czwartek, 8 stycznia 2015

LECIMY DO POLSKI CZYLI ''ATRAKCJE'' Z PODRÓŻY!!

Przygotowania do podróży rozpoczeliśmy dość późno bo zaledwie 30 godzin przed wylotem. Tym razem naszym problem nie byl nadbagaż, ale jak najbardziej inteligentne spakowanie sie, czyli takie które umozliwi nam w miarę sprawne ogarniecie wszystkich toreb i przemieszczanie się z nimi i dwulatkiem u boku. Wiedziałam, że musze mieć, na pewno, jedną rękę wolną by ''uwiązać'' rozbrykanego syna.

Uwijaliśmy się jak tylko mogliśmy. Plan był taki by na rano zostawić sobie jak najmniej do roboty...dolożenie kosmetyczek, jedzenia (kanapki przygotowane dzien wcześniej cierpliwie czekaly w lodówce) i synowskich leków...ogranąć siebie, wrzucić coś na ząb, ogarnąć Stefano (ubrać i zrobić inhalację) i w drogę.

Samolot o godzinie 10:05 z lotniska Leonardo da Vinci w Rzymie, wszystkim znanego jako Fiumicino.  Nie lubimy nic robić w biegu, dlatego też ok. 8:00 chcielibyśmy przekraczaś bramy lotniskowego kompleksu. Przed nami 210 km (samochód trzeba zawieźć na parking)...wyjazd zarządzony  na 5:30. 

Gdy dzien później o nieludzkiej 4:30 rozległ się dzwięk budzika byłam już na nogach od dobrych 20 minut - z nerów nie mogłam dospać. Ok. 40 minut później, podczas gdy M. znosil toboły do samochodu, ja podjęłam proces wybudzania syna. Na pierwszy ogień poszła inhalacja (Nie wiem czy pamiętacie, że miał zapalenie oskrzeli). Inhalator tymi swoimi okrutnymi trzaskami niczym z silnika traktora i zmarlego by wybudził...ale nie Stefka, który łaskawie otworzył oczy dopiero przy ubieraniu!!

Ruszyliśmy z niewielkim 10 minutowym poślizgiem. W niedzielny poranek nie spodziewaliśmy się jednak wzmożonego ruchu. Nie spodziewaliśmy się również synowskich wymiotów!! A tymczasem, w połowie drogii po raz pierwszy pokazał zawartość żołądka. Na szczęście wiele tam nie miał, bo zaledwie 2 łyki wody (Boże, dziękuję Ci, że mu przed podróżą mleka nie dałam!!). Zgłupieliśmy jednak, zupełnie nie wiedziałam co jest grane...wirus? choroba lokomocyjna? No, ale Stefi nie cierpi na chorobe lokomocyjna - tyle razy pił mleko w podróży i nigdy nic mu nie było...Chorobę lokomocyjną mam ja (ostatnio nie dokucza mi tak bardzo jak kiedyś)...skoncentrowana na synu, który po opróżnieniu treści żoładkowej zaserwował nam jeszcze kilka razy odruch wymiotny, nie miałam czasu myśleć o sobie i jakoś się trzymałam...aż do tablicy PARTENZE - DEPARTURES, gdzie i mój żoładek postraszył, na szczęście jedynie odruchem wymiotnym.



Kwadrans później, po odstawieniu samochodu na parking, siedzieliśmy już w shuttle i powoli mknęliśmy w kierunku Terminal 1. Drzwi lotniska przekroczyliśmy kilka minut po godzinie 8...check in był już otwarty...w kolejce kilkanaście osób.  Ste wciąż na reku.

I wtedy odkryłąm wyższość podróżowania dużymi liniami lotniczymi (tzn.  nie tanimi). Pomijam nawet fakt, że Alitalia wyszła nam znacznie taniej niż wszelkie opcje ''tanich lini lotniczych'', które po podliczeniu wszystkich kosztów z tanimi miały niewiele wspólnego. 

