sobota, 20 września 2014

Zasmarkane wiewiorki

Nie taki mial byc ten post, W sumie to mialo go jeszcze nawet nie byc, ale niestety musze uwolnic emocje...po prostu musze bo cala sie w srodku gotuje.

Stefi w czwartek powedrowal do przedszkola, zlobka, klubu malucha czy jak to sie jeszcze inaczej nazywa. Ciezki sprawdzian dla syna, jeszcze ciezszy dla rodzicow, zwlaszcza dla mamy.  Na wejsciu tradycyjna rozpacz, ktora towarzyszy nam zawsze gdy poznajemy nowe miejsca...po prostu dziecie nasze wychodzi z zalozenia, iz ''przezorny zawsze ubiezpieczony'' i na wszelki wypadek, jakby akurat w miesjcu tym byli lekarze, ostrzegawczo prostestuje i daje nam ostatnia szanse (zanim odstawi scenke) by zabrac go do domu.

M. w czwartek wzial dzien uropy by rodzinnie przejsc przed pierwszy przedszkolny dzien syna.

Grupa WIEWIOREK (tak nazywa sie placowka) liczy dziesiecioro dzieci (docelowo 16), ktorymi zajmuja sie dwie panie plus trzecia sprzatajaca i pomagajaca przy drugim sniadaniu.

Szczerze napisze, iz spodziewalam sie czegos bardziej przytulnego z kolorowymi scianami, czegos co samo zacheca dziecie do zabawy. Tymczasem struktura jest raczej chlodna, przynajmniej na pierwszy rzut oka takie sprawia wrazenie.
Zabawek jest jednak sporo - od klockow, przez samochody, lalki po ksiazeczki i inne grajace wynalazki ludzkosci. Pierworodny niemal od razu odkryl plastikowa wanne wypelniona kolorowa maka, w ktorej lyzeczkami kopaly dzieci...kopal i On, wypelnial kubeczki...przesypywal...Cudnie, nasz maly alchemik uwielbia takie atrakcje!!

Na drugi ogien poszla drewniana kuchnia...byla i pralka, wiec wstawil pranie, tylko ''mamo czemu to sie samo nie kreci tak jak w domu?''


Co do samego wdrazania syna w przedszkolne klimaty to wyobrazalismy soebie ten proces zupelnie inaczej. Tymczasem, pierwszego dnia kazano nam zostac z synem, aby na spokojnie poznal nowe srodowisko i po 1,5h wrocilismy do domu. W piatek natomiast po ok. 40 minutach zabawy mama zostala poproszona o wyjscie na dluuuuga kawe. Syn przy pozegnaniu nieco zalal sie lzami, pozniej podobno byl spokojny i uczestniczyl w zabawie...Po powrocie zastalam Stefka nieco przybitego - sprawial wrazenie jakby byl chory, a moze po prostu smutny?! Po drugim sniadaniu zabralam pierdworodnego do domu.

Juz po poludniu czulam jednak, ze cos jest nie tak. Kichniecie gonilo kichniecie...a wieczorem pojawil sie katar, zapchany nochal i pokaslywanie. W ruch poszedl inhalator, woda morska, plukanie nosa i kropelki.. Noc byla straszna,..z takim przeziebieniem chyba jeszcze nie mielismy nigdy do czynienia. Ste chcial spac, ale zapchany nochal skutecznie mu to utrudnial...wil sie w lozku i plakal z zamknietymi oczami. Gdy go takiego widzialam to serce sie krajalo. Zakrapialismy nos co na chwile dawalo mu ulge i pozwalalo zasnac...usilnie probowal oddychac przez nos, co sprawialo wrazenie jakby lezal kolo mnie stary traktor!!

Wiedzialam, ze przedszkola to skupiska bakteri. Ze syn na pewno predzej czy pozniej zachoruje. Ze to normalne, musi nabrac odpornosci...wyrobic sobie przeciwciala.  Zaistniala sytuacja o wiele przeszla moje najczarniejsze oczekiwania...Dziewczyny ON tam byl dwa dni...DWA DNI - lacznie niecale CZTERY GODZINY (1,5h pierwszego dni i 2h drugiego) i juz chodzi z gilami do pasa. Moze jestem przewrazliwiona matka. Na pewno nia jestem, wybaczcie jednak ludzie drodzy, ale stan w jakim niektorzy rodzice przyprowadzaja do placowek oswiatowych swoje dzieci pozostawia wiele do zyczenia.

