piątek, 30 stycznia 2015

1...2...3 - Wdech...wydech

Jestem, ale jakby mnie nie było. Podglądam Was, ale zaległości rosną.

Zostały nam dwa tygodnie na zapisanie syna do przedszkola. Niby takie proste, a jednak...Zawsze gdy coś wydaje nam się potencjalnie piękne, cudowne i w ogólne naj, za zakrętem czeka ktoś by przywalić nam obłuchem w łeb!!

Pisałam już, iż syn z racji na wcześniactwo i zwiazane z nim powikłania (oddechowe) posiada zaświadczenie o niepełnosprawności, wystawione przez regionalną komisję lekarską. Jego posiadanie daje szereg, wiekszych lub mniejszych, uprawnień np. 3 dni wolne od pracy (pełnopłatne) w miesiącu jeśli niepełnosprawnym jest osoba dorosła (Jeśli niepełnosprawne jest dziecko z uprawnienia korzysta jedno z rodziców). Innym udogodnieniem jest gwarancja edukacji na wszystkich etapach szkolnictwa czyli od żłobka wzwyż. I rzeczywiście w wypadku żłobka Stefano dostał dodatkowe punkty. Bylismy więc spokojni, że i tym razem pójdzie gładko. Zapomnieliśmy jednak, iż mieszkamy we Włoszech, a we Włoszech prawo jest chyba tylko od tego by je łamać...ewentulanie jechać na granicy lub wykorzystać choćby najmniejszą lukę prawną.

I tak w minionym tygodniu odkryliśmy, iż synowskie zaświadczenie, w temacie przedszkoli, nie daje nam nic.

Placówki oświatowe podzielone są na okręgi dydaktyczne. Nobla temu kto robił powyższy podział...logiki w nim nie widzę żadnej.

Wybraliśmy przedszkole o profilu Montessori (nazwijmy ją Montessori A), w lini prostej znajdujące się ok. 300 metrow od naszego miejsca zamieszkania, samochodem będzie z 700metrów. Pięknie brzmi, co? Haaa...pięknie byłoby gdybyśmy łapali się do okrędu dydaktycznego...a się nie łapiemy o jakieś 100metrów.

Kryteria:
1) zameleldowanie w garnicach okręgu dydaktycznego
2) rodzenstwo uczęszczające do przedszkola/szkoły w danej strefie
3) niepełnosprawność w ramach okręgu
4) wiek

1, 2 i 3 - nie łapiemy się

i UWAGA - w podaniu mamy zadeklarować, że nie złożyliśmy podania do innego przedszkola (tzw. autocertificazione - podlega pod kodeks karny).  Jako formę ''zadośćuczynienia'' deklarują, iż do 13 lutego (dnia, w którym wszystkie placówki zamykają zapisy) dadzą znać natychmiast jeśli pozycja dziecka będzie zagrożona.  Na dzień dzisiejszy miejsca są, aczkolwiek Montessori A często ma listę rezerwową.

Kilka słów wyjaśnienia odnośnie punktu 4. We Włoszech edukację na etapie przedszkolnym rozpoczyna się w wieku 3 lat. Do szkoły podatawowej obowiązkowo wędrują sześciolatkowie, fakultatywnie pięciolatkowie urodzeni do 30 kwietnia włącznie (Ku mojemy wielkiemu zdziwieniu, sporo rodziców korzysta z powyższej możliwości). Podobnie jest w przedszkolach, aczkolwiek pierwszeńtwo w rekrutacji mają dzieci starsze.


Na pocieszenie napiszę, iż łapiemy się np. do placówek oswiatowych  znajdujących się ok 7-8km od naszego miejsca zamieszkania. Oczywiście są bliższe placówki, najbliższa jest niewiele ponad 1km od nas, co wciąż jednak czyni ją dalszą niż ta, która wybraliśmy.  Czy tylko ja widzę absurd w tym, że zameldowani prawie 10km od przedszkola mają pierwszeństwo przed nami?

Żadne z przedszkoli znajdujących się w ''naszej strefie'' nas nie przekonuje, ani ze względów merytorycznych ani logistycznych.

Wybraliśmy więc wersję rezerwową (nazwijmy ją Montessori B) w jeszcze innym okręgu dydak., położonym niedaleko miejsca pracy mojego męża. Naturalnie i tu idziemy na sam dół listy i najparwdopodobniej skończymy na liście oczekujących.

Byliśmy na Open Day okręgu, w którym znajduje się Montessori A. Przedszkoli mają 5, w tym 3 z metodą montesoriańską. Mówią, że jeśli Stefano zostanie wykluczony w wybranej placówce to nie zostawią nas na lodzie...ale wszystkie inne przedszkola znajdują się w położeniiu mało nam przyjaznym. Wszystkie placówki wyglądają interesująco - w jednej są zajęcia cyrkowe (projket UE), w innej teatr itp...

Dzisiaj byliśmy oglądać obie interesujace nas placówki. Montessori A ma ładniejszy ogród, budynek jest nowszy, wygląda bardziej przytualnie. Stefano do obu wkroczył pewnym krokiem, wśród dzieci czuł się jak ryba w wodzie...na nas w ogóle nie patrzał, po prostu poszedł się  bawić. Mam nadzieję, że to dobrze wróży na przyszłość.

Pani z Montessori A mówi, żeby składać podanie i być dobrej myśli, bo będą mieć 35 pewnych miejsc (tyle mają obecnie dzieci od września objętych obowiązkiem szkolnym).

Spędza mi to wszystko sen z powiek.  Oby do 13!!

 1...2...3...Wdech...wydech...tylko spokój może nas uratować!!

wtorek, 27 stycznia 2015

Ragù alla bolognese


Ragù di carne alla bolognese czyli mięsny sos alla bolognese.
Składniki:
- 1 lub 2 marchwie
- 1 średnia cebula
- 1 lub 2 łodygi selera 
- mięso mielone mieszane wieprzowo-wołowe 500g (ja daje mniej ok. 420-440 i dodaje 2 kiełbaski)
- wieprzpowe kiełbaski surowe 2  (typowe u nas w rejonie). Niektórzy zastępują je drobno mielonym boczkiem - ok. 100g
- oliwa z oliwek
- pomidory pelati w puszcze i przecier pomidorowy lub rosół i koncentrat pomidorowy (w tej drugiej orginalnej wersji nigdy nie robiłam)




Ragù zaczynamy od odpowiedniego przygotowania warzyw. Cebule i marchew obieramy, a z łodygi selera zdejmujemy włókna (widać je na zdjęciu).

Tak przygotowane warzywa bardzo drobno siekamy w malakserze (można to zrobić ręcznie).



W między czasie przygotowujemy garnek o wysokich brzegach i rozgrzewamy w nim oliwe z oliwek. Uzyskaną wcześniej ''papkę'', wrzucamy do garnka i mieszając podsmażamy warzywa.



