piątek, 29 stycznia 2016

Obywatelstwo

   I znowu długo mnie tu nie było. Powód jest prosty jak konstrukcja cepa, brak czasu. Pomyślicie, siedzi w domu i narzeka. Racja, większość czasu spędzam w naszych czterech ścianach, ale nie sama. Ostatnio często towarzystwa dotrzymuje mi pierworodny. Niestety, początek roku nas nie oszczędzał i mikroby uwzięły się  na naszego smyka. Po rotawirusie, odwiedziła nas szkarlatyna (terapia antybiotykowa w toku) a od dwóch dni, inhalacyjnie walczymy z okropnym kaszlem (dzisiejszą noc chętnie wymazałabym z pamięci).

***

   Styczeń zapowiadał się spokojnie, a jednak ciągle za czymś gonimy. Lekarz, psycholog, logopeda, komisja lekarska i wiele innych, np. sami naprawiliśmy touch pad w jednym z laptopów, a w drugim wymieniliśmy klawiaturę :) Chwilami naprawdę nie wiem czego się łapać.

***

A gdzieś po środku tego wszystkiego, oficjalnie stałam się włoską obywatelką. Po ''raptem'' dwóch miesiącach, doczekałam się zaproszenia na złożenie przysięgi. Nie ukrywam, iż początkowo fakt ten nieco mnie śmieszył, ale ze skruchą przyznaję, że się pomyliłam. Urząd  miasta się postarał i było naprawdę miło i uroczyście.



Przysięgę składałam w Sala della Vaccara (XIVw.),  jednym z zabytkowych audytoriów Palazzo dei Priori. Ceremonia była krótka, aczkolwiek treściwa. Po kolei, każdy z kandydatów, występował przed zgromadzonych i wypowidał słowa przysięgi.
Uroczystość zakończyło wspólne odsłuchanie hymnu narodowego, którego słowa, wraz z dokładną analizą każdej ze zwrotek otrzymaliśmy, zaraz po przybyciu.

Przypuszczam, że większośc z Was  nie ma pojęcią, iż we włoskim hymnie jest polski akcent (podobnie jak w polskim włoski).  Jedna ze zwrotek przywołuje ''sangue polacco'' - polską krew rozlaną, z walce z austriackim oprawcą. Sama, fakt ten odkryłam dopiero kilka lat temu.







Tak oto, stałam się blondowłosą Włoszką.W środku, zawsze jednak będę Polką.




poniedziałek, 18 stycznia 2016

IEO (Europejski Instytut Onkologii)

Kolejny post bardzo osobisty. Po ilości otrzymanych wiadomości i maili, wiem, że kilka osób na niego czeka. Poza tym, zauważyłam, iż stosunkowo często, mój blog znajdowany jest również po słowach ściśle związanych z moją chorobą, jak np. ''czy biopsia oznacza najgorsze''.

Nie kochani, biopsia nie musi oznaczać najgorszego, ale pamiętajcie, by uniknąć najgorszego, należy się badać. Losowi trzeba pomóc, a od tego jest prewencja. Nie bójmy się jej i nie bagatelizujmy sygnałów, które daje nam organizm. Nie pozwólcie uśpić Waszej czujności. To, że w rodzinie nikt na podobne schorzenie nie chorował, nie daje nam gwarancji na wieczne zdrowie.


U mnie w rodzinie nikt nie chorował na raka szyjki macicy, jajników czy też piersi. Ba, w ogóle nie mieliśmy przypadków nowotwóru wśród najbliższych. Nie byłam więc w grupie ryzyka ze względów genetycznych. Nie byłam w niej również ze względu na wiek - w wieku 32 lat, badaniem zalecanym jest wciąż cytologia (we Włoszech zmienia się to bodajże po 35 roku życia - kobiety poddawane są wtedy prewencyjnemu testowi na obecność HPV).

Tyle tyłumem wstępu. Jeśli jesteś tu po raz pierwszy i nie masz pojęcia o czym piszę, to uprzejmnie odsyłam tu.

*****

Zarówno w relacji z mediolańskiego weekendu, jak i podsumowaniu minionego roku, wspomniałam o wizycie w IEO (Europejski Instytut Onkologii).

