środa, 24 lutego 2016

Idziemy dalej.

Z planami idziemy dalej. Wczorajsze spotkanie z właścicielem mieszkania poszło dobrze, przystał na większość naszych propozycji. Przyjrzałam się raz jeszcze kuchni, nieco dokładniej niż poprzednio i co prawada nie jest to zabudowa idealna, ale doszłam do wniosku, że  nie jest tak źle jak mi się wydawało.
Miałam nadzieję, że usuną meble z jednego pokoju (studio). Ich kolor (kremowo-błękitny) i wielkość zupełnienie mnie nie przekonują, ale też nie chciałam przeginać z lamentami. Mam cichą nadzieję, że znajdującą się tam meblościankę, uda nam się rozkręcić (chociaż w części), bo mimo iż ma to być docelowo pokój gościnny to jednak chciałabym aby mi się podobał.

Lada dzień powinniśmy podpisać umowę. Przeprowadzka w kwietniu...

***

Co poza tym? Niewiele, choć z drugiej strony sporo ;)

W ubiegłym tygodniu wychowawczynie Stefka spotkały się z jego neuropsychiatrą (ktróra ma go pod opieką od narodzin) i logopedą. Pod koniec spotkania, poproszono do gabinetu i nas rodziców. Co wyszło z tej burzy mózgów?
Otóż wyszło, że syn w przedszkolu nie je obiadów, od września jedzie na suchym chlebie (ewentualnie owoce).  Śniadania zjada ładnie, je to co inne dzieci. Obiadu nie ruszy! Też ci nowina! My to wszystko wiemy i od początku roku próbujemy znaleźć rozwiązanie problemu, ale d...a. Na tą chwilę jestem praktycznie pewna, że do czerwca już się to nie zmieni - Stefano jest cwany, wie, że jak nie ruszy makaronu, dadzą mu chleb. A biedne wychowawczynie, wiedząć, że chleb je chętnie, dają mu go... Absolutnie ich nie winię, bo to za naszą zgodą.  Z ich opowieści wiem, że nasz pierworodny nie jest wyjatkiem. Przeciwnie, bywają i gorsze przypadki.
No, ale Pani doktor się przejęła i to mocno. A, że we Włoszech istnieje możliwośc dostosowania odpowiedniej diety pod dziecko, naspiała list do szkoły z prośbą o indywidualne podejście żywnościowe do syna mego. Pediatra do końca przekonana nie była, ale podpisała, a my sporządziliśmy listę produktów, które S. chętnie spożywa.
Kierując się jednak zdrowym rozsądkiem, uzgodniliśmy z wychowawczyniami by Stefano nie utysfakcjonować tak do końca. Po prostu będziemy przeplatać jego ulubione potrawy, z tymi przedszkolnymi. Nadzieja umiera ostatnia.

Szczerze mówiąć gubię się nieco w tym wszystkim. Ile ludzi, tyle teori. Ciekawe co na to psycholog, która ostatnio kazała mi obiecać, że nie będę synowi podsuwałą jedzenia po powrocie ze szkoły.

Zaznaczyć muszę, że Ste nie wygląda na schorowanego, flegmatycznego chłopca. Nie brakuje mu energi. Wczoraj upewniliśmy się, że przybiera na wadze i rośnie. Waży 14kg z hakiem (dobra, małym haczykiem - w listopadzie było 13,4kg) i mierzy 101cm. Mieści się na siatce centylowej - waga niezmiennie na 25centylu, a wzrost na 75, czyli całkiem nieźle jak na skrajnego wcześniaka i jeszcze bardziej skrajnego niejadka.

Z mową nadal stoimy, syn wyraźnie nie chce się odblokować. Sporo gada po swojemu, ale na język włoski czy polski, średnio się to przekłada. Wszyscy podkreślają, że to inteligentny chłopiec, chętnie uczestniczący w zabawie - rozpoznaje kolory i kształty. Wydaje się mieć bogate słownictwo.  Początkowo niechętnie dzieli się zabawkami, ale przedszkolanki twierdzą że to nic nadzwyczajnego w tym wieku.

I tak jak zaczęłam ten post, tak go skończę - Idziemy dalej...




środa, 17 lutego 2016

A gdyby tak...

...nie sprzedawać, a wynająć?