Dokładmy mięso mielone. Całość podsmażamy na rumiany kolor, od czasu do czasu mieszając (mięso puści wodę).




Gdy woda, którą puściło mięsco już nieco odparuje wrzucam całość do malaksera i chwilę miksuje. Pozbywam się w ten sposób niechcianych grudek i uzyskuje drobniutko zmielone mięso. To taki mój tik na wybrednych.


Mięso po dodatkowym zmieleniu.


Mięso wraca do garnka i dodajemy czerwone wino (robię to na oko). Gdy wino odparuje doprawiamy przyprawami - nie przepadam za przyprawami, więc u mnię są to tradycyjne sól i pieprz.



W tym momencie popełniam okrutną zbrodnię. Tradycyjnie powinno się dodawać, wcześniej przygotowany rosóługotowany na mięsie. Ragù nie ma być suche, ale też nie powinno w nim pływać. Rosół powinien zostać wchłonięty przez mięso. Trochę ze względu na warunki (malutka kuchnia), trochę ze względu na brak czasu a trochę na lenistwo, w niewielkiej ilości wody rozpuszczam kostkę rosołową i taki roztwór dodaję na mięsa.






Dużą puszkę pomidorów pelati, po zmiksowaniu w malakserze, wlewam do mięsa. Po wymieszaniu dodaję 0,5l przecieru pomidorowego. Jeśli mam więcej czasu to zmiast gotowego przecieru robię go sama ze swieżych pomidorów (Odparzam i obieram kilka dojrzałych pomidorów. Oczyszczam z pestek - przyda nam się jedynie miąższ, któy po zmiksowaniu dodajemy do ragù. Jest to, na pewno, wersja zdrowsza, ale i bardziej pracochłonna).


Wymieszane z pomidorami mięso przykrywamy i zostawiamy na wolnym ogniu. Gotujemy ok. godzinę / półtorej, od czasu do czasu mieszając.


Doprawiamy do smaku i gotowe.



Ragù po zagotowaniu będzie się wydawało bardzo płynne (prawie jak zupa). Po wystudzeniu natomiast jego konsystencja zmienia się w dość gęstą, co widać na poniższym zdjęciu, Nie każdy takie lubi, np. moja teściowa robi je znacznie rzadsze. Kwestia gustu.



Sos możemy wykorzystać do tagliatelle, spaghetti lub innych rodzajów makaronu. Mi z powyższej porcji wychodzi go sporo - zwykle przygotowuję dwie formy lasagne (kazda 4 porcje) i kilka pojemniczków z sosem, które następnie zamrażam.

Ciekawostka - orginalnie sos ten podawany był z makaronem tagliatelle. Znane na świecie spaghetti alla bolognese ''urodziło się'' znacznie później.

p.s. Przepis na bazie orginalnego, ale nieco przerobiony przeze mnie.

piątek, 23 stycznia 2015

Więcej szczęścia niż rozumu

Tak, to o mnie.

Pogoda zachęcająca do spacerów. Daliśmy się więc ze Stefkiem skusić na długie zimowe wędrówki po osiedlu. Jedną rano, drugą po południu.

Torba matczyna przewieszona przez jedną z rączek od wózka. Mimo 15°C spacerowiczów niewiele.

Poobiednie dotlenianie zakończyliśmy szybkimi zakupami w pobliskim hipermarkecie.

Jako ze ostatnimi dniami nieco u nas padało, by nie dawać sobie dodatkowej, do szczęścia niepotrzebnej roboty, postanowiliśmy wózek zostawiać na klatce schodowej. Tuż przed naszymi drzwiami.

Syn posłusznie wyszedł z czterokołowca i pospieszył matce z pomocą. Dzielnie wypakowywał z kosza pod wózkiem zakupy i zanosił je do domu. Mama wzięła synowską piłkę. po czym  zawahała się odrobinę czy aby na pewno zostawić w wózku pkocyk. Wszak nigdy nie wiadomo czy akurat komuś nie będzie on wyjątkowo potrzebny.

Ok. 16:30 jedliśmy już podwieczorek.

Kwadrans po 18 wrócił M. Godzinę później od obowiązków domowych wyrwał nas dzwonek u drzwi...rzecz u nas wyjątko niespotykana. Rzadko ktoś do nas przychodzi.

Sąsiadka - ''Ewa. torbę zostawiłaś na korytarzu...''
''F...k'', przeszło mi przez myśl, gdyż w torbie naturalnie portfel, dokumenty i karta do bankomatu.

Sprawdziliśmy. Portfel na samym wierzchu. Wszystko się zgadza, nic nie zginęło.

Gdyby nie sąsiadka, najprawdopodobniej torba zostałaby na korytarzu całą noc.


Morał: Mam uczciwych sąsiadów a sama więcej szczęścia niż rozumu!!


środa, 21 stycznia 2015

Open Day czyli wybór przedszkola

Wybór przedszkola to u nas ostatnio temat, który najczęściej pojawia się na tapecie. W maju, Stefano kończy trzy lata czyli od września powinien stać się pełnoetatowym przedszkolakiem. Tak przynajmniej wieść gminna niesie, bo przecież nie posłać trzylatka do placóki oświatowej to wykroczenie przeciw ludzkości. Naturalnie przekoloryzowałam nieco postawę niektórych wszechwiedzących, ale denerwują mnie z góry przesądzone teksty w stylu ''no to za rok do przedszkola'' albo ''...ale wiesz, że zapisy do przedszkola są do końca lutego?''

No wiem wiem, ale czemu nagle wszystkim tak zależy abym dziecko do przedszkola posłała? Jako rodzic, mam chyba prawo sama decydować gdzie i kiedy do przedszkola pójdzie moje dziecko.

No własnie GDZIE to drugi aspekt, który coniektórym spędza sen z powiek. W odróżnieniu od niektórych członków mężowskiej rodziny uważam, iż wybór odpowiedniej placówki oświatowej ma znaczenie...i to nie poczynając od podstawówki, ale już od przedszkola.

Chyba nikt z nas nie chce oddawać dziecka do tzw. przechowalni. Osobiście chciałabym aby moje dziecko z przedszkola wyniosło jak najwięcej. Nie chcę aby zastąpiło mnie i męża, ale by pomogło nam w aspektach dla nas nieco problematycznych jak np. jedzenie i upiłowało trudny synowski charakter.

Liczę się z tym, iż nie wszyscy mają zdanie identyczne jak moje i nawet nie staram się przekonywać ich do moich racji. Tego samego oczekuję od nich. Nie zawsze jednak tak się dzieje.

