środa, 30 lipca 2014

Chcecie bajke, oto bajka...byla sobie...BIUROKRACJA!!


Rece opadaja. Doslownie!!

Tym razem halo o kawalek niebieskiego plastiku - tessera sanitaria czyli karta ubezpieczenia zdrowotnego. Scisle powiazana jest z rejestracja w SSN (wloski odpowiednik NFZ), ktora uprawnia jej posiadacza do korzystania z publicznej opieki sanitarnej.

  Jako, ze nie jestem obywatelka Wloch to tessera sanitaria wydawana jest mi na czas okreslony. Gdy zbliza sie termin jej wygasniecia w moim intereseie lezy odnowienie wpisu do SSN.

   Kazdy z nas wie jak wazne jest posiadanie ubezpieczenia zdrowotnego. Dlatego tez staram sie odnawaic TS z odpowiednim wyprzedzeniem.

W polowie maja, wraz z mezem, odtworzylismy scenariusz, ktory powtarzamy co dwa lata. M. z zebranymi dokumentami ruszyl do odpowiedniego biura by przedlozyc dowody, iz nic sie nie zmienilo i opieka sanitarna nadal mi przysluguje. (Niestety pomylilam dwa zaswiadczenia, w rezultacie czego nowa karte wydano mi jedynie na 6miesiecy).

W oczekiwaniu na wlasciwa TS (przychodzi poczta z Rzymu) dostalam tymczasowa ''karte sanitarna'' - nie mniej nie wiecej jak zadrukowany swistek papieru z pieczatka. Mijaja tygodnie, minal miesiac, dwa, trzy - karty jak nie bylo tak nie ma...Zaczelam sie niepokoic, iz moze wpadla w niepowolane rece...poszperalam po necie i na stronie organow odpowiedzialnych za jej emisje znalazlam sposob kontroli ''zywotu TS'' - wbilam moj Codice fiscale (wloski odpowiednik PESEL) i wyswietla sie historia mojej karty...trzy poprzednie wydane i wyslane regularnie. O ostatniej ani slowa...brak jakiejkolwiek informacji na temat jej wydania.

Drrryn....drrryn....czerwona lampka zapala sie w glowie. Dzwonimy na infolinie - uprzejma pani informuje nas, iz karta nie zostala wyslana. Dziekuje, wiemy!! W bazie nie ma informacji na temat jej emisji. SURPRISE - najprawdopodobniej od 3 miesiecy stapam po ziemi bez ubezpieczenia sanitarnego!! Spokojnie...nie wyzywamy sie na boguducha winnej kobiecie...W lapie mam ten swistek papieru, ktory potwierdza, iz podanie przyjeto...najprawdopodobniej jednak ''pan z okienka'' nie przeslal go dalej.

Nic tylko sie zalamac...Nie wspomne nawet, iz czekam wlasnie na telefon ze szpitala o terminie operacji...Nie chce nawet myslec o problemach z jakimi przyszloby mi sie zmierzyc gdybym na zabieg poszla w czerwcu (nie mogl sie odbyc ze wzgledu na miesiaczke). W innym wypadku, zapewne na sali operacyjnej dowiedzialbym sie, iz moje ubezpieczenie nie ma pokrycia lub po prostu przyszedlby mi do domu rachunek za uslugi medyczne.

Winnego oczywiscie prozno szukac.

Problem na szczescie udalo sie dosc sprawnie rozwiazac, choc byly to jedne z najdluzszych 24 godzin jakie przyszlo mi odczekac na otwarcie odpowiedniego biura. Wytlumaczylismy o co chodzin, Pan wbil w komputer wszystkie dane po czym stwierdzil, ze w systemie moja karta nie zostala odnowiona...cos tam poprawil i nim zdarzylismy cokolwiek powiedziec wydrukowal mi nowa, tym razem prawdziwa tymczasowa karte. (Nie udalo nam sie zakumac jaki byl moj status do tej pory). Za ok. 20 dni moge zaczac szukac tej rzeczywistej w skrzynce pocztowej. Cool...tyle, ze w konsekwencji zaistnialej sytuacji karta ta traci waznosc juz za 3 miesiace...zanim do mnie dojdzie zostana zapewne niecale 2 i znow przyjdzie mi latac po urzedach i skladac kolejny wniosek o jej odnowienie. Stwierdzilismy wiec z mezem, ze skoro odnalazlam zapodziane zaswiadczenie o zameldowaniu to najlepiej bedzie zalatwic wszytsko od reki i miec spokoj na nastepne dwa lata.
Nie da rady...poszla juz prosba o wyslanie karty, wiec najpierw musze czekac az sie laskawie u mnie pojawi a pozniej ewentualnie skladac podanie o nowa. PARANOJA!!





