czwartek, 26 lutego 2015

Życie pozagrobowe

Nie, nie będzie o seansach spirytystycznych, duchach i tym podobnych. Tytuł nieco z przymrużeniem oka, o czym za chwilę się dowiecie.

Jakiś czas temu do teściowej przyszedł list. List polecony czyli dostarczany do rąk własnych za podpisem. Traf chciał, że teściowej w domu nie było...

Dzień poźniej znalazła w skrzynce dość dziwne awizo ''list dostarczony...odbiór podpisany przez współdomownika Cava...'' - no fajnie i co w tym takiego dziwnego, normalna praktyka powiecie. Faktyczne normalna, ale jedynym współlokatorem teściowej były teść, który w marcu ubiegłego roku, odszedł do lepszego świata...zawiewa paranormalnością, co? No to albo pochowaliśmy nie tego człowieka albo teść po śmierci zatrudnił się jako pomoc listonosza??? :D

Prawie sikaliśmy ze śmiechu!

Ale gdzie do jasnej ciasnej jest list???

Zjawisko paranormalne nie trwało długo. Okazało się bowiem, iż polecony odebrałą mężowska ciotka (kuzynka teścia), zamieszkująca dwa piętra niżej od teściowej...adres się zgadzał, bo we Włoszech nie używa się numerów wewnętrznych tj. w danej klatce schodowej wszyscy mają ten sam numer. Listonosz mógł się jednak nieco wysilić zanim bzdurę wypisał :)

Pozdrawiam

czwartek, 19 lutego 2015

Marzy mi się...

  Oj dużo rzeczy mi się marzy, mniej lub bardziej przyziemnych. Marzyć można o wszystkim... o wiecznym zdrowiu i szczęściu moich bliskich. Nierealne? Wiem! Marzenia są jednak moje...przemycam w nich co tylko dusza zapragnie i nikomu nic do tego. Osobom postronnym wstęp wzbroniony. Co mi ostatnio w duszy i głowie gra?

Wiosna - gdzie do jasnej ciasnej jest wiosna? Wiem, wiem, że to dopiero połowa lutego, ale zimy mam już powyżej dziurek w nosie. Co prawda słońce ostatnio dotrzymuje nam towarzystwa...w cieniu bije jednak nieprzyjemnym chłodem a wciąż dymający zimny wiatr skutecznie uprzykrza upajanie się promieniami słonecznymi.

Dzisiejszy widok z balkonu

Nie jest źle, ale mogłoby by być znacznie lepiej!!

Czekam na wiosnę jak na zbawienie...Najchętniej poprałabym już i pochowała ciepłe ciuchy. Chce swobody ruchu, nieskrępowana zimowym odzieniem wierzchnim.Niby zrzucilismy już najcieplejszą kurtkę, wychodzimy na podwórko, gramy w piłkę, ale to jeszcze nie jest to czego pragnę.

Jestem zdecydowanie ciepłolubna...a po wiośnie przecież przychodzi lato. I wiecie co Wam powiem, jeśli później będę narzekać, że jest za gorąco to możecie mnie zbesztać a się nie obrażę. A jak lato to i wakacje - w naszym regionie (w tym roku) zajęcia w szkołach kończą się 10 czerwca.


Podróże małe i duże! Kocham! Dziwna za mnie osóbka, bo jak to słusznie zauważyła w komenatrzu pod jednym z moich wcześniejszych postów, Aga W. ''uwielbiam podróże a boję się latać''. Boję się...cholernie się boję, ale chęć poznawania Europy (bo dalej nie polece, 2-3h w samolocie to dla mnie limit) jest równie wielka.

Tuż po powrocie z Polski zaczęliśmy rozmyślać jakby tu najlepiej zorganizować wakacyjny czas. Wiedzieliśmy na pewno, iż chcemy syna zabrać nad morze i do matczynej ojczyzny, gdzie latem jeszcze nigdy nie był. Później doszło jeszcze kilka innych pomysłów wypadów weekendowych, które obiecujemy sobie od kilku lat, ale zawsze coś nam staję na przeszkodzie. Burza mózgów trwa.


MORZE- to nad nim koncentrujemy się, na tę chwilę, najbardziej. Stefano uwielbia tarzać się w piasku i mimo początkowych spazmów wiem, że kocha również pluskać się w wodzie.

Na pierwszy ogień poszła Stella del Mare, która gościała nas w latach poprzednich...na stronie internetowej sprawdziłam ceny proponowane w nadchodzącym sezonie. Zapisaliśmy, po czym skontaktowaliśmy się z nimi mailowo z prośbą o wstepny kosztorys pobytu w interesującym nas terminie. Czemu tak? Naturalnie liczyłam, na jakąś zniżkę dla stałych klientów. Nie pomyliłam się...miło nas zaskoczyli oferując apartament za 412 euro czyli 50 euro taniej niż na stronie internetowej.  Taryfa powyższa stała się dla nas wyrocznią. 

Na chwilę obecną nie znaleźliśmy konkurencyjnej ceny, która dawałaby nam te same warunki. Coraz bardziej skłaniamy się więc w stronę Toskanii, pod raz trzeci z rzędu. Z jednej strony chciałoby się coś zmienić, ale z drugiej jednak miejsce znamy i wiemy czego możemy oczekiwać.  Faktorem nieco nas hamującym przed podjęciem ostatecznej decyzji jest pogoda - drugi tydzień czerwca. Niby powinno być już pięknie, ale jednak nie jest to tak pewne jak w lipcu czy sierpniiu. Tymbardziej, że ostatnimi czasy włoskie wczesne lato bywało dość kapryśne. Dwa razy jednak nam się udało, więc czemu ma się nie udać i trzeci?!

POLSKA - wiemy tyle, że jechać chcemy. Kiedy i jak jest jeszcze w praniu...najprawdopodobniej w lipcu, ale to kwestia zgrania się z rodziną. Chciałabym bowiem uniknąć sytuacji, że my przylatujemy do Polski a moja siostra z dziećmi jest w tym czasie na wakacjach. Możliwe, iż polece sama ze Stefkiem, a mąż do nas dojedzie tydzień później...podobno więcej bez nas nie wytrzyma ;) 

DŁUGI WEEKEND -  wspominałam już wielokrotnie, iż oboje z mężem lubimy aktywnie spędać czas. Zanim zostaliśmy rodzicami nasze wakcje znacznie różniły się od obecnych - najczęściej wybieraliśmy jakieś europejskie miasto i jechaliśmy odkrywać jego uroki. 

