piątek, 26 czerwca 2015

Nasze toskańskie przygody

U nas ostatnio nieco stresu, ale zebrałam się do kupy, przysiadłam i piszę...mam nadzieję, że uda mi się skończyć.



Nasz tygodniowy urlop miał dwa główne założenia:


  1. Dobrze się bawić, odpocząć, nie myśleć o problemach dnia codziennego, spędzić miło i rodzinnie czas.
  2. Odpieluchować Stefano.
Gdy jednak Ste bardzo przeciętnie współpracował, zaczęło robić się nerwowo...pojawił się stres i  czarne chmury nadciągneły nad punkt 1, zgodnie zdecydowaliśmy, iż odpuszczamy dwójeczkę. Z całą świadomością stwierdziliśmy, iż wolimy wrócić do domu z pampkiem na synowskiej pupie, ale i uśmiechnięci, wypoczęci, niż bez pieluchy a znerwicowani. Poza tym nie chcieliśmy aby wakacje 2015 zapadły w naszej pamięci jako te spędzone przy nocniku. Przyjachaliśmy do Toskani odpocząć a nie osiwieć...a Ste przyjechał przewalać tony piasku a nie siedzieć ''na tronie'' przed telewizorem.


Proces pakowania rozpoczęty został w czwartek, tak by na piątek zostało kompletowanie rzeczy niezbędnych a zapomnianych. W sobotę rano zaczęliśmy powoli odhaczać wszystkie punkty z naszej check list. Oficalnie pokój czekać miał na nas od godziny 17...po doświadczeniach z lat poprzednich wiedzieliśmy jednak, iż szansa, że nasze lokum będzie gotowe wcześniej jest bardzo duża a, że pogoda wymarzona była do plażowania, stwierdziliśmy iż ryzyk fizyk - jeśli pokój będzie gotowy super, jeśli nie zostawimy bagaże w recepcji i mykniemy na plażę.

Wyjechaliśmy z około 30 minutowym opóźnieniem. Cała przeprawę uzależniliśmy od humoru i zachowania Stefano. Gdyby miał się zdrzemnąć pojechalibyśmy cała trasę na raz...syn jednak nie był skory udać się w obięcia Morfeusza, a do tego kiszki w brzuchu zaczynały grać marsza...tak więc ok. 30 minut przed Mazzantą, postanowiliśmy cosik przekąsić. Młody od razu przerzucił się na tryb wakacyjny i nie było mowy by na obiad zjadł co innego niż rogalik z nutellą :) 



Pokój już na nas czekał...jak tylko przekroczyłam jego próg wróciły wspomnienia, gdyż był praktycznie identyczny jak ten sprzed dwóch lat (inne piętra). W myślach przesuwałąm slajdy z raczkującym Stefkiem...podczas gdy nasz trzylatek biegał jak oszalały po pokoju. 

Tuż po godzinie 16 byliśmy już na plaży by przywitać się z Morzem Tyreńskim. Stefano był w siódmym niebie...od razu w ruch poszły łopatki, wiaderka i inne cuda... Jego uśmiech mówił sam za siebie...




No, ale nasz dzień się jeszcze nie skończył - do ''załatwienia'' pozostały dwie ważne kwestie (msza święta i zakupy). Podczas gdy mama z ''synem antychrystem'' (zasnął niemal natychmiast jak przekroczyliśmy drzwi świątyni) poszła do kościoła, tata udał się zaopatrzyć rodzinę w najpotrzebniejsze rzeczy.


A wieczorem....no właśnie co się robi na wczasach pierwszego wieczora? Kochani moi, podstawą udanych wakacji jest zaprzyjaźnić się z barmanem - teza ślubnego mego, jeszcze z czasów singlowskich. Jakoże wakacje miały być udane, udaliśmy się na poszukiwanie barmana...szukamy, szukam, aż tu nagle...patrzę na męża...mąż na mnie...a barman na nas :) 

''CIAO...!!'' - rzuca barman
''CIAOOO...ti ricordi (pamiętasz), pyta mąż?
''Come no'' - Naturalnie, odpowiada Luigi :)

Kwestia barmana załatwiona, znamy się z ubiegłego roku. Dodam tylko, że kolega wszystko sam załatwił...chyba pierwszy raz w życiu byliśmy kogoś ulubieńcami...dostawaliśmy super drinki w obniżonych cenach a Ste załapał się czasami na darmowe lody :) 

Na plażę marsz





W sobotę i niedzielę plaże były dość zatłoczone...w poniedziałek niemal zupełnie opustoszały, by ponownie zacząć się zaludniać w połowie tygodnia (koniec  roku szkolnego wypadał na wtorek).


