niedziela, 31 sierpnia 2014

CIAO CIAO

   Dwa dni z dala od wirtualnego swiata i zebralo mi sie nieco zaleglosci, nadrobie wkrotce. Obiecuje!!

Tymczasem pozdrawiam serdecznie i zegnam sie na chwilke, bo jutro czeka nas to Perugia - Monopoli. Pierwszy raz jedziemy w tak daleka trase ze Stefkiem na pokladzie. Przed nani 600km. Wyjazd zaplanowany na 7:00!!

W czwartek wesele.

Wracamy za tydzien!!

Postaram sie odezwac jak dojedziemy na miejsce i w miare mozliwosci nadrobic nieco czytelnicze zaleglosci.


Padam na twarz, gdyz wbilam sobie to glowy, ze musze posprzatac przed urlopem cale mieszkanie - nie lubie wracac do syfu!! Udalo sie, ale kregoslup narzeka.

p.s.Trzymajcie prosze kciuki abysmy dojechali szczesliwie na miejsce i by prognozy pogody na najblizszy tydzien przestaly straszyc!! Z gory dziekuje :)

Ciao ciao :)

czwartek, 28 sierpnia 2014

Podslyszane na placu zabaw

W rolach glownych tata M. i syn S. oraz para staruszkow.

Stefano biega po placu zabaw, podchodzi do zjezdzalni, probuje wejsc, ale srednio mu to idzie. Nie marudzi jednak i nie szuka pomocy rodziciela a kontynuuje samodzielne proby wdrapania sie na wspomniany obiekt.

M. nie reaguje, stoi oparty o pobliska lawke, obserwuje tok zdarzen, w razie potrzeby gotowy do interwencji.
Na lawce za plecami taty siedzi para staruszkow. Nagle rodzicielskich uszu dochodzi najpierw pospieszny niezrozumialy szept Pani a nastepnie dezaprobata w odpowiedzi Pana siedzacego obok (zapewne meza): ''A Ty znowu! Przestan, prosze Cie nie zaczynaj ponowownie...toz to jego ojciec, wiec chyba wie co robi.''

   Jak widac, bardzo owej Pani lezalo na sercu zdrowie i zycie naszego syna. Dziekujemy za troske!! Zapewniam jednak, iz nam na zyciu i zdrowiu Stefka zalezy rownie mocno...w sumie bez cienia watpliwosci moge stwierdzic, iz zalezy nam na tym o wiele wiele bardziej niz owej staruszce :D

środa, 27 sierpnia 2014

Dwulatek u laryngologa

   I wez tu matko badz spokojna jak dziecko dzien Ci zaczyna od upadku z lozka. Nie wiem jak to sie stalo...sceny nie widzialam...do pokoju weszlam na sam final i doslownie serce mi stanelo w piersi gdy syn sturlal sie z lozka i z impetem walnal o podloge. Rzucilam wszystko co w reku trzymalam by zebrac z podlogi i przytulic syna...chwilowe zacmienie umyslu mego spowodowalo werbalny atak na meza, ze dziecka nie dopilnowal.

Nie o tym jednak mialo byc.  Dwulatek u laryngologa, tylko ten kto sam tego doswiadczyl wie co to oznacza. Od tygodnia pisalam sobie w glowie czarne scenariusze, nie dlatego, ze Stefkowi cos dolega (miala to byc jedynie rutynowa wczesniacza kontrola jakich wiele), ale z uwagii na to, iz w pamieci wciaz mialam zeszloroczne spotkanie z owym specjalista. Syn byl wtedy bardzo na ''NIE'', ale z roczniakiem..nieco na sile, ale jakos sobie poradzilismy. Dwulatek jednak, jesli nie chce buzi otworzyc to i sila nic nie zdzialasz.

Weszlismy...rozejrzal sie i w tyl zwrot...Pani dokor przyniosla jednak ogromne pudlo klockow duplo, syn zajal sie zabawa a my moglismy spokojnie porozmawiac. Nadeszla pora badania, zasiedlismy na krzesle (Syn na kolanie u mamy), Pani naprzeciwko nas - jak tylko Stef dojrzal ''kask ze swiatelkiem'' na glowie Pani doktor postanowil, ze wspolpracowac nie bedzie - Pani jednak obiecala, ze nie bedzie swiecic po oczch (co zawsze robia okulisci), wiec laskawie dal sobie zajrzec do nosa. Pozniej szukalismy mrowek w uszach...poszlo. Nadeszla chwila na zajrzenie do gardla...pierworodny w tym wlasnie momencie postanowil byc nad wyraz grzecznym i dobrze wychowanym chlopcem i jezyka pokazac nie chcial no bo jak to mowia ''nie wytykaj jezyka bo ci krowa nasika''. Siedzielismy wiec w trojke (rodzice i pani doktor)  z wywalonymi jezorami, jakbysmy uczestniczyli w mistrzostwach na najdluzszy jezyk...a Stefi patrzal na nas jak na idiotow. Ostatecznie usta otworzyl na tyle by Pani na szybko mogla looknac na migdalki i sprawdzic miesnie jezyka poprzez sledzenie jezykiem drewnianej paleczki.

Na sam koniec Stef dostal sluchawke z muzyka, ale widac bylo, ze ma wyraznie dosc, bo mimo, iz muzyke kocha nie chcial tego dziwnego czegos na glowie trzymac.

Badanie dobieglo konca, Stefano zeskoczyl mi z kolan, zlapal moja torbe, pokiwal Pani doktor, szybkim zwinnym ruchem otworzyl drzwi i niecala minute pozniej stal juz na korytarzu :)

Wszystkie pomiary wyszly prawidlowo. I wiecie co, dumna bylam z syna, iz mimo poczatkowych oporow dal sie ladnie przebadac!!

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Widze czarne oczy!