Od dawna obiecujemy sobie kilkudniowy wypad za miasto. Zawsze jednak jest coś ważniejszego do zrobienia. Temat wrócił całkiem niedawno, gdy zapragnęłam w sposób orginalny świętować synowskie trzecie urodziny. W ubiegłym roku zabraliśmy Stefka do Parku Krajobrazowego, więc w tym roku nie mogło być gorzej...pół żartem pół serio rzuciłam ''Acquario di Barcellona''. M. najperw się tylko uśmiechnął, następnie jednak dorzucił ''niewykluczone''.  Później opcji pojawiło się całe mnóstwo, zarówno w Italii, jak i za granicą. Tym bardziej, iż mąż, do końca kwietnia ma czas na wybranie zaległego uropu. Do finałowej trójki weszły:
  •  Barcelona, o którą zahaczyliśmy podczas podróży poślubnej. Obiecaliśmy sobie wtedy, iż jeszcze kiedyś tam wrócimy, choćby po to aby zobaczyć postępy w budownie Sagrada Familia. Wiele kwesti przemawia za katalońską stolicą - klimat (pod koniec kwietnia powinno być całkiem milutko), wiele zabytków wartych odwiedzenia, ogromna baza noclegowa (planujemy zarezerwować hotel last minute). Najwiekszym, jeśli nie jedynym minusem jest koszt podróży samolotem, dojazdu do Rzymu i parkingu na lotnisku)...no i M. był już tam kilkuktotnie.

  • Nicea to temat otwarty już od kilku lat. Pomysł odwiedzenia lazurowego wybrzeża po raz pierwszy pojawił się 2011 roku, gdy w prezencie ślubnym dostaliśmy opłacony weekend w jednym z  europejskich miast. Należało jedynie wybrać termin i zarezerwować urlop. Zaszłam jednak w ciążę a niepowściagliwe wymioty nie pozwalały mi nawet z łóżka wstać. Temat wrócił wiosną, czułam się nieco lepiej...wybraliśmy termin podróży, ale z rezerwacją postanowiliśmy poczekać do najbliższej wizyty ginekologicznej...Wszak to kwestia tylko kilku dniu. Niewiele ponad tydzień później Stefano był już na świecie i o Niceii nikt już nie myślał. W tym wypadku na plus przemawia na pewno możliwość organizacji wyjazdu w kilka dni, pojechalibyśmy samochodem (ok 570km), w drodze powrotnej zahaczając o Ligurię i mieszkającą tam rodzinę męża. Żadne z nas jeszcze tam nie było.

  • Wenecja, bo w myśl zasady ''cudze chwalicie swego nie znacie'', M. jeszcze nigdy tam nie był. To jednak opcja najmniej pradopodobna i stosunkowo najdroższa. Nie nie, nie pomyliłam się - Wenecja rządzi się swymi prawami...tam nawet ceny w McDonald's są wyższe niż w pozostałych częściach kraju. Pogoda dość niepewna pod koniec kwietnia, a kaloszy nie mam i pływać nie umiem :D Hotel w centrum odpada, bo burżujem nie jestem. Jest jednak zdecydowanie najbliżej - ok. 330km. 

Znająć życie na planach się skończy i podróżować bedę jedynie po internecie...ewentulanie palcem po ekranie :) Marzyć jednak nikt mi nie zabroni!! :)

A Wam marzą się ostatnio jakieś podróże?

wtorek, 17 lutego 2015

Karnawał po włosku

   Jak karnawał to na całego. We Włoszech, mianem karnawału nazywa się ostatni tydzień przed Wielkim Postem, poczynając od Tłustego Czwartku. Obchodzy kończy Tłusty Wtorek, w Polsce zwany ostatkami. Tradycyjnie to właśnie we wspomniane powyżej dni odbywało się najwięcej karnawałowych uroczystości. Obecnie, ze zrozumiałych względów, większość parad karnawałowych i bali przebierańców odbywa się w weekend.

Słowo ''karnawał'' najprawdopodobniej pochodzi od łacińskiego zwrotu ''carnem levare'', w dosłownym tłumaczeniu ''wyeliminować mięsco''. Zgodnie z tradycją termin ten bowiem wskazywał na bankiet mający miejsce w ostatni dzień karnawału (tłusty wtorek) czyli bezpośrednio poprzedzający okres wstrzemięźliwości i Wielkiego Postu.

Nasłynniejszymi włoskimi karnawałami są:


  • Viareggio

źródło

  • Venezia
źródło
źródło


Nam jednak zdecydowanie bliżej było na karnawałowy korowód osiedle dalej - San Sisto. Nie umywa się do słynnego Rio, ani nawet do Viareggio, ale naszemu dwulatkowi wystarczyło ;)

Nasz mały cowboy niestety konia zgubił...

...i tata musiał go zastąpić :D





Początkowo Stefano był z lekka przestraszony strasznie głośną muzyką...wystarczyło jedank lecące zewsząd konefetti by poczuł się w swoim żywiole. Kto by pomyślał, że te małe kolorowe kółeczka z makulatury mogą sprawić dziecku tyle radości!!



A na koniec przedstawiam Wam typowo umbryjskie karnwałowe przysmaki.

Struffoli, obtaczane w miodzie

Frappe z cukrem pudrem bądź z Alchermes (liker)



poniedziałek, 16 lutego 2015

jak Pistorius


Mój mąż wypowiedział wczoraj jedno zdanie, które dało mi nieco do myślenia: ''przez chwilę poczułem się jak Pistorius'', nie Pistorius niepełnosprawny atleta, a Pistorius morderca.

Myśle, że wszystkim o uszy obiła się tragiczna historia sprzed kilku lat, gdzie wspomniany alteta śmiertelnie ranił swoją narzeczoną. Kto z nas powątpiewająco nie kręcił głową na tłumaczenia Pistoriusa...no bo jak mógł pomylić narzeczoną z włamywaczem?

***

W niedzielny poranek wymknęłam się wcześnie z łóżka by pojechać do kościoła na mszę świętą. Massi i Stefano smacznie spali (Stefano pół godziny wcześniej przydreptał do naszego łóżka).

Gdy kilka minut przed 9 wróciłam do domu zaskoczyły mnie wciąż opuszczone rolety i niezapalone światła. Jest  niedziela, pewnie jeszcze śpią, pomyślałam. Zapalam światło, zdejmuję płaszcz i nagle słyszę...

