wtorek, 30 września 2014

Południowowłoskie wesele!!

Czesc z Was prosila o kilka slow na temat wesela, na ktorym mielismy zaszczyt sie bawic na poczatku miesiaca, Juz na wstepie wspomne, iz wloskie wesela znacznie roznia sie od naszego rodzimego swietowania zawarcia zwiazku malzenskiego. Wiele zalezy od zakatka Wloch, z ktorego pochadza mlodzi. Nie mniejsze znaczenie ma wiek zaproszonych gosci oraz godzina ceremonii.

Po poludniowo-wloskim weselu spodziewalismy sie ogromnej fety, z przynajmniej 200-300 goscmi. Jak na wloskie warunki wesele bylo jednak raczej skromne w ilosci uczestnikow. Nie wiem czy po trochu nie wynikalo to z tego, iz czesc gosci byla przyjezdnych  czy tez po prostu panstwo mlodzi zdecydowali, ze chca swietowac w otoczeniu osob im najblizszych. Nie mniej jednak bylo nas zaledwie 60-70osob, z czego ponad polowe stanowili przyjezdni.

Slub dosc nietypowo mial miejsce w czwartkowe popoludnie. Poranek wiec byl dla nas. Aby nie tracic czasu na bezsensowne tracenie czasu po sniadaniu wybralismy sie na tradycyjny spacer nadmorskim brzegiem.  Nasze wsluchiwanie sie w szum morza przerywa dzwiek mzeowskiej komorki :''Cava nie wiem czy dojade...zablokowany jestem, rzeka wyszla z koryta - powodz!!'', slyszymy po drugiej stronie sluchawki. ''Kurde, jaka powodz? Gdzie?'' Okazalo sie, iz jeden z naszych przyjaciol w drodze na wesele  zawozil swoich rodzicow do sanktuarium Ojca Pio. gdzie niespodziewanie obfite opady totalnie zalaly droge. Goraca linia trwala caly poranek, ostatecznie kolege z upalow czyli z glebokiej wody wyciagnelo wojsko i na slub dotarl caly i zdrowy.

Ceremonia zaslubin przewidziana byla na godzine 16:30 w rodzimej miejscowosci Panny Mlodej. Wesele natomiast mialo sie odbyc na plazy, niedaleko miejsca w ktorym stacjonowalismy. Oba miasta dzielilo jednak prawie 90km. Z tego tez wzgldu, z odpowiednim zapasem czasu, o 15 mieslismy wyruszyc w droge. Obladowani bylismy jak wielblady - a to woda dla syna, a to znow przekaska, zapasowe ubranie krotkiei i dlugie..no i jeszcze zabawka jakas co by katedry nie rozniosl ;)

Jak tylko ruszylismy Stefek odplynal do krainy snow. Mknelismy obowdnica a ja w duchu przezywalam chwile grozy, gdy ciezarowki bezpretensjonalnie zajezdzaly nam droge. W miescie bylo jeszcze gorzej, jeden wielki burdel - kazdy jechal jak chcial.

Nie mniej jednak dojechalismy szczesliwie. Msza sw. odbyc sie miala w Duomo di Molfetta, polozonym nad samym brzegiem morza.  Pan Mlody nerwowo krecil sie w ta i z powrotem,,,w rezultacie czego wszystkie chlopy by dodac mu otuchy zabrali  go do pobliskiego baru. Podczas gdy panowie beztrosko soczyli swoje drinki nagle z oddali padlo ''przyjechala Panna Mloda''. Scena bezcenna - zaluje, iz zdjec nie mam jak banda chlopakow pod krawatem leci przez plac :D

Wejscie do kociola tez mielismy z jajem - w synu naszym, juz na samym progu, odezwal sie antychryst. On do kosiola nie chce, na dwor!!  ''Kochanie chcesz ciasteczko?'' - chcial. Shit, mysle sobie on jest glodny, podwieczorek zostal na stole w hotelu. Synowska torba torba kryje jednak wiele skarbow - krakersy, biszkopty...gdzie te cholerne biszkopty, przeciez je tutaj wkladalam? Mlody stoi obok i niecierpliwie tupie noga...o sa krakersy, moga byc krakersy? NIE MOGA...ok szukam, mamusia szuka...a ty pobaw sie teraz motorem...no tak, wydaje sie, iz syn doskonale wie, iz w kosciele motorami bawic nie nie wolno i zabawka z impetem laduje na spoconej matce...Sa biszkopty...Alleluja!! Jest chwila spokoju...doslownie chwila. Stef wyraznie znudzony chce wyjsc...niech se chodzi po kosciele, wazne, ze nie krzyczy...sam nie wyjdzie!! 'Cholera rozpracowal jak sie drzwi otwieraja - grrrr.