Totalnie brak respektu wobec wlasnego dziecka, ktore zasmarkane snuje sie po katach, jak i dla zdrowia innych. No bo jak to inaczej nazwac gdy ojciec przyprowadza dziecko i na samym wejsciu mowi ''Ricky'' bedzie gdzies na 50%. Jak spojrzalam na to dziecko to mialam ochote chwycic syna i wiac gdzie pieprz rosnie. Przesadzam? Pewnie tak! Ale czy inni rowniez nie przesadzaja? Wiem, katar to nie choroba - OK. Dla nas jednak i katar byl potencjalnie niebezpieczny i w sumie to nadal jest...chronilismy syna przez pierwsze dwa lata zycia (tak jak nam przykazano w szpitalu)...obecnie nieco odpuscilismy, co nie znaczy, iz sie nie martwimy.

Pogodzilam sie z tym, iz Stefek idac do klubu bedzie czesciej chorowal. Nie myslalam jednak, iz nadejdzie to tak szybko - jestesmy wciaz we wrzesniu, gdzie temperatury dochodza 30 stopni Celsujsza. Z niepokojem patrze wiec w przyszlosc!!

Zla jestem na innych, moim skromnym zdaniem, nierozsadnych rodzicow, Ten sam tata co w  czwartek twierdzil, iz jego syn jest na 50%...w piatek przyprowadzil dziecko z czerwonymi, zalzawionymi oczami, z gilami do pasa i poteznym kaszlem. Na 10 dzieci 5 bylo zakatarzonych - OK, akceptuje to, ale ten chlopiec na pierwszy rzut oka bylo widac, iz naprawde jest chory...do tego stopnia, iz panie nauczycielki stwierdzily, iz trzeba bedzie temperature mu zmierzyc.

Nie godze sie na to. Po prostu NIE!!

Stef cale szczescie goraczki nie ma (odpukac!!)...gilon totalnie zapchany i  pokalsuje (mam nadzieje, ze to jedynie splywajacy do gardla katar). W sam raz na weekend. Pewnie bedziemy walczyc z przeziebieniem przez tydzien...w czwartek pojdzie do przedszkola i co?....i mam nadzieje, ze znow nie wroci zasmarkany.

Co do zachowania syna, to musze podreslic, iz jestem z niego dumna. Nie obylo sie bez lez i proby dezercji...dzielnie jednak zniosl separacje, choc zdaje sobie sprawe, iz to nie koniec i wiele jeszcze lez wyleje w najblizszych tygodniach. Na ta chwile, poszlo jednak lepiej nizbysmy sie tego mogli spodziewac.


19 komentarzy:

  1. Tak bywa niestety, ludzie nie zwracają na to uwagi, a czasem twierdzą nawet że zielony katar to na pewno alergiczny..

    OdpowiedzUsuń
  2. Masakra.... To jakieś nieporozumienie. Dziecko spędziło tam zaledwie kilka godzin i już się przyczepiły do niego choroby. Na prawdę, strach pomyśleć co będzie...
    Ale chyba taki stan rzeczy w przedszkolach/żłobkach/.... to coś nieuniknionego, ale żeby tak od razu złapać przeziębienie! Biedny chłopczyk. I wam współczuję bardzo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety tak juz jest, zawsze bylo i bedzie, ze swoje trzeba odchorowac. Tempo jednak zastraszajace. Jak juz pisalam w odpowiedziach na komentarze Mini, najbardziej mnie dotknelo lekcewazace podejscie niektorych rodzicow. Ja pewnie jestem przewrazliwiona, ale nawet moj maz (ktoremu do przewrazliwienia daleko jak stad do Australi) byl w lekkim szoku.