***

Tymczasem, M. nie spał, ale korzystając z dnia wolnego od pracy byczył się leniwie w łóżku. Nagle uszu jego dochodzi odgłos zgrzytu metalu w zamku drzwi wejściowych...słyszy, iż drzwi się otwieraja...Mając jedank w pamięci, iż żona (czyli ja) ma w zwyczaju chodzić w niedzielę rano do kościoła spogląda w prawo by skontrolować stan domowników - syn i żona śpią!! Zerwał się z łóżka, w biegu otwiera przymknete drzwi od salonu i widzi...

***
No właśnie co takiego widzą?

Mąż -... Żonę wieszająca płaszcz na wieszaku - z wrażenia wykrzykuje ''kuźwa...Ewa''

Żona - Odwraca się i widzi przerażonego małżonka...ale o co chodzi??? "Byłem przekonany, że śpisz obok mnie...widziałem Ciebie w łóżku!!'', wykrzykuje ślubny.

***

Ku woli wyjaśnienia procentów w sobie M. nie miał.
To  mózg ludzki lubi płatać niezłe figle. Nie znasz dnia ani godziny. Porównanie do Pistoriusa naturalnie jest przesadzone i wcale, ale to wcale nie usprawiedliwiam czynu jakiego się dopuścił...Pewna bowiem jestem, iż nawet gdybyśmy w domu posiadali broń palną to nie spalibyśmy z nią pod poduszką!! I nawet gdyby M. wyszedł mi na powitanie uzbrojony to bez upewnienia się, że nic nie zagraża ani jemu ani jego rodzinie (we Włoszech gdy drewniane rolety są opuszczone to w pokoju jest ciemno jak w d...), broni by nie użył.

Pozdrawiam


piątek, 13 lutego 2015

11-go w środę i 12-go w czwartek

Dziś piątek 13-go...my mieliśmy i środę 11-go i czwartek 12-go.

Środa dzień jak codzień...niestety szybko okazało się, że nie. Podczas porannego spaceru dowiedziałam się od ciotki męża, że Rosanna (teściowa) się źle czuje...bóle brzucha i mdłości...przed oczami stanął mi obraz sprzed kilku miesięcy, gdzie tego typu akcje zkończyły się kilkudniową hospitalizacją...[s..ic] czemu do cholery nie zadzwoniła?

Naturalnie w takie rzeczy zwykle się zdarzają gdy samochód jest na przeglądzie u mechanika - złośliwość losu czy co? M. kursował między domem teściowej a apteką...

Do domu wrócił dosłownie na ułamek sekundy i przed kltaką spotkał...nie kogo innego jak ''faceta od rur''...stara śpiewka ''rury brzydkie, zabudować płytą gipsową...''. Tłumaczyć chłopu to jak rzucać grochem o ścianę...tylko nie wiem czy on naprawdę nie rozumie czy tylko głupa udaje. Po raz setny, M. podejmuję próbę przetłumaczenia sąsiadowi (W sumie marny to sąsiad, bo nawet tu nie mieszka. Jest właścicielem mieszkania piętro wyżej), że nikt mu nigdy nie powiedział, że tego nie zrobi, ale my to chcemy zrobić legalnie a on nie...zabudowa to musi być decyzja całej wspólnoty mieszkaniowej naszej klatki, a nie jednej osoby. On chce zabudować, komu innemu może sie to nie podobać...nie będziemy i nie możemy zaspokajać prywatnych widzimisie - bo jutro przyjdzie ktoś i powie, że chce rury różowe, inny zielone itp...Prosimy, więc aby złożył u administratora podanie o zwołanie zgromadzenia wspólnoty...a ten tradycyjnie już z adwokatem wyjeżdza...i wiecie co, niech on już nawet tego adwokata zatrudni, to może w końcu będzie można po ludzku pogadać!!

UWAGA, najlepsze na koniec: Facet stwierdził, iż złoży podanie aby wszystko wróciło do stanu pierwotnego, czytaj niezgodnego z obowiązującymi wytycznymi i prawem. Ludzie, ręcę opadaja...chłop ma w głebokim poważaniu bezpieczeństwo, liczy się estetyka...Wszak on tu nie mieszka, więc w powietrze nie wyleci!! W takim wypadku argumentów brak!!



Tłusty czwartek

Jaki tam tłusty...nie zjadłam ani kawałka pączką czy jemu podobnych lokalnych karnawałowych przysmaków...Nawet nie mogę sobie na pocieszenie powiedzieć,  że przynajmniej nie przytyję, bo co jak co, ale kilka kilogramów więcej by mi się przydało.


Mąż za to zadbał o niskie ciśnienie żony. Postraszył zgubionym/ukradzionym portfelem...i nawet nie chodziło o 200euro (dzień wcześniej wybrane z bankomatu na mechanika), ale o kartę kredytową i resztę dokumentów. Portfela nie było tam gdzie być powinien co ranek, nie było w samochodzie, nie było u teściowej, nie było i w aptece...ostatnia nadzieja, że wypadł ze spodni i poniewiera się gdzieś koło fotela. Nie było!! Już M. miał dzwonić kartę blokować...a tu patrzę leży skurczybyk przy TV w sypialni i się nie odzywa. Takie wrażenia z rana są lepsze niż kawa ;)

Sie matka wybrała z dzieckiem na spacer. Ochłonę nieco, pomyślała.  Zrobilismy kilka kilometrów, w piłkę pograliśmy, więc pragnienie zaczęło dokuczać zarówno matce jak i dziecku. Synu, chcesz pić???...ale czemu kubek jest pusty? [F...ck] Wszystko co w torbie za to pływało...jakby tego było mało kilka dni wcześniej Stefano pokruszył mi w torbie biszkopty i mimo, iż dzień wcześniej ją wyrzepałąm (widać niedokładnie) to zrobiła się tam straszna breja, która syn skwitował głośnym ''bleeee''. Ponad 20 minut spędziłam z suszarką na próbie rozklejenia stron z kalendarza - ma teraz objętość podwójną. Pieniądze w portfelu tylko trochę się zamoczyły, więc udało je się uratować...telefon działa (całe szczęście miałam przy sobie starą poczciwą Nokię, bo smartfon to pewnie odszedł by już na tamten świat).


A co poza tym?