Jakiś czas temu wspominałam na blogu, iż planujemy zmianę mieszkania na większe. By móc w ogóle mysleć o realizacji planów, zmuszeni byliśmy wystawić na sprzedaż (serce mi krwawiło, bo tyle mam tu wspomnień) nasze obecne, niespełna piećdziesięciometrowe, lokum. Rynek nieruchomości słabo jednek przędzie i mimo, iż na chwilę obecną tracimy na naszej nieruchomości prawie 40%, kupiec do tej pory się nie znalazł. Na pewno, nie za rozsądne pieniądze.


Któregoś dnia pojawiła się hipoteza wynajmu, tzn. odnajmujemy nasze, a sami przenosimy się na większe. Opcja nieidealna, ale w zaistniałej sytuacji najkorzystniejsza.

Rzuciliśmy się w wir poszukiwań. Przekopaliśmy internet i znaleźliśmy kilka interesujących nas opcji, tak na spokojnie dla rozeznania. Jedna odpadła w przedbiegach (ok. 80m2, dwie sypilane, salon z kuchnią, łazienka, prosto od konstruktora - 700euro!).
Druga - w bloku na przeciw naszego, budownictwo lata 80te, 2pokoje, salon, kuchnia, łazienka - 450euro. Spóźniliśy się.
No i opcja trzecia - nowe budownictwo, 90m2, trzy sypialnie, salon z wnęką kuchenną, 2 łazienki, garaż - 450euro!  Znamy budynek (mieszkamy ulicę dalej), brzmiało jak  marzenie. Mąż się napalił, chce oglądać. Ja zastrzeżenie mam tylko jedno - co jak nam się spodoba? czy my jesteśmy gotowi na ten krok w tej chwili?

Zadzwoniliśmy, umówiliśmy się i w piątek pojechaliśmy oglądać. I co? No i prawie się zakochaliśmy! Wiedziałam, że tak będzie - nowe budownicto, nieruchomość wykonana z porządnych materiałów. Umeblowane tylko częściowo, czyli dokładnie tak jak chcieliśmy!
Ja nie niego , On na mnie - co robimy?  Zdajemy sobie sprawę, że taka okazja prędko się nie powtórzy. Myślimy intensywnie, jednocześnie przeszukując zasoby stacjonarnych i internetowych sklepów meblowych.

Powiedziało się A,to trzeba powiedzieć i B.
Na przyszły wtorek jesteśmy umówieni na omawianie szczegółów. Trochę niewczas, bo za niecały miesiąc lecimy na dwa tygodnie do Polski. A przecież trzeba też znaleźć kogoś na nasze, najlepiej kogoś zaufanego.  Jak my się z tym wszystkim uporamy?

Na chwilę obecną to jeszcze nic pewnego. Nie wiemy bowiem czy właściciele uznają nas za ''referenziati'' (godnych zaufania). Mój mąż kokosów nie zbija, ale jego umowa na czas nieokreslony w administracji publicznej, czyni z niego kandydata idealnego na lokatora. Się zobaczy.

Z jednej strony jestem podekscytowana możliwością zmian, a z drugiej ogrania mnie strach i niepewność. Trzymajcie kciuki!

p.s. Umeblowany jest pokój dziecięcy, pralko-suszarka w łazience i kuchnia. Przy tym kuchnia jest tak beznadziejna, że aż dostaję dreszczy i nawet jej wysoka jakość nie umniejsza brzydocie. No, ale nie można mieć w życiu wszystkiego.




poniedziałek, 15 lutego 2016

Niewdzięczna

Weźcie mi powiedzcie, że jestem paskudną marudą, a do tego niewdziecznicą. I jeszcze, że zamiast się wkurzać powinnam po rękach całować itepe...

Mam dobrze, pewnie nawet za dobrze. No i odwaliło mi!

Rano wstaję, przygotowuję syna do przedszkola  (czyt. ubieram go), ok. 8 daję Stefkowi buziaka, przypominam by w przedszkolu był grzeczny i odprowadzam do windy. O resztę troszczy się mój mąż, w drodze do pracy odsatwia syna do przedszkola (w powrotnej Go odbiera).  Zawsze, oprócz poniedziałku i czwartku, gdy M. pracuje również po południu. Naturalnie wtedy ja mam pole do popisu,

Synowska szkoła położona jest stosunkowo niedaleko naszego miejsca zamieszkania - ok. 1km, czyli taki nieco dłuższy rzut beretem, tyle, że pod górkę.  Po Stefka chodzę pieszo, a wracamy (najczęściej) autobusem, który zatrzymuje się przed bramą placówki.