Jego piekne czarne oczy
...
Ich nie przeoczysz.
Wiem, ze nie!!
w trzeciej dobie

w czwartej dobie

Jako, ze pierworodny jest z gatunku twardzieli, to nawet nie zorientowalismy sie jakie limo sobie nabil. Zakwilil, przyszedl sie przytulic i pobiegl dalej broic...dopiero godzine pozniej na spacerze zauwazylam spuchniety luk brwiowy i powieke. Dzien pozniej byly juz wszystkie kolory teczy i dwudniowa przymusowa separacja z okularami.  Zdjecia nie przedstawiaja pelnego ''uroku'' czarnych oczu. Na chwile obecna najgorzej wyglada powieka, ktorej nie mozna niczym smarowac!!

piątek, 22 sierpnia 2014

Organizatorka

Rozmowa M. z jego rodzicielka:

- Twoj brat zarezerwowal wczasy. Moglbys zaproponowac podwiezienie ich na lotnisko (Uwielbiam te organizatorskie podchody tesciowej...az wlos mi sie na glowie jezy).
- Kiedy leca i gdzie?
- We wtorek, 19 sierpnia na Sardynie.

kilka godzin pozniej rozmowa M. z bratem:

- Zarezerowalem wakacje...moglbys nas podrzucic na lotnisko? Lecimy na Sycylie, 27 sierpnia.


Nie ma to jak umawiac sie z tesciowa!! Kto by patrzal na takie drobne szczegoly jak data. Sardynia czy Sycylia - zawsze to wyspa, a czy to takie wazne ktora? :P

czwartek, 21 sierpnia 2014

Wspomnien czar - Moj Ci On - Andaluzja on the road

Sobota, 20 sierpnia 2011. Sloneczna aczkolwiek wietrzna pogoda. Niestety nie brakowalo zlych emocji. Mimo wszystko dzien  ten na zawsze pozosatnie w naszej pamieci jako jeden z najcudowniejszych w naszym zyciu.







Wloska mafia...spoznieni jedynie o akademicki kwadrans :D

Ryz...kto to wymyslil?!

Polak z Wlochem przy kielichu zawsze sie dogadaja ;)



Oczepiny. Bariera jezykowa nie stanowila problemu dla swoietnej zabawy. 

Przed weselem obaw bylo wiele...czy jedni z drugimi beda potafili sie dogadac? Czy Wlosi beda chcieli  sie bawic...M. przekonywal, ze Wlosi wodki pic nie beda!! Sprowadzilismy wiec wloskie wina. A tymczasem...Italiancy byli krolami parkietu...wybawili sie za wszystkie czasy (do dzis dnia wspominaja polskie wesele) a wino...wino popijala moja rodzina przez nastepne dwa lata ;)

A kilka dni pozniej wyruszylismy na nasz miodowy Spanish on the road - Andaluzja + Barcelona :)

Wyladowalismy w Barcelonie, na zwiedzenie ktorej mielismy jedynie dwa dni. Sprezalismy sie jak tylko moglismy, wychodzilismy z hotelu rano, wracalismy na noc. Stanowczo za malo czasu, nogi wchodzily nam w cztery litery...

Sagrada Familia

Sagrada Familia - na wiezy!!

Parc Güell, z Barcelona w tle.

Casa Batlló

Parc Güell

W niedziele wieczorem zaladowalismy nasze zacne zadki do Trenhotel, by obudzic sie w Granadzie, gdzie juz czekal na nas wynajety samochod. 



Alhambra di Granada

Alhambra

Jeszcze tego samego dnia wieczorem znalezlismy sie w Kadyksie, miejscowosci uroczo polozonej nad samym Atlantykiem. Stanowic on mial nasza baze wypadowa do zwiedzania Cordoby i Sewilli. Bylo cudnie, na przelomie sierpnia i wrzesnia turystow bylo niewielu i to glownie Hiszpanie.

Puerta de Tierra - Kadyks

mniam :)
Castello di San Sebastian
Nie zadzieraj z oceanem ;)

Cordoba

La Mezquita - Cordoba

Sewilla



Marzy mi sie by kiedys tam wrocic. Poki co pozostaja wspomnienia. Piekne wspomnienia, choc lot powrotny do Wloch myslalam, ze bedzie ostatnio rzecza jaka zrobilam w moim zyciu. Jak widac, na szczescie, mylilam sie!!

środa, 20 sierpnia 2014

Spontaniczny wtorek

   Budzik oznajmil mezowi, ze czas wstawac...gdy on biedny zwleka sie z lozka by zarabiac pieniazki, ja zwykle przewracam sie na drugi bok i spie dalej. Nie tym razem...moje ramiona ogarnal chlod, a ze ja cieplolub jestem stwierdzilam, ze i tak juz nie zasne, wiec powedrowalam do kuchni na wspolne sniadanie.

Akcje wybudzanie syna podjelam o 8:30 brutalnie podciagajac mu rolety i wpuszcajac do sypialni promienie sloneczne.

Posilony pierowrodny dumnie zasiadl na tronie i ku ogromnej radosci mamuski wypelnil go zawartoscia swoich jelit. 
Uznalm to za znak by po raz enty sporobowac pozbyc sie pampersiora. Na synowski tyleczek trafily majtochy a do jego malej glowki trafic mialy tlumaczenia rodzicielki, iz potrzeby fizjologiczne zalatwiany na nocniku. 

Z pralki spogladalo na mnie pudelko z farba do wlosow...jako, ze humor mialam dobry spontanicznie postanowilam odswiezyc wyplowialy juz kolor. Na sam koniec do lazienki wkroczyl syn. O ile majtki na pupie pozostaly o tyle mamine madrosci ulotnily sie z predkoscia swiatla...stanal, spojrzal na mnie zwrokiem niczym kot ze Shreka...i polecialo. Wytarlam a troche to trawlo bo ze swiezo umtych wlosow wciaz kapala mi woda.

Coz, nie od razu Rzym zbudowana, pomyslalam. Na synowska pupe trafily majtki numer dwa a do glowki zostal wystosowany kolejny, tym razem blagajacy, apel. Nic z tego...o 10:00 mialam zalana lazienke, salon i szuflade (a wniej papiery do pakowania prezentow). 