źródło 

Krótko o samym instytucie. IEO, to  jedna z najlepszych placówek tego typu na świecie (doskonałe osiągnięcia mają zwłaszcza w walce w rakiem piersi), gdzie codziennie ponad 400 naukowców, godzinami szuka nowych rozwiązań w walce z nowotworem).
Niestety filmik zamieszczony na stronie dostępny jest jedynie w języku włoskim. Szkoda, bo to doskonały przykład jak powinien być traktowany pacjent, na każdej szerokości geograficznej. Leczenie jest tu spersonalizowane (by uniknać rozwiązań drastycznych), a pacjenci nie są po prostu kolejnymi nazwiskami na liście. Tu chory czuje się kimś ważnym.



 Powiecie, że teoria to jedno, a praktyka drugie. Ale ja tam byłam i widziałam to wszystko na własne oczy. Widziałam pacjentów (tłumy pacjentów!!! TŁUMY).

IEO przyjmuje pacjentów z całego świata. Jako że terminy nie były odległe (czas oczekiwania 2 tygodnie), skorzystałam z możliwości by odbyć wizytę na tzw. fundusz. Spotkanie umówione było na 16, ale podczas rezerwacji terminu, zostałam poniformowana, by w instytucie stawić się godzinę wcześniej aby spokojnie dopełnić formalności administracyjnych.

Sam szpital położony jest na peryferiach Mediolanu i dojazd do niego środkami transportu publicznego jest nieco utrudniony (wymaga kilku przesiadek), ale Instytut daje pacjentom możliwość darmowego skorzystania z bus shutle, który podstawia na jeden z przystanków metra.

Pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj. Na wyznaczone miejsce przybyliśmy znacznie przed czasem. Cała się w środku trzęsłam. Ściśnięte  żołądek i gardło,  odmawiały jedzenia i picia. Jechałam tam po nadzieję, ale bałam się wyroku...

Podjechał autokar...tak autokar. Wzrokiem szukałam małego busika, a podjechał autokar. Wtulony we mnie Stefano spał, mąż trzymał za rękę, a mi chciało się płakać...z nerów! Przez całą drogę (15 minut) nie potrafiłam wykrztusić z siebie nic sensownego.

Jesteśmy w środku. Robi wrażenie! Wszystko robi doskonałę wrażenie, zadbano o każdy szczegół. Rejestracja przebiegła szybko i już o 15:30 siedzę przed gabinetem. Niestety miałam pecha, gdyż Pani przede mna prezentowała dość skomplikowany przypadek i moja wizyta przesunęła się o prawie godzinę.

Te 1,5h, które spędziłam tam na korytarzu, pozwoliło mi się przekonać jak wyjątkowym miejscem jest IEO. Uśmiechnięci lekarze i pacjenci rzucający się im na szyję. Nigdzie indziej nie widziałam takiej więzi pacjent - lekarz. Chorzy na kontrole przychodzili całymi rodzinami i nikt krzywo nie patrzał, gdy do gabinetu wchodziło 5 osób, a nie jedna, bo przecież ''kochani nie ma problemu, pomieścimy się''.  Niesamowita atmosfera.
Zbyt piękne by mogło być prawdziwie? Życzę Wam, za całego serca, byście nigdy nie musieli sie o tym przekonywać!

*****

My byliśmy w trójkę, plus wózek i plecaki. Lekarze (było ich dwóch) się przedstawili i spytali w czym problem. Gdy po zapoznaniu się z dokumentacją, dr Landoni (lekarz główny) stwierdził ''jest Pani zdrowa...na tym etapie, dla nas, leczenie jest zakończone'', myślałam, że spadnę z krzesła ;) Naturalnie pospieszono z wyjaśnieniami, że leczenie jest zakończone, pod warunkiem, że szpital w Perugii (a dokładniej rzec ujmując operator  mikroskopu, dobrze odczytał obraz i komórki nowotworowe rzeczywiście były ''in situ'').  By mieć 100% pewność mogę prosić tutejszy szpital o przesłanie tkanki do Mediolanu, do ponownej analizy. Wiąże się to jednak z kosztem bagatela 200 euro, bo fundusz zapewnia jeden odczyt refundowany (co jest logiczne i w pełni zrozumiałe).