      Usuń
  3. Kochana, wystarczy, ze dotknal zabawke , ktora wczesniej dotykala chora osobka, a potem wzial rece do buzi I choroba gotowa.
    Jednak nadal stanowczo przyjmuje stanowisko, ze katar to nie choroba. Oczywiscie jesli jego kolor jest zolty lub zielony to siwdczy o tym, ze to bakteryjna infekcja i powinna byc leczyc. Bialy I przezroczysty to wirusowka... szybko przyszla, szybko zniknie.
    Dzieci choruja , to normalne. Dzieci choruja w wiekszych skupiskach...sale zabaw, zlobkach, przedszkolach, szkole.
    Aby nabralo odpornosci musi swoje wychorowac. Moi chlopcy chodza tylko raz w tygodniu I po roku chodzenia dopiero widze, ze nie lapia juz tyle chorobsk co wczesniej....

    Nie rozumiem tez zlosci na rodzicow , ktorzy posylaja przeziebione dzieci do zlobka.
    Nie kazdy ma z kim zostawic dziecka , badz wziac urlop.

    Troszke wyrozumialosci przydaloby sie rodzicom, a I rozsadku, by naprawde chore dzieci (goraczkujace, na antybiotyku czy z biegunkami)jednak zostawiac w domu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jak pisalm liczylam sie z tym, iz posylajac Stefka to zlobka zacznie czesciej chorowac. Nie spodziewlam sie jednak, ze bedzie to tak szybko.
      Katar, ktory dla wiekszosci nie jest choroba dla dziecka, ktorego pluca nie sa dobrze rozwiniete moze byc tragiczny w skutkach. Trabiona nam by przez pierwsze 2 lata chronic przed skupiskami dzieci. W sumie niektorzy nadal twierdza, iz nie powinnismy go posylac do placowki oswiatowe.

      Na rodzicow jestem zla i uwazam, iz to nierosadne posylac chore dziecko do zlobka/przedszkola (oczywiscie to tylko moje zdanie), nie tylko ze wzgledu na inne dzieci, ale glownie ze wzgledu na swoje wlasne dziecko. Nie rozumiem jak mozna posylac do placowek dziecko co na sam widok wyglada zle i ledwie sie na nogach trzyma i na zabawe nie ma najmniejszej ochoty i wtedy cala grupa jest podporzadkowana temu jednemu mizernemu - na dwor nie wyjda bo przeciez ma stan podgoraczkowy.
      Nie chodzi mi o przeziebienia, bo to tego uniknac sie nie da!!
      p.s. We Wloszech, na dzieci do 3 roku zycia jest 30 dni opieki rocznie!!

      Usuń
    2. U Nas jesli powiedzialam paniom opiekunkom zeby chlopcy nie poszli na dwor to nie szli, ale pozostale dzieci nie byly w ogole zalezne od tej decyzji. Bawily sie wiec na zewnatrz, a moi chlopcy byli w budynku z jedna opiekunka.
      Ewus, ja staram sie zawsze byc obiektywna w swoich ocenach. A moze ktos juz je wykorzystal? A moze musial tak postapic? A moze nie jest przewrazliwiony? Albo ma do wszystkiego dystans lub po prostu lekko lekcewazacy stosunek .
      Poza tym piszesz , ze martwisz sie o Stefcia , ze nie powinien isc do placowki do ukonczenia dwoch lat ze wgledow zdrowotnych.
      To po co go wyslaliscie, ze tak spytam? Zeby mial kontakt z dziecmi?
      Ja nie jestem zdzwiona, ze zlapal cos od razu szczegolnie, ze rzadko przebywal miedzy dziecmi . Kazde dziecko tak ma. Lapie , co popadnie...

      Usuń
    3. Tutaj niestety raczej nie ma takiej opcji by czesc dzieci byla na zewnatrz a pozostale w srodku.

