, co celnik, patrzać na niego z wyrzutem skwitował ''teraz będzie dzwonić''- przetrzepali małego. Zadryndałam i ja, więc Pan niezadowolony woła koleżankę by przyszła mnie obmacać, bo przecież zgodnie z regulaminem on nie może (mimo, iz stwierdziłam, że mi to nie robi różnicy). Następnie inny nieszczęśliwy z życia i pracy celnik, nie omieszkał wyrzyć na nas swoich emocji, bo zapomnieliśmy wyrzucić wodę i musiał dwa razy bagaż prześwietlać. No słów brak. Pominę usczypliwe komenatarze w temacie! Nie można sobie odpuścić, serio?

Na pokładzie, Stefano nie zmrużył oka. Na szczęście  lot minął spokojnie, choć tego samego nie mogę powiedzieć o pierworodnym, który chciał robić wszystko, tylko nie siedzieć. Co się naprzepraszałam Pani siedzącej obok nas to moje.
Do doznań niezwykłych, wręcz niezapomnianych, mogę zaliczyć również przebieranie syna w samolotowej toalecie (1,5 na 1,5) podczas gdy obijając głowę o zlew, a łokcie o ściany, uszy wyraźnie zaczynają mi się zatykać a z głośników pada ''Proszę państwa rozpoczęliśmy schodzenie do lądowania na lotnisku w Warszawie''...

A w Wawie, punktem obowiązkowym programu jest zabawa w autobusie.






Chwile grozy przeżyliśmy wypatrując walizki, gdy po taśmie krążyły wciąż te same bagaże, a naszego czerwonego cuda długo nie było na horyzoncie.




Swoją drogą walizkę gorąco polecam,  naprawdę warta swojej ceny.

Taksówką ruszyliśmy na podbój dworca centralnego, gdyż Warszawa nie była kresem naszej podróży - pociągiem musieliśmy się dostać na pomorze. Zmęczenie dawało o sobie znać, więc walizkę porzuciliśmy w przechowalni, a sami ruszyliśmy na lody do Grycana. Muszę przyznać, że w ostatnich latach, na centrlanym nieco się pozmieniało - działają windy na perony, jest jakby nieco czyściej i milej, ale i tak uważam, że miejsce możnaby zagospodarować nieco lepiej. Wszystkie kawiarnie zawalone tak, że ledwo da się wejść, o znalezieniu miejsca siedzącego można jedynie pomażyć - większość ludzi zalega tam godzinami. No, nie fajnie! Ale co tu się dziwić jak poczekalnia pamięta jeszcze czasy PRL - zimno, obskurnie. Niby są gniazdka i Wi-Fi, ale co z tego jak wszystkie zmysły głośno wołają ''nie pozwól dziecku niczego dotykać''!!!



Gdy w końcu na peron wtoczył się pociąg, oczekujący zaczęli zachowywać się jak zwierzęta stadne. Z wywieszonymi jęzorami biegali od jednych drzwi do drugich, przepychali się, nie bacząc na najmłodszych, tak jakby miało jakiś znaczenie czy do pociągu wejdą jako pierwsi czy też ostatni. A po środku tego wszystkiego my - mama z trzylatkiem, dwoma plecakami i walizką. Już myślałam, że nas stratuja, gdy nagle zza pleców usłyszałam donośny męski głos - Pani z dzieckiem, proszę zająć się synem, bagaż wezmę ja. Kierownik pociągu spadł nam jak z nieba :) A na pokładzie kolejna niespodzianka - ''potrzebujesz pomocy z walizką?'', rzucone przez studenta. Są jeszcze uczynni, dobrze wychowani ludzie na tym  świecie :)

Podróż minęła nam pod znakiem bajek i gier na tablecie oraz laptopie. Ste jak całą podróż trzymał się twardo i w pionie, tak na 30 minut przez naszą stacją docelową, zasnął. Urok podróży z dzieckiem :)


W ciągu trzech tygodni pobytu na ojczystej ziemii, przeżyliśmy 3 pory roku - zabrakło jedynie zimy. Przywitała nas wiosna, która stopniowo przeradzała się w lato, by nagle stać sie jesienią, deszczową i zimną jesienią.







Młody cieszył się z towarzystwa kuzynostwa, choć z najmłodszym kuzynem (rok różnicy) nawiązało się swego rodzaju rywalizacja. Kilka lat temu, rodzice z centrum miasta przenieśli się na wieś, mogliśmy więc nacieszyć się czystym powietrzem i spokojnym sielskim życiem. Stefano chętnie uczestniczył w pracach ogródkowych, codziennie pomagając babci podlewać kwiatki i warzywa, a przy okazji i każdego kto się akurat nawinął ;)

Jednego z niedzielnych poranków, wybraliśmy się nad morze z rodziną mojej siostry, dzięki czemu na własnej skórze mogliśmy przekonać się jak silne jest w Polsce zjawisko parwaningu. Siedzą wszyscy w tych swoich bunkrach,ustawionych jeden przy drugim, tak że cieżko dostać się nad wodę. Normalnie pełna integracja ;)



W babsko-dziecicięcym gronie, wybraliśmy się na kilka dni na Kaszuby. Zamieszkaliśmy w uroczym gospodarstwie agroturystycznym we Wielu. Była to niejako podróż w czasie,  gdyż w dzieciństwie niejednokrotnie wakacjowaliśmy się we wspomnianych okolicach. Szkoda, że akurat wtedy pogoda nie dopisała.