Wirus, z całą prawdopodobnością wciąż siedzi w środku, ale nie jest pewne, że ponownie zaatakuje.

 Po części teoretycznej nadeszła pora na część praktyczną. Badanie przeprowadzała pani dr Preti, z którą po 5 minutach w gabinecie, rozmawiałam jak z koleżanką z przynajmniej 10letnim stażem. Wszyystko poszło szybki, sprawnie, bezboleśnie i w przemiłej atmosferze.  Szyjka długa (Hurrra!), raczej czysta, z małym wyjątkiem - łatwo krwawiącym punktem, z którego pobrano próbkę do analizy histopatologicznej.  Ustaliliśmy, iż wyniki (cytologia, histopatologia i test na obecność HPV) zostaną przesłane e-mailem. Poinstruowano nas aby, w razie jakichkolwiek pytań bądź niejasności, pisać na wskazany adres poczty elektronicznej (adres dr Preti). Wychodziłam z tamtąd przepełniona skrajnymi emocjami - z jednej strony cieszyłam się, że dla onkologów nie ma potrzeby usuwania macicy, ale z drugiej strony ten krwawiący punkt, no i co jak w Perugii mnie źle zdiagnozowali (nie mam powodów by tak sądzić, ale sami rozumiecie...)

Z niepokojem oczekiwałam wyników. Gdy pewnego grudniowego wieczora, na krótko przed świętami Bożego Narodzenia, w skrzynce mailowej męża, pojawiły się dwa magiczne słowa, jedno obok drugiego (IEO - WYNIKI), w pierwszym momencie chciałam powiedzieć ''nie otwieraj, zobaczymy jutro rano''. Po chwili jednak, doszło do mnie, że nawet jeśli nie zapoznam się wynikami dzisiaj, to i tak czeka mnie bezsenna noc, z tysiącami domysłów krążącymi po głowie. Otwieramy!

CYTOLOGIA
Obecność erytrocytów, granulocytów itp. Łagodne zmiany komórkowe, klasyfikowane jako stan zapalny i
test na CTM (komórki nowotworowe złośliwe) - NEGATYWNE.

HISTOPATOLOGIA
czysto!

Test na obecność HPV
HPV 16 - Negatywny
HPV 18 - Negatywny
HR HPV - Negatywny

To tak z grubsza. Nie wszystko z tego rozumieliśmy, ale mimo iż nie jesteśmy lekarzami to wiemy, że jak jest Negatywnie to jest pozytywnie :)

Rano raz jeszcze spojrzałam na wyniki i się rozpłakałam. Właściwie to rozryczałam się jak małe dziecko. Siedziałam na łóżko i zawodziłam, a łzy ciekły mi po policzkach.

Święta minęły więc raczej spokojnie (a gdybym doczytała, że wyniki zostały już wcześniej zinterpretowane przez IEO to byłoby jeszcze lepiej), a że potem przyszedł okres to do mojej ginekolog wybrałam się dopiero w ubiegły piątek.  Ginekolog potwierdza, że jest dobrze. Krwawienia po stosunku są czymś normalnym, w końcu to szyjka po traumie.

Co do wirusa, to już sama nie wiem. To, że go nie wykryto nie oznacza, że nie wróci.

By jednak nie było tak całkiem wesoło, to mam do zrobienia dwa markery nowotworowe CA 125 i CA 19.9 (zalecone przez IEO) i już się stresuję. Instytut zaleca również bardzo dokładny follow up, co dla mnie oznacza kontrole co 3 miesiące (dopóki nie zdecyduję się na usunięcie macicy). Kolejna w marcu, na Wielkanoc :)

Jak więc widać to nie jest jeszcze koniec mojej walki, więc kciuki nadal wskazane. Póki co, IEO GRAZIE za nadzieję :)

https://www.ieo.it/


Codziennie intencję moją powierzam św. Ricie, patronce od spraw trudnych i beznadziejnych i szczerze wierzę, że to Ona pomogła mi przetrwać ten trudny czas i, że nie zostawi mnie i teraz!




wtorek, 12 stycznia 2016

Presepe vivente, czyli włoska żywa szopka bożonarodzeniowa

Szopka (il presepe), to chyba jedna z najbardziej znanych form inscenizacji narodzin Jezusa Chrystusa. Jej sięgająca średniowiecza tradycja, we Włoszech jest piastowana ze szczególną starannością. Praktycznie każda rodzina na półwyspie apenińskim, przozdabia, większą lub mniejszą, przesterzeń domową, odtwarzając tradycyjną stajenkę/grotę.