wtorek, 29 lipca 2014

Z pamietnika dwulatka

   Kulenie prawie przeszlo...Wczoraj syn jeszcze lekko utykal, ale to juz nie to samo co tydzien temu. Wciaz preferuje wozenie sie w wozku, co do tej pory bylo nie do pomhyslenia. Wyraznie sie ostatnio oszczedza.
Wszystko wskazuje na to, iz telefoniczna kosultacja z pediatra przyniosla trafiona diagnoze - zapelenie stawu biodrowego. Brzmi nieco groznie, ale u dzieci jest bardziej popularne niz nam sie wydaje. Przechodzi samo po kilku dniach, u Stefka trwalo prawie tydzien. Polecono nam podac jedynie paracetamol na bol. Syn jednak nie plakal, nie skarzyl sie, wiec oszczedzilismy mu i tego dobrodziejstwa. Nie wiem czy slusznie, gdyz pediatra twierdzila, ze skoro kuleje to boli...Coz, albo go tak mocno nie bolalo albo mamy syna twardziela a my jestesmy wyrodni rodzice??

  Cwiczymy sie rowniez w nocnikowaniu. Chcialabym napisac, iz odpieluchowanie idzie pelna para, ale klamac nie bede. Ze wzgledu na synowskie ustykanie nieco mu w ubieglym tygodniu odpuscilismy. Czasami jednak zadaje sobie pytanie czy to aby nie za szybko...wiem, ze to dlugotrwaly proces, ale czasami rece mi opadaja. Sadzam syna na ''tronie'', wstaje po 40 minutach...w nocniku pusto. Zakladamy pieluche (przed wysjciem na  zakupy), po 10 sekundach wracam do pokoju a ten siedzi z gola pupencja na fotelu...pielucha lezy obok. Podnosze pampersiora - mokry. Slow brak!!

   Wydaje mi sie, iz On doskonale rozumie kiedy mu sie chce a czasami wrecz wstrzymuje, zeby wysiusiac sie do pieluchy.

   Z drugiej jednak strony pielucha ostatnio mocno gardzi - co mu zaloze to sobie sciagnie. Nie interesuje mnie, ze nasisusia na podloge, zmoczy 10 par majtek dziennie. Dbam jednak o to by swojej potrzeby fizjologicznej nie zalatwil np. na fotel, podkladam mu wiec pod pupe gruby recznik, ale on na reczniku siedziec nie bedzie!! Ludzie trzymajcie mnie przed tym uparciuchem.

Mamy na swoim koncie i pierwszy sukces. Po ponad 20 minutowej posiadowie nocnik pusty. Zakladamy pampersa...nie minelo 5 minut a syn stal obok mnie z pielucha w garsci. Juz mialam go ochrzanic, ale totalnie mnie wtedy zaskoczyl...jakby swoim zachowaniem chcial mi zamknac usta...podbiegl do nocnika, wgramolil sie na niego od tylu i uszy mych doszlo ''siiiii''.  Nie wiem na ile cala ta akcja byla swiadoma, ale to niezaprzeczalnie nas dotychczasowy najwiekszy sukces :) Dzialamy wiec dalej!!

poniedziałek, 28 lipca 2014

Technik informatyk szuka pracy ;)

''Dio Mio...Ewa, komputer'' - slysze przerazaony glos meza. Leniwie wychylam swoj nos sponad ksiazki i poczatkwo nie kumam o co chodzi, gdyz laptop jak stal tak stoi na stoliku...jednak jak tylko swoj wzrok przenosze na monitor szczena mi opada...doslownie!!

Potraficie tak?



Nie?! A moj syn potrafi!!

Wszystko obrocone o 90stopni. M. probuje cos z tym zrobic...ale cholera z tego nie da sie korzystac bo i touchpad chodzi jakos dziwnie...my paluchem w gore a ten w bok...Stefano!! Jak ty to zrobiles???