Gatki numer trzy w akcji i wysadzanie co 20 minut, nie uronil ani kropli. 

Dobry humor zaczal pryskac - pampers na tylek i spacer. Pobiega na pilka, zmeczy sie to po obiedzie pieknie zasnie a ja w koncu napije sie kawy. Do cholery pilka w samochodzie...a samochodem ojciec do pracy pojechal.

Obiad wszamal bez mrugniecia okiem. A gdy pozytywnie zareagowal tez na haslo drzemka (czyt. bez marudzenia poszedl do sypialni i wdrapal sie na lozko) mama Ewiczka juz myslami wyobrazni widziala siebie z wyciagnietymi nogami na kanapie, z ksiazka w rece i kawa na stoliku. Zdjal okulary, polozyl sie i...i zaczela sie gimnastyka, jakby mi sie syn na spektakl w cyrku przygotowywal (moze robi tam po godzinach?). Kolysanki cicho pobrzmiewaly w tle, oczy sie powoli zamykaja. Nie, nie Stefankowe - moje!! Kawy...kofeiny potrzebuje!! Miarka sie przebrala gdy po prawie 50 minutach wiercenia sie, kopania matki po nogach, rzucania sie z glowa na poduszke - Syn usiadl i walnal wielkiego beszczelnego ''banana''. Tyle wyszlo z poobiedniej drzemki.


Kilka godzin pozniej zdalam sobie sprawe, iz do naszego wyjzadu na wesele polaczone z wakacjami pozostaly niecale dwa tygodnie. Rzut okiem na zarosnietego syn i kolejny spontan tego dnia - fryzjer. Oczy ze zdumieniem przecieralam na widok opadajacych na podloge wlosow. Wlochate mam dziecko, coz w polowie Wloch, wiec w sumie to zrozumiale :P Poszlo szybko i sprawnie, syn zajety fryzjerskim ekwipunkiem dal sie pieknie obgoli, choc peleryny w dalszym ciagu zalozyc sobie nie da. W konsekwencji powyzszego po strzyzeniu wlosy ma doslownie wszedzie. Widzac jak sie biedny otrzepuje i drapie obiecalam mu, ze po powrocie do domu bedzie mogl sie troche wypluskac w wanience.
Nie zdarzylismy jeszcze porzadnie wejsc do mieszkania a ten juz lecial z wanienka przez przedpokoj. I tu mnie oswiecilo...czyli Ty mnie synu moj kochany slyszysz doskonale. Znaczy sie pamiec masz wybiorcza albo po prostu masz gleboko w powazaniu moje wyklady na tematy nocnikowo-pampersowe?!

Wykonczona intensywnym dniem nie mialam najmniejszej ochoty na gotowanie, pobieglam wiec do pobliskiego marketu po salatke z pszenicy orkiszowej, ktora zajadamy sie zwykle latem. Szybko, zdrowo i smacznie :) Przy sklepowej ladzie wpadlam na kuzyna meza z rodzina...po wymianie ochow i achow, kuzyn zadzwonil do meza i godzine pozniej siedzielismy wszyscy razem w pizzerii.  My moglismy kontynuowac ''ochy i achy'' a nasze dzieci integrowaly sie zajadajac kamienie badz ganiajac miedzy drzewami!! Bylo przesymaptycznie :)

Po ponad 14 godzinach na nogach (bez przerwy) Stefano w drodze powrotnej padl. Czasami wydaje mi sie, ze pierworodny to na duracellach jedzie!! Chcialabym miec tyle enrgii co on :)



poniedziałek, 18 sierpnia 2014

FERRAGOSTO czyli dlugi weekend po wlosku

   Termin ''ferragosto'' - wywodzi sie od laciniskiego wyrazenia ''feriae Augusti'' oznaczajacego doslownie ''odpoczynek Augusta''. Wskazuje ono bowiem na swieto ustanowione w XVIIIwieku p.n.e przez cesarza Augusta w celu uczczenia zakonczenia zniw i innych glownych prac rolniczych, a takze aby zapewnic pracownikom odpowiedni okres odpoczynku po ogromnych wysilkach minionych tygodni. Ferragosto obchodzimy 15 sierpnia czyli w dniu w ktorym kosciol katolicki obchodzi swieto Wniebowziecia Najswietszej Maryi Panny. W Polsce natomiast, jak zapewne wszyscy wiemy, tego dnia obchodzone jest rowniez Swieto Wojska Polskiego.

Jako ciekawostke dodam, iz w jezyku wloskim nazwa osmego miesiaca roku wywodzi sie wlasnie od wspomnianego powyzej cesarza i nosi nazwe ''AGOSTO''.

  Wobec powyzszego dlugi weekend mielsimy i w slonecznej Italii. W sumie to nadal mamy gdyz maz zaplanowal sobie wczesniej, ze pojdzie dzis oddac krew dlatego tez do pracy nie poszedl. W IT bowiem honorowi dawcy krwi moga wybrac dzien wolny od pracy (pelnoplatny) wlasnie w celu oddania krwi, nie muszac w ten sposob naruszac ustawowo przyslugujacego im urlopu.
 Maz, juz od wielu lat, dwa razy w roku oddaje krew. Sama chetnie bym do uczynila, ale z racji bycia ''chudzielcem pospolitymm'' nikt mojej krwi nie chce!!

Wracajac do weekendu pogoda dopisala. Syn nawet popluskal sie nieco w swoim dumchanym pontono-basenie. Wiekszosc czasu spedzilismy poza miastem, na dzialce u kuzynki meza...Stefek biegal jak szalony, nosil wode, podlewal trawe, gonil psa - a wszystko to z ogromnym usmiechem na ustach :)  A po kolacji obserwowalismy niebo w poszukiwaniu spadajacy gwiazd...i nawet mi sie poszczescilo!!