Stefano szopki uwielbia. Z tego powodu bardzo mi przykro, że również w tym roku, u nas w domu takowej zabrakło. Jednak niespełna 50metrowe ''m'' bardzo nas w tym temacie ogranicza.

W Italii, oprócz szopek monumentalncyh, ogromną popularnością cieszą się tzw. żywe szopki (presepe vivente).W organizację tego typu manifestacji zaangażowane są zazwyczaj całe miasteczka lub wsie, gdzie w rolę aktorów wcielają się ich mieszkańcy. Spektakle żywych szopek, są doskonałą okazją aby przybliżyć obecnemu społeczeństwu dawne rzemiosła. Osobiście uwielbiam spacerować wąskimi, krętymi dróżkami średniowiecznych wiosek. Czuję się wtedy jakbym przeniosła się setki lat wstecz.

Jak każe historia, pierwsza żywa szopka miała miejsce już w 1223roku w Greccio (Rieti), a jej pomysłodawcą był sam św, Franciszek z Asyżu.




















   W tym roku, w okresie bożonarodzeniowym, Perugię i jej okolice, spowiły gęste i nieprzyjemne mgły. Z tego powodu nie odważyliśmy się ''wypuszczać'' za daleko za miasto i żywą szopkę widzieliśmy tylko jedną - w podziemiach  Bazyliki św. Dominika (San Domenico). Z uwagii na specyficzną lokalizację, była  ona stosunkowo niewielka, ale piękna i zawierała wszystko to co powinna. 






Stefano był przeszczęśliwy. Wystarczyła chwila nieuwagi, a nasz pierworodny juz wdrapywał się na płot by przedostać się do zagrody zwierzęcej ;)




Na  piętrze, w jednej z naw bazyliki, dostrzegliśmy ogromną, zapierajaca dech w piersiach, szopkę mechaniczną. Była plynąca woda, światełka imitujące ogień, rolnicy kultuwujacy ziemię itp...








Na koniec słów kilka o samej bazylice, która najprawdopodobniej jest największym kościołem Umbrii. Obecnie wnętrze kościoła, sprawia dość ponure wrażenie, gdyż większość, znajdujących się w nim niegdyś dzieł sztuki, została przeniesiona do Galleria Nazionale dell'Umbria. To czym San Domenico zachwyca najbardziej, jest  przepiękny witraż okienny z XVw. (jeden z największych we Włoszech).


Z bliska, nie sposób zrobić zdjęcie tej imponującej gotyckiej budowli. Dlatego, aby pokazać Wam o jakich rozmiarach mówię, wklejam dodaję zdjęcie, zrobione kilka miesięcy temu w centrum miasta.

San Domenico widziane z centrum.

Niegdyś zakon dominikanów, obecnie musem archeologiczne.


Dzwonnica niedawno przeszła gruntowny remont i lada dzień zostanie udostępniona zwiędzającym,  a jak głoszą mieszkańcy widok z jej szczytu jest niesamowity. Kto wie, może uda mi się pokonać lęk wysokości?


poniedziałek, 4 stycznia 2016

Dmuchać na zimne

   Pisząc ostatni post, krótko podsumowujący miniony rok, zdałam sobie sprawę jakie mam ogromne zaległości, o ilu rzeczach chciałam na blogu wspomnieć, a nie zdąrzyłam vel zapomniałam. Wraz z początkiem nowego roku zabieram się za grzebanie w archiwum myśli moich niespisanych ;)

Połowa października. Dzień jak codzień, aż nagle, podczas normalnej, codziennej higeny wieczornej coś mnie zaniepokoiło. Przywołałam ślubnego i kazałam macać. Potwierdził, że i On, wyraźnie coś wyczuwa. Tak w piersi, dobrze myślicie.

Panika, bo przecież strach ma wielkie oczy, a mój, od przygody z szyjką macicy, ma jeszcze większe. Powtarzałam sobie by nie galopować się za bardzo z ''negative mind'', bo przecież przed okresem takie rzeczy się zdarzają (choć coś tak wyraźnego wyczułam po raz pierwszy). Przyszedł okres, odszedł okres, a ''grudka'' nadal była wyczuwalna, niemal w takim samym stopniu jak wcześniej.