No, ale co jak pada? Nic, powiecie! A ja dodam ''z cukru nie jestem...'', jak zwykła mówić moja babcia. Parasol mam, a w autobusie nie pada...

W czym więc problem? W teściowej problem! Wspominałam już nie raz, o genialnych zdolnościach organizatorskich mężowskiej rodzicielki. Cotygodniowa inscenizacja rozpoczyna się w niedzielny wieczór,  gdy Stefkowa babcia dzowni zakomunikować, że ''gdyby jutro padało to mogę prosić o przysługę (podwózkę) jej starszego syna''.

''Tak tak, wiem. Jakby co to się odezwę'', odpowiadam.

I masz Ci babo, wykrakała! Poniedziałek - z mniejszą lub większą intensywnością, pada od rana. Co to dla mnie oznacza? Stres!!!

Odzywa się dźwięk telefonu. Widzę na wyświetlaczu ''Rosanna'' i w myślach powtarzam ''nie odbieraj''. No, ale jeśli coś się stało? Jeśli potrzebuje pomocy? 

''Pronto'', rzucam do słuchawki. Teściowa wita mnie rewelacyjnym pytaniem ''szukałaś mnie?'' Zgodnie z prawdą, odpowiadam, że ''nie'' i czekam na ciąg dalszy...bo wiem, że będzie ciąg dalszy :)
No i jest ''a ten autobus to się zatrzymuje  bezpośrednio przed szkoła? I wysiadacie pod domem? Bo wiesz...ja tak sobie myślałam, że jakbyś potrzebowała pomocy to możesz poprosić F. (brat męża) o podwiezienie'' 

Spokojnie odpowiadam, że dziękuje, poradzę sobie! Wiem jednak, że to jeszcze nie koniec. Nie mylę się, nie mija pół godziny jak dzwoni mój mąż, od którego dowiaduję się, że minione 30 minut teściowa wykorzystała aby zadzwonić do obu swoich synów i zapewne uraczyć szwagra tekstem w stylu ''zadzwoń do Twojego  brata, bo pada a ona z tym biednym dzieckiem zmoknie''.

Także teściowa dzowni do mnie i  do swoich synów. Szwagier dzwoni do męża, mąż do mnie i później oddzwania do szwagra. No i teściowa raz jeszcze do mnie ''czy ten autobus to aby na pewno zatrzymuje się tam gdzie mówię?''

[Niektórzy zapewne zadają sobie pytanie - dlaczego szwagier nie zadzwoni bezpośrednio do mnie? Nie wiem, aczkolwiek się domyślam, że mu niezręcznie. Nasze stosunki są poprawne i przyjacielskie, ale wciąż wisi nad nami sytuacja sprzed ślubu, gdy pokłóciłam się z jego żoną...spakowali się i wyjechali na  kilka godzin przed ceremonią, zostawiając nas bez świadka]

A ja w tym wszystkim czuje się jak ułomne, ubezwłasnowolnione dziecko. A mam prawie 34 wiosny na karku i jeśli będę potrzebowała pomocy, to potrafię o nią poprosić. Serio!Suma sumarum czuję się winna, czuję się jak największa niewdzięcznica i prawie akceptuje podwózkę, która  nie jest mi do końca na rękę (raz zaakceptowałam, w rezultacie czego dłużej czekaliśmy na szwagra niż na autobus. Poza tym Stefano, w samochodzie wujka, nie ma fotelika, a musimy przejechać jedną z główych ulic miasta). No i ludzie - ja nie diabeł, a deszcz nie woda święcona!