      Szczerze napisze, iz ja rowniez staram sie byc obiektywna. Po prostu mamy inne zdanie na dany temat, chociaz wydaje mi sie, iz nie jest ono znowu az takie odmienne (sama napisalas, ze goraczkujace dzieci powinny jednak zostac w domu). Martwimy sie o Stefka, jak kazdy rodzic martwi sie o wlasne dziecko - poslalismy go tam gdyz strony medalu sa dwie - z jednej strony lepiej byloby nie, a z drugiej konakt z rowiesnikami jest wazny. Kontakt z dziecmi Stefano ma na codzien (starsze kuzynostwo), ale niestety z rowiesnikami malo. Do placowki nie powinien isc do 2 roku zycia i nie poszedl - obecnie ma 2 lata i 4 miesiace , wiec ryzykujemy.
      I powtarzam, ze mi nie chodzi o przeziebienie (choc ja z uwagi na to, ze nie pracuje nawet z przeziebieniem nie posle dziecka do przedszkola), ale o ewidentna wizulanie chorobe czy stan podgoraczkowy. Nie chodzi mi nawet o to, ze Stef zlapal bakterie, ale o lekcewazacy stosunek niektorych opiekunow, bo takie stwarzaja wrazenie - ''jednego dnia jest na 50%, nastepnego mowi, ze jest z nim coraz gorzej i, ze kaszel okropny'' - zielone gile do pasa a nawet chusteczek mu nie zostawi). Tyle w temacie.

      Usuń
  4. Nie dziwię się Twemu zdenerwowaniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda, ze zdenerwowanie mi syna nie wyleczy!!

      Usuń
  5. A ja Cię rozumiem, bo też jestem przewrażliwioną mamuśką. Po tym, co przeszłaś, nie dziwię się, że reagujesz tak, a nie inaczej. Kiedy Gaja jest przeziębiona, stresuję się bardziej od niej, bo odciąganie małej kataru jest praktycznie niemożliwe i kosztuje mnie wiele nerwów. Wiem, że czasem rodzice nie mają z kim zostawić dziecka, ale posyłać je w takim stanie do przedszkola jest odrobinę nierozsądne. Z drugiej strony to pierwsze dni Stefano tam i może się uodporni na choróbska, czy ja wiem? Generalnie nie dziwię Ci się, bo zareagowałabym tak samo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sabina mam nadzieje, ze sie uodporni. Nochal dzisiaj jakby lepiej, ale kaszel mu spac nie daje :(

      Usuń
  6. Rozumiem Cię doskonale ale opierdol należał się nie tylko temu inteligentowi ojcu, ale i tym inteligentnym wychowawczynią, bo one powinny zareagować i powiedzieć do lekarza. U nas zawsze odsyłają chore dziecko do domu,a wrócić możesz tylko ze zdrowym mając kartkę od lekarza. Nas tak w środę odesłali gdy odbierałam Lulcie, a ona miała temperaturę. A tego ojca chyba bym zjebała jak mopsa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tez mi sie wydawalo, ze wychowawczynie powinny zareagowac. Czemu nic nie powiedzialm, pewnie dlatego, ze to byl nasz pierwszy i drugi dzien tam i nie chcialam robic od razu na wejsciu rabanu.

      Usuń
  7. Pracowałam w przedszkolu... rodzice dzieci przyprowadzali z gilami po pas, z gorączką...szybko zostawiali i czmych... już ich nie było. Potem było trzeba dzwonić po nich, bo dziecko ma gorączkę ... I co, za dwa dni powtórka... dziecko nadal chore, a do przedszkola przyprowadzili, bo nie ma kto się nim zająć. Po tygodniu była tylko garstka dzieci i było trzeba połączyć grupy.
    A jak się zwróciło uwagę, że dziecko ma rumieńce i licho wygląda, to tłumaczyli się, a nie, wszystko w porządku, tylko z samochodu biegło i się zgrzało... pitu, pitu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tutaj w regulaminie jest, ze jesli goraczka przekracza 38 stopni a rodzice nie odpowiadaja to wychowawczynie dzwonia po pogotownie, Wolalabym jednak takich akcji uniknac.

      Usuń
  8. Choć nie mam dzieci to rozumiem Twoje nerwy. Też nie wiem jak można chore dziecko z gorączką zostawić w przedszkolu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ja wlasnie tego nie kumam. Doskonale sobie zdaje sprawe, ze latwo jest przyprowadzic dziecko z przeziebieniem, gdyz jak to mowia dzieci szaleja na calego a 5 minut pozniej 40 stopni goraczki, ale zeby tak z pelna premedytacja...:(

      Usuń
  9. No niestety widzę, że i we Włoszech tak jest. Rodzice przyprowadzają chore lub przeziębione dzieci do przedszkola. Jedno łapie od drugiego. Głupota ludzka nie zna granic.....

    OdpowiedzUsuń