Zdjec nie ma bo wiecie co nie wystarczy aparatu zabrac, trzeba go jeszcze z torby wyciagnac i pstrykanc - ehhh. ;)

sobota, 16 sierpnia 2014

ZGADUJ ZGADLUA

Kto zgadnie co takiego jadlem? 

czwartek, 14 sierpnia 2014

TROCHE WODY DLA OCHLODY

Z pragnienia na pewno nie zginie ;) 

środa, 13 sierpnia 2014

SIOSTRA

   Siostra - to ktos o kim dziewczynki jedynaczki czesto marza. Ja marzyc nie musialam. Odkad pamietam zawsze bylysmy razem. A. jest ode mnie mlodsza o rok (16 miesiecy), pamiec moja nie siega tak daleko aby przypominac sobie czasy gdy jeszcze bylam jedynaczka.

Czesto sie klocilysmy, popychalysmy, jak to w przypadku dzieci bywa. Najgorszy byl okres dorastania - bylysmy jak ogien i woda...dwa przeciwne sobie zywioly. Chodzilysmy razem do przedszkola, podstawowki (od drugiej klasy - siostra zaczela pierwsza klasa, ale pol rok pozniej przesunieto ja rok wyzej, gdyz nudzila sie na lekcjach!!) i liceum...praktycznie zawsze w jednej lawce, wspolne podreczniki. Padalo wiele gorzkich slow, chwilami sie nie znosilysmy.

Wszystko zaczelo sie zmieniac po maturze, gdy A. po smierci dziadka przeprowadzila sie do babci. Mimo, iz nadal czesto sie spotykalysmy (wybralysmy ten sam wydzial, ale inne kierunki) nasze stosunki zaczely sie poprawiac. Mialysmy wiecej swobody, nie czulysmy sie przytloczone jedna przez druga...chetniej przebywalysmy w swoim towarzystwie, jezdzilysmy razem na wakcaje. Mialam dobry kontakt z chlopakiem siostry, razem wkurzalismy sie na nasza ''terrorystke'' :D Po slubie siostry i jej pierwszej ciazy stalysmy sie sobie naprawde bliskie. Bez cienia watpliwosci moge napisac, iz A. jest moja przyjaciolka i bardzo mnie to cieszy :)


Kilka miesiecy temu pisalam klik Obiecalam napisac wiecej gdy sprawa sie wyjasni i tak tez czynie.



Zdjęcia pochodzą z oficjalnego serwisu fotograficznego Kancelarii Prezydenta RP.  Zrodlo


  Czy zazdroszcze? Nie ani troche....gdy siostra zadzwonila i przerazonym glosem wydukala, ze to wlasnie ja KRS uchwalil na dane stanowisko cieszylam sie razem z nia. Moze nawet bardziej niz Ona. Nie chodzi o to, ze nie mam ambicji, ale z sukcesu mlodszej siostry dumna jestem jak paw. Decydujac sie na wyjazd za granice wiedzialam, ze blyskotliwej kariery we Wloszech nie zrobie, Wybralam milosc i nie zaluje!!


KARIERA A RODZINA

  Nie chcialam popelniac wpisu na temat trudnego wyboru miedzy kariera a dzieckiem, ktorych wiele w internecie. Wspomne jedynie, iz moja siostra jest mama. Cudowna mama trojki urwisow w wieku 7, 5 i 1. Na pierwszym miejscu zawsze stawiala rodzine...mysli o karierze szly bocznym torem. To zawsze dzieci, ich usmiech i szczescie byly dla niej najwazniejsze. Mimo pracy i zmeczenia zawsze znajduje czas dla swojej gromadki. Nie opuscila zadnego przedstawienia czy przedszkolnego balu swoich pociech, jednoczesnie zarwanymi nocami inwestujac w swoja zawodowa przyszlosc.

A jest osoba ambitna, pracowita, zawsze gotowa pomoc blizniemu (choc straszna z niej balaganiara) - wierzylam, ze daleko zajdzie. Nie wszystkim jednak podobaly sie jej zyciowe wybory. Wydarzenia dni ostatnich pozwolily nieco utrzec nosa niektorym znajomym i rodzinie, ktorzy wraz z pierwsza ciaza spisali ja ''na straty'. No bo jak to tak egzamin na aplikacje sedziowska miesiac  po porodzie. Pamietam nasza wspolna radosc gdy dowiedzialam sie o pierwszej ciazy...pamietam rowniez, jak niektorzy (Ci, ktorzy powinni byli wspierac i cieszyc sie) zawiedli na calej lini.

Druga ciaza - krecenie glowa, ze teraz to juz koniec. No bo jak ona sobie to wyobraza 2 letnia corka i druga w drodze...Trzecia ciaza - dziewczyna oszalala!!

Nie twierdze, ze bylo latwo. Przeciwnie, wymagalo to wiele poswiecenia i dobrej organizacji oraz wielkiego wsparcia ze strony rodziny. Dzieki naszej cioci i babci (zarowno nasza mama jak i siostry tesciowa pracuja) moje siostrzenice nigdy nie chodzily zaniedbane i glodne gdy ich rodzice byli w pracy.

Na jej przykladzie widze, ze mozna odniesc sukces jednoczesnie w zyciu prywatnym i zawodowym.


Wiem, ze emocje zwiazane z nowym stanowiskiem sa wielkie. Nie mniejsze jest i jej przerazenie. Przekonana jestem, iz swietnie sobie poradzi...tak wiec Wysoki Sadzie do roboty ;)


wtorek, 12 sierpnia 2014

Co to bedzie po weekendzie?

   Ano placz i zgrzytanie zebow - zyciowy licznik przeskoczyl na kolejny numer.

W srode, 11 sierpnia 1982, po raz pierwszy wydarlam gardziol ile sil w plucach.