Poszperalam gdzie niegdzie i udalo sie przywrocic stan pierwotny monitora. Wciaz zastanawia mnie jednak jak syn dokonal tego cudownego odkrycia dotykajac zaledwie kilka przyciskow. Tak samo zachodze w glowe jak, tydzien wczesniej, udalo mu sie sklonic mojego laptopa to przemowienia ludzkim glosem (podejrzewam, iz to funkcja dla osob niewidomych, o ktorej istnieniu nie mialam zielonego poejcia).

Doszlam do wniosku, iz pierworodny nie ma zwyklych palcow u rak a 10 czarodziejskich rozdzek :D

czwartek, 24 lipca 2014

NIGDY WIECEJ

   Po niespodziewanej smierci tescia wpadl mi do glowy genialny pomysl aby nieco wlaczyc do naszego rodzinnego zycia tesciowa. Nawet nie wiem czy potrafie wyobrazic sobie jej rozpacz, ogromny zal, ze osoba u boku ktorej spedzila 50 pieknych lat odeszla juz na zawsze. Nie chcialam by czula sie samotna. Ktoregos pieknego niedzielnego dnia zapropozowalam wiec mezowi by zabrac jego mame na poranny spacer, polaczony z wypadem na rynek.

O dziwo sie zgodzila. Olaboga, co to bylo. Ste sprytnie probowal sie od niej odpedzic, a babcia co chwila probowala wnuka swego za reke prowadzic...co jej uciekl to ona za nim. W rezultacie czego syn zrobil sie nerwowy i uczepil sie mojej nogi.

   Kilka dni pozniej bylo podejscie numer dwa. Mezowi wypadla przymusowa wycieczka do jednego z umbryjskich miast. Glownym jej celem bylo odrzucenie spadku po tesciu. Pogoda piekna, wiec wpadlam na pomysl aby z tego dnia cos wykrzesac i troche pozwiedzac nasze piekne okolice. Sprawe udalo sie zalatwic nad wyraz szybko i szwagier (a wiec i skazana na niego tesciowa) postanowil dotrzymac nam towarzystwa.

Juz przy obiedzie zaczal sie koncert w wykonaniu tesciowej: ''Massi, on ma cala buzie umazana sosem pomidorowym'' M. dzielnie odpieral ataki...utwierdzajac swoja rodzicielke, ze wzrok ma dobry i widzi czerwona buzie syna, ale co mu bedzie teraz buzie wycieral skoro Ste jeszcze nie skonczyl jedzenia i za chwile ponownie sie wybrudzi...tesciowa nalegala ''masz chusteczke? chcesz?''...nie dziekuje, umyje mu buzie jak skonczy jesc. Wydawalo sie, ze wszystko jasne, ale nie...jak tylko sie na chwile odwrocilismy tesciowa zabrala sie za wycieranie naszemu synowi buziola. Naturalnie, 10 sekund pozniej byl tak samo brudny jak przed ''chusteczkowa ofensywa''.


   Posileni wybralismy sie na spacer...i tu dopiero byla gratka na calego. Dotarlismy do fajnej, szerokiej promenady otaczajacej ruiny straozytnej fortecy, zamknietej dla ruchu samochodow. Mlody wygladal jak spuszczony ze smyczy. Biegal ile sil w nozkach, co chwila radoscnie pokrzykiwal. A babcia...no a babcia swoje:  ''Stefano daj babci reke...Massi posadz go do wozka...uwazaj bo sie przewroci...Ste, nie jestes zmeczony? Usiadz do wozka...bo zobacz babcia w wozku pojedzie'' - Stefano nawet dalece nie snilo sie aby spoczac w wozku, ale i wizja babci zarywajacej jego pojazd nie przekonywala go za bardzo. Podszedl tesciowa od tylu i zaczal odpychac od swojego czterokolowca. Cala scenka wygladala dosc komicznie a synowska mina mowila sama za siebie ''babciu, ty nie gadaj tyle tylko idz!!

Zgodnie ze swoimi przekonaniami syna bralismy za reke gdy zblizalo sie potencjalne niebezpieczenstwo. Biadolenie tesciowej towarzyszylo nam przez cale 40 minut spaceru - dziecko powinno byc nauczone chodzic z rodzicami za reke. Zgadzam sie, ale ja go przeciez nie uwiaze...a gdzie znajde lepsze miejsce aby dac mu troche wolnosci i pozwolic spozytkowac rozpierajaco go energie, jak nie na wyznaczonym spacjalnie dla pieszych szlaku?