Pół godziny temu zamknięto zapisy w przedszkolu, na którym najbardziej nam zależy. Wydzwanialiśmy do nich od środy codziennie, bo sytuacja zaczynała się robić gorąca...jak widać większość rodziców podania składa na ostatnią minutę (dosłownie). W między czasie, po rozmowię z synowską neuropsychiatrą, postanowiłam zasięgnąć opini w Ministerstwie Edukacji, na temat interpretacji przepisów związanych z zapisami do szkół dzieci niepełnosprawnych - naturalnie miałam rację. Rację moją mogę sobie jednak w cztery litery włożyć, bo przecież sprawy im nie wytoczę (ani czasu nie mam ani pieniędzy). Gdy jednak mąż w rozmowie z sekretariatem a później i dyrektorką okręgu, wspomniał, iż konsultowaliśmy się z ministerstwem nastała chwila konsternacji: ''Panie C., od razu z takimi kartami...zobaczy Pan, że jutro się usłyszymy i miejsce będzie...''Stia tranquillo'' (czyli niech Pan będzie spokojny)...M. ironicznie rzucił, iż ''Renzi też tak mówił'' (Obecny premier Włoch do swego poprzednika, i kolegi z partii). Śmiechy, chichy...
Sytuacja na dziś:  Stefano został przyjęty...ostatnie podanie wpłynęło o 12:57 (swoją drogą mają ludzie nerwy) i jest komplet - 3 sekcje po 29 dzieci każda. Czemu jednak jeszcze nie świętujemy? Bo mimo, iż ''ignorantia iuris nocet''  to jednak czasami wydaje mi się, że tym nieznającym prawa żyje się lżej.  Oficjalny, ministerialny termin przyjmowania zgłoszeń mija 15 lutego czyli w niedzielę. W sytuacjach takich termin prawnie przesuwa się na pierwszy dzień pracujący czyli jeśli ktoś przyjdzie w poniedziałek z podaniem muszą je przyjąć...choć upierają się, że nie przyjmą bo ogłaszali, że zamykają 13ego.  Osoba taka może jednak wytoczyć im sprawę i wygra...podobnie jak i my (tyle tylko, że my do sądu iść nie zamierzamy).  Dyrektorka zadeklarowała chęć spotkania z nami...niepełnosprawność nie dawała synowi pierwszeństwa, ale to, że należy mu się dodatkowa wychowawczyni to naturalnie wszyscy wiedzą i wszystkich interesuje. Bądź co bądź dodatkowa para rąk, przy 29 dzieciach, zawsze się przyda :)

Miłego weekendu :)
Ewiczka

środa, 11 lutego 2015

Spoleto


Pozwólcie, że zabiorę Was dziś na wirtualną wycieczkę po jednym z umbryjskich miast. Spoleto, bo o nim mowa to niespełna czterdziestotysięczne miasto, malowniczo położne na południowym krańcu Doliny Umbryjskiej, powstałej w czasach średniowiecznych przez całkowite wysuszenie się obecnego wcześniej rozległego jeziora Lacus Umber.

foto - Spoleto Oggi

Historia

Najstarsze dowody swiadczące o osadnictwie na danym terenie sięgają końcowej fazy epoki brązu. Samo miasto założone zostało przez Umbrów (później zastąpionych przez Etrusków) w VI wieku p.n.e.
W 241roku p.n.e. miasto stało się kolonią rzymską. Spoletium pozostao wierne Rzymowi przez wiele wiele lat, dając mu niemałe wspracie podczas wojen punickich.
W 217r. p.n.e. oparło się oblężeniu Hannibala.
W czasach nowożytnych Spoleto znajodwało się miedzy innymi pod władaniem Longobardów (będać nawet stolica księstwa longobardzkiego), a po ich upadku władzę nad nim przejęli Frankowie.
W 1198r. dzięki ''zabiegom'' papieża Innocentego III, miasto przeszło pod władanie kościoła. Kolejni papieże mianowali tu swoich gubernatorów, którymi z reguły zostawali kardynałowie.
W 1860 roku miasto zostało definitywnie ''oderwane'' od Państwa Kościelnego i włączone do Królestwa Włoch, które po zjednoczeniu faworyzowało pobliską Perugię ustanawijąc ją stolicą regionu. Tym samym Spoleto coraz bardziej zaczęło tracić na znaczeniu.


Zabytki

   W Spoleto byłam kilkukrotnie, pierwszy raz ponad 10 lat temu...pewnego pięknego wrześniowego wieczoru, M. zabrał mnie tam na jedną z naszych pierwszych oficjalnych randek. Gdy w ubiegłym roku dowiedziałam się, że w związku z procedurami odrzucenia spadku po teściu będziemy zmuszeni odwiedzić miasto, uznałam to za doskonałą okazję na rodzinny spacer w otoczeniu innym niż zwykle. Nie ma jak połączyć przyjemne z pożytecznym.

Spoleto to typowe miasto śrdokowych Włoch, o bardzo bogatej historii. Nie znajdziemy tu jednak tysięcy zagranicznych turystów jak np. w Rzymie...ale czy koniecznie musi to oznaczać, iż nie ma tu nic ciekawego do obejrzenia. Sami zobaczcie...

  • ruiny tzw. cyklopowych murów, wykonane z ogromnych wielokątnych wapiennych głazów sięgają V - IV w. p.n.e.
foto - myspoleto,it

  • w mieście znajduje się wiele zabytkowych kościołów, nad którymi ''króluje'' Duomo czyli katedra z XI wieku, charakteryzująca się z cudowną mozaika na fasadzie.
Duomo Santa Maria Asunta

mozaika na fasadzie
krużganek
 Wnętrze katedry zostało przebudowane w XVII w. Na ścianach podziwiać możemy freski, które wyszły między innymi spod pędzla Pinturicchio.


I takie rzeczy znajdują się we włoskich kościołach. Kto wie co to takiego?

Nie moglismy nie zapalić świeczki ku pamięci naszych najbliższych.



Mój mały zmęczony turysta :)
                                 


  • wąskie, kręte, kolorowe typowo włoskie uliczki




  •  łuk triumfalny Druzusa i Germanika, z I wieku
  • antyczny teatr rzymski z I wieku
foto - bellaumbria.net

  • średniowieczna twierdza Rocca Albornoziana (wstęp płątny). Do środka nie wchodziliśmy, ale wybraliśmy się na spacer ścieżką bięgnącą u jej podnóży, stanowiącą jakby taras widokowy na miasto i okolice oraz prowadzącą do Ponte delle Torri


Oto się ujawniają babcia Rosanna i wujek Franco :)



  • Ponte delle Torri (Most Wież), moim skromnym zdaniem, jeden z najbardziej imponujących zabytków miasta - 230m długości i 76m wysokości. Orginalnie most pełnił rolę akweduktu. Obecnie jest to jeden z najsłynniejszych i najbardziej malowniczych zabytków miasta...niestety zapisał się również w historii jako ''świadek'' samobójstw. 



