wtorek, 9 września 2014

O tym jak to sie stalo, ze 9,5h jechalismy i prawie do Afryki zajechalismy :)

Wyjazd zaplanowany byl na 07:00. Budzik nastawiony na 06:30 - wszystko bylo gotowe, nawet kanapki na droge przygotowane zostaly dzien wczesniej by rano niepotrzebnie nie przedluzac. Mielismy wstac, wypic kawe, wypelnic termosy, umyc zeby, przygotowac mleko do syna, zaladowac bagaze, na spiaco zabrac syna, zatankowac limuzyne i w droge!!

06:15 wstalam, z nerwow nie moglam dospac. Podciagam zaluzje - czarne chmury i wiatr szaleje ile wlezie...ufff, nie pada! Uff, wypowiedziane w zla godzine - jak tylko M. zaczal znosic do samochodu bagaze pojawily sie pierwsze krople deszczu, ktory stopniowo nabieral na sile, co z kolei znacznie spowolnilo proces pakowania.

Ubrania przygotowane na podroz (krotkie spodenki i koszulki na ramiaczkach) poszly do plecaka. Trzeba sie bylo przeprosic ze spodniami dresowymi i wygrzebac pieczolowicie wcisniete juz do torby baleriny. Syn przebierany na spiaco  niestety sie obudzil i zadowolony nie byl  ze go o tak nieludzkiej porze tarmosze. Gdy wciskalam go w kurtke przeciwdeszczowa patrzal na mnie na pol spiaco a gdy usadzilam i przypielam go w pasy wyraznie dal znac co o tym wszystkim sadzi.

Pojechalismy na stacje. Podczas gdy ojciec tankowal samochod, Stefi tankowal zoladek.

Chwilke pozniej M. oznajmil: ''08:10, licznik wyzerowany - jedziemy''

Ruszylismy.



Najpierw minelismy Asyz, Spello, Foligno, Trevi, Spoleto i zaczela sie droga przez meke - aby dostac sie na autostarde musielismy przejechac przez Apeniny. Deszcz  nie odpuszczal, chwilami jakby slabl by pozniej znow przybrac na sile...Czulam jak mi skacze cisnienie w uszach,..pielismy sie w gore. Czas wydawal sie stac w miejscu. Nie, to nie czas stal w miejscu to my poruszalismy sie z ''obledna'' predkoscia 30km/h - bo jak do deszczu dodac, ogromna ciezarowke z przyczepa po brzegi wypelniona drewnem to wlasnie z taka predkoscia sie jedzie w gorach. Na kretych droga ciezko bylo podejmowac jakiekolwiek proby wyprzedzania.

Pokonywalismy niezliczona ilosc dlugasnych tuneli.


Dojechalismy do ''truflowej miejsciwosci'' - Norcia. Pierwszy postoj na oproznianie pecherza. Deszcz nadal stukal o samochodowa karoserie, na dworze zimota  jakich malo...a syn widzac wychodzacego z samochodu rodziciela zaczal domagac sie wypiecia z pasow - nie ma sily, w ruch poszedl tablet. Nie minela kolejna godzina a monotonia podrozy i aury za oknem zmozyly syna.






Zdjecia powyzsze pochodza z drogii powrotnej,


Chwile pozniej tablica informacyjna ponformowala nas, iz zostawiamy za soba nasza zielona Umbrie i wjezdzamy do rejonu Marche. Kolejnych 50km i oczom naszym ukazalo sie Ascoli Piceno i upragniona, wyczekiwana autostrada A14 (zwana adriatica), ktora miala nas poprowadzic az na samo poludnie Wloch. Deszcz nie przestawal padac a my mknelismy wzdluz wybrzeza Morza Adriatyckiego mijajac kolejne rejony Wloch: Abruzzo, Molise i w koncu, dokladnie o godzinie 15:19
zrodlo




''Jest Pugliaaaaaaaaaa'' - tyle tylko, ze Puglia jest dlugaaaaa!! Przed nami jeszcze ok. 250km...czarne chmury zostaly za nami, zaczelo sie robic goraco i  wkoncu moglam zrzucic z kolan koc polarowy (dokladnie do tej pory siedzialam okryta kocem bo klima dawala mi niezle po nogach (a nie moglismy jej wylaczyc gdyz szyby parowaly). Zoladek domagal sie jedzenia. Jak tylko Stef sie obudzil zarzadzilismy dluzszy postoj na dokarmienie syna, siebie samych i rozprostowanie nog.