toskańska specjalność - piaskowe lody ;)



Kilka pierwszych dni nas pozytywnie zaskoczyło, gdyż Stefano bez większych oporów wchodził spokojnie do wody po pas (a nawet i dalej)...pryskał wodą na prawo i lewo...Najbardziej jednak spodobały mu się fale. Ustawiał się do nich tyłem, wystawiał kuperek i czekał aż go podmyją - śmiechu przy tym było co niemiara. Niestety dobrą zabawę w morskich ''głębinach'' zakłócił mały wypadek na basenie - Stefano zapomniał o stopniu, przewrócił się i poszedł pod wodę. Mimo, iż stałam obok i od razu Go wyciagnęłam (nie zdąrzył nawet się zachłysnąć) przestarszył się na tyle, że od tego czasu, powyżej kostek i wołami ciężko byłoby Go zaciągnąć. Szkoda!!





I wtedy syn odkrył coś znacznie lepszego...ciekawi co może być lepsze od piasku i morza? Piasek i morze jednocześnie czyli tzw. włoskie bagnasciuga (odcinek plaży podmywany raz po raz przez morskie fale). Super hiper, radość dziecka najważniejsza! Cierpienie matki odchodzi na dalszy plan...a zapewniam, że się matka nacierpiała bez parasola w pełnym słońcu :)



Kop matko, trza się na drugie wybrzeże przekopać ;) Serio moje lipne nadgarstki, jeszcze bardziej lipną łopatką (tą lepszą pierworodny uparcie trzymał dla siebie) przewaliły z tonę piachu. Na koniec urlopu miałam problemy by włosy rozczesać.





Młodzieniec nas musiał się również przekonać na własnej skórze czy rzeczywiście kąpiele błotne służą cerze?




Pogoda była cudna - temeperatury oscylowały w granicach 35 stopni. Niestety dwa razy niebo nam pogroziło - we wtorkowy poranek i piątkowe popołudnie. Widząc chmury na horyzoncie, na szybko szukaliśmy alternatywy dla plaży i jak co roku padła propozycja wycieczki do Pizy (50km)...jakoże z pełnym żołądkiem mózg rozumuje lepiej, na burze mózgów wybraliśmy śniadanie w barze :)



Okazało, że ciemne chmury niekoniecznie muszą oznaczać deszcz i zimotę, więc ostatecznie wylądowaliśmy na plaży. Lunęło dopiero w porze obiadowej.


Nasz krótki tradycyjny wypad do Marina di Cecina

Gdy popołudnie wydawało się już całkiem stracone....wyszło słońce i momentalnie wszyscy wczasowicze znaleźli się na basenie :)





Jak tylko, z ust naszych, padały słowa ''Ste wychodzim'', syn natychmiast biegł na balkon po swoje skarby - nie waźne czy szliśmy na basen, plażę, zakupy czy kolację do restauracji.

Proza życia z dzieckiem - jeszcze dobrze z hotelu nie wyszedł a już wyświniony ;)

Chwila relaksu :)

Jedną z ''plażowych atrakcji'' był krążący nad naszymi głowami samolot wojskowy. Wszystkie dzieciaki (dorośli również) z zaciekawieniem wpatrywały się w niebo. Stefano, jak tylko słyszał odgłos nadlatującej maszyny wyciągał palec wskazujący i wykrzykiwał głośne ''ohh wow''. Aż tu nagle naszym oczom ukazał się taki widok:

spadochroniarze



Uśmiech 102


Słoneczny Patrol :D

Wieczory nasze były mocno przewidywalne. Stefano uczestniczył w baby dance...








...a rodzice powolutku sączyli drinki :)


Mojito
Mimo, iż już po raz trzeci z rzędu spędzaliśmy wakacje w tej samej maleńkiej miejscowości, w tym samym hotelu, to z każdym rokiem odkrywamy tam coś nowego. W tym roku po raz pierwszy wybraliśmy się na wieczorny spacer do przylegającej do Mazzanty miejscowości - Vada.


Wie ktoś co to za drzewa???
Walizki spakowane, ale...



...mamusiu, jak to tak...do domu jechać bez pożegnania z placem zabaw? Nie da się :)




Niespodzianka...mamie udało się przekonać tatę do ''odrobienia'' straconego piątkowego, deszczowego popołudnia...załadowaliśmy więć nasze graty do samochodu i poszliśmy łapać ostatnie kąpiele słoneczno-morskie




kąpu kąpu...myju myju i....