  Trzydziesci dwie wiosny za mna i tylez to razy wytargano mnie wczoraj za uszy.* A tak na powaznie to przeciez mamy tyle lat na ile sie czujemy...a ja zwykle na 32 sie nie czuje, ani nawet na 31 czy 30. Kiedys zdarzylo mi sie przeczytac artykul traktujacy o kobietach po trzydziestce. Dokladniej rzecz ujmujac co tez takiego nie przystoi trzydziestolatce. I wiecie co zupelnie nie pamietam jego tresci. Przeczytalam go z ciekawosci, bo co mi przystoi a co nie oceniam sama a nie wyznaczone przez niewiadomo kogo standardy.


Sniadanie do lozka - cieplutki roaglik z kremem budyniowym :)

M. z rana, mimo dnia wolnego, zwlekl sie z lozka i powedrowal do baru po sniadanie aby moc zaserowac zonie rogalika prosto do lozka. W drodze powrotnej ''ukradl'' kwiatka z ogrodu kuzynki (miala byc roza, ale nozyczek nie zabral - lol). Nastepnie shopping - kupilam sobie na urodziny ciuchy dla syna za 50 euro :) Wieczorem natomiast moi mezczyzni zabrali mnie na kolacje do restauracji i nawet Stefano zrobil mamie prezent i pozwolil rodzicom zjesc pizze prawie na spokojnie ;)

Uplywajacy czas widze jedynie po tym jak rosna dzieci, zarowno Stefano jak i dzieciaki mojej siostry. Moja siedmioletnia chrzesniaczka za kilka tygodniu po raz pierwszy powedruje do szkoly, a ja caly czas w pamieci mam dzien, w ktorym przyszla na swiat i oczami wspomnien widze siebie na szpitalnym korytarzu, tulaca w ramionach ta malenka kruszyne.

O niemilosiernie mijajacych latach uswiadamia mnie jeszcze jeden fakt - wiek celebrytow. Pamietam gdy jako mala dziewczynka wpatrzona w gwiazdy kina dla mlodziezy sprawdzalam o ile sa ode mnie starsi...pozniej bylismy rowni wiekiem...A ci obecnie na topie? Hmmm, nie wiem bo juz nie porownuje...Wyroslam z tego :D

Czuje sie mlodo :) Zycie nie konczy sie po trzydziestce a w dodatku mam to szczescie mieszkac w panstwie gdzie czterdziestolatkowie traktowani sa na rowni z polskimi dwudziestolatkami. Tak wiec doszlam do wniosku, ze w sumie to ja jeszcze nastolatka jestem :)

Swoje jednak przezylam. Jakby nie patrzec jestem dzieckiem PRL i czasami zdarza mi sie wspominac dawne, ciezkie czasy. Zwykle wtedy maz moj dochodzid o wniosku, ze historie tym podobne zdarzylo mu sie sluchac od dziadkow. A moze jestem staruszka w ciele nastolatki :D


* We Wloszech, zgodnie ze starym zwyczajem, osobe obchodzaca urodziny delikatnie pociaga sie za oba uszy, tyle razy ile lat konczy w danym dniu solenizant. Obecnie jest to raczej symboliczne, nikt przeciez nie bedzie ciagnal 50ciolatka piecdziesiat razy za uszy. Skad taki zwyczaj? Musialam zasiegnac informacji u wujka google, gdyz M. nie mial zielonego pojecia gdzie najlezy doszukiwac sie jego poczatkow.

Teori jest kilka, dwie najbardziej popularne przyblizam ponizej:

   Pierwsza korzeni owej tradycji doszukuje w starozytnej wierzeniu, ktore glosilo, iz pociaganie za uszy ma solezizantowi przypominac o uplywajacym czasie, gdyz wedlug owczesnie zyjacych ludzi, pamiec ''zamieszkiwala'' wlasnie w uchu.
    Druga hipoteza pochodzi od przekoniania, iz nos i uszy wydluzaja sie wraz z wiekiem czyli pociagajac za uszy przyczyniamy sie do ich wydluzania, zyczac w ten sposob solenizantowi dojrzalosci w podejmowaniu decyzji.

piątek, 8 sierpnia 2014

Czwartkowo przedweekendowo

  Czwartek mimo, ze uciazliwy dal nam wiele satyskakcji. Spedzilismy go rodzinnie i z usmiechem na ustach.Usmiechem calej naszej trojki a mam nadzieje, ze nasze poczyniania wywolaja usmiech na twarzach kolejnej trojki - urodzinowa paczuszka niespodzianka dla mojej siostrzenicy i jej rodzenstwa wyruszyla w trase do Polski.

----------------------------

  Poranek przyniosl nam nieco bieganiny, ale gdy o 12:40 moglismy odhaczyc kolejna pozycje z dlugiej list ''to do'', maz wydawal sie wyraznie zadowolony. M. twierdzi, iz odbebnienie kazdej kolejnej rzeczy z listy przynosi mu ogromna satysfakcje. Tym razem ja wystapilam w glownej roli - udalo mi sie w koncu zlozyc podanie o obywatelstwo i moze za dwa lata (tyle maja czasu na rozpatrzenie wniosku) podwyzsze statystyki blondowlosych Wloszech ;)

Ostatnio wiele narzekalam na wloska biurokracje. Czas wiec na pochwaly. Tak wydajnego biura jak to, do ktorego udalismy sie wczoraj  jeszcze w moim ponad trzydziestoletnim zyciu nie spotkalam  na swojej drodze. Na maile odpisywali w predkoscia blyskawicy, no dobra w ciagu 24h :) Pani w okienku usmiechnieta, mila i do tego bardzo kompetentna, bez mrugniecia okiem odpowiadala na wszystkie pytania. Cud, miod i malina :)

-----------------------------

Na fali powodzenia i dobrego humoru meza, zona polgebkiem rzucila ''ufff, alez dzis goraco...dzien idelany na basen''. Maz, o dziwo, podchwycil i kilka godzin pozniej pluskalismy sie w jednym z miejskich basenow.



Chwila relaksu i odpoczynku od slonca :)


Wykapany...


...i mina pod tytulem ''no mamo idziesz w koncu?''