Zmokliśmy nieco, ale Stefano był przeszczęśliwy, że mógł trzymać parasol :)

jakość kiepska, ale tęcza była cudowna






wtorek, 9 lutego 2016

Casa del Cioccolato Perugina, czyli nasza wycieczka do fabryki czekolady

Czekolada, czekolada, czekolada - czekoholicy wszystkich krajów łączcie się ;)

Niektórzy z Was już wiedzą, pozostali dowiedzą się za chwilę, że w Perugii (rodzinnym mieście mojego męża) znajduje się jeden z największych punktów produkcyjnych czekolady w Europie i na świecie. A wszystko to dosłownie 5 minut drogi od naszego miejsca zamieszkania, praktycznie nie ma tygodnia byśmy nie przejeżdzali obok fabryki. W sprzyjającej, delikatnie wietrznęj aurze, unoszący się przed domem zapach czekolady pieści nasze nosy i powoduje ślinotok. Fajnie? Nie zawsze, czasmi woń jest tak intensywna, że powoduje u mnie ból głowy. Na szczęścienie nie zdarza się to często.



Mieszkańcy miasta dumni są ze ''swojej'' fabryki. Perugina, bo tak brzmi jej nazwa, słynnie z dobrej jakości, wyśmienitej czekolady (głównie fondente - gorzkiej). Jej znakiem rozpoznwczym na świecie, a zarazem ''ikoną'' historii włoskiego cukiernictwa są czekoladki BACI.

Sama historia fabryki jest dość długa, ale na tyle interesujaca, że kilka dni temu we włoskiej TV, ukazał sie miniserial ''Luisa Spagnoli'', pośrednio opowiadający historię jej powstania i rozwoju  Wszystko zaczęło się w 1907 roku w centrum miasta, gdy czekolada była jeszcze dobrem luksusowym i nie wszyscy mogli sobie na nią pozwolić. Kilka lat później produkcję przeniesiono do nowo powstałej fabryki w okolicach dworca kolejowego, by w latach 60tych osiąść w San Sisto, gdzie fabryka prężnie działa do dnia dzisiejszego.

W latach 80, Perugina weszła w skład międzynarodowej grupy Nestle, co spotkało się z dezaprobatą wielu mieszkańców miasta. Na szczęście nowa dyrekcja nie wprowadziła drastycznych zmian, przeciwnie wylansowano markę na arenie międzynarodowej i na chwilę obecną jej produkty eksportowane są do 60 państw na świecie, jako symbol made in Italy.


Ciekawostki:


  •  pierwsza tabliczka czekolady marki Perugina, nosiła nazwę Luisa
  • w 1922 roku Luisa Spagnoli tworzy nową czekoladkę ''cazzotto'' ze względu  na swą nieregularną, przypominającą zaciśniętą piąstkę, formę (z włoskiego, cazzotto = pięść). Mowa oczywiście, o słynnym na świecie Bacio.
  • jak głosi historia, Bacio narodził się nieco przez przypadek, gdy jego twórczyni (Spagnoli) poszukiwała sposobu na wykorzystanie ''odpadów'' orzechów laskowych. 
  • Kto kiedykowiek miał okazję posmakować czekoladek, na pewno znalazł w nich karteczkę z sentencją. Tutaj legendy są dwie, jedna romantyczna, druga nieco mniej, a tak na prawdę do końca nie wiadomo skąd wział się owy pomysł. 

  • Cukierki Rosanna, swą nazwę zawdzięczają bohaterce sztuki teatralnej Cyrano de Bergerac, a ich charakterystyczme, czerwone opakowanie pozostaje niezmienione od 1926r.
  • w latach 30tych, powstaje pierwszy butik Perugina w USA,  na 5Aleji w Nowym Jorku
  • Wszystkie produkty marki Perugina wychodzą z fabryki w Perugii. Gdziekolwiek na świecie byście nie byli i nie znaleźli czekolady czekoladki, cukierka itp... to możecie być pewnie, że powstał w Perugii. Powstaje tu również większość czekoladowych produktów grupy Nestle, przeznaczonych na rynek europejski.
  • przy fabryce istnieje Scuola di Cioccolato (szkoła czekolady), gdzie kręcone były obie części włoskiego filmu ''Lezioni di cioccolato'' (Czekoladowe lekcje). Szkoła organizuje kursy tematyczne, na których możemy poznać sekrety przygotowania idealnych czekoladek, tortów, jaj wielkanocnych i wiele innych.