...sru do domu!


Wszystko co dobre, tak szybko się kończy...

Perugia

A przed domem istny dramat. Stefano ani trochę nie był zadowolony z powrotu do domu, ja z resztą też nie :) Stał biedny nasz synek przy samochodzie i rzewnie płakał...jakoś udało nam się Go zaciągnąc do windy i wprowadzić na siłę do mieszkania...łzom jednak nie było końca. Stefano odwrócił się na pięcie, nacisnał na klamkę i WYSZEDŁ..Przed wyjazdem wydawało nam się, że nie sięga do klamki u drzwi wejściowych a tu proszę niespodzianka. Nie wiem czy to woda morska tak wpłynęła na jego wzrost czy po prostu do tej pory żyliśmy w błogiej nieświadomości ryzyka, że syn z domu ucieknie?!


Na koniec mała zagadka - wiecie co to takiego?

smażone kwiaty cukinii




p.s. Kolejny post najprawdopodobniej będzie już z Polski. Pełna jestem obaw, ale wylot zbliża się wielkimi krokami - startujemy już we wtorek rano! 

wtorek, 23 czerwca 2015

Była sobie Polka - There was once a Polish girl :)

   Była sobie Polka, to już kolejny projekt Klubu Polki na Obczyźnie, w którym miałam zaszczyt wziąc udział. Efekty współpracy ponad 100 Polek i jednego Polaka, rozsianych po różnych końcach świata podziwiać można na youtubie (link poniżej). Tak wiele nas dzieli...jest jednak jedna rzecz, która niezaprzeczalnie nas łączy - Polska, Nasza Ojczyzna - kraj, bez którego nie byłoby i nas!! Zapraszam do oglądania i komentowania :)



sobota, 20 czerwca 2015

(PO)WAKACYJNE REFLEKSJE

Zanim wstawię foto-opowieść z naszych tegorocznych wakacji, pozwole sobie na krókie refleksje.

Wiem. tzn. zawsze mi się wydawało, że na wakacje jeździ się dla przyjemności, relaksu i oderwania się od codzenności, a nie z musu. Chyba jednak nie każdy jest tego samego zdania co ja. Jego prawo a mi nic do tego...

Nie lubię oceniać, nie lubię krytykować innych, ale niektórych kwesti zupełnie nie pojmuję. Może przesadzam, sami oceńcie?

Któregoś słonecznego dnia uszu mych doszło uporczywe ględzenia jednego z wczasowiczów. Stefi w najlepsze pluskał się w basenie dla maluchów...tuż za jego plecami beztrosko wygłupiała się około 5-6letnia dziewczynka.  Sielankę przerwał ojciec małej, gdy bezskutecznie próbował przekonać dziecko  aby porzuciła zabawę i przeszła do dużego basenu. Dziewczynka potrestowała, więc padło ''przyjechałaś tu się bawić czy czegoś nauczuć?''. Dziecko jak to dziecko, po chwili zastanowienia, zgodnie z prawdą odpowiedziało ''bawić się''. W ojca wstąpił potwór - zwymyślał córkę i strzelił focha. Po chwili, dziewczynka (zapewna targana wyrzutami sumienia) potulnie poszła uczyć się pływać a ja zaczęłam się zastanawić czy to naprawdę jest takie straszne, że pięcio czy sześcioletnie dziecko woli zabawę od nauki? Aż chciało mi się krzyczeć - ludzie trochę zrozumienia, to tylko dziecko i też chce mieć chwilę relaksu...nauka nie ucieknie, całe życie przed nią...a dzieciństwo tak szybko przemija. A może to ja nic nie rozumiem, za głupia jestem, zbyt naiwna?


Dzień później oberwało się starszemu bratu, wspomnianej wcześniej dziewczynki. O co poszło nie wiem i nie interesuje mnie to. Cokolwiek by to nie było, słów ''mi hai rotto i cogl...'', (w bardzo delikatnym tłumaczeniu ''mam Cię dość''), wypowiadanych do dziecka nic nie usprawiedliwia. Przynajmniej ja usprawiedliwienia nie znajduje.

To tylko dzieci...nikt nie mówił, że będzie łatwo, zawsze miło i przyjemnie. Pewnie, że i ja miewam nerowe chwile, gdy mam wszystkiego dośc, ale nawet przez myśl mi nie przejdzie by posyłać syna do wszystkich diabłów...W czym te dzieci zawiniły?...w tym, że chcą być dziećmi?