----------------------------

A wieczorem...

zasluzone Mojito :)

środa, 6 sierpnia 2014

PRALNIA

   W planach na dzis byly muffinki z jagodami, gdyz mama, po prawie tygodniu, poszukiwan znalazla w supermarkecie owoce lesne. I do tego w promocji, 125g za niecale 2 eurosy, wiec nie moglismy sobie (mama z synalem) odmowic zakupienia od razu 4 opakowan (2 malin i 2 jagod).

Mialy byc, ale nie bedzie!!Synus bowiem zrobil matce ''cudowna'' niespodzianke. Otoz w malej jego lepetynie narodzil sie dzis w nocy/rano ''genialny'' pomysl by pozbyc sie pieluchy. W rezultacie czego znalazlam go dzis rano jak go matka natura stworzyla, pampers w dolnym rogu lozeczka a centralnie na srodku  materaca mokra plama. Wdech...wydech... Takie oto atrakcje zafundowal mi syn jeszcze przed sniadaniem!! Jak widac w temacie odpieluchowywania jak juz jest krok do przodu to chwile pozniej musze byc dwa do tylu.

Sierpien przywital Perugie upalami. Po krotkim spacerze czuje sie bynajmniej konfortowo - pod splywa gdzie tylko sie da. Krolewicz wciaz kaze sie wozic, wyraznie sie oszczedza. Utykania nie zaobserwowalismy juz od dwoch dni, wiec jest nadzieja, ze Nurofen zdal egzamin i zapalenie stawu biodrowego juz nie wroci.  W porozumieniu z pediatra zdecydowalismy sie jednak na USG bioderek. Lepiej dmuchac na zimne, tym bardziej, iz w rodzinie meza mialy miejsca jakies (blizej nieokreslone) problemy ortopedyczne.

Wczoraj ukarane zostalo moje lenistwo. Zamiast zdjac z linek pranie postanowilam kawe wypic. Po poludniu mielismy kilka spraw do zalatwienia...jako, ze z nieba spogladalo na nas cudowne slonce wyszlismy zostawiajac otwarte wszystkie okna. Niespodziewanie zaskoczyla nas letnia burza - trwala z 30minut, ale i tak po powrocie do domu zbieralam z balkonu usyfione mokre ciuchy  a w sypilani podloga sama sie umyla - ehhh.

Pierwsza pralka juz chodzi...w planach jeszcze dwie. Do wieczora musi byc wszystko poschniete, gdyz dzis w nocy miasto wytacza na naszym osiedlu wojne komarom i prania nie nalezy rozwieszac na zewnatrz. Dzien wiec zapowiada sie pracowicie a i nosem wyczuwam ciezka noc, bo kazano okna pozamykac a juz przy otwartych niezle sie kisimy.

Pozdrawiam z pralni ;)

Ewiczka

wtorek, 5 sierpnia 2014

5 SIERPNIA

5 sierpnia 2012 to data dla nas szczegolna - przewidywany termin porodu. Jedynie niewielki procent dzieci rodzi sie dokladnie w wyznaczonym przez lekarza dniu. Jak juz dobrze wiecie, Syn wzial sobie to bardzo do serca. Z powyzszej daty spoodbala mu sie jedynie 5 i postanowil wyjrzec na swiatlo dzienne w maju.

Z medycznego punktu widzenia Syn nasz konczy dzisiaj drugi rok zycia. Ponadto od tej pory nie bedzie traktowany juz jak wczesniak, ale dokladnie tak samo jak jego rowiesnicy :)

5 sierpnia jednak, do naszych serc wdarlo sie niespodziewanie juz kilka lat wczesniej. A to wszystko za sprawa historii, ktora przyblizam ponizej. Jest ona jak najbardziej prawdziwa. Dramat ponizszy rozegral sie bowiem w rodzinie naszych znajomych. Ojcem dziewczynki, o ktorej ponizej mowa jest jaden z najwiekszych przyjaciol mojego meza jeszcze z czasow liceum. Rodzice ich bardzo sie przyjaznili, stad tez M. czasami wyjezdzal z kolega na wakacje, razem zorganizowali osiemnastke.

Ponizej fragment wywiadu z Anna:

  Co wieczor moja corka prosila mnie abym opowiedziala jej bajke, co tez co wieczor czynilam. Wieczorem 4 sierpnia poprosila  (Sara miala 3 lata)  mnie bym opowiedziala jej bajke...a ja inaczej niz zwykle odpowiedzialam ''nie kochanie, jestem zmeczona. Spijmy''. Przytulilysmy sie do siebie i po kilku minutach ciszy Sara zaczyna opowiadac: ''Gdy bylam mala mala...bylam daleko daleko w miejscu cudownym''

- Gdzie bylas?
- Na chmurce...
- A z kim tam bylas?
- Z mama Morena...
- Z mama Morena? Kim jest mama Morena?
- To moja druga mama
- Twoja druga mama? Kochanie, ale ja jestem Twoja jedyna mama! Jaka ona jest ta druga mama?
- Najlepsza!!
- Lepsza niz mama Anna?
- Taaak
- Sara, naprawde? Jestes pewna?
- Taaak
- Opowiedz mi troche o tej drugiej mamie...jakiego koloru ma wlosy?
- Niebieskie.
- Jak to niebieskie?...i oczy, jakiego koloru ma oczy?
- Kasztanowe, tak jak moje
- A powiedz mi zostawilabym mame Anne aby pojsc z ta druga mama, mama Morena?
- Taaaak
- Co ty mowisz, jak to? Sara, spij juz lepiej.

Historia ta troche mna wstrzasnela, gdyz nie znalismy nikogo o imieniu Morena. Poza tym nigdy nie wspominala mi o innej mamie, ja bylam jej jedyna mama, najlepsza...Dzien pozniej poszlismy na plaze. Nakrzyczalam na nia gdy nabroila, a ona odpowiedziala mi, ze ''Mama Morena nigdy na mnie nie krzyczy''. 