Koniec...brawo. Tak brawo sie wyraznie Stefkowi podoba. Jeszcze tylko formalnosci i wychodzimy...We Wloszech po uroczystosci zaslubin, aby mialy one rowniez moc cywilna, ksiadz zobowiazany jest w obecnosci wszystkich zgromadzonych odczytac odpowiednie przepisy prawne. Po czym  swiadkowie (bylo ich razem 5)  i mlodzi podpisuja co trzeba. Nie lubie tej chwili bo strasznie sie wtedy czlowiekowi dluzy.

KONIEC!! Wychodzimy i czekamy na nowozencow. Stef dorwal pojemnik z ryzem...mam nadzieje, iz zostawi nieco dla innych :)












O tak, tego wujka to ja zdecydowanie lubie :)

Evviva gli sposi!!


BRAVO!!



Mafia ;) - 7 z nich to przyjaciele jeszcze z czasow z liceum (To, ze sa tak zgrana paczka podziwiam u nich od dawna).




Stefi chodzil wlasnymy sciazkami :)




Nastepnie odbyla sie mala sesja zdjeciowa nowozencow z przyjaciolmi i chwile pozniej ruszylismy w droge powrotna czyli na wesele. Trasa biegla spokojnie i plynnie...do czasu gdy wjechalismy w granice miasta Bari - 3 a chwilami 4 pasy totalnie zamblokowane...stoimy...korek w srodku tygodnina?...po chwili nadchodzi oswiecenie - dzis w Bari rozrywany bedzie mecz towarzyski Wlochy - Holandia!! I tak 5 km jechalismy ponad godzine, a ja myslalam, ze do glowy dostane. Na szczescie jak tylko minelismy zjazd na stadion droga zrobila sie totalnie pusta i reszta trasy minela blyskawicznie.


 Byla juz jednak prawie 21 gdy stawilismy sie w Coccaro Beach Club i jakby tego wszystkiego bylo malo zaczelo padac. Stefek byl wykonczony i nie mial najmniejszej ochoty na zabawe. Z tego tez wzgledu zdjec z samej imprezy mamy niewiele.

Miejsce urocze, malownicze, wrecz magiczne. Wesele mialo odbyc sie na prywatnej plazy lokalu, nad samym brzegiem Morza Adriatyckiego. Mialo byc tak:





Z powodu opadow deszczu impreza niestety musiala zostac przeniesiona niemal calkowicie do wewnatrz lokalu.


Jak tylko w lokalu pojawili sie pierwsi goscie obsluga ruszyla do pracy. Przekaski dzialaly na zasadzie ''buffet''. Byl on naprawde roznorodny - od przyrzadzanej na miejscu mozzarelli, przez grillowane szaszlyczki, wedliny, sushi, owoce morza, ryby (carpaccio, wedzone, grillowane), pizze, foccace. grilowane warzywa, salatki po mini hamburgery z kurczaka.

Jak tylko przyjechali panstwo mlodzi zaproszono nas i wszystkich innych zgromadzonych gosci do zdjecia z nowozencami. 


Nie zabraklo i tancow. Zespol, zwlaszcza glosy meskie byl mega :) 



Deser (owoce) ponownie zaplanowany zostal  w formie ''buffet'' - jako, ze ze mnie lasuch ogromny to az mi sie oczy swiecily gdy widzialam te smakolyki :) 

Mimo kaprynej aury na toast i symboliczne krojenie tortu zdecydowalismy sie wyjsc na plaze.




Wbrew temu co wczesniej myslelismy to wlasnie goscie ze strony pana mlodego byli  najabrdziej aktywni i glosni i to oni - my wlasnie bylismy maszyna napedowa wesela :) 


Przy pozegnaiu kazdy z gosci otrzymal taki oto podarek plus zdjecie z panstwem mlodym, ktore zrobilismy na poczatku uroczystosci.

Szkoda troche tej ponurej aury wieczorem, bo bardzo bylam ciekawa wesela na plazy. Mimo wszystko zabawa byla wyborna, bo przeciez nie liczy sie miejsce a towarzysze zabawy, a ci byli przedni :) W domu zladowalismy kilka minut po 3 nad ranem!!

niedziela, 28 września 2014

Przezorny zawsze ubezpieczony

Pytanie za 100 punktow - co na ponizszych zdjeciach robi  nasz syn?



I wszystko jasne:

Robi zapasy (z szynki) na gorsze czasy :D

Nie ma co zorgowne dziecie z naszego Stefanka!! A ja chyba bede musiala przejrzec wszystkie zakamarki w domu, Juz sie boje, ze moje poszukiwania moga byc owocne ;)

czwartek, 25 września 2014

ZAKRECONA

CZWARTEK

W czwartek nie ma leniuchowania i spania do 9. Kilka minut po 8 ojciec wysadzil matke z pierworodnym przed siedziba ''Wiewiorek''...syn rozejrzal sie po okolicy i w ryk...wyrodna matka z trudem zaciagnela swe dziecie (z zalaczona syrena) do szatni. Poszlismy do sali a Stefano patrzal na mnie takim wzrokiem, ze wolalabym by mi ktos w gebe przylozyl, bo przynajmniej serce by tak nie bolalo. Pozegnalismy sie...mialam wrocic za 3godziny.