Tu nie chodzi o to, że ja nie mam ambicji w stosunku do mojego dziecka. Pewnie, że chciałabym aby nauczył się pływać (sama nie potrafię i trochę mi to ostatnio dokucza), ale mój trzylatek nieco boi się wody (o tym innym razem) i ani myśli położyć się na przezroczystej tafli. Woli biegać ze swoja mini konewką i polewać samego siebie albo przelewać wodę z małego basenu do dużego. Uwielbia zabawy w piasku, którego w tydzień przerzucił tony...Ja to rozumiem i jestem szczęśliwa, bo gdy widzę Jego uśmiech to wiem, że i On jest szczęsliwy...i właśnie to jest dla mnie najważniejsze! Nad morzem spędzamy tydzień w roku, nie potrafiłabym mu tego tygodnia beztroskiej zabawy zabrać. Może moje dziecko nigdy nie zostanie mistrzem olimpijskim w pływaniu...na pewno będzie jednak miało wiele pamiątkowym zdjęć, na których przypomina piaskowego potwora :)

Pozwólmy dzieciom być dziećmi, wszak tak szybko dorastają!

Pozdrawiam serdecznie,
Ewiczka








czwartek, 18 czerwca 2015

Co ma wspólnego suszarka z wiewiórką??? :D

Wiem, że czekacie na relację z wakacji...mam nadzieję, że wykarzecie się jeszcze odrobioną cierpliwości. Powoli odzyskuje władzę nad swoim życiem...w poniedziałek przeszłam dwie wizyty lekarskie.

Pierwsza z nich alergologiczna - mimo, iż od kilku lat co jakiś czas miewam reakcje alregiczne to testy uparcie twierdzą, że uczulona na nic nie jestem...przynajmniej jeszcze nie udało mi się odkryć co by to mogło być. Tym razem wydawało mi się, iż mam pewniaka, ale to jednak nie jest kukurydza!

Druga - USG ''gulajki'', którą odkryłam pod żuchwą. Odkąd ją odkryłam, znacznie się zmniejszyła i praktycznie jest niewyczuwalna...no, ale jest!! Zdaniem lekarza jest to torbiel lub węzęł limfatyczny, związany np. z bólem zęba. Jednym słowem nic specjalnego, ale kontrola za 6miesięcy.

*****

Prawie odzyzkałam również władzę w moim lipnym nadgarstku, którym w tydzień chyba przekopałam się przez Mont Blanc. Naturalnie cwany pierworodny super łopatkę zachował dla siebie, a mi uparcie dawał jakiś wiginający się plastikowy bubel.

*****
 
No dobra, nie nudzę dłużej bo pewnie zastanawiacie się co mają wspólnego ze sobą tytułowe suszarka z wiewiórką? Odpowiedź poniżej :)


Stefano dostał na gwiazdkę grę memo ze zwierzętami. Mimo, iz na tablecie w memory wymiata to kartonowym odpowiednikiem, do tej pory, był średnio zainteresowany. Któregoś dnia wpadłam na pomysł by wykorzystać powyższą grę do nauki nazw zwierząt po polsku. Pokazuje kartki wypowiadam nazwę po polsku i następnie po włosku. Jakoże mąż mój przysłuchuje się z boku tym naszym zabawą to ostatnimi czasy i on postanowił uczyć syna nazw zwierząt...po POLSKU.

Gotowi na naukę? 

ZEBRA - ZEBRA
DELFINO - DELFIN

Pierwsza dwa to normalnie poziom hard :D

SCIMMIA - moły (czytaj MAŁPA)
VOLPE - LIS
SCOGLIATOLO - SUSZARKA!! (czytaj WIEWIÓRKA :D
LEONE - LEON (czytaj LEW)
ORSO - matka podpowiada NIEDŹWIEDŹ...ojciec zdecydowanie kontynuuje ORSO jest ORSO!! 

i wszystko jasne!! 

niedziela, 14 czerwca 2015

HOME, SWEET HOME

Wróciliśmy...
Muszę ogarnąć walizki i siebie samą...następnie zacznę nadrabiać zaległości na blogach...
Myślami wciąż jestem nad Morzem Tyreńskim - było nam tak błogo z dala od codzienności i problemów...
Stefano, z powrotu do domu wyraźnie  niezadowolony...nie chciał wejść do mieszkania!!



poniedziałek, 8 czerwca 2015

Melduje sie..

Zyjemy!






Dojechalismy szczesliwie!

Humory dopisuja...




Pogoda, poki co, rowniez...wczoraj 35 stopni...dzisiaj cudowna lekka bryza!

Pozdrawiamy :-)