No to teraz, po całym tym wstępię, muszę się przyznać, że nie należę do wybitnych smakoszy czekolady. Gorzka jest za gorzka, a po mlecznej mnie mdli. No i za Baci też nie przepadam, ale cicho sza, bo jak się mój mąż dowie do rozwód gotowy ;)  Dobra, żarty żartami, ale muzeum o wdzięcznej nazwie Casa del Cioccolato, musiałam odwiedzić.  Wstyd, że tak późno, ale najzwyczajniej w świecie pożydziłam i 9 euro za bilet dać im nie chciałam. No sknera ze mnie straszna, sami powiedzcie.

Dla takich ''chciwych'' jak ja, kilka razy w roku (z okazji karnawału, festiwalu Umbria Jazz oraz Eurochocolate) Perugina otwiera swe bramy zupełnie za darmo. Zarezerwowaliśmy miejsca i w niedzielne popołudnie stawiliśmy się pod fabryką.



Zwiedzanie zaczęliśmy od projekcji filmu (15 minut) po krótce przybliżającego historię przedsiębiorstwa. Stefano był oczarowany - z entuzjazmem wpatrywał się w ekran, a na końcu zwieńczył wszystko gromkim aplauzem :)





Wizyta prowadzai przez kilka sal, wypełniopnych gablotami przedstawiającymi wszystkie produkty marki. Podziwiać  możemy wiekowe sprzęty, które niegdyś słuzyły do wyrobu czekolady, zrobić sobie zdjęcie przy rekordowym Bacio (plastikowa kopia, orginał został zjedzony). Zwykle po degustacji zwiedzający mogą przejść się pasażem zawieszonym nad halą produkcyjną, by przekonać się na właśne oczy jak wygląda proces tworzenia czekoladek. Niestety w niedzielę fabryka nie pracuje, więc, musieliśmy zadowolić się spojrzeniem prezz szybę na pustą halę.






Z uwagi na tajemnicę handlową, wprowadzono zakaz robienia zdjęć hali produkcyjnej.  Musicie mi uwierzyć na słowo, że robi ogromne wrażenie!

Zwiedzanie kończy się w szkole czekolady (Scuola di Cioccolato Perugina), gdzie jeden z mistrzów czekoladowego kunsztu prezentuje, jak łatwo jest zrobić wyśmienite czekoladki.  Muszę dodawać, że były przepyszne? Rozpływały się w ustach!




To komu czekolady? :)

niedziela, 7 lutego 2016

Jak karnawał, to karnawał...

A jak się bawić, to na całego.  A co jak co, ale bawić to się Włosi potrafią i chyba nikt nie odważy się powyższej teori zaprzeczyć. Jak już wspominałam w ubiegłym roku, wiele miast półwyspu apenińskiego, organizuje kolorowe pochody, pełne głośnej muzyki i sypiących się zewsząd confetti. Prawdziwy szoł dla przebierańców, od przedszkolaka po seniora. My w tym roku zaliczyliśmy dwa karnawałowe korowody - pierwszy w ubiegłą niedzielę (na osiedlu graniczącym z naszym), a drugi wczoraj w centrum miasta.

Carri allegorici (platformy - nie mam pojęcia jak nazywają się po polsku), na wspomnianych manifestacjach, były te same i dzięki temu  jeszcze wyraźniej dało się odczuć jak wielkie znaczenie może mnieć ambientacja pochodu. W centrum miasta, zdecydowanie łatwiej było wczuć się w radosną atmosferę.

Co ja tu Wam będę ględzić, sami zobaczcie :)



Ste zobaczył Mashę i Niedźwiedzia i przepadł!

A centrum było tak! Zabawa wyśmienita, dzieciaki zadowolone, rodzice wyluzowani, bo przecież jak dziecko szczęśliwe to i rodziciele uśmiechnięci. Confetti, niczym płatki śniegu, w kilka minut pokryły Corso Vanucci. Najmłodszym ''banan'' nie schodził z ust, bo ile jest w roku okazji by bezkarnie bałaganić? Jedna, może dwie?

Tylko biedni Ci, co po później sprzątać musieli. Sklepikarze również, bo małe papierowe, kolorowe kółeczka były dosłownie wszędzie. Na sam koniec korowodu, miasto zafundowało wszystkim uczestnikom, przepyszne frappe (lokalny przysmak karnawałowy).