Kuzynki męża posłały swoje dzieci to najbliższego przedszkola i osiedlowej szkoły. Mieszkamy na tym samym osiedlu co one, a jednak szukamy alternatywy dla najwygodniejszej, jakby się mogło wydawać, opcji. Nigdy nikomu nie powiedziałam, że nie chcę posłać tu syna do przedszkola, gdyż po kilkuletniej obserwacji mam do niego  parę zastrzeżeń. Nie chciałabym nikogo urazić, Jako wymówki używamy ''sami nie wiemy gdzie będziemy mieszkać za kilka mięsięcy''.

Czym kierujemy się przy wyborze przedszkola:

1. wygoda - strategiczna pozycja, blisko domu lub pracy męża i łatwość dojazdu środkami komunikacji miejskiej
2. liczebność grup - im mniejsze tym lepiej
3. struktura, czy posiada ogród
4. metoda wychowawcza - chciałabym posłać Stefano do przedszkola z metodą Montessori, ale te z naszego miasta są nam wyjątkowo nie po drodze.
5. elastyczne godziny - zarówno do przyprowadzenia jak i odbioru dzieci

Czy może coś pominęłam?

Po wstępnej selekcji na oku mamy kilka placówek, na temat których zbieramy informacje. Mamy zamiar wybrać się rownież na Open Day a następnie przedyskutować sprawę z neuropsychiatrą.

Nie jestem jakąś mamuśka snobką, której dziecko jest ''naj'' w każdym aspkecie. Uważam jednak, że skoro mogę wybrać to czemu mam tego nie zrobić. Na szkołe prywatną nas nie stać, ale Stefano z racji posiadania ''handicap'' - wcześniactwo i związane z nim problemy - wędruje na początek klasyfikacji, co znacznie zwiększa szanse na przyjęcie syna do wskazanej przez nas placówki.

Inwalidztwo daje nam również szansę wystąpienia do miasta z prośbą o przyznanie synowi dodatkowej wychowawczyni. Osoba taka powinna zajmować się tylko i wyłącznie dzieckiem, któremu została przyznana. Syn nasz, co prawda, nie ma specjalnych problemów...sam jest w stanie dokonywać wszelkich czynności zgodnych ze swoim wiekiem. Uparty jest jednak jak kudłąty osioł i z trudnością przychodzi mu akceptowanie poleceń. Z tego też powodu logopeda zaproponowała by podanie złożyć. Zobaczymy!!

PYTANIE DO WAS - czy ktoś z Was posiada jakiekolwiek doświadczenie w temacie grup mieszanych w przedszkolu? Zdania w temacie są podzielone. Ciekawa jestem jakie jest Wasze zdanie.

wtorek, 20 stycznia 2015

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie ;)

Schowam tutaj, żeby pamiętać - któż nie zna powyższych słów?

Zdarzyło się je wypowiedzieć i mojemu mężowi, gdy chował przed pieroworodnym platformę (bazę) do klocków Duplo. Minęło ponad pół roku a bazy jak nie było tak nie ma. Wydaje nam się, iż przeszukaliśmy każdy możliwy kąt domu, zajrzeliśmy nawet w najbardziej absurdalne miejsca i nic...zielony kwadrat wielkości prawie 40x40 rozpłynał się w powietrzu!! W niespełna pięćdziesięciometrowym mieszkaniu!!

Diabeł ogonem nakrył, powiedziałaby moja babcia. 

Zabawne? Trochę tak! Wierzcie mi jednak, iż fakt ten spędza mi sen z powiek. Także: ktokolwiek widział, ktokolwiek wie proszony jest o info na maila...czeka niewysoka nagroda :D

piątek, 16 stycznia 2015

Alfabet naszego pobytu w Polsce

Dopiero przekraczjąc próg domu dziadków, Stefano chyba zdał sobie sprawę, że dziś w domu nie śpimy. Wtulony we mnie, popłakując pod nosem, stwarzał wrażenie jakby nie poznawał ani ''polskiego'' domu ani dziadków.  Na szczescie nie trwało to długo i już po kilku minutach nie trzymał się tak kurczowo maminej nogawki.

Nie zdąrzyliśmy jeszcze dobrze zasiąść przy kolacji a już zameldowali się u nas pierwsi goście - stęsknione za ciocia i kuzynem (sorry wujek) moje siostrzenice. 
Ostatni kontakt z kuzynkami, Stefano mial na początku maja i naprawde świetnie się wtedy w trójkę bawili....Stefano biegał za nimi krok w krok i ani myślał o rodzicach. Przekonani byliśmy, że tym razem bedzie podobnie...baaa, nawet lepiej. Nic bardziej mylnego.



Nie zaiskrzyło i w męskim gronie. Po prawie tygodniowym pobycie w szpitalu, do domu wrócił moj siostrzeniec (równo rok młodszy od Stefka). Chłopaki, obaj w fazie ''to jest moje'' zupełnie nie potrafili załapać wspólnego języka. Patrzeli na siebie spod byka, pokrzykiwali, wyrywali zabawki i czasami można było odnieść wrażenie, jakby robili sobie na złość. Dopiero ostatniego dnia naszego, wydłużonego pobytu zaczęliśmy dostrzegać zarodek rodzącego się feelingu. Maybe next time?


A jak akordeon

Stalo to skrzyniopodobne pudło tuż obok drzwi, duże było, ruszyż się nie dało. Stefano krążył wokół niego, probówał się dobierać aż któregoś dnia dziadek zaspokoił dziecięcia ciekawość i to był koniec...koniec wolności dziadka - najchętniej to miałby cały dzeń siedzieć i grać...a Stefi naturalnie pomagał.




B jak brat, który zdał ostatni egzamin na studiach. Czekamy na inżyniera.

B jak bilet powrotny do Włoch, za który zapłaciliśmy ponad dwukrotnie więcej niż za ten pierwotny w obie strony. Nie ma to jak dobrze wkroczyć w nowy rok ;)

C jak choinka - piękna, prosta, równa. A kij, że wybieraliśmy ze szwagrem prawie 50 minut. Grunt, ze mama zadowolona.


D jak dentysta

Każdą moją wizytę w Polsce staram się wykorzystać maksymalnie i łączyć, jak tylko się da, przyjemne z pożytecznym. Dentyści we Włoszech, za swe usługi kasują jakieś niebotyczne sumy, dlatego też przegląd jamy ustnej to stały punkt programu gdy gościmy na polskiej ziemii. Tradycyjny przegląd, usuwanie kamienia i po sprawie - gratuluję ma Pani piękne zdrowe zęby. Z założenia i tym razem miało być podobnie...dentysta umówiony na pierwszy dzień pobytu, bo będzie z głowy...a tymczasem, nasze założenia okazały się jedynie pobożnymi życzeniami. 11 zębów do borowania (M.''zaledwie'' 5). No, ale skąd nagle tyle tego? Ciąża!! Nie ma co, nieźle mnie synu urządziłeś. Co 2-3 dni przygoda z ''zębową wiertarką'' i jeszcze nie skończyłam. Jak pech to pech - ostatni ząb do kanałowego leczenia.  Po tych dyskusyjnych przyjemnościach jesteśmy o ok. 2000 zł lżejsi. Pociesza nas jedynie fakt, iż we Włoszech zapewne byłoby to również 2000, ale euro!!