Przy okazji odwiedziliśmy Kościerzynę i starą parowozownię, która dzieciakom średnio przypadła do gustu. O wiele bardziej podobało im się w centrum miasta.







Po dwóch tygodniach dołączył do nas M. Spotkanie taty z synem, po 2 tygodniach kontaktów wyłącznie internetowych, było bardzo wzruszające.Stefano nieśmiało dotykał twarzy męża, tak jakby nie wierzył, że On tu jest.






Niestety czas zleciał niespodziewanie szybko i musieliśmy pakować manatki i wracać do domu.




Do następnego razu, czyli do marca!

25 komentarzy:

  1. :) Fajnie, że jednak te wspominki spisałaś :)

    Mam dokładnie takie same wrażenia z obsługi lotniskowej w Polsce... Po prostu żenada. Wszyscy, łącznie ze stewardami, zachowują się jak źli policjanci, którzy znajdują jakąś niezdrową satysfakcję w utrudnianiu podróży zwykłym ludziom... My do tego wszystkiego mamy jeszcze bonusowe czekanie w kolejce przy kontroli paszportowej, gdy podróżuje z nami H :] Jeszcze się nie zdarzyło, żeby podarowano nam durne pytania typu "po co tu jesteś", "kiedy wracasz do Turcji" itp. itp... chociaż guzik ich to powinno obchodzić skoro pozwolenie na pobyt ma jak byk w paszporcie... Tak jakby to oni wydawali decyzje, kretyny jedne. Nic ich nie rusza, że z dzieckiem czekamy, że za nami ludzie się niecierpliwią.

    Aż mi się miękko zrobiło, gdy opisałaś spotkanie Stefka z tatą :) Nasza Laura robi nam dokładnie do samo, gdy wracamy z jakiejś kilkugodzinnej przepustki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, to spotkanie było mega wzruszające. Stefano miał taki wyraz twarzy, jakby nie wierzył, że M. naprawdę tam z nami jest!

      p.s. W Polsce większość urzędników cierpi na taką dziwną przypadłość - robienie łaski. Pamiętam jak na studiach chodziłam wypłacać stypendium, a Pani z kasy miała taką minę jakby mi z własnej kieszeni wypłacała.

      Usuń
  2. Nie mów nic... dałabym wiele, żeby były już wakacje. Wy będziecie mieli już w marcu! Zazdro.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja już też chce wakacje. Takie prawdziwem bo wiesz jak się opoczywa a domu rodzinnym, zwłaszcza gdy bywasz tam dwa razy do roku. Mój mąż się w Polsce relajsuje, a ja za niczym nie nadąrzam.

      Usuń
  3. Ale Wam fajnie, że znów będzie w Pl. w marcu :) Oby już sie fajnie wiosennie zrobiło!

    Co do podróży samolotem, to ja nie latam, ale mąż leciał w grudniu do Hiszpanii i na lotniskach wszędzie go zatrzymywali i zadawali pytanie skąd jest i czy aby na pewno jest Polakiem, bo to podejrzane, żeby mówić z takim akcentem idealnym po angielsku. Mąż był bardzo zdziwiony, zaglądali mu w papiery, że hej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahha, bo Hiszpanie z angielskim są na bakier, nawet bardziej niż Włosi ;) p.s. NIe pogniewałabym się gdyby wiosna w tym roku przyszła szybciej niż zwykle.

      Usuń
  4. Zapachnialo latem :)
    Niestety bardzo czesto tak w Polsce jest, ze jesli ktos dorwie sie do "wladzy" to przegina i zostaje "drugim bogiem"- przykre to bardzo...
    Zdjecia super i Ty na trampolinie- jak starsza siostra i podlewanie, a juz moj faworyt to polna droga :)
    Super!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ile razy zasuwałam tą polną drogą, bo to droga prowadzącą (między innymi) od domu rodziców do domu siostry...jak widać czasami której z dzieciaków nam się buntowało ;)

      Usuń
  5. Co do lotniskowej obslugi poematy moznaby bylo pisac.... wiem terroryzm, wiem bezpieczenstwo pasazera, wiem, ze slozba celna i obsluga samolotu sa tylko pracownikami i robia to, co im polecono robic...ale traktowanie matki z dwojka dzieci jak bydla ( doslownie) jest przykre. Na Fiumicino troszeczke inaczej zostalam potraktowana- pierwszenstwo w samolocie, pierwszenstwo w kolejce do check in, przejscie z dzieckiem na rekach przez metaldetector( w wawie nawet pluszaka dziecku zabrali do przeswietlenia osobnego)!ps. Super zdjecia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie takie samo wrażenie odniosłam. Na Fiumicino miło, przyjemnie - szereg udogodnień. A w Warszawie to dosłownie chłop krzyczał na moje trzyletnie dziecko, bo mały płakał,że chce do mnie a nie mógł bo musieli mnie obmacać....a potem przebiegł przez bramkę i zadzwoniło. Aż się we mnie gotowało.