Do domu  nie dotarlam, gdyz po drodze kuzynki meza zgarnely mnie na drugie sniadanie w barze. Cieply rogalik zapity cappuccino nieco podniosl mnie na duchu...Co jakis czas zerkalam na komorke - na ekranie pusto, nikt nie dzwonil czyli ''moj wiewior'' dzielny jest!! 
Nim sie obejrzalam a byla 10:30 - po pierworodnego czas jechac.

Wchodze do zloba...otwieram drzwi i serce moje sie raduje - wita mnie rozesmiana synowska buziuchna a jego male raczkie oplataja moja szyje :) :) 

Z rekacji jednej z wychowawczyn wynika, iz po poczatkowym, kilkuminutowym buncie (objawia sie on odmowa uczestnictwa w jakiejkolwiek zabawie) Stef dal sie przekonac do ciastoliny i byl bardzo dzielny!!

30 minut pozniej bylismy juz w domu a matka jak codzien zajela sie przygotowaniami do obiadu. Syn nakarmiony udal sie na spoczynek. Na sen nie mial jednak ochoty...''Nie to nie, silowac sie nie bedziemy'' 

Woda na makaron nastawiona, ragù z zamrazalki wyjete...czekajac na meza turlamy sie po podlodze...a tu niespodziewanie syn odstawil numer - wtuli sie we mnie i usnal. Pozycja w jakies sie znajdowalismy daleka byla od idealu - siedzialm na podlodze z podkurczonymi nogami a 12 synowskich kilogramow lezalo na mnie jak mala malpka. 14:05 - za 5, gora 10 minut powinien byc M. to pomoze mi wstac...14:15 M. nie ma...14:20 nadal NIC...Uszu mych dochodzi dzwieki bulgaczacej w garnku wody...zbieram sie i nieporadnie, na raty, wstaje z podlogi. 

Udalo sie wstac bez budzenia syna. ''Hmmm, ciekawe czemu M. jeszcze nie wrocil? Pewnie zatrzymali go w pracy bo rano troche sie spoznil?'' Nie wazne,..jak wroci to obiad bedzie gotowy...odmierzam makaron - 200g, ale w sumie to glodna dzis jestem, wiec dorzucam jeszcze troche...i gdy merdalam juz lyzka w garnku ze spaghetti oswiecilo mnie: ''Kuzwa, czwartek!! Dzis jest czwartek?!''  

W czwartek M. pracuje do 18 i nie wraca do domy na obiad!! Smacznego Ewuniu...z glodu dzis na pewno nie umrzesz!!  :D :D


środa, 24 września 2014

Geniusz, toz to prawdziwy geniusz jest :D

Mam meza geniusza :)

M. polaczenia telefoniczne do mnie na komorke ma za darmo. Gdy potrzebuje z nim porozmawiac, skonsultowac sie na jakis temat lub o czyms Go poniformowac to po prostu puszczam mu sygnal a On do mnie oddzwania. Proste? Proste!! Podobnie bylo i tym razem.

 Wychodzac z marketu przypomnialam sobie o pewnej sprawie, nie bedac jednak pewna czy dobrze pamietam postanowilam skonsultowac sie z malzonkiem. Puszczam sygnal...Nie oddzwania. Czekam,...Nic!!  ''OK, niewazne, skoro nie oddzwania to zrobie po swojemu'', mysle sobie. Po kilku minutach, gdy bylo juz po sprawie, moja komorka oznajmia, iz ktos mnie szuka. Maz, a jakze by inaczej :)

- Slucham?
- smiech....
- A temu co? Na mozg mu padlo, mysle sobie. Totalnie nie kumam o co chodzi. Pytam wiec co wprawilo Go w tak doskonaly humor?
- ''Idota jestem'' krytycznie, ale z nutka ironi oznajmia M.
- ''tzn''

Ciekawi jestescie, co tak bardzo rozsmieszylo mojego slubnego a zarazem doprowadzilo do wyciagniecia powyzszego wniosku? Juz tlumacze.