 






Nawet mój mąż się wczuł i podśpiewywał ''Mamma Maria'' - wydało się, że jednak słowa zna :D



p.s. A dzisiaj, mamy w plananch wypad do muzeum o wdzięcznej nazwie Casa del Cioccolato. Mam nadzieję, że nic nie pokrzyżuje nam planów i uda nam się zwiedzić naszą miejską fabrykę czekolady :)

poniedziałek, 1 lutego 2016

Wakacje 2015 ;)

Kolejny post z serii ''przygód moich niespisanych''.

Zima w pełni (przynajmniej teoretycznie), więc chętnie powspominam sobie lato. Tak lato, bo latem wiele się działo, a ze względu na moje problemy zdrowotne nie zdąrzyłam wspomnieć o naszym pobycie w Polsce.

Był to czas cudny, niezapomniany. Trzy tygodnie na ojczystej ziemi, pozwoliły mi się nieco zrelaksować, nacieszyć rodziną i ponownie odkryć polską naturę.

Do Polski, lecieliśmy ze Stefano sami , po raz pierwszy! Ogromnie mnie ta przygoda stresowała, gdyż nie dość, że strasznie boję się latać, to miałam do ogarnięcia rozbrykanego trzylatka. W dodatku Stefano, niczył łowne zwierze, wyczuł cały ten stres i postanowił nigdzie z matką nie lecieć, przynajmniej nie bez swojego tatuśka. Sceny z rzymskiego lotniska na zawsze pozostaną w mojej pamięci, nigdy wcześniej nie widziałam syna tak rozgoryczonego. Po policzkach spływały mu łzy, wielkie jak groch. Z bezsilności poryczałam się i ja, a na koniec łezkę uronił i M, (było to pierwsze tak długie rozstanie z synem).
Lotniskowy personel pospieszył z pomocą, Celnicy troskliwie zagadywali Stefano i przystali na szereg udogodnień (między innymi, zaproponowano nam abym wzięła syna na ręcę i tak przeszła przez wykrywacz metali). Panowie patrzeli z troską, a panie niemal ocierały dziecku łzy.

Niestety tego samego nie mogę powiedzieć o personelu naziemnym w Warszawie (w drodze powrotej), który mam wrażenie szuka dziury w całym, tak by tylko Tobie dopiec swoimi głupimi, nic nie wnoszącymi, komentarzami. Stefano nie był w najlepszej formie i przebiegł przez bramkę, co celnik, patrzać na niego z wyrzutem skwitował ''teraz będzie dzwonić''- przetrzepali małego. Zadryndałam i ja, więc Pan niezadowolony woła koleżankę by przyszła mnie obmacać, bo przecież zgodnie z regulaminem on nie może (mimo, iz stwierdziłam, że mi to nie robi różnicy). Następnie inny nieszczęśliwy z życia i pracy celnik, nie omieszkał wyrzyć na nas swoich emocji, bo zapomnieliśmy wyrzucić wodę i musiał dwa razy bagaż prześwietlać. No słów brak. Pominę usczypliwe komenatarze w temacie! Nie można sobie odpuścić, serio?

Na pokładzie, Stefano nie zmrużył oka. Na szczęście  lot minął spokojnie, choć tego samego nie mogę powiedzieć o pierworodnym, który chciał robić wszystko, tylko nie siedzieć. Co się naprzepraszałam Pani siedzącej obok nas to moje.
Do doznań niezwykłych, wręcz niezapomnianych, mogę zaliczyć również przebieranie syna w samolotowej toalecie (1,5 na 1,5) podczas gdy obijając głowę o zlew, a łokcie o ściany, uszy wyraźnie zaczynają mi się zatykać a z głośników pada ''Proszę państwa rozpoczęliśmy schodzenie do lądowania na lotnisku w Warszawie''...

A w Wawie, punktem obowiązkowym programu jest zabawa w autobusie.






Chwile grozy przeżyliśmy wypatrując walizki, gdy po taśmie krążyły wciąż te same bagaże, a naszego czerwonego cuda długo nie było na horyzoncie.




Swoją drogą walizkę gorąco polecam,  naprawdę warta swojej ceny.