D jak dermatolog

Na poniedziałek umówioną miałam również wizytę u dermatologa. A co, jak iść za ogniem to na całego.  Było to zwykłe badanie dermatoskopem, dla mojego zdrowia psychicznego, bo znamion z wiekiem mam coraz więcej i sama nie jestem w stanie ich dokładnie obserwować. Wolę dmuchać na zimne, i raz na rok lub dwa skontrolować jak ma się sprawa.  Na szczęście, obyło się bez niespodzianek.


D jak Dziadek

Nowy stefankowy idol. Dziadek jest najlpeszy, bo jabłko obierze i pokroi. Tylko dziadek pięknie zagra na akordeonie i pianinie. No i kto lepiej niż dziadek rozpali w kominku?


E jak Ewiczka, która w ferworze przygotowań do Wigilii zupełnie zapomniała o swoich własnych imieninach ;)


G jak gwiazdor, którego nikt się nie boi, do czasu aż z piętra nie dało się słyszeć głośnego ''HO HO HO'' - dzięki brat, wyszło Ci to fenomenalnie. Konsternacja i nerwowe uśmiechy na twarzach dzieciaków bezcenne.  Gdy w końcu ekipa prowadzona przez dzielną ciocię Ewę wdrapała się po schodach na góre, gwiazdora już nie było, ale zostawił dla nas ogromny wór prezentów. Szaleństwom nie było końca :)


Prezentowe szaleństwo


H jak hospicjum, w którym corocznie kolęduje moja rodzina. Sama niestety nie mogłam się wybrać, gdyż ktoś musiał przy garach grzebać.


K jak kominek, który zafascynował pierworodnego. Mógłby cały dzień siedzieć i wpatrywać się czy aby ogień nie wygasł....biada dziadkowi jeśli śmiał do tego dopuścić.

Dziadek, ogień wygasa!!


K jak kolędowanie. Rodzinne z tatą przy pianinie. Uwielbiam polskie kolędy.

L jak ''Lulajże Jezuniu''
Pierwszego koncertu kolęd, w którym aktywny udział brała moja siostrzenica nie mogłam odpuścić. Tosia od wrzesnia jest uczennicą pierwszej klasy fortepianu w szkole  muzycznej (tej samej gdzie kiedyś uczył mój tata). Ciotka puchła z dumy gdy chrześniaczka pomykała po klawiszach.

L jak lizak, którego w Wigilie, po raz pierwszy posmakował syn. Chyba nie muszę opisywać jak wyglądał po spotkaniu ze słodkością na patyku.

Jeszcze przed lizakiem ;)


M jak  mononukleoza, na która zachorował najmłodszy członek rodziny - mój półtoraroczny siostrzeniec. Choroba, która nieco wywróciła pierwszy tydzień naszego pobytu do góry nogami.

M jak męska robota 


O jak opłatek, którego tradycyjnie nie mogło zabraknać w Wigilię. Niech się spełnią wszystkim wszystkie życzenia, a najbardziej te dotyczące zdrowia.

O jak okres, który zawsze musi przyjść w najmniej odpowiednim momencie np. 5 minut przed wyruszeniem w drogę powrotną do domu, Pół drogi do Warszawy skręcałąm się z bólu.

P jak plac zabaw, na który zabraliśmy dziecięcą ekipę (oprócz najmłodszego). Słowa są zbędne, zdjęcia mówią same za siebie.

Stefano + basen  kulkowy = wielka szalona miłość :D

Moje 3 skarby. Niestety, ze względu na chorobę, zabrakło czwartego.

Ale jazda...


R jak rodzina i rodzinne święta. Nic dodać nic ująć!!



R jak rotawirus, ktróry dopadł pierworodnego 10 godzin przed ruszeniem w drogę powrotną do Włoch.

S jak sylwester, którego spędzaliśmy w bardzo skromnym gronie. Mama, tata i syn (padł króko po 21). Bez procentów, w dresach, ale przy kominku :)

S jak służba zdrowia, z której niestety byliśmy zmuszeni skorzystać. Gdy po dwudniowej nieznacznej poprawie stan zdrowia Stefka ponownie się pogorszy musieliśmy zawieść Go na pogotowie. Przygotowana byłam na to, iż zmuszeni  będziemy zapłacić, gdyż syn nie ma numeru pesel. Pozytywnie mnie zaskoczono, gdy Pani z okienka poprosiła o Europejską Kartę Ubezpieczenia Zdrowotnego. Skserowała,  na druku wpisała UE i gotowe!!


S jak szydząca kasjerka z PKP

Gdy 28 grudnia, kilka minut po 5 rano zapadła decyzja, że zostajemy w Polsce podjęliśmy odpowiednie działania by stracić na tym (finansowo) jak najmniej. Biletów na samolot nie udało się przebukować, ale bilety na PKP Intercity można oddać do 15 minut przed odjazdem pociągu. Siostra moja przyjechała jak tylko zadzwoniłam. Na dworcu pusto.

Podaję Pani bilety i paragon, mówiąc Dzień dobry, chciałabym oddać bilety.
- Kartę poproszę
- Karte?...niestety nie mam karty, nie poinformowano mnie, iż jest ona niezbędna aby dokonać zwrotu
- Płatność kartą, zwrot tylko na kartę. - sucho wygłasza kasjerka
- Dobrze, rozumiem. Czy a takim razie nie mogłaby mi Pani jedynie postawić pięczątki, że bilety anulowane a ja wróce za chwilę z kartą.
- Przyjedzie Pani z kartą to zrobię, rzuca kobiecina
- Tłumaczę Pani przecież, iż pociąg odjeżdża za 20 minut...nie zdąrzę wrócić z kartą!! Proszę!!
- Trudno, takie są zasady. Płatność kartą, zwrot na kartę i ten trzydziestodwuzębowy uśmiech.

Do akcji wkroczyła, dotychczas jedynie przysłuchująca się konwersacji, moja siostra.

- Czy Pani nie może w drodze wyjątku anulować tych biletów i zaznaczyć, że zwrot pieniędzy będzie w późniejszym terminie.
- Ha, jak Pani sobie to wyobraża. Do banku też Pani pójdzie i powie, że pieniądze chce później?...i ponownie ten szyderczy uśmiech.
- Dokładnie tak i będę  liczyć, że ktoś inteligentny zrozumie. Poza tym niech Pani z łaski swej przestanie się śmiać...tu chodzi o duże pieniądze a Pani cieszy się jak dziecko.
- Proszę Pani...my na kursy chodzimy, ja muszę się uśmiechać do klientów.
- Tylko, że Pani się nie uśmiecha a jawnie z nas szydzi.