Mam 33 wiosny na karku, a jeszcze nigdy nie przeszłam profesjonalnego badania piersi. Wiele razy chciałam się na takie badanie zapisać, ale zawsze było jakieś ''ale''. W mojej rodzinie nie było przypadków raka piersi, więc teoretycznie nie jestem w grupie najwyższego ryzyka i czułam się w miarę bezpiecznie. Stosunkowo bezpiecznie czułam się również odnośnie szyjki macicy, a tu masz ci ''prezent od losu''. Przecież nikt nie da Ci gwarancji, że to Ty nie będziesz pierwsza w rodzinie.

 Strach mnie paraliżował, jednocześnie napędzając do działania. Nie chciałam popadać w paranoję. Zaczęłam nerwowo przeglądać internet w poszukiwaniu prywatnego studia, które u nas w mieście robi USG piersi. Byłam przekonana, że państwowo się nie dostanę, poszłam jednak do lekarza rodzinnego po skierowanie. I tu nieszpodzianka - lekarz wypytał co i jak i dostałam skierowanie na badanie w trybie przyspieszonym - 10 dni. Oznacza to nie mniej, nie więcej, jak to, że służby sanitarne są zobowiązane przeprowadzić przepisane badanie w ciągu 10 dni, od daty wystawienia skierowania. Za takie udogodnienia uwielbiam Włochy!


Na badanie szłam cała w nerwach. W poczekalni było mi na zmianę ciepło i zimno. Siedziałam i zastanawiałam się jakie badanie zostanie przeprowadzone - USG czy Mammografia. Tefo drugiego nieco się bałam...

Gwoli wyjaśnienia, we Włoszech, na badanie piersi, wystawia się jeden rodzaj skierowania, które może w sobie zawierać wszystkie 3 badania: 1)palpacyjne 2) usg 3)mammografia.  Uważam to za fenomenalne rozwiązane, znacznie obniżające koszty dla pacjenta a dodatkowo oferujące kompleksową kontrolę.  Często bowiem zdarza się, iż kobiety same nie wiedzą czy powinny udać się na usg czy mammografię. (Ja akurat się poniformowałam, że w moim wieku i z moją anatomią, powinnam wybrać się na usg.) System myśli więc za nas.

Na wstępie, pięlęgniarka przeprowadziła ze mną wywiad informacyjny, odnośnie chorób nowotworowych w rodzinie. (Za każdym razem lekarze przecierają oczy ze zdziwienia, gdy mówię, że w rodzinie precedensu brak, ale niestety ze mną samą się coś podziało.). Zapytano o potencjalną ciążę itp... Wytłumaczono mi, iż będę miała badania palpacyjne i usg, a jeśli lekarz uzna to za konieczne również mammografię. Podpisałam wszelkie zgody i po chwili zostałam poproszona do gabinetu lekarskiego.

Samo badania przebiegało w przemiłej atmosferze. Pani doktor, miła, uczyna a do tego bardzo profesjonalna. Opowiadała po kolei co robi i tłumaczyła jak odpowiednio należy się badać w domu. Wiele z tej lekcji wyniosłam. Dowiedziałam się bowiem, iż nie do końca poprawnie sie badam. Kobiety mają tendencję do naciskania, szczypania podejrzanych miejsc, tymczazem badamy się delikatnie i otwartą dłonią.

USG wykazało, iż mam niewielką cystę w prawej piersi. Sprawa niewielkiej wagi, może pojawiać się i znikać.
Co ciekawe zmiana, która skołoniła mnie do badania była w lewej piersi. O fakcie tym poinformowałam lekarza, Pani przejechała raz jeszcze we wskazanym przeze mnie miejscu i zapewniłą, że absolutnie nic tam nie ma.

Chyba nie muszę Wam mówić, jak czuję się człowiek po wyjściu z takiego badania, No dobra, powiem Wam ;) - Czułam się jak nowonarodzona! Apeluje więc, nie bójmy się badać - prewencja niekiedy poprawia nam humor, a często ratuje i życie :)