Ten odcinek ''Maszy i niedzwiedzia'' znam na pamiec ;)


Nie zdarzylismy nawet jeszcze do konca nakarmic pierworodnego a juz na horyzoncie pojawily sie te cholerne ciemne chmurzyska. Jednym slowem, nici z jedzenia na swiezym powietrzu.

Dzieki deszczowi nauczylam sie jednak czegos nowego - ''odleglosc bezpieczenstwa przy predkosci 110km/h na mokrej nawierzchni wynosi 150metrow'' - Dziekuje wloskim autostrada za to przygotowanie merytoryczne :D

M. wreczyl mi wydrukowane mape miasta do ktorego zmierzalismy oraz z dla ciekawosci mape rejonu Puglia (lubie spogladac na mape i widziec jak sie przemieszczamy). Posileni i szczesliwi, ze juz blizej niz dalej ruszylismy w droge.

Stefek dzielnie siedzial, nie marudzil...przegladal ksiazki, gral w gry na tablecie lub po prostu ogladal bajki. Oczy przecieralismy ze zdziwienia, ze on taki dzielny i nic a nic nie marudzi.

Od  czasu do czas spogladalam na mape - mijalismy kolejne, wieksze lub mniejsze miasta: Trani, Barletta, Molfetta (skad pochodzi panna mloda),...M. komentowal zwiekszajaca  sie ilosc kilometrow na liczniku...nagle ni stad ni zowad, same nie wiem dlaczego spytalam: ''Massi, z autostrady zjezdazmy w Bari?'' M. zdziwiony odparl, ze ''nie, jedziemy nia do samego Monopoli...autostrada nazywa sie adriatica (od M. Adriatyckiego wzdluz, ktorego biegnie) a Monopoli polozone jest wlasnie nad morzem.

Minelismy Bari, zostalo ok. 50km...50 ostatnich kilometrow - Hurrra!! Za nieco ponad pol godziny bedziemy na miejscu,

Mija 10 minut, zerkam na mape co to za miejscowosci bedziemy mijac. Nie rozpoznaje zadnej z nich...znakow drogowych jednak niewiele, mysle wiec sobie, iz to pewnie jakies male pipidowy i po prostu na ma ich na naszej mapie. Jedziemy dalej - zaczynam mruczec pod nosem, ze ja tu na tej mapie nic nie moge znalezc...Po kolejnych 20 minutach M. przebakuje, ze juz niedlugo powinnismy byc na miejscu, dziwne wiec, ze jeszcze  nie spotkalismy zadnego znaku informacyjnego z napisem Monopoli.

Koniec autostrady. ''Jak to koniec? A ci co jada dalej to niby piesza maja isc?''  Zaplacilismy 31 euro z hakiem i zjezdzamy, kierunki do wyboru sa dwa: Bari i Taranto. ''Gdzie jechac? Bari nie bo stamtad jedziemy...czyli Taranto'', twierdzi M. Co do Bari to sie zgadzam, ale patrze na mape i ''Taranto?''  pytam,,,''hmmm, Taranto jest na dole'' . ''Ale po drodze?'' pyta M.
''Taranto jest bardzo na dole'', odpowiadam zgodnie z mapa.

M. twierdzi, iz powinnismy juz byc na miejscu. Zatrzymujemy sie i pada ''pokaz mape''. Stef zaczyna sie buntowac, ma dosc siedzenia na pupie...zaczyna wyjmowac rece z pasow...prosi by go wypiac. ''Kochanie jeszcze troszeczke. Mame zaraz Cie wezmie i pojdziemy na spacer''.
Podczas gdy maz konsultowal mape,  odwrocam glowe i patrze na kraobraz za oknem i najpierw sama sobie w duchu, a chwile pozniej i na glos wypowiadam ''jejka, Afryka - w Maroko jestesmy belkocze ogladajac biale walace sie rudery''. Nie zdarzylam jeszcze skonczyc zdania a juz M. wtorowal mi swoim: ''Ohhh gdzie my jestesmy''. ''Gdzie'?', pytam. ''Wow, gdzie my zajecchalismy?'', ponownie wyrzuca z sibie M.  ''Prosze Cie, Nie...gdzie jestesmy...ile setek kilometrow'', wykrzykuje, gdyz z tonu glosu meza wyczuwam, iz to jeszcze nie koniec podrozy.  Malzonek wskazuje mi palcem na mapie miejscowosc Massafra - 20 km od Taranto...jestesmy nad morzem...Morzem Jonskim!! Kolokwialnie mowiac Taranto znajduje sie na podeszwie kozaka tworzacego polwysep apeninski. Ot rozwiazanie tajemnicy, naglego wybuchu tropikalnych upalow.