 Możecie mi wierzyć lub nie, ale w obliczu takiego kolosa człowiek czuje się maleńki jak mrówka.  Za pierwszym razem odważyłam się wejść na most i przejść prawie połowe....dymał straszny wiatr i  gacie miałam pełne strachu. Tym razem podziwiałam go z bezpiecznej odległości.

Stefano i Massimo...dalej szwagier



  • Święty Gaj - obejmujący stoki i szczyt góry Monteluco,  Liczne szlaki, pozwalające dotrzeć do wielu miejsc o znaczeniu historycznym bądź przyrodniczym, zaczynają się od wspomnianego powyżej Ponte delle Torri. W lesie znajleźć możemy pustelnie, założone przez ruch pusytelnika Isaaca z Monteluco...niestety, niemal całkowicie zostały one włączone do prywatnych posesji. Na szczycie natomiast możemy podziwiać trzynastowieczne snaktuarium franciszkanów.

Ciekawostki:
  • Na świecie Spoleto znane jest z Festiwalu Dwóch Światów (Il Festival dei Due Mondi), który niezmiennie od 1958 roku jest sceną dla sztuki, w szerokim tego słowa znaczeniu (proza, taniec, film, wystawy, koncerty).
  • Od 2013 roku w mieście rozgrywa się akcja serialu ''Don Matteo",na podstawie ktrego powstał scenariusz do polskiego ''Ojca Mateusza''


Zapraszamy!! A to już tylko 80km od nas :)

p.s. Zapomniałam wspomnięć, iż nasze zdjęcia pochodzą z czerwca ubiegłego roku (tak długo mi się post pisał), więc niech nikogo nie dziwi  nasz letni ubiór :)

poniedziałek, 9 lutego 2015

Prawa pasażera czyli czy można wygrać z liniami lotniczymi?

No to można czy nie? Jeśli tak to jak?

Kupując bilety lotnicze przez internet, zanim zatwierdzimy przelew, proszeni jesteśmy o zapoznanie się i zaakceptowanie regulaminu przewoźnika. Podpisujemy w ten sposób wirtualną z nim umowę.

Przyznać się, ile z Was tak naprawdę uważnie lub nawet pobieżnie przegląda ogólne warunki przewozu...a ile po prostu ''odhacza'' odpowiednie pole i idzie dalej?

Ilu przewoźników, tyle regulaminów. Dziwne...no dziwne, ale zawierając umowę akceptujemy warunki w niej zawarte. Należy jednak pamiętać, iż każdy regulamin musi mieć podstawę prawną. A już na pewno nie może ograniczać praw nadanych nam przez legislację. Niestety, nie zawsze przepisy normatywne są do końca jasne i łatwe w interpretacji, co stanowi doskonałą furtkę dla lini lotniczych by nieco modyfikować przysługujące nam prawa lub po prostu nie ''mówić nam wszystkiego'',

O nasze prawa zadbał Parlament Europejski, który rozporządzeniem 261/2004 reguluje procedury, które można a czasami nawet należy zastosować, na wypadek opóźnienia bądź odwołania lotu lub naszej z niego rezygnacji.

We Włoszech, organem odpowiedzialnym za wprowadzenie ich w życie jest ENAC, który stworzył Kartę Praw Pasażera - Carta dei Diritti del Passaggero (istnieje również wersja angielska).

W Polsce organem, który powinien dbać o interesy pasażerów jest Urząd Lotnictwa Cywilnego.

Polecam zapoznać się z Poradnikiem o prawach pasażera, oparcowanym na podstawie wspomnianego wcześniej rozporządzenia.


Co jednak gdy sami rezygnujemy z lotu?

- Przewoźnicy oferują nam różne formy ubezpieczenia, również na wypadek rezygnacji z podróży. Osobisćie nigdy takowego nie wykupiłam.
- Siła wyższa (nieszczęśliwy wypadek, choroba, śmierć osoby bliskiej) kwalifikuje nas do uzyskania od lini lotniczej zwrotu za niewykorzystane bilety.

ZAWSZE!! Mamy prawo prosić o ZWROT OPŁAT LOTNISKOWYCH (często nie jest to taka błahostka jakby nam się mogło wydawać), bez względu na powód dla którego jesteśmy zmuszeni zrezygnować z podróży.


TARYFA BEZZWROTNA

Taryfa bezzwrotna czyli zwykle pod względem ekonomicznym najkorzystniejsza dla pasażerów, ale zawierająca szereg restrykcji tkj. brak możliwość rezygnacji z usług lub jakiejkowliek modyfikacji daty, godziny, miejsca lub osoby.


Taryfa, z której skorzystaliśmy lecąc w grudniu do Polski. Rezygnować z planów nie mieliśmy zamiaru. Do Polski chcielismy lecieć we wskazanym terminie. Oferta była super korzystna, więc bez cienia wątpliwośći ją wykupiliśmy.

Naturalnie nikt wtedy (we wrześniu) nie przewidywał, że Stefano nam się rozchoruje na 10godzin przed podjęciem podróży powrotnej...Walizki spakowane...check in zrobiony....bilety wydrukowane - sytuacja beznadziejna w każdym aspekcie. Z dziecka leci od góry i dołu...zastanawisz się jak i kiedy wrócisz do domu...a jeszcze musisz pomyśleć, aby z odpowiednim wyprzedzeniem poniformować przewoźnika, iż rezygnujesz z lotu, gdyż w innym wypadku (choć to mało prawdopoddobne) może Cię on obciążyć kosztami spowodowanymi Twoim ''no show''.


CO ZROBILIŚMY MY???


  • telefon na CALL CENTER by spróbować (mimo wszystko) przebukować bilety. Pan po drugiej stronie słuchawki potwierdził, iż taryfa bezzwrotna nie przewiduje takiej opcji. 
  • przez stronę internetową ANNULOWALIŚMY check in
  • ZADZWONILIŚMY raz jeszcze na CALL CENTER, z informacją, iż z powodu choroby dziecka rezygnujemy z lotu (romawiał mój mąż, więc dokładnego przebiegu romowy nie znam. Operator napomknął o reklamacji, ale przynajmniej na 2h przed lotem musielibyśmy dostarczyć zaświadczenie ze szpitala o chorobie. Uznalismy jednak, że targanie wypompowanego wymiotami dziecka do szpitala, by może zaoszczędzić 100euro, to gra nie warta świeczki)
Ja nie byłąbym sobą gdybym jednak nie zaczęła drążyć tematu. Takie moje małe zboczenie zawodowe. Moja siostra podkreślała, iż coś jej tu śmierdzi. M. pogodzony był już z losem, ale zmuszony przez żonę
  • wysłał do przewożnika (Alitalia) E-MAIL, w treści którego oprócz oświadczenia o rezygnacji z lotu, zastrzegliśmy sobie prawo do złożenia reklamacji
Do Włoch wróciliśmy 8 dni później gdyż w międzyczasie stan zdrowia Stefano pogorszył się na tyle, iż nieodzowna była wizyta na pomocy doraźnej. W ten spoób (trzy doby po czasie) uzyskaliśmy zaświadczenie lekarskie potwierdzające chorobę syna.