M. uslyszal sygnal, ktory mu puscilam. Nie mogl jednak natychmiast oddzwonic, gdyz zwyczajne w swiecie nie wiedzial co sie stalo z jego komorka. W celu identyfikacji swojego smartfona, z numeru domowego wybral numer swojej komorki...Myslicie, ze juz wiecie co sie stalo? Nie,  nie...tez stawialam, ze odebral, ale to nie to ;)
Telefon sie znalazl, wiec czas oddzwonic do zony, ale do cholery ''a niech to szlak, domowy dzwoni zawsze w najmniej odpowiednim momencie''. Przekonany, ze to jego rodzicielka odbiera ''pronto'' Cisza! Powtarza wiec glosniej ''pronto?'' Chwileczka, co to za dziwne echo? ''Pronto'', juz prawie krzyczy M. i nagle go olsnilo, iz gada sam ze soba :D

Jak to sie stalo? M. wybierajac z domowego numer swojej komorki znalazl na jej wyswietlaczu moje imie Ewa O. (w ksiazce telefonicznej komorki numer ten ma wpisany jak moj  numer domowy). Nie wiele myslac wybral opcje oddzwon i co prawda oddzwonil., tyle, ze nie do mnie a sam do siebie D

wtorek, 23 września 2014

UDALO SIE !!

Wczoraj bylo bardzo refleksyjnie, dzis z zupelnie innej beczki, bo humor poki co dobry i mam nadzieje, ze nic mi go nie popsuje. Niech sie tylko cos lub ktos wazy!!

Syn nadal chruchla, Kaszel jest dosc przerazajacy, gleboki, ale mokry. Od soboty wspomagamy sie domowym syropem z cebuli (jak juz kiedys wspominalam w IT nie ma syropow dla dwulatkow). Goraczka sie nie pojawila, jedynie stan podgoraczowy (niewiele powyzej 37 kresek), ale u nas temperatury powietrza oscylujace na poziomie 30 stopni Celsjusaz, wiec nie wiem czy to nie jest powod tego delikatnego podniesienia cieploty ciala, Dla swietego wlasnego spokoju wybralismy sie jednak wczoraj do pediatry - oskrzela czyste. Uff!!

I nawet pobolewajace wieczorem matczyne gardlo nie bylo w stanie zaklocic mej radosci.

GIRLS,  BEDZIE PIERWSZE TRADYCYJNE POLSKIE BOZE NARODZENIE PIERDWORODNEGO (a moje wytesknione po czteroletniej przerwie). SIIII !! UDALO SIE...LECIMY DO POLSKI :) 

Juz od jakiegos czasu...mniej wiecej 2-3 miesiecy wertowalam strony internetowe przewoznikow oraz portale  turystyczne zbierajace ich wszystkich razem. Wersji bylo kilka. W kazdej jednak cos nie pasowalo...jak lot do nam odpowidal to okazywalo sie w drodze powrotnej utknelisbysmy na lotnisku w Medialanie (we Wloszech pociagi z reguly nie kursuja noca). Jak juz znalazlam bilet powrotny to okazywalo sie, ze z domu musielisbysmy wyjechac o 3 nad ranem. Opcja wylotu i powrotu z innymi przewoznikami byla rowniez  nie do pogodzenia, bo obsluguja z Rzymie inne lotniska, Paranoja, placz i zgrzytanie zebow!! Aby uchronic mnie od depresji postanowilismy w koncu przysiasc, wybrac mniejsze zlo i zabookowac bilety. 

We wczesniejszych poszukiwaniach celowo ignorowalam Warszawe, ze wzgledu na lotniskowy bajzel jak i dojazd kolejowy ze stolicy na pomorze - byl taki okres, ze byla do droga przez meka...przebudowa trakcji itp.  Cos mnie jednak tknelo by sprawdzic i....i o zgrozo pojawily sie kolejne opcje...ceny konkurencyjne...juz mielismy zamawiac bilety Ryanair na tarsie Bologna - Warszawa za 270 euro za nasza trojke (parking prawdopodobnie za darmo, gdyz przyjaciel meza zaoferowal swoje podworko) gdy z glupia frant weszlam na strone Alitalia (odpowiadajaca polskiemu LOTowi)...szukam, stukam - OFERTA FAMILY - Roma Fiumiciono - Warszawa Chopin - Roma Fiumicino,  2 osoby dorosle + dziecko ponizej 14 roku zycia - euro 240, 45!! 

zrodlo


Odloty z glownych lotnisk, bagaze wliczone w cene (23kg), poczestunek na pokladzie, miejsce wybrane, brak oplat transakcyjncyh. Szok!! I voucher mamy  - to znaczy mozemy wziac z programu lojalnosciowego, do ktorego nalezymy. Szybki telefon voucher zamowiony w czwartek (mial przyjsc mailem dzisiaj) i zaciskanie kciukow by oferta przez weekend sie nie wyczerpala. Voucher przyszedl dzien wczesniej. Dostepne miejsca w ofercie jeszcze byly, wiec miedzy 14 a 28 grudnia goscimy w Polsce!! Wydalismy 190,45 euro :) Do tego naturalnie doliczyc trzeba paliwo do Rzymu, parking na lotnisku i pociag w PL.  Oby do grudnia..marzy mi sie by syn mogl poznac snieg :)

Milego dnia :)

poniedziałek, 22 września 2014

Trudne wybory, ciezkie decyzje

Zycie nie jest uslane rozami. Los co chwila kaze nam dokonywac wyboru. Nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego ile decyzji dziennie podejmujemy. Sa decyzje blache jak np. kupic biale czy czarne buty? Czasami  jednak los rzuca nam klody pod nogi i karze szukac odpowiedzi na pytania na, ktore tak naprawde nie istnieje w100% nas zadowalajaca opcja. Nikt nie lubi wybierac pomiedzy zlem a mniejszym zlem. Niestety ciezkie decyzje to czesc naszej ziemskiej egzystencji.