      Usuń
  6. Oj te lotniska, ech ech... W Polsce to nam nawet odkrecali kolka od wozka :) no I pytali czy dzieci na pewno nasze... jejku, juz mam ciarki na sama mysl o locie w maju.
    A wspomnienia cudowne. Swietnie dalas sobie rade Mamuska! Bardzo podoba mi sie to zdjecia Stefka z tata. Rozczulajace...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podejrzanie musieliście wyglądać ;) Ja ostatnio miałam wrażenie, że i do majtek mi zajrzą - tak mnie obmacano. Też się już boje marcowego lotu, bo tym razem będzie nieco nerwowo, ze względu na dokumenty (temat, który poruszyłaś u siebie).

      Usuń
  7. Zazdroszczę Ci tych odwiedzin w marcu, bo kiedy ja zjawię się znowu w Polsce, tego nie wiedzą najstarsi górale :). Fajne mieliście wakacje, nie ma to jak wypoczynek u rodziny. Szkoda, że Wizz nie robi tego typu promocji, bo może też bym się skusiła :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wizz to mnie wkurza, bo Oni obecnie mają tyle wspólnego z tanimi liniami co piernik z wiatrakiem! A szkoda, bo loty do Gdańska były wygodniejsze - gdy ich nie zawieszali, bo tej polotyki też nie rozumiem.

      Usuń
  8. Oglądając Twoje zdjecia zayeskniłam za latem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pisząc post też mi się zatęskniło za latem. Ale to już bliżej niż dalej :)

      Usuń
  9. Oglądając Twoje zdjecia zayeskniłam za latem.

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja też nienawidzę latać i strasznie się boję. ;) Na szczęście nie muszę tego robić tak często jak Ty. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wam zdecydowanie łatwiej dostać się do Polski drogą lądową. Dla mnie te 2 godziny z hakiem, spędzane w samolocie to prawdziwa tortura.

      Usuń
  11. Ojej , to faktycznie stresu miałaś co nie miara.Ja muszę przyznać,że jednak Elena w podróży, poza zwykłymi dziecięcymi figlami typu bieganie i dotykanie wszystkiego ot zwykła ciekawość- jednak jest aniołem.Jakby urodzoną podróżniczką była.Latanie dla nas to pestka, zorganizowane jesteśmy od A do Z i Elena współpracuje elegancko co jak sama wiesz naprawde bardzo ułatwia podróż.Podobne mam też odczucia co do zachowania celników.Tu we Włoszech zawsze z uśmiechem, przepuszczą z dzieckiem, pomogą.Też zapomniałam wyrzucić wodę i pani celnik spytała tylko czy mogę się napić łyka tej wody.Napiłam i nie było sprawy.W Polsce zaś czy to Wawa czy Katowice ta sama śpiewka, a na co to, a tamto, że dziecko to to, to tamto wszystko im nie pasuje, nie gra, doszukują się dodatkowych centymetrów przy bagażu, który jest identyczny jak ten z którym przyleciałam i spełnił standardy linii.Brak słów.No ale suma sumarum - fajnie wam te wakacje zleciały, nowe wrażenia dla dziecka i nawet małe rozstania są bardzo dobre- uczą nowych rzeczy i emocji.Mam nadzieję,że w tym roku podróż będzie spokojniejsza a wakacje jeszcze bardziej udane.Ja w tym roku nie będę widzieć Polski niestety :( Życie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację to rozstanie z tatą, zapewne miało i pozytywne aspekty. My póki co lecimy na Wielkanoc, chciałabym później znów się wybrać latem, ale co z tego będzie tego nie wie nikt.
      p.s. My ostatnio latamy Alitalią i tam to już w ogóle jest pełen luz. Nikt nie patrzy, że masz o 2kg bagażu za dużo. Poza tym ja już sama się dosyć stresuje lotem, więc dziękuje bardzo za bezsensowne komentarze w stylu ''dziecko mają a wody nie potrafią wyrzucić itp...''.

      Usuń
  12. oj fajnie by było, gdyby już były wakacje ;) chociaż dziś spadł śnieg, to może nie będę jeszcze marudzić na szarości i czekać na słońce, niech leży;)
    fajna fotorelacja, będzie pamiątka:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas śniegu, w tym roku nie było w ogóle - nawet w centrum miasta. Słońce nas dość częśto odwiedza, ale ja jestem ciepłolubna i już bym chciała przynajmniej wiosnę :)

      Usuń
  13. Odpowiedzi
    1. Wakacje...niech już będą wakacje...

      Usuń