Na znalezienie normy prawnej, pod którą możnaby było podpiąć reklamację, wystarczyło mi zaledwie 30 minut. Art. 945 del DLT n° 96 9/5/2005, sprawę stawia jasno:

"se la partenza del passeggero è impedita per causa a lui non imputabile, il contratto è risolto e il vettore restituisce il prezzo di passaggio già pagato"

 (Jeśli wyjazd pasażera, z przyczyn od niego niezależnych, jest niemożliwy, umowa zostaję rozwiązana a przewoźnik zwaraca uiszczoną wcześniej opłątę). 

Ktoś pewnie powie, iż zakupiłam bilety w ofercie bezzwrotnej, więc powinnam siedzieć cicho bo sama zaakceptowałam warunki sprzedaży. Zgadza się! Umowa, która zawarłam nie może jednak ograniczać moich praw...a ustawodawca nie rozróżnia taryf. Warunkiem koniecznym, aby skorzystać z powyższego artykułu było wystąpienie siły wyższej...a choroba dziecka jest siłą wyższą, tym bardziej, że dziecko również było pasażerem.


REKLAMACJA

Stworzyliśmy ''piękny'' list - podanie o rekompensatę za niewykorzystane bilety, zawierający:

  • regulacje prawne, na które się powołujemy (wraz z cytatami)
  • numery niewykorzystanych biletów
  • kopię zaświadczenia ze szpitala wraz z jego tłumaczeniem (własnym)
Tak zebrane i przygotowane dokumenty wysłalismy listem poleconym na adres siedziby głownej osoby prawnej (przewoźnik Alitalia). 

W oczekiwaniu na odpowiedź uzbrajamy się w cierpliwość. Mąż cały czas podchodził do tego sceptycznie, ale uznał, że spróbować nic nie kosztuje (tzn. koszt poleconego do Rzymu) a w najgorszym wypadku oddadzą nam opłaty lotniskowe (o ile przekroczą koszt otwarcia praktyki). 

Massimo, powołując się na włoskie realia przekonywał, iż odpowiedzą nam nie wcześniej niż za miesiąc, dwa...bardziej prawdopodobne, że za sześć....może nawet rok albo wcale.
Wtórowali mu wszyscy wokół!!

Tymczasem, szczęka mu dosłownie opadła, gdy 10 dni później odebrał telefon z Alitalia. Pani poniformowała, iż rozpatrzono nasze podanie, dokumentacja jest kompletna, więc procedura zwrotu kosztów w toku...proszą jedynie o potwierdzenie nominata konta!!

Chwilę później przyszedł e-mail potwierdzający przyjęcie reklamacji.

Godzinę później otrzymaliśmy rozliczenie kosztów i elektroniczne poświadczenie zlecenia przelewu.

Tydzień później pieniądze znalazły się na naszym koncie!!

NIE POTRĄCONO NAM ANI CENTA, za otwarcie praktyki. Co więcej spodziewaliśmy się 102 euro a przyznano nam 114 :)

ALITALIA, DZIĘKUJEMY!! Interesy z Wami to przyjemność, więc na pewno skorzystamy w przyszłośći.


Tak więc kochani, jak widać na załączonym obrazku, i z liniami lotniczymi da się wygrać. Trzeba poświęcić chwilę czasu na  zorientowanie się  w temacie a swoje argumenty poprzeć odpowiednimi przepisami prawa!! 

100 euro nie zmienia nam życia, ale zapewniam, iż wygranie ''sprawy'', wydawałoby się, iż z góry skazanej na niepowiedzenie (gdze wszyscy z powątpiewaniem stukali się w czoło i powtarzali ''strata czasu'') daje ogromną satysfakcje...nauka jednak nie poszła w las!! A odzyskane pieniądze możemy wykorzystać na kolejną podróż :)

p.s.Powyższy przykład dowodzi, iż próbować nie zaszkodzi. Ja powołałam się na prawo włoskie, gdyż przewoźnik ma swoja siedzibę we Włoszech. We wszystkich państawach członkowiskich prawa pasażera powinny być, jeśli nie identyczne, to na pewno bardzo podobne.




piątek, 6 lutego 2015

Zmiany

   Nadchodzi tak dzień gdy to co miało dziecko chronić staję się źródłem zagrożenia. Szczebelki w łóżeczku chronią naszego noworodka i niemowle przed upadkiem z wysokości...jednak te same szczebelki dorastającemu dziecko służą w ćwiczeniu skoku przez kozła, ewentualnie skoku wzwyż.

Jakiś czas temu i my doszliśmy do etapu drugiego. Synowskie łóżeczko ma możliwość całkowitego zdjęcia boków. Nie urządzało nas to jednak, gdyż Stefano podczas snu wyczynia cuda. Gdyby nie szczebelki głowa nie raz wisiałaby w powietrzu...zdecydowanie za często znajduję też syna w tzw. ''nogach''.

Dysputy i poszukiwania idealnego rozwiązania trwały od kilku mięsięcy. Chcieliśmy aby ''bariera'' nie była za wysoka. Nie miała ona bowiem izolować syna a jedynie blokować ewentualny upadek. Łóżeczko nie jest nasze, więc wiercenia nie wchodziły w rachubę. Rozwiązanie podsunęła nam nieodzowna IKEA.. Niestety zakupiony zestaw nie do końca nadawał się do stefkowego łóżeczka - bariera wystawała zaledwie 2cm  nad materac (zakładając, że Ste śpi bez poduszki). Tata chciał sztukować, doczepiać...a matka rzuciła naiwnie ''a jakby tak tą deseczkę zastąpić odpowiednich rozmirów półką???" I wiecie co, okazało się, że to wcale nie był taki głupi pomysł :)


Piękne to może nie jest, ale najważniejsze, że działa i to niewielkim kosztem. A Stefano....szczęścliwy, jakbym go co najmniej do Disneylandu zabrała. Wchodzi, schodzi - naturalnie nie przez wyznaczone do tego miejsce, a przeskakując przez deskę.