U nas wyborow takich ostatnio bylo kilka. Nie bede ich tu wszystkich opisywac, skupie sie na jednym z nich. Tym, ktory najblizszy jest memu sercu i myslom. W celu rozwiazania problemu naturalnie liczyc moglam na meza, ktory zawsze wesprze dobrym slowem i rada, jednak ostateczna decyzje podjac musialam juz sama, gdyz tu chodzi o moj organizm i moje zdrowie.


Mozliwe, iz niektorzy z Was pamietaja o moim planowanym, prewencyjno-leczniczym, zabiegu konizacji szyjki macicy. Jesli nie odsylam do Ide pod skalpel

Przeszlam juz wszystkie  badania przygotowujace do zabiegu, wlacznie z wizyta anestezjologiczna. Praktycznie rzecz biorac czekalam jedynie na sygnal ze szpitala z wyznaczona data operacji, co nie jest takie proste jakby sie moglo wydawac. Z racji, iz zabieg wykonywany jest na ''sprawach kobiecych'' liczyc sie trzeba z ''kolezanka'', ktora natarczywie odwiedza nas co miesiac. Telefon ze szpitala zadzwonil juz cztery razy, ale z roznych wzgledow (rowniez z tego wspomnianego powyzej) do operacji do tej pory nie doszlo.Troche  mnie to martwilo, gdyz chcialam miec  juz ten zabieg z glowy i po prostu zamknac rozdzial pod tytulem''brodawczak ludzki''. A teraz, gdy na swiatlo dzienne wyszly inne fakty wszystko mi sie wywrocilo o 180°.

Przy okazji ostatnich wakacji, mialam w koncu okazje porozmawiac ze znajoma ginekolog (Panna Mloda), ktorej z wiadomych wzgledow wczesniej nie chcialam zawracac glowy. Zadalam jedno proste pytanie ''jak odbywa sie zabieg'' i przez chwile poczulam sie jakbym otworzyla puszke Pandory...''NIE...przedwczesny porod,,,slaba szyjka..,poronienia....problemy z donoszeniem ciazy...zwiekszone ryzyko...krotsza szyjka...szef okrezny...pozne poronienia (18 - 20tc)...na Twoim miejscu bym tego nie robila...czeste badania kontrolne...najpierw ciaza...skonsuluj prosze'' 

Powyzszy potok slow znaczy nie mniej nie wiecej jak to, iz udajac sie w chwili obecnej na zabieg, moge dodatkowo oslabic moja i tak juz mizerna szyjke macicy. W koncu poczulam sie zrozumiana...ktos dla kogo nie bylam po prostu kolejna pacjentka doradzil mi prosto od serca a ja ta rade wzielam mocno do siebie. Znajoma polecila mi skonsulatowac sie z jeszcze jednym ginekologem, a w miedzy czasie umowic sie na badania (kolposkopia i wszystko co z nia zwiazane),

NIE DAM SIE POKROIC...JESZCZE NIE TERAZ!!

Tak, jestem mama cudownego wczesniaka, ktory doskonale sie rozwija. Chlopca, ktory mimo, iz urodzony 28+5 praktycznie nie odstaje od swoich rowiesnikow i stopniowo dzielnie pokonuje wczesniacze przypadlosci. Po ziemii stapa znacznie wiecej takich cudow niz nam wszystkim mogloby sie wydawac. Niestety nie wszystkim poszczescilo sie tak jak nam. A ja kusic losu nie chce, bo nikt nie da mi gwarancji, ze jesli urodzilabym kolejnego wczesniaka wszystko potoczyloby sie tak jak ze Stefkiem.
Poronienia sa czyms starsznym i zal mi wszystkich kobiet, ktore zmuszone zostaly przez to przejsc. Jednak pozne poronienia czyli te w okolicach 18 - 20 tc sa w moim wyobrazeniu czyms nie do pomyslenia. Nie wiem czy potrafilabym sie po czyms takim podniesc.