Zrezygnowane odeszłyśmy od okienka. Spoglądamy na zegar - zostało 14 minut. Już wybierałam na telefonie numer do taty by błagać go o przywiezienie tej cholernej karty, gdy zza pleców mych usłyszałam:

''Ewaaaaa, mam kartę....a wiem na pewno, iż to nie musi być ta sama, którą płacono''

Wracamy.

- Dzień dobry ponownie, znalazłam kartę i nadal chcę oddać bilety.

Kobieta wyciaga rękę...bierze bilety, paragon i kartę i ....zaczyna porównywać numer karty z paragonu, z numerem karty, którą jej podałam. Ledwo w myślach sobie powiedziałam ''no to będą jaja'' jak kobieta wyjechała z tekstem ''....ale to nie jest Pani karta''.
- no nie, ale karta to karta
- no, ale nie Pani

Siostra straciła resztki cierpliwości i odezwała się ponownie: ''Proszę Pani, doskonale wiemy, iż to nie musi być ta sama karta, bo....''
Kobieta nie dała jej dokonczyć i zaczęła coś pokrzykiwać. Na co siostra moja zdecydowanym głosem zaczęła ''Nie daje mi Pani dojść do słowa...niech Pani z łaski swej posłucha - dwa tygodnie temu, w tym samym okienku oddawałam bilety. Płaciłam jedną kartą, zwrot był na inna bez słowa wątpliwości''

I tu nadchodzi najlepsze: ''A czy ja powiedziałam, że nie przyjmę???''

Z trudem udało nam się zachować powagę. Kobieta bez słowa zabrała się za robotę...po kilku minutach poprosiła o podpis i gotowe.  Na odchodnym moja siostra zwróciła się do Pani z przeprosinami za wcześniejsze nerwy i podniesiony głos. Jak możecie sobie wyobrazić kasjerka nie wydusiła z siebie ani słowa...wszak przepraszać nie miała za co ;)

Ś jak śnieg, który niespodziewanie spadł w Boże Narodzenie. Stefi stał wlepiony w okno i spoglądał na biały puch sypiący się z nieba. A radości po wyjściu na dwór nie da się opisać - dosłownie ekstaza.


Czy ten uśmiech (nie mój) może kłamać??? Śnieg jest super!!

Nasz mini bałwanek w fazie tworzenia ;)

Wiejskie widoki

S jak sanki, z którymi mój syn totalnie nie wiedział co począć - lol


Brrrr



U jak urodziny mojej siostry, które wypadają dokładnie w Boże Narodzenie.

W jak Wigilia - pierwsza Wigilia mego męża i syna. Radosna, rozśpiewana, rodzinna,

Stół zaczyna się zapełniać...jeszcze chwilka i siadamy!

Z jak zwycięstwo miał wypisane na twarzy pierworodny, gdy po tygodniu spędzonym w czterech ścianach rodzice w końcu wypuścili go na dwór.

HURRRRRA!!




Na koniec przedstawiam Wam drzewo geneologiczne mojej rodziny czyli prezent, który dla babci i dziadka przygotowały moje siostrzenice.




I choć nie wszystko było tak jak być powinno. Nie wszystkie nasze plany udało się zrealizować. Wydaliśmy znacznie więcej niż początkowo zakładaliśmy. Nie udało mi się spotkać z najbliższymi koleżankami...To i tak święta były cudowne i na pewno tego pobytu w Polsce nigdy nie zapomnimy. Towarzyszyo jemu tyle wrażeń, których nie da się zapomnieć :)

czwartek, 15 stycznia 2015

Doping

Miało być pięknie i optymistycznie.

Notkę z naszego pobytu w Polsce tworzę już od tygodnia i skończyć coś nie mogę.

Blogi czytam po łebkach...nie wyrabiam.

  Stefano ponownie jest na sterydach. Równo miesiąc po zakończeniu poprzedniej terapi trzeba się było przeprosić z inhalatorem. Na szczęście w oskrzelach nie ma jeszcze ognisk zapalnych. Wirus zaatakował, oskrzela się obkurczają a pierworodny kaszlał dziś tak, że myślałam, że płuca wypluje. Na noc dodatkowo dostał bentelan 0,5mg.

Marzę o spokojnej nocy i o tym by się wyspać. Najbardziej jednak pragnę by te przeklęte choroby odpuściły. Chodzę nerwowa, apetytu brak. Chyba jutro się zaciagnę oparami z synowskich inhalacji -  wszak na Igrzyska Olimpijskie się nie wybieram, a trochę dopingu  matce nie zaszkodzi ;)


Spokojnej nocy,
Ewiczka

środa, 14 stycznia 2015

Intensywnie w Nowy Rok

   Z Polski wrócilismy z ośmiodniowym poślizgiem (Swoja drogą polski post jest w przygotowaniu). Czasu na relaks po podróży nie było, gdyż w nowy rok wkroczyliśmy bardzo intenswynie. Na brak aktrakcji narzekać nie możemy, no może nieco na ich gatunek.

   Od stycznia, na wyraźną prośbę, a wrecz prawie nakaz pediatry, zawiesiliśmy stefkową przygodę z oświatą. Synowska lekarka uznała, iż w naszym wypadku ryzyko jest zdecydowanie za duże. Przedszkole przynosi więcej strat niż zysków...płuca Stefkowe za bardzo mogłyby ucierpieć. Wahaliśmy się dość długo. Bynajmniej ze wzgledu na zbawienny i rozwojowy charakter przedszkola. Z przykrością muszę stwierdzić, iż 3 miesiące uczeszczania dziecka naszego do przedszkola nie przyniosły jakichś spektakularnych zmian. Kropkę nad ''i'' postawił wirus złapany w Polsce. Stefano, po ostatnich infekcjach ma bardzo osłąbiony organizm - rotawirus i wcześniejszy antybiotyk. Głównie z tego względu postanowilismy, iż w styczniu na pewno zostaje w domu by wykurować się raz a dobrze i podreperować nieco swoją odporność. Decyzja ta boli jedynnie ze względu na fakt, iż Stefano bardzo lubi chodzić do przedszkola.

   W miniony poniedziałek, już po raz enty, wybraliśmy się z synem do logopedy. Stefek, w pierwszej fazie przeziębienia, na współpracę miał średnią ochotę. Gatka szmatka, dziecko jak nie mówiło tak nie mówi...niby się nie martwimy, ale jednak nutka niepewności gdzieś tam w środku siedzi. Najprawdopodobniej ruszymy z terapia logopedyczną. Okaże się 5 lutego na spotkaniu z neuropsychiatrą.