Taksówką ruszyliśmy na podbój dworca centralnego, gdyż Warszawa nie była kresem naszej podróży - pociągiem musieliśmy się dostać na pomorze. Zmęczenie dawało o sobie znać, więc walizkę porzuciliśmy w przechowalni, a sami ruszyliśmy na lody do Grycana. Muszę przyznać, że w ostatnich latach, na centrlanym nieco się pozmieniało - działają windy na perony, jest jakby nieco czyściej i milej, ale i tak uważam, że miejsce możnaby zagospodarować nieco lepiej. Wszystkie kawiarnie zawalone tak, że ledwo da się wejść, o znalezieniu miejsca siedzącego można jedynie pomażyć - większość ludzi zalega tam godzinami. No, nie fajnie! Ale co tu się dziwić jak poczekalnia pamięta jeszcze czasy PRL - zimno, obskurnie. Niby są gniazdka i Wi-Fi, ale co z tego jak wszystkie zmysły głośno wołają ''nie pozwól dziecku niczego dotykać''!!!



Gdy w końcu na peron wtoczył się pociąg, oczekujący zaczęli zachowywać się jak zwierzęta stadne. Z wywieszonymi jęzorami biegali od jednych drzwi do drugich, przepychali się, nie bacząc na najmłodszych, tak jakby miało jakiś znaczenie czy do pociągu wejdą jako pierwsi czy też ostatni. A po środku tego wszystkiego my - mama z trzylatkiem, dwoma plecakami i walizką. Już myślałam, że nas stratuja, gdy nagle zza pleców usłyszałam donośny męski głos - Pani z dzieckiem, proszę zająć się synem, bagaż wezmę ja. Kierownik pociągu spadł nam jak z nieba :) A na pokładzie kolejna niespodzianka - ''potrzebujesz pomocy z walizką?'', rzucone przez studenta. Są jeszcze uczynni, dobrze wychowani ludzie na tym  świecie :)

Podróż minęła nam pod znakiem bajek i gier na tablecie oraz laptopie. Ste jak całą podróż trzymał się twardo i w pionie, tak na 30 minut przez naszą stacją docelową, zasnął. Urok podróży z dzieckiem :)


W ciągu trzech tygodni pobytu na ojczystej ziemii, przeżyliśmy 3 pory roku - zabrakło jedynie zimy. Przywitała nas wiosna, która stopniowo przeradzała się w lato, by nagle stać sie jesienią, deszczową i zimną jesienią.







Młody cieszył się z towarzystwa kuzynostwa, choć z najmłodszym kuzynem (rok różnicy) nawiązało się swego rodzaju rywalizacja. Kilka lat temu, rodzice z centrum miasta przenieśli się na wieś, mogliśmy więc nacieszyć się czystym powietrzem i spokojnym sielskim życiem. Stefano chętnie uczestniczył w pracach ogródkowych, codziennie pomagając babci podlewać kwiatki i warzywa, a przy okazji i każdego kto się akurat nawinął ;)

Jednego z niedzielnych poranków, wybraliśmy się nad morze z rodziną mojej siostry, dzięki czemu na własnej skórze mogliśmy przekonać się jak silne jest w Polsce zjawisko parwaningu. Siedzą wszyscy w tych swoich bunkrach,ustawionych jeden przy drugim, tak że cieżko dostać się nad wodę. Normalnie pełna integracja ;)



W babsko-dziecicięcym gronie, wybraliśmy się na kilka dni na Kaszuby. Zamieszkaliśmy w uroczym gospodarstwie agroturystycznym we Wielu. Była to niejako podróż w czasie,  gdyż w dzieciństwie niejednokrotnie wakacjowaliśmy się we wspomnianych okolicach. Szkoda, że akurat wtedy pogoda nie dopisała.



Przy okazji odwiedziliśmy Kościerzynę i starą parowozownię, która dzieciakom średnio przypadła do gustu. O wiele bardziej podobało im się w centrum miasta.







Po dwóch tygodniach dołączył do nas M. Spotkanie taty z synem, po 2 tygodniach kontaktów wyłącznie internetowych, było bardzo wzruszające.Stefano nieśmiało dotykał twarzy męża, tak jakby nie wierzył, że On tu jest.






Niestety czas zleciał niespodziewanie szybko i musieliśmy pakować manatki i wracać do domu.




Do następnego razu, czyli do marca!