Alitalia - narodowa włoska linia lotnicza. Jej główną siedzibą jest właśnie Fiumicno, skąd odprawia nawięcej lotów a co za tym idzie posiada niemal na wylączność jeden z rzymskich terminali.   
Ustawiamy sie w kolejke do zdania bagazu...kątem oka, kilka stanowisk dalej, widzę CHECK IN - RODZINY Z DZIEĆMI...wlaśnie odprawiana jest jedna rodzina...podchodzimy...następni jesteśmy my...pierwsza walizka wazy prawie 2kg za duzo...M. juz miał ją ściągać z taśmy gdy pani uprzejmnie stwierdziła, że ''Prosze zostawić...jest OK''. 5 minut później byliśmy lżejści o 50kg czyli 3 torby!!

Stefano zaczął odzyskiwać siły...na lotnisku tyle jest interesujących miejsc, że szkoda tracić czas na siedzenie. Pełno tam zakazanych przycisków...ruchomych schodów...tysiące kolorowych walizek na kółkach. Wszystko trzeba przebadać lub chociażby dotknąć. Wymioty wydają się być już tylko wspomnieniem, ale na wszelki wypadek mleka mu nie podajemy. Ze smakiem zjadl ''grissini''.

Telefon do Polski, by zameldować się na lotnisku i przypomnieć o inhalatorze. Nie wierze w to co slyszę po drugiej stronie lini ''Kostek (poltoraroczny siostrzeniec) jest w szpitalu...zapalenie węzłów chłonnych, które dzień poźniej okazało się mononukleozą...tydzien w szpitalu jest pewny...Nerwowa noc...jeszcze grubo po pólnocy robiono mu badania, w tym USG by wykluczyc, iż węzly nie są powiększone onkologicznie''.  F...k!! Nie są, więc nieco spokojnu wkrada sie do naszych serc.

Odprawa osobista i kolejna niespodzianka - pasażerowie z dziećmi są kategorią uprzywilejowaną, na równi z politykami i czlonkami załogi. Personel przemily...spokojny...cierpliwy...Stefano dojrzał na taśmie transmisyjnej tablet...nim zdarzyłąm się obejrzeć a ten już siedział na środku przejścia i próbował uruchomić to ogłupiające urządzenie...Wykrywacz metali...jesteśmy po drugiej stronie, ale Ste decyduje, że po tamtej było tak fajnie, więc obrót na pięcie i biegusiem...Komicznie musiało wyglądać gdy goniłam syna w samych skarpetach z jednym butem w ręku. A te monitory jakie fajne...odciągaliśmy pierworodnego siłą, spoceni jak skunksy.

Boarding dla dzieci również priorytetowy, zaraz po kategorii SKY PRIORITY. Niestety nie wchodzimy bezpośrednio na pokład - jest autobus. W drodze do samolotu Stefano pada niczym kawka...nic go nie rusza, jakby zapadl w sen zimowy. Pierwszy raz w samolocie ma swoj wlasny fotel...taki duży fotel na takiego małego chłopca. Śpi...a matka w strzępkach nerwów...przez glośniki pada ''boarding completed''...kołujemy...załoga (średnia wieku ok. czterdziestki, ale widac, że lubia to co robią) instruuje co? jak? i gdzie?  Silniki zawyły na całego, wcisnęło nas w fotele i pędzimy pasem startowym...Oczy zapelniaja się łzami, w myślach wypowiadam sobie ''z wola niebios...Jezu, ufam Tobie''...lecimy. Ufff...start za nami. A przed nami 2h w przestworzach!!

Młody śpi...Poczestunek na pokładzie - herbata nieco łagodzi mój podrażniony żołądek i skołatane nerwy. Co chwila zerkam na syna, czy aby nie wyrwie się ze snu z odruchem wymiotnym. Odpukać, nic takiego się nie wydarzyło. Stefek niepewnie otwiera oczy po ok. 3/4 lotu....początkowa totalna dezorientacja szybko przechodzi w fascynacje nieznanym miejscem. Lot przebiega spokojnie, wiec dzieciaki mogą swobodnie eksplorować.

