piątek, 20 listopada 2015

Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu...

   W ubiegłym tygodniu, krótko wspomniałam o planowanym wypadzie do Rzymu. Facebookowi już wiedzą, że byłam i świetnie się bawiłam, pozostałym spieszę z wyjaśnieniami.

Kilka miesięcy temu, jedna z koleżanek - włoskich bloggerek, zaproponowała aby nsaze pogaduchy wyszły poza ekran komputera.  Reszta grupy szybko podchwyciła temat spotkania i zaczęło się szukanie odpowiedniego miejsca. Dogodzić wszystkim jednak było niełatwo, rozsiane jesteśmy po całej długość Półwyspu Apenińskiego.  W takich przypadkach kompromis jest jedynym możliwym rozwiązaniem, północ z południem postanowiły spotkać się gdzieś po środkum czyli w Wiecznym Mieście.

PANTHEON - miejsce naszego spotkania.


Zależało mi na tym spotkaniu, bo okazji do plotek z koleżankami, zwłaszcza w języku ojczystym, mam niewiele. Z ostateczną deklaracją czekałam jednak do samego końca, gdyż nie wiedziałam czy aby Stefano nie wiwinie mi w ostatniej chwili jakiegoś chorobowego numeru. Nie wywinął, więc pojechałam.

Muszę się Wam jednak do czegoś przyznać. Byłam o krok od wycofania się, już miałam wysyłać sms, że zobaczymy się następnym razem, ale na szczęście mąż przemówił mi do rozumu. A co się takiego stało? Pscyhoza się stała moi drodzy! Wszyscy doskonale wiedzą co wydarzyło się w piątkową noc. Ja już praktycznie przysypiałam, gdy M. przełączył kanał w TV i doszły do nas te tragiczne wieśći, a rano było jeszcze gorzej. Tak, udało się tym gnidom mnie przestraszyć.  Bałam się jechać, tysiące myśli krążyło mi po głowie...

Dopiero mój mąż uświadomił mi, że oni właśnie tego chcą. Chcą nas zastraszyć, chcą byśmy bali się wyjść z domu.

Fontanna di Trevi


Pojechałam więc za przygodą, nie zastanawiając się nawet czy znajdę wspólny język z resztą grupy. Poznałam wspaniałe kobiety, Polki, z większym bądź mniejszym, bagażem doświadzeń w Italii. Radosne, pozytywne dziewczyny, które w krótkim czasie potrafiły naładować moje, nieco ostatnio przygaszone, baterie. Żałuje, że ograniczona rozkładem jazdy pociągów, spędziłam z nimi zaledwie 3 godziny.

Pasjonatów Italii, i nie tylko, serdecznie zapraszam na blogi koleżanek:

Zdjęć wiele nie mam a te, które mam robione były w biegu (dosłownie). O spotkaniu pisała również Reneta - Spotkanie polskich blogerek w Rzymie




Nie było to spotkanie, o jakich czytacie na innych blogach. Nie było sponsorów, toreb pełnych prezentów! My, po włosku, umówiłyśmy się na obiad. A gadałyśmy tak długo i namietnie, o wszystkim i o niczym, że restaurację zamknieto a nam dano do zrozumienia, że powinnyśmy już sobie iść.


Czas leciał jak oszalały a ja tuż po obiedzie musiałam biec na  pociąg powrotny do Perugii (a tam przygód ciąg dalszy, gdyż pewien osobnik płci męskiej próbował mnie namówić na wypad do Florencji ;). Mam jednak nadzieję na rychłą powtórkę, może nawet w większym gronie?!

Dziewczynom, raz jeszcze, dziekuje za wspólnie spędzony czas. I cóż dodać więcej - ''apetyt rośnie w miarę jedzenia''

poniedziałek, 16 listopada 2015

Światowy Dzień Wcześniaka



   Kiedyś niewiele wiedziałam o wcześniactwie. Nie interesowałam się tematem, nie znałam statystyk.Wydawało mi się, iż nie znam żadengo wcześniaka. Temat ten wydawał mi się, przynajmniej tak odległy, jak wysoki jest jest Mont Everest. Niby dlaczego miałabym się w niego zagłębiać, jaka jest szansa, że to właśnie ja urodzę wcześniaka? Jedna na milion? A może jeszcze mniejsza?