Jakis czas pozniej, moje dzieci bawily sie na plazy...korzystajac z klasycznych zabawek na zeton. Sara w pewnym momencie postawila stopy na podescie i zostala porazona pradem...podbieglam do niej i ja zostalam porazona pradem. Byly to momenty dramatyczne, ktorych nie zycze nikomu.

Niestety Sary nie ma juz wsrod nas...Jej rodzice nie mowia o smierci...dla nich 5 sierpnia 2006 roku Sara narodzila sie w niebie.

W kostnicy obok trumny znajdowala sie rzezba Matki Boskiej w niebieskim welonie. Niebieski welon - a moze to sa te niebieskie wlosy, o ktorych Sara opowiadala dzien wczesniej? Zszedl na nas (na mnie i na meza) niespodziewany spokoj...w sercach naszych czulismy, iz chodzilo jej o Madonne. Gdy wrocilismy do domu maz moj zasiadl przed komputerem aby poszukac informacji o owej Morenie. W ten sposob odkrylismy, iz w dalekiej Boliwii trzci sie Matke Boske, nazywana Morena...w dodatku obchody jej sie swieta przypadaja dokladnie na 5 sierpnia czyli dzien, w ktorym nasza corka narodzila sie w niebie.

Moje tlumaczenie na podstawie https://www.youtube.com/watch?v=DJdWkliW20g

  Powyzsza tragedia wstrzasnela nie tylka rodzina Sary, ale i wszystkimi znajomymi. Rodzicow dziewczynki bardzo zblizyla do kosciola. Naprawde dzielnie sie trzymaja, ale nie ma dnia aby nie mysleli o swoim aniolku. Dziadek  jednak zalamal sie i mimo, iz uplynelo juz 8 lat od odejscia wnuczki nigdy sie z tym tak naparwde nie pogodzil i od dnia tragedi nie zgolil swojej brody. Na zakonczenie dodam jeszcze tylko, iz mlodsza siostra Sary, ktora na swiat przyszla juz po jej smierci nosi imie Morena.

A ja do dzis dnia mam obawy gdy widze syna zblizajacego sie do zabawek na zeton.  Nie zabraniam mu tego typu zabaw, ale zawsze stoje obok i czuwam by czegos podejrzanego nie dotknal a Sara (mimo, iz nie zdarzylam jej poznac osobiscie) jest  zawsze wtedy w moich myslach.

STO LAT SYNKU!!

CIAO SARA!!

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Weekend z wariatami

  Czy ja koniecznie musze wchodzic w droge wszystkim idiotom jakich stworzyla matka ziemia albo czy to oni musza wchodzil w droge mi. W sumie mniejsza o to kto komu, ale czasami wydaje mi sie, ze spotykam wszytskich pomylencow stopajiacych po naszej cudownej planecie??


Piatek,rodzinny spacer po osiedlu. Stef drepcze obok mnie,  M. trzy metry przed nami popycha wozek. Przed jednym z blokow, sposrod drzew wylnia sie postac, mamroczacej pod nosem kobiety, na ktora najprawdopodobniej nie zwrocilibysmy nawet uwagi gdyby nie jeden maly fakt. Ponaglam syna, ktory zostal w tyle...Odwracam sie i centralnie na srodku chodnika stoi pies...ani obrozy, ani smyczy o kagancu juz nawe nie wspomne.Pierwsza mysl - bezpanski. Nie za wielki, ale tez nie za maly...nie wyglada groznie, ale nie znam skubanca, wiec nie wiem co mu w glowie siedzi. Stefek bacznie mu sie przyglada, nie chce podac reki a wlasnie mamy przechodzic przez ulice, wiec niewiele myslac biore syna na rece i w chwile pozniej slysze zza drzew aroganckie ...psa nigdy nie widzial. Odwracam sie, nikogo nie widze. Najpierw wiec pytam w duchu sama siebie a nastepnie szeptem meza czy to do mnie bylo. M. spoglada we wskazanym przeze mnie kierunku a tam babsztyl wretny bezprecedencjonalnie wymahuje w nasza strone lapami...i pada caly potok niecenzuralnych slow wlacznie z Vaff...(spierd...). Moj maz jest czlowiekiem nad wyraz spokojnym , ciezko go wyprowazic z rownowagi, ale bezpodstawne atakowanie jego zony z dzieckiem sprawia, iz cisnienie mu podskakuje, wiec wola za babskiem, ze jesli ma cos do powiedzenia to niech podejdzie i mu to w twarz powie...Poza tym pies puszczony samopas, wiec jesli ktos chcialby sie skarzyc to na pewno nie ona...w odpowiedzi otrzymujemy kilka kolejnych dawek spierd... 
A wszystko to tylko dlatego, ze ja matka pozwolilam sobie moje dziecie wziac na rece. Najlepsze w tym wszystkim jest to, ze wzielam go na rece nie z powodu psa, nie bezposrednio!!


Sobota, wieczorny kebab w centrum, ktory jak zwykle w spokoju spozylismy na katedralnych schodkach. Zbieramy sie juz do marszu gdy nadchodzi grupa ludzi z dwoma luzno puszczonymi psami. Tak, tak znowy o psach bedzie. Jeden duzy, drugi nieco  mniejszy. Ruszamy a mniejszy z czworonogow, z otwarta paszcza, rusza w pogon za  nami ukazujac zarazem swoj bogaty zgryz i jezyk. Wspominalam juz wielokrotnie, iz panicznie boje sie psow (tych ktorych nie znam w sposob szczegolny), wiec staje za wozkiem...a M. staje miedzy wozkiem a psem i slownie probuje zwierze odpedzic. Nagle znalazl sie ''zatroskany'' wlasciciel psa, nie wiem czy bardziej pijany czy bardziej pod wplywej srodkow odurzajacych, ktory zdobyl sie na jakze inteligentne stwierdzenie Uwazaj, bo za idz sobie...uciekaj to juz jeden zginal. Mi serce zaczelo walic jak mlot, bo to nigdy nie wiadomo z kim masz do czynienia, czy zaraz nie wyciagnie noza z kieszeni a moj maz idzie w jego strone. Przerazona wolam: Massi, prosze daj spokoj choc tutaj.  M. podszedl do osobnika i spokojnie oznajmil mu, iz Kolego, psy nie powinny biegac samopas wsrod ludzi...I zeby wszystko bylo jasne, nikt tu sie nie chce klocic. Wlasciciel czworonoga o dziwo przyznal mezowi race i odpuscil. Bylam z meza jednoczesnie dumna, ale i zla!!