Horror zaczyna się chwile później, gdy kapitan obwieszcza, iż rozpoczeliśmy fazę obniżania się do lądowania. Dla pasażerów oznacza to jedno - siadać na cztery litery i zapiąć pasy. Ze strony Stefka bunt totalny...wił nam się jak wąż. Musieliśmy go oboje trzymać za ręce i nogi, bo to co odstawił w samolocie jest nie do opisania. Próby zabawiania spełzają na niczym. A na koniec matka oblała wszystkich woda z synowskiego kubka ze słomka - nie pomyślałam, iż ciśnienie spowoduje, że woda bedzie tryskac przez słomkę jak wzburzona przed otwarciem coca cola. Cóż, jestem tylko ciemną blondynka ;) 

Lądowanie cudowne, przejście przez chmury bez cienia turbulencji...osadzenie maszyny płynne i spokojne. Witamy w Warszawie...spóźnieni zaledwie dwie minuty.

W terminalu Stefano dostrzega autobus - plac zabaw dla dzieci, reklama biura podróży ITAKA. Spokojnie pół godziny mamy z głowy. Nam się jednak nigdzie nie spieszy...byliśmy przygotowani na półtoragodzinne opóźnienie...do pociągu jeszcze 4 godziny.  Gdy schodzimy po bagaże po pasie transmisyjnym krąży już tylko zaledwie kilka walizek, w tym 3 nasze. 





Wychodzimy ze strefy przeznaczonej dla pasażerów. Zostajemy jednak na lotnisku...przekonuje nas do tego jego ciepełko i deszcz za oknem.  Wraz z wyjściem z samolotu kończą się, jak zawsze, moje przeboje żołądkowe, tak więc mogę sobie pozwolić na najdroższą kawę na świecie ;)

Chwile po 14, taksówką ruszamy na podbój Dworca Centralnego, gdyż jak już wcześniej wspomniałąm stolica nie była dla nas kresem podróży.  Dwie godziny na centralnym były chyba najgorszą fazą całej wyprawy - zimna poczekalnia (było WIFI i gniazdka), w której dało się czuć wątpliwej przyjemności zapach. Niesmak potegował fakt, iż 10 metrów dalej zorganizowano punkt prasowy pendolino...mniemam, iż ocieplany (dziennikarze byli bez kurtek), gdzie dodatkowo co chwila wnoszono w ogromnych termosach napoje i kanapki...A Ty zwykly zjadaczu chleba patrz i cierp!! 

 Kwadrans po 16 opuściliśmy ''ludzką przechowalnię'' a jedna z naszych walizek dosłownie stoczyła się ze schodów. Oczywiście za sprawą mamuśki Ewiczki :) Na swoje usprawiedliwienie mam, iż schody ruchome jechały naprawde szybko, walizka była mało zwrotna, na plecach miałam plecak a na szyi uwieszone me dziecko i po prostu się bałam, że jak wkrocze tak z tym całym taborem to runiemy jak dłudzy na glebę. M. zjechał szybciej, położyłam, więc walizkę na schodach...a, że krzywo i spadła to juz tylko taki mały szczegół...choć walizka była tak wypchana, że przez chwilę mieliśmy wizje latajacych po centralnym naszych majtochów. Nic takiego sie jednak nie stalo :)

Na peronie tłumy...jak się poźniej okazało sztuczne...większośc przyszła jedynie zobaczyć i porobić zdjęcia naszej nowej ''dumie narodowej'' - pendolino...ehhh. Nim na peron wtoczył sie pociąg syna naszego uszczęśliwiono balonem PKP Intercity - kuźwa, jeszcze nam tu balona brakowalo!!

Na pokladzie EIC Premium powitała nas muzyczka i fajne ciepełko. Sam pociąg przytulny, wygodny, czysty (no, ale jaki miał być w pierwszym dniu kursowania). Komfort podróży tysiąc krotnie przewyższa moje wspomnienia sprzed lat. Było cicho i miło i szybko. Może bajerów za dużo - bo nie wydaje mi się, iż monitory pod sufitem są rzeczą niezbędna. Załoga, jak to pierwszego dnia, nadskakiwała podróżnym (w sumie w drodze powrotnej również). Sam pociąg i podróż oceniam pozytywnie...nie mogę złego słowa o nich powiedzieć. Nie wnikam jednak w kwestie legalne dotyczące przetargu i wydanych pieniędzy, bo najzwyczajniej w świecie nie jestem osobą do tego kompetentną. Oceniam obiektywnie, zgodnie z własnym sumieniem, usługę z jakiej miałam przyjemność korzystać.