No właśnie, jak to było? Jeden na milion? Hmmm, a może jednak 1 na 10 dzieci na świecie rodzi się przed 37 tygodniem ciaży.  Ci najmniejsi z najmniejszych kwalifikowani są jako skrajni wcześniacy. Pisząc najmniejsi, bynajmniej mam na myśli ich wagę, bo kochani każda mama wcześniaka Wam powie, że tu nie waga jest najważniejsza, a tydzień ciąży, w którym dzieciaczki przychodzą na świat.

Gdy w 28tc ciąży urodziłam Stefano, zewsząd zaczęły spływać zapewnienia, że na pewno wszystko będzie dobrze, bo mój kuzyn, kolega, sąsiad itp...też ma wcześniaka. Nagle okazało się, że wcześniakami są nasi bliscy znajomi oraz urodzona ponad 70 lat temu, chrzestna męża.

W ubiegłym roku, szpital, w którym na świat przyszedł Stefano, stworzył krótki film, mający na celu pogłębić więdzę społeczeństwa w temacie wcześniactwa. Bardzo mnie on poruszył i przywołał wszystkie wspomnienia (zarówno te bolesne, jak i te radosne). W jednym z tych inkubatorów leżał kiedyś mój syn. Przedstawiony na filmie sprzęt i mojemu dziecku pomagał wejść w życie, pomagał walczyć o każdy oddech, informował gdy działo się coś niepokojącego. Przez długich 65 dni, te korytarze były domem naszego dziecka (i niejako nas samych). To ten personel leczył ciało i duszę, nie pozwalając tracić nadzieii.

Jest tam i nasz ukochany neonatolog - minuta 5:55 i ten jego charakterystyczny gest z uniesionymi w górę ramionami. Pamiętam tą łysą głowę, szczery uśmiech i wypowiadane z toskańskim akcentem ''mama musi wiedzieć, że nie zrobiła nic złego''. Tak, doktor Camerini, to był zdecydowanie nasz ulubiony lekarz. Pamiętam jak bardzo się cieszyłam, gdy to właśnie jego wyznaczono na referenta Stefano.



Nie zapominam i o pozostałych. Doktor Mezzetti (dość oschły, ale z ogromnym poświęceniem oddający się pracy). Doktor Lupi, która opowiadała jak ważne dla wcześniaka jest kangurowanie. Doktor Germini, służąca  dobrym słowem. Doktor Troiani, dbająca o serce. Okulistki, które raz w tygodniu badały pierworodnego, a sukcesywnie również operowały. Wszystkie pielęgniarki, z którymi byliśmy jak rodzina.

Dni takie, jak ten jutrzejszy, zawsze skłaniają mnie do refleksji. Przeglądam zdjęcia, oglądam filmiki i wierzyć mi się nie chce, że te nasze 1144gr i 37cm szczęścia, ma już prawie metr wysokości i mimo, iż niejadek z niego okropny,waży ponad 13kg :)




Ostatni kadr z filmiku. Kto się dobrze przyjrzy, znajdzie i naszą pociechę :)  Filmik, niestety, dostepny jest jedynie we włoskiej wersji językowej.



Na koniec ON, nasz bohater. Wtedy walczący o każdy samodzielny oddech - Stefano


Aby tradycji stało się zadość, wszystkim wcześniakom, z okazji ich święta, życzę dużo radości i zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia!!!


wtorek, 10 listopada 2015

Co w trawie piszczy...

 Ostatnio moje wirtualne ''ja'' odeszło w odstawkę. Są rzeczy ważne i ważniejsze, którym staram się poświęcać jak najwięcej uwagi. Trochę się u nas działo, nie do końca pozytywnie, więc skupienie się na codziennym życiu kury domowej było nieuniknione.