Na dzien dzisiejszy badania umowione na padziernik. Telefoniczna konsultacja z polecana ginekolog zalatwiona, Po przedstawieniu ogolnego zarysu mojej sytuacji zdrowotno- ciazowej pani poparla mlodsza kolezanke (znajoma) i jako, ze pracuje  rowniez w szpitalu zobowiazala sie uczestniczyc w moim badaniu. Jak to odpowiedni znajomi potrafia czlowiekowi nowe drzwi otwierac,

Podsumowujac. Jesli ''moj brodawczak'' jest nadal w fazie CIN I lub chwilowo zniknal  powinna to byc odpowiednia pora na starania nad powiekszeniem rodziny. Smutne to troc.he, ze musze planowac, a nie po prostu zdac sie na los. Coz...zycie i zdrowie sa najwazniejsze!!

 Czy konizacja moze przyczynic sie do przedwczesnego porodu? - jednoznacznej odpowiedzi nikt Ci nie da. Jak to w medycynie bywa, ile lekarzy tyle opini. Jedni sa przekonani, ze tak. Inni nieco bagatelizuja sprawe, ze niby tak do konca tego nie udowodniono. A ja sie po prostu boje i wole dmuchac na zimne!!

Na chwile obecna zabieg odkladam na blizej nieokreslona przyszlosc. Oczywiscie jesli wszystko pojdzie po naszej mysli, dlatego tez kciuki mile widziane :)

Pozdrawiam,

Ewa

niedziela, 21 września 2014

Lodoweczko lodoweczko powiedz przecie...


Zabawe polegajaca na zaprezentowaniu frontu swojej lodowki zainspirowala Ala z bloga Moje wirtualne cztery katy. Jako, ze pomysl bardzo mi sie spodobal, miedzy innymi ze wzgledu na swoja orginalnosc, bohaterka dzisiejszego wpisu jest wlasnie nasza lodowa :)

Mialam troche watpliwosci bo widzac Wasze uporzadkowane lodowki troche wstyd mi bylo wstawiac nasz bajzel, ale jak to napisala Szczypta - to nie balagan a artystyczny nielad :), tak wiec oto ona (a raczej jej polowa):


Niestety zdjecia nie sa najlepsze, gdyz kuchnie mamy mala a lodowka duza i troche musialam sie nagimnastyykowac aby ujac chociaz jej gorna czesc.


Po prawej stronie widac kartka pocztowa od Ali :) Z lewej paragony z  zakupow odziezowych dla syna z ostatniego tygodnia. Jest tez rowniez kilka kuponow znizkowych do pobliskiego hipermarketu np. na porto marki Sandman (swoja droga trza wykorzystac zanim skonczy sie termin waznosci).

W samym centrum zaczatek listy zakupow. A po jego prawej stronie  kwit poswidczajacy wrzesniowa konserwacje naszej klatkowej windy.

Zdecydowanie najwieksza czesc frontu zajmuja jednak moje bazgroly przedstawiajace 5 wariantow podrozy na swieta do Polski, z uwzglednieniem cen przelotow, godzin i kompani lotniczej. Wiem maniak jestem :)


Na lodowce natomiast maszyna do chleba, z ktorej jednak ostatnio korzystamy niezwykle rzadko.


Jak widac na zalaczonych zdjeciach caly ten nasz artystyczny nielad podtrzymuja magnesy. Najdluzej goszcza u nas pilkarze, ktorych znalezlismy bodajze w szescipoakach Actimela. Magnez ze slonecznikiem zawierajacy ''siostrzana'' sentencje podarowala mi kiedys moja siostra. Kartki pocztowej od Alicji pilnuje Matka Boska z Lourdes :) Jest i drewniany misiek, ktorego podarowala nam bratannica meza. Aniolka natomiast otrzymalismy z okazji chrztu swietego syna naszego swiadka. Jest i uroczka biedroneczka decu, ktora otrzymalismy od Totowej mamy.

Jak widac jest rowniez i kilku ''rozbitkow'', ktorych ceramiczna czesc nie przetrwala dotyku synowskich rak i ostaly sie po nich jedynie ''dupki'' :)

sobota, 20 września 2014

Zasmarkane wiewiorki

Nie taki mial byc ten post, W sumie to mialo go jeszcze nawet nie byc, ale niestety musze uwolnic emocje...po prostu musze bo cala sie w srodku gotuje.

Stefi w czwartek powedrowal do przedszkola, zlobka, klubu malucha czy jak to sie jeszcze inaczej nazywa. Ciezki sprawdzian dla syna, jeszcze ciezszy dla rodzicow, zwlaszcza dla mamy.  Na wejsciu tradycyjna rozpacz, ktora towarzyszy nam zawsze gdy poznajemy nowe miejsca...po prostu dziecie nasze wychodzi z zalozenia, iz ''przezorny zawsze ubiezpieczony'' i na wszelki wypadek, jakby akurat w miesjcu tym byli lekarze, ostrzegawczo prostestuje i daje nam ostatnia szanse (zanim odstawi scenke) by zabrac go do domu.