Dzisiaj była pierwsza noc w nowym starym łóżku i muszę przyznać, że poranny (po 8, ale dla mnie to poranny bo ostatnio Stefano wstaje po 9) tupot małych stópek na podłodze, zmierzających w stronę mojego łóżka, wywołał uśmiech na mojej twarzy.


LOGOPEDA

Jak już wcześniej wspominałam, wczoraj wybralismy się na kontrolę do logopedy. Obecna była również neuropsychiatra, która syna ma pod swoją pieczą od jego przedwczesnych narodzin. Spektakularnych zmian w mowie synowskiej nie ma (ostatnio sporo wokalizuje, ale konkretne słowa nie padają) i choć nie zgadzam się ze wszystkim co zaobserwowały wyżej wspomniane panie (Stefano w domu zachowuje się inaczej niż w gabinecie), to bez cienia wątpliwości przystaliśmy z mężem na ich propozycję trzymiesięcznej terapii logopedycznej. Zaczynamy w przyszłym tygodniu (lub za 2 tygodnie). Grupa dwuosobowa. Zobaczymy czy będą jakieś rezultaty.

Tymczasem pozdrawiamy i życzymy miłego weekendu :)

środa, 4 lutego 2015

Kilka słów o mnie

Minia na swoim blogu zainicjowała zabawę polegającą na podaniu kliku faktów, których o prowadzącej bloga nie wiedzą jego czytelnicy. Za nominację pięknie dziękuję, a poniżej przedstawiam cząstkę siebie:

1. Mam dwie głowne, bezdyskusyjne fobie, które uprzykrzają mi życie i dwukrotnie doprowadziły mnie do ataku paniki.

  • Węże - Nie ważne czy gad będzie na zdjęciu w czasopiśmie, na szklanym ekranie  czy na żywo - zaczynam krzyczeć i trząść się ze starchu. Z tego względu nie potrafię spokojnie spacerować po lesie...
  • Samolot -  Boje się latać. Podobno z czasem lęk przechodzi...mój niestety nie przeszedł a rośnie wraz ze mną. Apogeum osiągnął podczas powrotu z podróży poślubnej. Wpadliśmy w turbulencje...byłam przekonana, że to już jest mój koniec na tym świecie, nie potrafiłam zahamować łez, straciłam kontrolę nad samą sobą.
źródło



2. Odkąd pamiętam marzyłam o pracy w biurze podróży. Uwielbiam przeglądać oferty, szukać najkorzystniejszej opcji, organizować wakacje. Uwielbiam podróżować!! Nie obce są mi wypady podczas których śpisz w samochodzie a myjesz się na stacji benzynowej ;)

W koszuli w kratę to ja :D


3. W podstawówce, mniej więcej do 5 klasy, byłam antytalenciem sportowym - notowałam jedne z najgorszych wyników w klasie w skoku w dal, wzwyż, biegach krótkodystansowych. Po wakacjach, coś we mnie pękło...zrozumiałąm o co w tym wszystkim chodzi i reprezentowałam szkołę w zawodach lekkoatletycznych we wszystkich powyżej wymienionych kategoriach. Złożyłam nawet podanie na AWF, kierunek turystyka (patrz punkt 2), gdzie na egzaminie wstępnym z siatkówki dostałam 4+. - ostatecznie jednak się nie dostałam i z perspektywy czasu uważam, że tak było lepiej.

4. W szkole średniej byłam totalną nogą w naukach ścisłych. Groziła mi nawet lufa z matmy na półrocze (nie pamiętam której klasy). Na świadectwie maturalnym widnieje 3 i z ręką na sercu przyznaję, że na więcej nie było mnie stać.

źródło


5. Od dziecko byłąm okazem zdrowia. Siostra i brat chorowali, a mnie licho nie brało (poza bardzo mocno skręconą, w siódmej klasie podstawówki, kostką). Zdarzało mi się nie opuścić ani jednego dnia w roku szkolnym. Nadrabiam teraz!!

6. Zespół, w którym śpiewał mój tata wygrał Debiuty - Opole'76 a mi słoń nadepnął na ucho i strony głosowe pewnie też. Nie przesadzam. Jako dziecko, moją zmorą były pytania w stylu ''chodzisz do muzycznej? lub na jakim instrumencie grasz?'' - większość osób nie dopuszczała myśli, że wykształcony muzyk (po Akedemii Muzycznej) może mieć córkę beztalencie. A ja, do tej pory, perfekcyjnie opanowałam jedynie granie na nerwach :D Teraz mam do tego zdrowe podejście, ale jako dziecko bardzo mnie bolały teg typu pytania i zdumione kręcenie głową.



7. W młodzieńczych latach, mniej więcej od początków liceum byłam zapalonym kibicem sportowym. Nie mogłam opuścić żadnego wydarzenia sportowego - mistrzostwa świata, europy, igrzyska olimpijskie, NBA. Nie ważne o której godzinie dnia czy nocy. nie ważne czy dzień później była szkoła...nastawiałam budzik i oglądałam z zapartym tchem.
Jedynymi zawodami, które widziałam na żywo były loty narciarskie w Harrachov, za czasów Małysza.

źródło

Z radoścnią nominuę wszystkich chętnych do podzielenia się z nami swoimi,  mniejszymi lub większymi, sekretami,

wtorek, 3 lutego 2015

HPV-hr DNA test (EDIT)

Przyszły wyczekiwane wyniki badań DNA nękającego mnie od kilku lat wirusa:

''obecność wirusa brodawczaka ludzkiego o wysokim stopniu ryzyka onkogennego'' ...

...czyli, że jednak mogę zacząć się martwić?!

 Poleciało kilka łeż, bo do końca miałam nadzieję, że jednak będę mogła spokojnie zajść w ciążę, a dopiero później martwić się ''przybłędą''. Taka ''atrakcja'', w połączeniu z PMSem, sprawiły, że przez chwilę poczułam się jak skopany pies. Świat na chwilę mi się zatrzymał, nie rozpaczam jednak, staram się poukładać myśli. 

Wiem, że to nie jest wyrok. Przeciwnie...to jest szansa dla mnie, którą dostaję od Najwyższego, wspieranego przez włoską służbę zdrowia. Szansa by ''unicestwić'' paskudztwo i nie pozwolić stać mu się gadem!!

Boje się...

Więcej napiszę po konsultacji z ginekologiem!!

p.s. a Wy, kiedy ostatni raz robiłyście cytologię? Prewencja, prewencja i jeszcze raz prewencja!!