   Na pierwszy ogień poszło uznanie wykształcenia uzyskanego w Polsce, przez stronę włoską. Walka z czasem i biurokracją, na szczęście zakończona pomyślnie - lżejsza o 150 euro, mogę się poszczycić posiadaniem Dichiarazione di valore  (deklaracja wartości świadectwa maturalnego). Kolejnym etapem jest nostryfikacja, ale to już dłuższa bajka, gdyż muszę zdobyć szczegółowy program nauczania szkoły postawowej i średniej oraz udowodnić znajomość języka ;)

*****

W połowie października mieliśmy zaszczyt uczestniczyć w złotych godach chrzestnych męża.



*****

Chwilę później, oficjalnie rozpoczeliśmy sezon inhalacyjny - astmatyczne zapalenie oskrzeli pierworodnego. W sumie to nadal chruchla i chyba trzeba się będzie udać do pediatry. Mniej więcej w tym samym czasie, po raz pierwszy w życiu, przeszłam instrumentalne badanie piersi. Stresu było wiele, ale o tym innym razem.

*****

Było zebranie w przedszkolu, połączone z wyborem komitetu rodziców (rappresentante della classe). Zaproszenia urodzinowe mnożą się tempie zaskakującym - wczoraj Stefano wrócił z kolejnym (trzecie w niecałe dwa miesiące). Jak nie zwolnią tempa to chyba będę musiała wziąć kredyt na prezenty urodzinowe - 10 euro razy prawie 30 dzieci!!! Póki co byliśmy na jednym, Ste bawił się wyśmienicie.



Raz w tygodniu, w czwartki, Stefano uczęszcza na zajęcia psychomotoryczne, które uwielbia.

*****

Właśnie czekamy na powołanie na komisję lekarską, jakoże pierworodnemu kończy się ''handicap''.


*****

Poza tym listopad nas rozpieszcza. Poranki i noce są chłodne, ale w dzień termometry pokazują ponad 20 stopni...z resztą sami zobaczcie! My korzystając ze sprzyjającej aury, zarówno w sobotę jak i niedzielę, wybraliśmy się do lunaparku :)











A na koniec dnia caldarroste/marroni/castagne - zwał jak zwał, uwielbiam kasztany. A Wy?






*****

W sobotę mam umówione spotkanie w Rzymie, ale nie wiem czy uda mi się pojechać.

*****

Dostałam również wezwanie do stawienia się w prefekturze - odnośnie obywatelstwa.

*****

Natomiast, za niecałe trzy tygodnie jedziemy do Mediolanu (na dwa dni). Niestety nie jest to wizyta turystyczna, ale i o tym opowiem inny razem.


To by było na tyle,
Ewa 


piątek, 6 listopada 2015

Serduszko Franka

Kochani, mało mnie tu ostatnio - trochę się u nas dzieje. Ogarnęła mnie niemoc blogowa, Was staram się czytać, z doskoku i dlatego nie zawsze komentuje. Postaram się to wkrótce zmienić.

Dziś przychodzę do Was z postem dość nietypowym. Chcę Was prosić o pomoc.

Mamę Franka, autorkę bloga Babskie Pisanie, poznałam kilka miesięcy temu i pokochałam jej lekkie pióro. Franek to cudowny, inteligentny chłopczyk, któremu w beztroskim odkrywaniu świata przeszkadza chore serdeuszko. Jego szansą jest operacja w klinice w Munster, u profesora Malca.

Nie pozostańmy obojętni. Podajcie info dalej i mocno trzymajcie kciuki!

Wiecęj informacji znajdziecie na blogu Joasi - Razem wielką mamy moc!


Pozdrawiam,
Ewa

wtorek, 3 listopada 2015

Była sobie Polka. Na wakacjach.


Dzisiaj zapraszam Was na filmik, który powstał dzięki współpracy dziewczyn z Klubu Polki na Obczyźnie. To już nasze drugie wspólne dzieło, w tajemnice wspomnę, że na pewno nie ostatnie. 



p.s. Tym razem możecie znaleźć w filmiku całą rodzinę C.  ;)