M. w czwartek wzial dzien uropy by rodzinnie przejsc przed pierwszy przedszkolny dzien syna.

Grupa WIEWIOREK (tak nazywa sie placowka) liczy dziesiecioro dzieci (docelowo 16), ktorymi zajmuja sie dwie panie plus trzecia sprzatajaca i pomagajaca przy drugim sniadaniu.

Szczerze napisze, iz spodziewalam sie czegos bardziej przytulnego z kolorowymi scianami, czegos co samo zacheca dziecie do zabawy. Tymczasem struktura jest raczej chlodna, przynajmniej na pierwszy rzut oka takie sprawia wrazenie.
Zabawek jest jednak sporo - od klockow, przez samochody, lalki po ksiazeczki i inne grajace wynalazki ludzkosci. Pierworodny niemal od razu odkryl plastikowa wanne wypelniona kolorowa maka, w ktorej lyzeczkami kopaly dzieci...kopal i On, wypelnial kubeczki...przesypywal...Cudnie, nasz maly alchemik uwielbia takie atrakcje!!

Na drugi ogien poszla drewniana kuchnia...byla i pralka, wiec wstawil pranie, tylko ''mamo czemu to sie samo nie kreci tak jak w domu?''


Co do samego wdrazania syna w przedszkolne klimaty to wyobrazalismy soebie ten proces zupelnie inaczej. Tymczasem, pierwszego dnia kazano nam zostac z synem, aby na spokojnie poznal nowe srodowisko i po 1,5h wrocilismy do domu. W piatek natomiast po ok. 40 minutach zabawy mama zostala poproszona o wyjscie na dluuuuga kawe. Syn przy pozegnaniu nieco zalal sie lzami, pozniej podobno byl spokojny i uczestniczyl w zabawie...Po powrocie zastalam Stefka nieco przybitego - sprawial wrazenie jakby byl chory, a moze po prostu smutny?! Po drugim sniadaniu zabralam pierdworodnego do domu.

Juz po poludniu czulam jednak, ze cos jest nie tak. Kichniecie gonilo kichniecie...a wieczorem pojawil sie katar, zapchany nochal i pokaslywanie. W ruch poszedl inhalator, woda morska, plukanie nosa i kropelki.. Noc byla straszna,..z takim przeziebieniem chyba jeszcze nie mielismy nigdy do czynienia. Ste chcial spac, ale zapchany nochal skutecznie mu to utrudnial...wil sie w lozku i plakal z zamknietymi oczami. Gdy go takiego widzialam to serce sie krajalo. Zakrapialismy nos co na chwile dawalo mu ulge i pozwalalo zasnac...usilnie probowal oddychac przez nos, co sprawialo wrazenie jakby lezal kolo mnie stary traktor!!

Wiedzialam, ze przedszkola to skupiska bakteri. Ze syn na pewno predzej czy pozniej zachoruje. Ze to normalne, musi nabrac odpornosci...wyrobic sobie przeciwciala.  Zaistniala sytuacja o wiele przeszla moje najczarniejsze oczekiwania...Dziewczyny ON tam byl dwa dni...DWA DNI - lacznie niecale CZTERY GODZINY (1,5h pierwszego dni i 2h drugiego) i juz chodzi z gilami do pasa. Moze jestem przewrazliwiona matka. Na pewno nia jestem, wybaczcie jednak ludzie drodzy, ale stan w jakim niektorzy rodzice przyprowadzaja do placowek oswiatowych swoje dzieci pozostawia wiele do zyczenia.

Totalnie brak respektu wobec wlasnego dziecka, ktore zasmarkane snuje sie po katach, jak i dla zdrowia innych. No bo jak to inaczej nazwac gdy ojciec przyprowadza dziecko i na samym wejsciu mowi ''Ricky'' bedzie gdzies na 50%. Jak spojrzalam na to dziecko to mialam ochote chwycic syna i wiac gdzie pieprz rosnie. Przesadzam? Pewnie tak! Ale czy inni rowniez nie przesadzaja? Wiem, katar to nie choroba - OK. Dla nas jednak i katar byl potencjalnie niebezpieczny i w sumie to nadal jest...chronilismy syna przez pierwsze dwa lata zycia (tak jak nam przykazano w szpitalu)...obecnie nieco odpuscilismy, co nie znaczy, iz sie nie martwimy.

Pogodzilam sie z tym, iz Stefek idac do klubu bedzie czesciej chorowal. Nie myslalam jednak, iz nadejdzie to tak szybko - jestesmy wciaz we wrzesniu, gdzie temperatury dochodza 30 stopni Celsujsza. Z niepokojem patrze wiec w przyszlosc!!