   W poniedziałek  i matka przechodziła testy. Udało mi się w końcu zapisać do polecanej Pani ginekolog. Jakież było moje zdziwienie gdy wchodząć do gabinetu zauważyłam siedzącą obok  niej stażystkę, która w szpitalu przeprowadzała mi (dwukrotnie) biopsie. Speszyłam się nieco bo tak naprawdę poszłąm tam aby uzyskać ocenę zalecanych mi przez szpital badań.
Kobieta rzeczowa, spokojna - przejrzała wszystkie moje wyniki, Okazało się proponowany mi zabieg to nie konizacja szyjki macicy, a cos nieco lżejszego (zapewne w szpitalu gdy mówiono mi o konizacji dziewczyny używały skrótu myślowego, a że ja nie w temacie to szereg symboli na kartce papieru nic mi nie mówił). Po zapoznaniu się z moją historią i wątpliwościami, Pani ginekolog pokręciła ze zdumieniem głową, że nigdzie nie figuruje fakt przedwczesnego porodu.   Pobrała mi próbkę na badanie DNA nękającego mnie wirusa. Za około 20 dni powinno się okazać na ile jest on groźny onkologicznie i wtedy będzie można podjąć odpowiednie kroki odnośnie leczenia.

   Jako że,  my spokojnie na tyłku siedzieć nie potrafimy to wczoraj pojechaliśmy zamknąć wiszącą nad nami, od 9 miesięcy, kwestię spoadku po teściu. Jako, że spadkobiercy bezpośredni (w tym M.) spadek odrzucili kilka miesięcy temu, zgodnie z prawem ich część przeszła dalej czyli na ich dzieci a wnuki zmarłego. Tu kwestia odrzucenia nie jest już taka prosta jak w pierwszej fazie. Wnuki są nieletnie, więc niezbędna byłą decyzja sądu, w której upoważnia on rodziców do wystąpienia w imieniu małoletnich. Długo to wszystko trwało, ale się udało!!

Dziś dzień laby :)

czwartek, 8 stycznia 2015

LECIMY DO POLSKI CZYLI ''ATRAKCJE'' Z PODRÓŻY!!

Przygotowania do podróży rozpoczeliśmy dość późno bo zaledwie 30 godzin przed wylotem. Tym razem naszym problem nie byl nadbagaż, ale jak najbardziej inteligentne spakowanie sie, czyli takie które umozliwi nam w miarę sprawne ogarniecie wszystkich toreb i przemieszczanie się z nimi i dwulatkiem u boku. Wiedziałam, że musze mieć, na pewno, jedną rękę wolną by ''uwiązać'' rozbrykanego syna.

Uwijaliśmy się jak tylko mogliśmy. Plan był taki by na rano zostawić sobie jak najmniej do roboty...dolożenie kosmetyczek, jedzenia (kanapki przygotowane dzien wcześniej cierpliwie czekaly w lodówce) i synowskich leków...ogranąć siebie, wrzucić coś na ząb, ogarnąć Stefano (ubrać i zrobić inhalację) i w drogę.

Samolot o godzinie 10:05 z lotniska Leonardo da Vinci w Rzymie, wszystkim znanego jako Fiumicino.  Nie lubimy nic robić w biegu, dlatego też ok. 8:00 chcielibyśmy przekraczaś bramy lotniskowego kompleksu. Przed nami 210 km (samochód trzeba zawieźć na parking)...wyjazd zarządzony  na 5:30. 

Gdy dzien później o nieludzkiej 4:30 rozległ się dzwięk budzika byłam już na nogach od dobrych 20 minut - z nerów nie mogłam dospać. Ok. 40 minut później, podczas gdy M. znosil toboły do samochodu, ja podjęłam proces wybudzania syna. Na pierwszy ogień poszła inhalacja (Nie wiem czy pamiętacie, że miał zapalenie oskrzeli). Inhalator tymi swoimi okrutnymi trzaskami niczym z silnika traktora i zmarlego by wybudził...ale nie Stefka, który łaskawie otworzył oczy dopiero przy ubieraniu!!

Ruszyliśmy z niewielkim 10 minutowym poślizgiem. W niedzielny poranek nie spodziewaliśmy się jednak wzmożonego ruchu. Nie spodziewaliśmy się również synowskich wymiotów!! A tymczasem, w połowie drogii po raz pierwszy pokazał zawartość żołądka. Na szczęście wiele tam nie miał, bo zaledwie 2 łyki wody (Boże, dziękuję Ci, że mu przed podróżą mleka nie dałam!!). Zgłupieliśmy jednak, zupełnie nie wiedziałam co jest grane...wirus? choroba lokomocyjna? No, ale Stefi nie cierpi na chorobe lokomocyjna - tyle razy pił mleko w podróży i nigdy nic mu nie było...Chorobę lokomocyjną mam ja (ostatnio nie dokucza mi tak bardzo jak kiedyś)...skoncentrowana na synu, który po opróżnieniu treści żoładkowej zaserwował nam jeszcze kilka razy odruch wymiotny, nie miałam czasu myśleć o sobie i jakoś się trzymałam...aż do tablicy PARTENZE - DEPARTURES, gdzie i mój żoładek postraszył, na szczęście jedynie odruchem wymiotnym.



Kwadrans później, po odstawieniu samochodu na parking, siedzieliśmy już w shuttle i powoli mknęliśmy w kierunku Terminal 1. Drzwi lotniska przekroczyliśmy kilka minut po godzinie 8...check in był już otwarty...w kolejce kilkanaście osób.  Ste wciąż na reku.

I wtedy odkryłąm wyższość podróżowania dużymi liniami lotniczymi (tzn.  nie tanimi). Pomijam nawet fakt, że Alitalia wyszła nam znacznie taniej niż wszelkie opcje ''tanich lini lotniczych'', które po podliczeniu wszystkich kosztów z tanimi miały niewiele wspólnego. 

Alitalia - narodowa włoska linia lotnicza. Jej główną siedzibą jest właśnie Fiumicno, skąd odprawia nawięcej lotów a co za tym idzie posiada niemal na wylączność jeden z rzymskich terminali.   
Ustawiamy sie w kolejke do zdania bagazu...kątem oka, kilka stanowisk dalej, widzę CHECK IN - RODZINY Z DZIEĆMI...wlaśnie odprawiana jest jedna rodzina...podchodzimy...następni jesteśmy my...pierwsza walizka wazy prawie 2kg za duzo...M. juz miał ją ściągać z taśmy gdy pani uprzejmnie stwierdziła, że ''Prosze zostawić...jest OK''. 5 minut później byliśmy lżejści o 50kg czyli 3 torby!!