Wierzcie mi, tam wtedy plakac mi sie chcialo. Teraz sie z tego smiejemy. Jest co wspominac i bedzie co potomkom opowiadac. Maz oczywiscue zachowal trzezwosc umyslu...jako, ze bylismy na peryferiach miasta od razu znalazl rozwiazanie sytuacji. Nie cofalismy sie, ale pojechalismy dalej inna trasa - krotsza, ale nie autostada. Pierwsze napotkane miasto Martina Franca. A tam na ulicach pelen hardcore - brak znakow drogowych....jechalismy nieco na oslep...jak juz sie znaki informacyjne zdarzaly to brakowalo na nich liter...cala sygnalizacja swietlna w miescie wylaczona czyli kazdy jechal jak chcial...na zasadzie kto pierwszy ten lepszy.  Przetrwalismy i ok, 17:30 w koncu wjechalismy do Monopoli.  Dostalismy klucze od pokoju...nie zdarzylismy sie jeszcze dobrze rozgoscic jak lunelo!!

9,5h !! Dla porownania droga powrotna zajela nam niecale 7,5h przy dwoch postojach, w tym jeden ponad 40 minutowy :)


Tak mielismy jechac: Perugia - Monopoli
A tak pojechalismy: Perugia - Monopoli

To byl dzien pierwszy, przygod bylo jeszcze wiele :)

34 komentarze:

  1. Odpowiedzi
    1. Jak odkrylismy gdzie jestesmy to naparwde nie bylo nam do smiechu, potem jednak wrzucilismy na luz i smieje sie z tego juz na sama mysl.

      Usuń
  2. 600 km... jejciu, podziwiam Was...podziwiam!!!! Ja nie dalaby rady... no nie dala... ale przynajmniej "pozwiedzaliscie" troche...:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W drodze do bylo prawie 700. Szczerze przyznam, iz myslalam ze bedzie gorzej, zwlaszcza, ze wzgledu na syna, ten jednak nas totalnie zaskoczyl :)

      Usuń
  3. Fajnie, że mimo aury wycieczka się udała i jest co wspominać :)
    My ostatnio pokonaliśmy ponad 800 km w jedną stronę do rodziny ;) więc wiem co to długa podróż.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przygod bylo jeszcze kilka, wiec wspominac na pewno jest co!!

      Usuń
  4. Uwielbiam takie długie trasy :) A jak jeszcze są przygody to już w ogóle super ;) Musicie chyba zainwestować we włoskiego Hołowczyca ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama nie wiem czy lubie dlugie tarsy. Z jednej strony tak, z drugiej jednak sa one bardzo meczace. Warto jednak bylo :)

      Usuń
  5. Grunt, że do celu dotarliście :) macie co wspominać, choć wyobrażam sobie, że wtedy do śmiechu nie było. Teź nie lubię takich niespodzianek w podróży...

    OdpowiedzUsuń
  6. Dlatego kupiliśmy nawigacje, bo mieliśmy różne przygody z błądzeniem po drogach.Orientacja w przestrzeni u nas słaba.Teraz luzik.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas z orientacja zle nie jest, ale M. byl przekonany, ze Autostrada Adriatycka biegnie wzdluz Adriatyku i nie przypuszcal, ze w penym momencie wcina sie w lad stad nasza pomylka - nawet nie skonsultowalismy tego z mapa. Nauczka na przyszlosc!!

      Usuń
  7. Masakra!
    No ale tak się czasem podróżuje - z przygodami. Dobrze, że z takimi :)
    A to siódme zdjęcia - to tak prowadziła ta droga? Aż taka kręta? Rany...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga kreta bardzo, w koncu przez gory jechalismy i chwilami (zwlaszcza w deszczu) troche sie balam sliskiej drogi.

      Usuń
  8. Podróż z przygodami, ale co tam najważniejsze, że dojechaliście na miejsce cali i szczęśliwi. Widzisz tak strasznie się bałaś tej długiej podróży, a wyszła książkowo, więc teraz zaprawieni w bojach możecie uderzać w dalsze podróżowanie tak jak my :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz racje wyszlo ksiazkowo i naparwde dziwilismy sie, ze Stef tak dobrze zniosl podroz. Moze nawet i lepiej od nas. Co do dalszych podrozy to moja siostra stwierdzila, iz teraz czas autem do Polski przyjechac :)