Zla jestem na innych, moim skromnym zdaniem, nierozsadnych rodzicow, Ten sam tata co w  czwartek twierdzil, iz jego syn jest na 50%...w piatek przyprowadzil dziecko z czerwonymi, zalzawionymi oczami, z gilami do pasa i poteznym kaszlem. Na 10 dzieci 5 bylo zakatarzonych - OK, akceptuje to, ale ten chlopiec na pierwszy rzut oka bylo widac, iz naprawde jest chory...do tego stopnia, iz panie nauczycielki stwierdzily, iz trzeba bedzie temperature mu zmierzyc.

Nie godze sie na to. Po prostu NIE!!

Stef cale szczescie goraczki nie ma (odpukac!!)...gilon totalnie zapchany i  pokalsuje (mam nadzieje, ze to jedynie splywajacy do gardla katar). W sam raz na weekend. Pewnie bedziemy walczyc z przeziebieniem przez tydzien...w czwartek pojdzie do przedszkola i co?....i mam nadzieje, ze znow nie wroci zasmarkany.

Co do zachowania syna, to musze podreslic, iz jestem z niego dumna. Nie obylo sie bez lez i proby dezercji...dzielnie jednak zniosl separacje, choc zdaje sobie sprawe, iz to nie koniec i wiele jeszcze lez wyleje w najblizszych tygodniach. Na ta chwile, poszlo jednak lepiej nizbysmy sie tego mogli spodziewac.


środa, 17 września 2014

Puglia 2014 - Monopoli


  W srode z rana pogoda nastrajala malo optymistycznie. Wiatr wiatrem, ale ten okropny deszcz. Na pocieszenie w srode zaczeli zjezdzac sie nasi znajomi. Pierwsi zladowali, w przenosni i doslownie (bo przylecieli samolotem z Bolonii) wujek Paolo ze swoja niedawno poslubiona druga polowa Miosotis, ktorzy stacjonowali w tej samej strukturze co my. Jako, ze juz od rana mielismy towarzystwo udalismy sie razem na spacer i zwiedzanie okolicy.







Wedrowalismy nadmorska promenada, podziwiajac widoki i narzekajac na czarne chmury na horyzoncie. Mimo kiepskiej aury i wiatru absolutnie nie bylo zimno. W drodze na Starowke otoczona murami, nie omieszkalismy odwiedzic zamku Karola V i portu. Centrum miasta bylo dokladnie takie jakiego spodziewalabym sie po poludniowych Wloszech. Stare budownictwo, biale domki, waskie ulice...


Niestey, ze wzgledu na noce opady taras widokowy byl zamkniety.

Brama do portu.

Czapka to nie ze wzgledu na zimno a silny wiatr.

Widzicie te chmury...??

I gdy dzien wydawal sie juz stracony i myslelismy, ze o plazowaniu mozemy na ten dzien zapomniec niespodziewanie slonce wygralo z chmurami i zrobilo sie naprawde goraco. Ruszylismy wiec na podboj plazy znajdujacej sie zaledwie 500metrow od naszego B&B. Woda byla cudownie czysta, przejrzysta, cieplutka a wiatr podbijal fale. Stefek dostal swoje zabawki do piasku i byl w siodmym niebie.
...zaledwie 2h pozniej!!



Okropni rodziece, zwlaszcza tata, postanowili jednak syna na sile uszczesliwiac, no bo jak to tak byc nad morzem i do wody nie wejsc. No nie da sie!!







Mamuska sie wdzieczy do zdjecia a syn obrazony.



Czyzby za duzo slonca?

Relaks!!

A to juz dzien pozniej i czwartkowy poranny spacerek wzdluz morza i nie tylko!!




W sobote ekipa zaczela sie kruszyc, ale i tak zdarzylismy jeszcze zaliczyc wspolny spacer i plazowanie.



Stef wiercipieta!!

'''A co mi tam wyrwe matce wlosy' :)''


Spotkanie na szczycie ;)



Wstydzioch?

''O tak tego wujka to ja bardzo lubie...Iphoenm da sie pobawic'' :)

40stka na karku a zachowuja sie jak dzieci!! :D

Niedziela natomiast byla dla nas...Ty my, morze i upaly, ktore na nowo nawiedzily miasto. Poczatkowo, gdy zostalismy sami, zrobilo mi sie nawet nieco smutno, bo do tej pory otoczeni bylismy przyjaciolmi, a przebywanie w zgranej paczce sprawia wiele przyjemnosci. Smutek odszedl jednak jeszcze szybciej niz przyszedl by rodzinnie przezyc ostatni dzien urlopu 2014 roku :)




Tato, czytasz?

Ratunku...ludzie pomozcie mi wyjsc z tego wiezienia!!



Miejscowka pierwsza klasa :)









Na kazdym kroku widac bylo kult oddawany swietym. Sklepy, apteki przyjmowaly imiona swietych...nawet miesny nie byl ''u frania, kazia czy teresy'' a Swietego Antoniego ;)


                                                                                                                                                                    Monopoli noca !!