Zwiedzamy :) 


Stefano, który pierwszy raz w życiu jechał pociągiem, był nim zafascynowany. Nie przesadzę jeśli napiszę, iż był w siódmym niebie. Biegał w samych skarpetach po wagonie. Testował lampki, stoliki i co się tylko dało.  

Na wszystkie stacje przyjeżdżaliśmy przed czasem. Podróż minęła nam w miłej atmosferze i ani się obejrzeliśmy a minęły 2,5 godziny i już prawie trzeba było wysiadać. Tuż po godzinie 19 wtoczyliśmy się na jeden z tczewskich peronów, gdzie czekali na nas moi rodzice....a 20 minut później grzaliśmy się już przy kominku :)

Droga powrotna minęła spokojnie, bez nieszpodzianek i zwrotów akcji. Stefi jak tylko usadowił się w  pociągowym fotelu, wydobył z plecaka swoje skarby, czytaj pudełeczko z krakersami i rozpoczął spokojną konsumpcję. Raz po raz ciastka przegryzając jabłkiem, przygotowanym przez babcię. Podróż minęła jeszcze szybciej niż poprzednio. Na centralnym od razu złapaliśmy taksówkę i już przed 10, ze sporym zapasem czasu (samolot mieliśmy o 13:25) byliśmy na Okęciu.  A tam ze zdumieniem, a chwilami i przerażeniem, podziwialiśmy co też takiego ludzie nie próbują przemycić do kraju: zabalsamowane kobry (choć może to jakichś alkohol), skórę niedzwiedzia polarnego czy tygrysa i UWAGA - łapę słonia!!

Stefano i jego ''skarby''


Zbliżała się godzina otwarcia check in, podąrzyliśmy więc w kierunku odpowiednich okienek i grzecznie ustawiliśmy się w kolejce. Stanowiska były trzy: 1) SKY PRIORITY 2) zdanie bagażu i 3) check in. Zgodnie z logika wybraliśmy to drugie, nie wiedziałam czy dziecko kwalifikuje mnie jako priorytet. Kolejka nie była długa, więc nawet nie próbowaliśmy się dopytywać.
Nagle nastąpiło niemałe poruszenie i kilkuosobowa włoska grupa, nie bacząc na ustawione kolejki i bez wyduszenia z siebie choćby słowa ''przepraszam'', zaczęła przepychać się do przodu w kierunku pierwszego stanowiska. Kilka osób wykorzystało sytuację i nagle znaleźli się przed nami (w tym i nasi rodacy, niestety). Włoska grupa, która składała się tak naprawdę z kilku mniejszych, narobiła niezłego zamieszania. Zwłaszcza jedna dziewczyna nieźle zalazła mi za skóre. Latała po lotnisku jak pershing, szydziła się z Pani z obsługi, ze 10 razy pyta oto samo...ale jak ktoś jest idiota to i 100 razy nie pomoże. Pani z obsługi po kolei pytała czy aby wszyscy ustawieni przy stanowisku nr 1 maja SKY PRIORITY PASS i nagle na twarzy mojej ''ulubionej'' wspołpasażerki zarysował się grymas paniki ''że co, priority?''. Mówie do męża, że zaraz będzie akcja, bo narobili szaszoru a nie maja wykupionego priorytetu i UWAGA...zwolniło się stanowisko drugie a oni czmych przed nami podchodzą...Jako, ze baba wkurzyła mnie na maksa, bo nie raz a dwa przeskoczyła kolejke, nie wytrzymałam i się odezwałam ''przepraszam bardzo, ale to co Państwo wyprawiają to się w głowie nie mieści...byliście za nami...'' Chlop sie odwrocił i z łaska pokazuje, ze mamy iść. Tlumaczę więc, że nie chodzi mi o te 5 minut dłużej stania, ale sam fakt chaosu jaki wprowadzają...przeskakują kolejke nie raz a dwa, w duszy maja innych pasazerow...stoje w kolejce z dwuletnim dzieckiem na ręku...'' Baba sie obruszyła i szydzi i UWAGA!! jak stała, tak w sekunde w ciąże zaszła - hahaha.