Niedziela, polski akcent na koniec weekendu :) Pojechalismy do pobliskiej miejscowosci w celu odkrycia nowego placu zabaw dla syna. Samochod zaparkowalismy nieco w oddali, gdyz stwierdzilismy iz spacer nam zle nie zrobi. Ledwo ruszylismy a uszu mych doszly swojsko brzmiace slowa ''niezle jak na pierwszy wieczor, upierd...my sie jak swinie'' M. spojrzal na mnie pytajaco, a ja stwierdzilam jedynie, iz takich eleokwentnych slow przetlumaczyc sie nie da.  Normalnie, w takich momentach az mnie ''duma rozpiera'' z powodu bycia polka - nic tylko zapasc sie pod ziemie!!

piątek, 1 sierpnia 2014

Dlaczego jestem O. a nie C. czyli cala prawda o moim nazwisku ;)

   Przy okazji mojej malej rozdawajki wymienilysmy z Malwina z bloga Tymczasem w Bulgarii kilka uwag odnosnie naszych nazwisk. Jak slusznie Malwina zauwazyla, podobnie jak i te z Was, z ktorymi znamy sie w wirtualnym swiecie nieco dluzej, obok mojego imienia wciaz widnieje swojsko brzmiace nazwisko. Nie, nie przyjelam po slubie nazwiska meza. Niektorym moze sie to wydawac dziwne stad moja dzisiejsza notka, w ktorej sprobuje wytlumaczyc czym kierowalam sie podejmujac taka a nie inna decyzje.

Nie chodzi o to, iz moje nazwisko jest jakies wyjatkowe. Nie jestem rowniez indywidualistka, chcaca koniecznie w moim nazwisku przemycic polska tozsamosc (choc pieknie by to zapewne zabrzmialo gdybym cos takiego wyznala). Coz, klamac nie bede. Nazwiska nie zmienilam, gdyz we Wloszech nie istnieje instytucja przyjecia nazwiska meza wraz z zawarciem zwiazku malzenskiego.

   Slub, co prawda, odbyl sie w Polsce, wiec podlegajac polskim przepisom prawa teoretycznie moglam podjac decyzje o jego zmianie. Troche nieswojo czulam sie z mysla, iz nasze dzieci beda nosic nazwisko inne niz moje. Poszperalam po necie, doinformowalam sie nieco w temacie i stwierdzilam, ze szkoda zachodu gdyz zmiana nazwiska predzej czy pozniej przynioslaby mi wieksze lub mniejsze problemy.

Ponadto M, wyznal, iz nie pozwolilby mi przyjac swojego nazwiska gdyz czulby sie jakby siostre
poslubil :D

Wymienic musialbym wszystkie dokumenty zarowno w Polsce jak i we Wloszech. Ponadto we Wloszech bylabym zmuszona do zmiany Codice Fiscale (wloski pesel) a to z kolei wiazaloby sie z koniecznoscia wprowadzenia zmian wszedzie gdzie widnieje moje nazwisko typu: umowa o prace.

   Problem stanowilyby rowniez swiadectwa ukonczenia kolejnych poziomow edukacji, wlacznie z dyplomem uniwersyteckim, wydanym na nazwisko panienskie. Z informacji jakie wowczas udalo mi sie zdobyc, wiedzialam, iz kazdorazowo musialbym prosic polski konsulta w Rzymie o potwierdzenie, ze Ewa C. to ta sama osoba co Ewa O.

Tak wiec jest Ewa O... a maz z synem sa C. Poczatkowo bylo mi z tego powodu nieco przykro...w ciazy zastanawialam sie nad nadaniem dziecku obu nazwisk (oba sa jednak dosc dlugie, wiec nie chcialam dziecku krzywdy robic). Poza tym, we Wloszech dziecko narodzone ze zwiazku malzenskiego automatycznie dostaje nazwisko ojca. Innej mozliwosci nie ma!! Ostatnio cos sie w tym temacie jednak ruszylo i jednej z wloskich parlamenatrzystek bo kilkuletniej sadowej batali, udalo sie wygrac sprawe i mogla swoim dzieciom  noszacym nazwisko po ojcu dodac swoje rodzinne nazwisko.

Wiele z tym bieganiny. Szkoda by mi bylo nerwow i czasu na potyczki z wloska biurokracja. Szanuje i podziwiam jednoczesnie kazdego kto zdobyl sie na ten krok.

 Najlepsze zostawilam jednak na koniec - po tej calej bieganinie, nerwach i wydanych pieniadzach, gdy wszystko w koncu udalo sie odpowiednio zalatwic a ty zadomowilas sie juz na dobre na obczyznie, wiec postanawisz zlozyc wniosek o przyjecie obywatelstwa wloskiego....NIESPODZIANKA - zostanie Ci przywrocone nazwisko ojca!! Szok niemaly, nieprawdaz?! Mozliwe, ale z chwila przyjecia wloskiego obywatelstwa podlegasz wloskim przepisom prawa i jedyne co mozesz w tej sytuacji zrobic to ponownie wymienic wszystkie dokumenty!!  Ot cala tajemnica :)

p.s. Ste niestety nadal kuluje. W poniedzialek wydawalo sie, iz jestesmy na ostatniej prostej do pelnego wyzdrowienia. Gdy myslelismy, iz mozemy juz spokojnie odetchanc z ulga, synowi znowu sie pogorszylo. Od wczoraj podajemy Nurofen i modlimy sie by przeszlo!!