Edit po konsultacji z lekarzem:

  • badania (cytologia i kolposkopia z biospią) do powtórzenia w maju. Ostatnie (listopadowe) wskazywało na infekcję LSIL - metoda klasyfikacji schemat Bethesda 2001. 
  • mąż ma się przebadać na obecność HPV
  • nakazana prezerwatywa - zrezygnować tylko jeśli zamierzamy się starać o potomstwo
  • można zacząć się starać o powiekszenie rodziny. Wirus na tym etapie nie jest groźny. Nie zagraża ciąży ani dziecku. Szansy aby sam zniknął nie ma i trzeba mieć go pod stałą kontrolą. Ze wzgędu na zwiększone ryzyko przedwczesnego porodu, lepiej byłoby najpierw urodzić dziecko a później przeprowadzać zabiegi na szyjce macicy. Gdybym zaszła w ciąże niezbędne będą stałę i częste konrole szyjki (ewentualnie założenie szwu okrężnego).
Wstępnie postanowiliśmy, iż w oczekiwaniu na majowe badania:
  • zrobię badania na przeciwciała toksoplazmozy i różyczki
  • zrobię wymazy na obecność kandydozy itp...
  • mąż się przebada

poniedziałek, 2 lutego 2015

Rinowash - prysznic nosa


   Rinowash poznaliśmy kilka miesięcy temu, gdy wraz z posłaniem syna do żłobka zaczęły się cotygodniowe infekcje dróg oddechowych. Stefano nie potrafi jeszcze pożądnie wydmuchać nosa. Odciągania kataru apsiratorem nigdy nie lubił, a teraz czynność ta graniczy niemal z cudem. Dziecko rośnie i nabiera siły, rzuca się, krzyczy, kopie a ja sama nie jestem w stanie nawet zbilżyć aspiratora do jego nosa (w dwójkę jest niewiele lepiej). Z reszta, w początkowej fazie przeziebienia, gdy z nosa kapie niemal non-stop i aspirator na niewiele się zdaje.


Stosowanie irygacji nosa jest doskonałym rozwiązaniem w zapobieganiu nocnego kaszlu.
Wykorzystując moc inhalatora, do którego jest podłączony, pomaga on bowiem w oczyszczaniu gónych dróg oddechowych.

Różnice między inhalatorem a rinowash

Inhalator z maseczką lub ustnikiem pomaga dostać się wdychanemu powietrzu do drzewa oskrzelowego, które na szczęście najczęściej jest wolne od flegmy.

Natrysk nosa natomiast zatrzymuje się na górnych drogach odechowych, ale to właśnie najczęsciej tutaj zalegają śluz lub flegma. Prawidłowa higiena nosa ma zasadnicze działanie w zapobieganiu zaburzeń układu oddechowego.

Nos, jak zapewne wszyscy pamiętam z lekcji biologii, jest swego rodzaju filtrem, którego zadaniem jest oczyszczanie wdychanego przez nas powietrza. Dlatego też odpowiednia jego higiena ma ogromne znaczenie we wmacnianiu odporności przed chorobami aparatu oddechowego.

Już rozpylenie roztworu soli fizjologicznej pozwala na szybką poprawę w oddchaniu, co zwykle prowadzi do osłabienią a nawet zaniku nocnego kaszlu.

zródło


Rinowash generuje cząsteczki o średnicy powyżej 10 mikronów. W zależności od mocy inhalatora, do którego zostanie podłączony, rozpyla ok. 5ml na minutę.

Kolejną zaletą jest usunięcie wydzieliny, która zbiera się w przeznaczonym do tego, oddzielnym zbiorniku.

Wskazaniami do stosowania powyżej metody są głównie zapalenie błony śluzowej nosa, zapalenie zatok nosowych, polipy nosa czy też zapalenie migdałka gardłowego. Idealne zwłaszcza dla dzieci, które nie potrafią samodzielnie nosa wydmuchać.


To tyle z teorii, a jak to wygląda w praktyce? 

Urządzenie jest kompatybilne z większością inhalatorów (NIE ULTRADŹWIĘKI). Jeżeli posiadamy już inhalator możemy zakupić samo urządzenie rinowash. Można je nabyć również w zestawie z inhalatororem, ale wtedy cena, naturalnie, wzrośnie.



Jest to urządzenie bardzo proste w użyciu. Najnowsza wersja składa się z 3 części, łatwych w montażu i czyszczeniu.  Jako, że my inhalator już mieliśmy zakupiliśmy wersję poniżej.

zródło

Prysznice nosa stosujemy zwykle gdy Stefano zaczyno mieć objawy przeziębienia lub gdy zapchany nos już go męczy (Od kilku dni staram mu się robić irygacje nosa raz dziennie, zapobiegawczo). Nie każe dziecko jednak zaakceptuje taki sposób oczyszczania nosa. Nasz syn jest jednym z nich!! Mieliśmy okazję się o tym przekonać jeszcze przed zakupem powyzszego urządzenia - pożyczyliśmy od kuzynki męża. Mimo wszystko postanowiliśmy je zakupić, gdyż trauma jest zdecydowanie mniejsza niż oczyszczanie nosa aspiratorem. Poza tym taki ''prysznic'' jest naprawdę bardzo szybki. Jeśli napełniłabym cały pojemnik roztwórem soli fizjologicznej (15ml), cała operacja trwałąby ok. 3 minut.  

zródło
My wykorzystujemy roztwór soli fisjologicznej w sterylnej butelce + strzykawka. Koszt 100ml ok. 2,5 euro.



Efekt jest lepszy jeśli drugą dziurkę nosa przytrzymamy palcem (jak do dmuchania). Katar będzie się wówczas zbierał w przeznaczonym do tego pojemniku. U nas nie zawsze to wychodzi, gdyż czasami muszę przerywać irygację i wtedy woda z katarem leci po twarzy.

zródło

Moje dziecko nie siedzi tak spokojnie jak dziewczynka na powyższym zdjęciu. Mam nadzieję, że kiedyś do tego dorośnie i zrozumie, że moją misją nie jest terroryzowanie go.

Naturalnie nie byałbym sobą gdyby tego nie wypróbowała. Dlatego z cała pewnością mogę stwierdzić, iż jest to absolutnie bezbolesne.

Przed ewentualnym zakupem, o ile macie taką możliwość, proponuję sprawdzić czy Was takie rozwiązanie zadowala i jak na nie zareagują Wasze dzieci.
Za orginalny rinowash daliśmy ok. 34 euro, w aptece. Taniej można go znaleźć w internecie: na ebay lub amazon. Zauważyłam również, iż coraz więcej firm oferuje produkt temu podobny.