Stefano zaczął odzyskiwać siły...na lotnisku tyle jest interesujących miejsc, że szkoda tracić czas na siedzenie. Pełno tam zakazanych przycisków...ruchomych schodów...tysiące kolorowych walizek na kółkach. Wszystko trzeba przebadać lub chociażby dotknąć. Wymioty wydają się być już tylko wspomnieniem, ale na wszelki wypadek mleka mu nie podajemy. Ze smakiem zjadl ''grissini''.

Telefon do Polski, by zameldować się na lotnisku i przypomnieć o inhalatorze. Nie wierze w to co slyszę po drugiej stronie lini ''Kostek (poltoraroczny siostrzeniec) jest w szpitalu...zapalenie węzłów chłonnych, które dzień poźniej okazało się mononukleozą...tydzien w szpitalu jest pewny...Nerwowa noc...jeszcze grubo po pólnocy robiono mu badania, w tym USG by wykluczyc, iż węzly nie są powiększone onkologicznie''.  F...k!! Nie są, więc nieco spokojnu wkrada sie do naszych serc.

Odprawa osobista i kolejna niespodzianka - pasażerowie z dziećmi są kategorią uprzywilejowaną, na równi z politykami i czlonkami załogi. Personel przemily...spokojny...cierpliwy...Stefano dojrzał na taśmie transmisyjnej tablet...nim zdarzyłąm się obejrzeć a ten już siedział na środku przejścia i próbował uruchomić to ogłupiające urządzenie...Wykrywacz metali...jesteśmy po drugiej stronie, ale Ste decyduje, że po tamtej było tak fajnie, więc obrót na pięcie i biegusiem...Komicznie musiało wyglądać gdy goniłam syna w samych skarpetach z jednym butem w ręku. A te monitory jakie fajne...odciągaliśmy pierworodnego siłą, spoceni jak skunksy.

Boarding dla dzieci również priorytetowy, zaraz po kategorii SKY PRIORITY. Niestety nie wchodzimy bezpośrednio na pokład - jest autobus. W drodze do samolotu Stefano pada niczym kawka...nic go nie rusza, jakby zapadl w sen zimowy. Pierwszy raz w samolocie ma swoj wlasny fotel...taki duży fotel na takiego małego chłopca. Śpi...a matka w strzępkach nerwów...przez glośniki pada ''boarding completed''...kołujemy...załoga (średnia wieku ok. czterdziestki, ale widac, że lubia to co robią) instruuje co? jak? i gdzie?  Silniki zawyły na całego, wcisnęło nas w fotele i pędzimy pasem startowym...Oczy zapelniaja się łzami, w myślach wypowiadam sobie ''z wola niebios...Jezu, ufam Tobie''...lecimy. Ufff...start za nami. A przed nami 2h w przestworzach!!

Młody śpi...Poczestunek na pokładzie - herbata nieco łagodzi mój podrażniony żołądek i skołatane nerwy. Co chwila zerkam na syna, czy aby nie wyrwie się ze snu z odruchem wymiotnym. Odpukać, nic takiego się nie wydarzyło. Stefek niepewnie otwiera oczy po ok. 3/4 lotu....początkowa totalna dezorientacja szybko przechodzi w fascynacje nieznanym miejscem. Lot przebiega spokojnie, wiec dzieciaki mogą swobodnie eksplorować.

Horror zaczyna się chwile później, gdy kapitan obwieszcza, iż rozpoczeliśmy fazę obniżania się do lądowania. Dla pasażerów oznacza to jedno - siadać na cztery litery i zapiąć pasy. Ze strony Stefka bunt totalny...wił nam się jak wąż. Musieliśmy go oboje trzymać za ręce i nogi, bo to co odstawił w samolocie jest nie do opisania. Próby zabawiania spełzają na niczym. A na koniec matka oblała wszystkich woda z synowskiego kubka ze słomka - nie pomyślałam, iż ciśnienie spowoduje, że woda bedzie tryskac przez słomkę jak wzburzona przed otwarciem coca cola. Cóż, jestem tylko ciemną blondynka ;) 

Lądowanie cudowne, przejście przez chmury bez cienia turbulencji...osadzenie maszyny płynne i spokojne. Witamy w Warszawie...spóźnieni zaledwie dwie minuty.

W terminalu Stefano dostrzega autobus - plac zabaw dla dzieci, reklama biura podróży ITAKA. Spokojnie pół godziny mamy z głowy. Nam się jednak nigdzie nie spieszy...byliśmy przygotowani na półtoragodzinne opóźnienie...do pociągu jeszcze 4 godziny.  Gdy schodzimy po bagaże po pasie transmisyjnym krąży już tylko zaledwie kilka walizek, w tym 3 nasze. 





Wychodzimy ze strefy przeznaczonej dla pasażerów. Zostajemy jednak na lotnisku...przekonuje nas do tego jego ciepełko i deszcz za oknem.  Wraz z wyjściem z samolotu kończą się, jak zawsze, moje przeboje żołądkowe, tak więc mogę sobie pozwolić na najdroższą kawę na świecie ;)

Chwile po 14, taksówką ruszamy na podbój Dworca Centralnego, gdyż jak już wcześniej wspomniałąm stolica nie była dla nas kresem podróży.  Dwie godziny na centralnym były chyba najgorszą fazą całej wyprawy - zimna poczekalnia (było WIFI i gniazdka), w której dało się czuć wątpliwej przyjemności zapach. Niesmak potegował fakt, iż 10 metrów dalej zorganizowano punkt prasowy pendolino...mniemam, iż ocieplany (dziennikarze byli bez kurtek), gdzie dodatkowo co chwila wnoszono w ogromnych termosach napoje i kanapki...A Ty zwykly zjadaczu chleba patrz i cierp!! 

 Kwadrans po 16 opuściliśmy ''ludzką przechowalnię'' a jedna z naszych walizek dosłownie stoczyła się ze schodów. Oczywiście za sprawą mamuśki Ewiczki :) Na swoje usprawiedliwienie mam, iż schody ruchome jechały naprawde szybko, walizka była mało zwrotna, na plecach miałam plecak a na szyi uwieszone me dziecko i po prostu się bałam, że jak wkrocze tak z tym całym taborem to runiemy jak dłudzy na glebę. M. zjechał szybciej, położyłam, więc walizkę na schodach...a, że krzywo i spadła to juz tylko taki mały szczegół...choć walizka była tak wypchana, że przez chwilę mieliśmy wizje latajacych po centralnym naszych majtochów. Nic takiego sie jednak nie stalo :)

Na peronie tłumy...jak się poźniej okazało sztuczne...większośc przyszła jedynie zobaczyć i porobić zdjęcia naszej nowej ''dumie narodowej'' - pendolino...ehhh. Nim na peron wtoczył sie pociąg syna naszego uszczęśliwiono balonem PKP Intercity - kuźwa, jeszcze nam tu balona brakowalo!!