Później, tak samo szybko jak w ciąże zaszła to chyba i urodziła (ciąża ekspres niczym Bella z Twilight), gdyż inne Panie w ciąży, do odprawy osobistej, wpuszczane były bocznym przejściem a ona stala. Na pokład wchodziła jako jedna z ostatnich.

Usadzenie syna w samolocie to mission impossible - wił się, rzucał...Wszelkie próby uspokojenia spaliły  na panewce, nic nie działało, ani prośbą ani groźbą. Po raz kolejny musieliśmy go trzymać - oboje!! Stefek wydzierał się w niebogłosy, po twarzy spływały mu wielkie jak groch łzy. Zmęczenie wyraźnie dawało o sobie znać. Nie zdarzyliśmy jeszcze oderwać się od ziemi a Stefano juz smacznie spał, obudził sie 1,5h godziny póżniej, gdy zaczęliśmy podchodzenie do lądowania w Rzymie. Lot powrotny był 20  minut krotszy niż lot do Warszawy.

Czekamy na bagaz :)


Ale tato ja chce tu zostac!!

Roma Fiumicino


Juz sprawdzam bilety na lato. Problem jest jednak taki, iz sama w podrozy z synem chyba jednak bym sobie nie poradzila.

26 komentarzy:

  1. O Matko, ale przygody :)
    Ale najważniejsze że było tyle samo startów co lądowań :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Swieta prawda. Gdybym ja sie tak nie bala lata to wszystko byloby znacznie przyjemniejsze.

      Usuń
  2. Dzielny chłopiec :). Nasz dwulatek w czasie swego pierwszego (i jedynego do tej pory) lotu płakał w niebogłosy, całe 2 godziny. Bardzo stresujące przeżycie dla wszystkich... Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas im syn straszy tym gorzej. Posadzony w fotelu i przypiety pasem buntuje sie, dokladnie tak jakby czul sie zniewolony. Mam jednak nadzieje, iz te ''szopki'' mina z czase,. gdy Ste osiagnie odpowieni wiek by zrozumiec powage sytuacji.

      Usuń
  3. Podróż z przygodami, ale szczęśliwa to najważniejsze. U nas do tej pory lot z Lulcią był jeden i za każdym razem kończył się tak samo zasypiała w mig

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiedzmy, ze nam sie tym razem udało, bo Stefi zerwany o 5 nad ranem i pod wpływem emocji w samolocie po prostu padł (poprzednio oka nie zmrużył).

      Usuń
  4. Ale latem on już będzie starszy :) to sama z nim dasz radę :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ewus,ale mieliscie przygod.

    Latem lata sie latwiej, nie ma sie tylu bagazy, ubran.

    Spokojnie dalabys sobie sama rade ze Stefkiem. Jestem tego pewna!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przygód było zdecydowanie za dużo. Zgadzam się z Tobą, iż late jest poniekąd łatwiej, bo ciuchy lżejsze i zajmują mniej miejsca. Mnie najbardziej jednak przeraża scena jaką Stefi odstawia każdorazowo w samolocie - wstyd mi strasznie było. Choć wstyd jest tu najmniej ważny, on najzwyczajniej w świecie nie chciał siedzieć na pupie a zwiedzać!

      Usuń
  6. O jejciu. Naprawdę tęsknota jest wielka skoro już planujesz następne wyjazdy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No jest jest, zwłaszcza w tych pierwszych dniach po powrocie.

      Usuń
  7. Czytam sobie Twoj wpis i az zal mnie bierze, ze do Katowic z Bergamo Alitalia nie lata. I wlasnie z powodu tego wicia my na razie nie bierzemy pod uwage opcji samolotu, bo Gaja na pewno dalaby nam (a przede wszystkim innym pasazerom) popalic.

    U nas mala cierpi na chorobe lokomocyjna i za kazdym razem, gdy wybieramy sie w dluzsza trase, siedze przy niej z dusza na ramieniu. Wyobrazam wiec sobie, jak musialas sie czuc.

    Najwazniejsze jest jednak to, ze spedzilas swieta z rodzina, odwiedzilas ojczyzne i naladowalas akumulatory. A ja maz zareagowal na snieg?

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cos kojarzyłam, że Gaja cierpi na chorobe lokomocyjna i jak tak siedziałam koło Stefka, z papierową torebkę w gotowości, to sobie o Was pomyślałam. Sama po sobie wiem jak uciażliwa może być ta przypadłość a co dopiero u dziecka.