      Usuń
  9. Nie wiem jak Ty, ale ja nienawidzę tych tuneli, gdy pod nimi przejeżdżamy, zawsze wydaje mi się, że za chwilę się zapadną pod nami. W Ligurii jest ich naprawdę dużo i nawet jadąc do marketu, musimy się przez nie przedzierać. A propos kosztów na autostradzie- mój brat chciał przyjechać do mnie autem, bo wyszedł za założenia, że taniej go to wyjdzie. Spytałam go, czy wie, że tutaj się płaci za autostrady ha ha:). Oczywiście nie wiedział, ale zrezygnował od razu z auta.
    A przygody mieliście faktycznie niezłe, dobrze jednak, że dojechaliście cali i zdrowi!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do tuneli to mam podobne odczucia, moze to jakas forma klastrofobi. Sama nie wiem, ale jadac tunelem robi mi sie jaos dusznawo. My mieszkamy w Apeninach, wiec i unas nemal kazde wyjscie z domu wiaze sie z przejazdem przez tunele. W Perugii sa one jednak raczej krotkie a te napotkane na trasie to mialy nawet 8km - masakra.
      Do nas juz kilka razy przyjechala moja siostra z mezem i corkami - boja sie latac, a i twierdza, iz samochodem im to taniej wychodzi. Kiedys oszczedzali i starali sie jechac nieplatnymi, ale ostatnimi czasy stwierdzili, iz te wloskie autostrady wcale nie sa takie drogie (niby taniej wychodzi niz w Polsce), ale za to mamy przeciez najdrozsze paliwo w Europie!!

      Masz racje - najwazniejsze, ze cali i zdrowi!!

      Usuń
  10. eheheh skąd ja to znam, też miałam kilka takich przygód i masz rację teraz będziecie się z tego zawsze śmiali:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Juz teraz sie smiejemy!! No i nie ma tego zlego co by na dobre nie wyszlo, moge powiedziec, ze przejechalam cale Wlochy :P

      Usuń
  11. Dobrze, że Stefek jako-tako to zniósł :) No i grunt, że dotarliście na miejsce... w końcu :)
    Ja lubię długie podróże autem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zniosl to nad wyraz dobrze. Serio, sami bylismy w szoku, bo Stef ostatnimi czasy strasznie sie wkurzal przy wsiadaniu do samochodu.

      Usuń
  12. Ale widoki po drodze mieliście niesamowite! :) Dobrze, że synek zniósł to jakoś :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widoki chwilami zapieraly dech w piersiach, w przenosi i dolownie rowniez!!

      Usuń
  13. Moja Stokrotka też zawsze się dopomina wypięcia z fotelika jak widzi,że ktoś wysiada z samochodu a szczególnie dziadek :)
    Piękne widoki i piękne zdjęcia. Szkoda,że zamiast pięknej pogody cały czas goniły Was czarne chmury.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mysle, iz dzieci widzac, iz ktos dorosly wychodzi z samochodu upatruja w tym nadzieje i one beda mogly rozprostowac nogi.
      Te czarne chmury i ciagly deszcz to byla tragedia - strasznie nam podroz uprzykrzaly.

      Usuń
  14. U nas zestawem małego podróżnika jest PCP, tablet i telefon. Wszystko jest potrzebne byle dojechać na miejsce w ciszy i spokoju:)). Niezłą przygodę mieliście, ale takie najlepiej się wspomina:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokladnie z tego samego zalozenia wychodzimy. Co prawda probowalam zabawiac syna ksiazeczkami interaktywnymi, ale z tabletem i ewentualnie telefonem nic nie wygra i niestety trzeba sie z tym pogodzic.
      Z perspektywy czasu lubie takie przygody - dojechalismy na miejsce szczesliwie i juz 5 minut pozniej smialismy sie sami z siebie :)

      Usuń
  15. u nas tam to niecałe 500km, z powrotem ponad 600km. tam 2 przerwy sytuacyjne na bieganie Żabki, z powrotem jedna dłuuuuga. dzieci są twarde :) trochę pomarudziła, ale zawsze w takiej sytuacji wynurzał się przydaś z torby mieszczącej zabawki i jakoś to poszło :)

    fajna ta Wasza wyprawa :) zaczyna się ciekawie :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Hehe ciekawe ;DD Bynajmniej mieliście zwiedzanie przymusowe ;D

    OdpowiedzUsuń
  17. Widoki piękne, ale te kręte drogi to mnie przerażają. Ucałuj mocno Stefcia, rośnie jak na drożdżach:) Pozdrowienia dla Was:*

    OdpowiedzUsuń
  18. Lubię dlugie podróże ale przygody to mieliście niezłe!

    OdpowiedzUsuń