Na pokladzie EIC Premium powitała nas muzyczka i fajne ciepełko. Sam pociąg przytulny, wygodny, czysty (no, ale jaki miał być w pierwszym dniu kursowania). Komfort podróży tysiąc krotnie przewyższa moje wspomnienia sprzed lat. Było cicho i miło i szybko. Może bajerów za dużo - bo nie wydaje mi się, iż monitory pod sufitem są rzeczą niezbędna. Załoga, jak to pierwszego dnia, nadskakiwała podróżnym (w sumie w drodze powrotnej również). Sam pociąg i podróż oceniam pozytywnie...nie mogę złego słowa o nich powiedzieć. Nie wnikam jednak w kwestie legalne dotyczące przetargu i wydanych pieniędzy, bo najzwyczajniej w świecie nie jestem osobą do tego kompetentną. Oceniam obiektywnie, zgodnie z własnym sumieniem, usługę z jakiej miałam przyjemność korzystać.


Zwiedzamy :) 


Stefano, który pierwszy raz w życiu jechał pociągiem, był nim zafascynowany. Nie przesadzę jeśli napiszę, iż był w siódmym niebie. Biegał w samych skarpetach po wagonie. Testował lampki, stoliki i co się tylko dało.  

Na wszystkie stacje przyjeżdżaliśmy przed czasem. Podróż minęła nam w miłej atmosferze i ani się obejrzeliśmy a minęły 2,5 godziny i już prawie trzeba było wysiadać. Tuż po godzinie 19 wtoczyliśmy się na jeden z tczewskich peronów, gdzie czekali na nas moi rodzice....a 20 minut później grzaliśmy się już przy kominku :)

Droga powrotna minęła spokojnie, bez nieszpodzianek i zwrotów akcji. Stefi jak tylko usadowił się w  pociągowym fotelu, wydobył z plecaka swoje skarby, czytaj pudełeczko z krakersami i rozpoczął spokojną konsumpcję. Raz po raz ciastka przegryzając jabłkiem, przygotowanym przez babcię. Podróż minęła jeszcze szybciej niż poprzednio. Na centralnym od razu złapaliśmy taksówkę i już przed 10, ze sporym zapasem czasu (samolot mieliśmy o 13:25) byliśmy na Okęciu.  A tam ze zdumieniem, a chwilami i przerażeniem, podziwialiśmy co też takiego ludzie nie próbują przemycić do kraju: zabalsamowane kobry (choć może to jakichś alkohol), skórę niedzwiedzia polarnego czy tygrysa i UWAGA - łapę słonia!!

Stefano i jego ''skarby''


Zbliżała się godzina otwarcia check in, podąrzyliśmy więc w kierunku odpowiednich okienek i grzecznie ustawiliśmy się w kolejce. Stanowiska były trzy: 1) SKY PRIORITY 2) zdanie bagażu i 3) check in. Zgodnie z logika wybraliśmy to drugie, nie wiedziałam czy dziecko kwalifikuje mnie jako priorytet. Kolejka nie była długa, więc nawet nie próbowaliśmy się dopytywać.
Nagle nastąpiło niemałe poruszenie i kilkuosobowa włoska grupa, nie bacząc na ustawione kolejki i bez wyduszenia z siebie choćby słowa ''przepraszam'', zaczęła przepychać się do przodu w kierunku pierwszego stanowiska. Kilka osób wykorzystało sytuację i nagle znaleźli się przed nami (w tym i nasi rodacy, niestety). Włoska grupa, która składała się tak naprawdę z kilku mniejszych, narobiła niezłego zamieszania. Zwłaszcza jedna dziewczyna nieźle zalazła mi za skóre. Latała po lotnisku jak pershing, szydziła się z Pani z obsługi, ze 10 razy pyta oto samo...ale jak ktoś jest idiota to i 100 razy nie pomoże. Pani z obsługi po kolei pytała czy aby wszyscy ustawieni przy stanowisku nr 1 maja SKY PRIORITY PASS i nagle na twarzy mojej ''ulubionej'' wspołpasażerki zarysował się grymas paniki ''że co, priority?''. Mówie do męża, że zaraz będzie akcja, bo narobili szaszoru a nie maja wykupionego priorytetu i UWAGA...zwolniło się stanowisko drugie a oni czmych przed nami podchodzą...Jako, ze baba wkurzyła mnie na maksa, bo nie raz a dwa przeskoczyła kolejke, nie wytrzymałam i się odezwałam ''przepraszam bardzo, ale to co Państwo wyprawiają to się w głowie nie mieści...byliście za nami...'' Chlop sie odwrocił i z łaska pokazuje, ze mamy iść. Tlumaczę więc, że nie chodzi mi o te 5 minut dłużej stania, ale sam fakt chaosu jaki wprowadzają...przeskakują kolejke nie raz a dwa, w duszy maja innych pasazerow...stoje w kolejce z dwuletnim dzieckiem na ręku...'' Baba sie obruszyła i szydzi i UWAGA!! jak stała, tak w sekunde w ciąże zaszła - hahaha.

Później, tak samo szybko jak w ciąże zaszła to chyba i urodziła (ciąża ekspres niczym Bella z Twilight), gdyż inne Panie w ciąży, do odprawy osobistej, wpuszczane były bocznym przejściem a ona stala. Na pokład wchodziła jako jedna z ostatnich.

Usadzenie syna w samolocie to mission impossible - wił się, rzucał...Wszelkie próby uspokojenia spaliły  na panewce, nic nie działało, ani prośbą ani groźbą. Po raz kolejny musieliśmy go trzymać - oboje!! Stefek wydzierał się w niebogłosy, po twarzy spływały mu wielkie jak groch łzy. Zmęczenie wyraźnie dawało o sobie znać. Nie zdarzyliśmy jeszcze oderwać się od ziemi a Stefano juz smacznie spał, obudził sie 1,5h godziny póżniej, gdy zaczęliśmy podchodzenie do lądowania w Rzymie. Lot powrotny był 20  minut krotszy niż lot do Warszawy.

Czekamy na bagaz :)


Ale tato ja chce tu zostac!!

Roma Fiumicino


Juz sprawdzam bilety na lato. Problem jest jednak taki, iz sama w podrozy z synem chyba jednak bym sobie nie poradzila.

wtorek, 6 stycznia 2015

WROCILISMY

JESTESMY W DOMU!!

Wrocilismy nicale 24h temu...podroz powrotna bez wiekszych atrakcji, ktorych w minionych 3 tygodniach nam nie brakowalo. No, ale o tym innym razem.

Poki co targaja mna sprzeczne emocje. Ciesze sie, ze juz jestesmy w domu, ale serce me teskni za Polska, ktora zawsze bedzie moim domem i nic tego nie zmieni.

Do uslyszenia,

Ewiczka :)