      Te ostatnie ofery Alitali są naprawdę fajne - jeśli bym zamawiała teraz lot na lato to w ofercie Family znalazłabym Rzym - Warszawa - Rzym za 240 euro na 3 osoby. Podczas gdy Wizzair na te same daty, bez bagazu i wyznaczonego miejsca ma 499 euro. Co prawda do Gdanska, ale kwota jest nieporównywalna.

      A nie boicie się troche jechać samochodem, choćby ze względu na chorobę lokomocyjna? A tak na marginesie to ile to będzie km, od Was do Katowic? Ja bym może się wybrała w taką podróż gdybym miała do przejechania do 1000km a mam dwa razy tyle.

      Marzy mi się jednak pojechać kiedys pociągiem. Taka przygoda, jak Stefi juz trochę podrośnie, choć Massi mocno kręci nosem na perspektywę spędzenia 25 godzin na szynach. Znalazłam połączenie z Rzymu na Pomorze tylko z dwiema przesiadkami (Monachium i Berlin).

      Usuń
    2. A jeszcze pytalas o snieg? Massi zna snieg z mlodzienczych czasow gdy jeszcze bylo go stac na zimowe wypady w gory ;)

      p.s. podczas naszej nieobecnosci snieg spadl i w Perugii. Ponoc utrzymal sie na trawnikach i z 30 minut :D

      Usuń
    3. To odwazna jestes, ja nie znosze jezdzic pociagem, a na sama mysl o przesiadkach noz mi sie w kieszeni otwiera.

      Od Genui do nas mamy ok 17 godzin, ale liczac przystanki, zejdzie na pewno dluzej. Jeszcze nie wiadomo, czy pojedziemy autem, ale jesli tak, zaopatrzymy sie w jakies srodki dla Gai. Mysle jednak, ze ta opcja chyba nie przejdzie, ale wzdrygam sie na samo wspomnienie samolotu:).

      Usuń
    4. Jak zapewne pamietasz do samolotow palam podobna miloscia co Ty.

      Pociagami moglabym jezdzic, jesli sa fajne, czyste i wygodne a z tym to niestety roznie bywa.

      Moj szwagier trase z Tczewa do Perugii pokonuje mniej wiecej w 24h...my to pewnie z 2 dni bysmy jechali.

      Usuń
  8. Yyyy... A nas jutro czeka lot z przesiadką i już mam gęsią skórkę na samą myśl o tym jak zachowa się nasza Laurencja...
    Zdjęcie placzacego Stefka bardzo mnie rozczulilo... Ja dzisiaj wyglądam tak samo :-]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przesiadki nie zazdroszcze, choc w sumie to i my mielismy przesiadke tyle, ze z pociagu na samolot. Ja sie panicznie boje latac, wiec dla mnie kazdy start i ladowanie to ogromny stres, dlatego wole dojechac samochodem lub pociagiem. Gdy szukalismy biletu powrotnego jedna z opcji byl lot z przesiadka w Berlinie.
      A jak dlugo lecicie do Turcji? Bezpiecznego lotu i glowa do gory...najgorsze sa pierwsze dni po powrocie. No a potem zaczyna sie odliczanie do nastepnego wyjazdu :)

      Usuń
  9. Ale mieliście przejścia. Co do Pendolino, to już wyobrażam sobie Drugorodnego w tym pociągu:)) Pamiętaj do lata jeszcze trochę czasu, mały dorośnie i może ci się uda polecieć:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No niby tak, ale podobnie myslalam jak lecielismy w kwietniu!

      Usuń
  10. To mieliście niezłą podróż, dał wam młody szkołe życia ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze jaka, wystarczy mi do konca zycia :)

      Usuń
  11. no to mieliście atrakcji :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Podróż z przygodami- będzie co wspominać! Ślicznie Twojemu synkowi w tych okularkach :)

    OdpowiedzUsuń
  13. mały podróżnik:) we Włoszech miejsce dla rodzin z dziećmi a u nas to jeszcze na koniec kolejki by wywalili.. Co za kraj o.O

    OdpowiedzUsuń