   Jak tylko zostalismy sami, po tych kilku spedzonych razem godzinach, maz uwolnil swoje emocje ''NIGDY WIECEJ''!!

p.s. Ku woli wyjasnienia tesciowa uwage zwraca zawsze mojemy mezowi (czyli swojemu synowi), a nie mi. U mnie zwykle szuka potwierdzenia swoich racji - niekiedy i to jest jednak klopotliwe, gdyz zdanie czesto mamy odmienne.

środa, 23 lipca 2014

O moj rozmarynie

   Stoje przy garach i wpatrujac sie w obsmazane zraziki mamrocze sama do siebie, ze rozmaryn by sie przydal. M. podslyszal i zaoferowal, ze on pojdzie (mamy w ogrodku przed domem duzy wpsolnotowy krzak rozmarynu).
- ile chcesz? dwie, trzy galazki?malo?
- jedna!

Oniemialam gdy wrocil:

- Ty chciales mi przyniesc trzy takie galezie?
- No...
- i co niby mialabym z nimi zrobic, ozdoby bozonarodzeniowe? :D



Tu juz mocno przeze mnie obskubana prawie 50cm galaz rozmarynu :)

Co u nas?

  Syn kuleje, od wczoraj. Nie wiem co, jak, kiedy i dlaczego? Czyzby sie przewrocil - z pewnoscia, nie raz i nie dwa, ale czy to spowodowalo, iz lekko pociaga jedna nozke? Obejrzelismy i obmacalismy dokladnie obie konczyny - obrazen brak, na bol sie nie skarzy. Obserwujemy w nadzieii, iz samo szybko przejdzie...

Jesli nie bedzie wyraznej poprawy odwiedzimy pediatre.

W ubieglym tygodniu udalo sie syna zwazyc i wymierzyc. Latwo nie bylo, gdyz raz po raz z wielkim krzykiem dezerterowal z wagii.  Wagowo ok. 11kg (pomiedzy 3 a 25 centylem na siatkach niewczesniaczych) i wzrost ok. 86cm (25 centyl). Rozmiar buta - 25.

Pozdrawiam serdecznie

wtorek, 22 lipca 2014

Niespodzianka

  Od piatkowego popoludnia mamy w domu trzech nowych lokatorow - dwie sowki i jednego dinozaura, dziela Mamuski Mylcii. Filcowe cudaki sa kolorowe i bardzo starannie wykonane. Synowi od razu przypadly do gustu :) Sami zobaczcie:




Wiem, ze  sowka to zawieszka do breloczka, ale tak mi sie spodobala, iz szkoda by mi bylo tarmosic ja w torbie. Cala trojka pieknie sie komponuje z Pinokiem i drewnianym napisem z imieniem syna, tak wiec poki co zamieszkali na scianie nad stefkowym lozeczkiem :)

Zdjecia nie oddaja ich uroku.

Raz jeszcze dziekujemy i polecamu sie na przyszlosc ;)

poniedziałek, 21 lipca 2014

Piatkowe refleksje wspolnotowe



  Siedze wlasnie na lozku w sypialni. Uszu mych, raz po raz, dobiegaja dzwieki wiertarki na przemian z mlotkiem. Salon jest w stanie oplakanym, ale w koncu bedziemy mogli zamknac rozdzia lwymiany instalacji gazowej. Pierworodny spi w lozeczku obok, halasem sie zuplenie nie przejmujac.

  W ubieglym tygodniu zostala wymieniona czesc zewnetrza instalacji. Prace  jeszcze nie zdarzyly sie skonczyc a juz naturalnie znalazl sie pierwszy maruda...Rury kiedys biegnace pod budynkiem obecnie zostaly wpusczone w wieksze biale rury i podwieszone pod sufitem na parterze naszej klatki schodowej. Szczyt estetyki to to nie jest. Szczerze jednak mowiac myslalam, iz wyjdzie to znacznie gorzej i beda one sie bardziej rzucac w oczy. Maz od poczatku twierdzil, iz czeka az znajdzie sie pierwszy ''esteta''. Ja uparcie twierdzilam, iz nic takiego nie bedzie bo co kogo obchodza rury na klatce schodowej. (Na parterze nie ma lokali mieszkalnych, jest salka wspolnotowa, skrzynki pocztowe, pomieszczenie z mechanizmem windy i drugie z liczniakami pradu).

  Tymczasem w piatek gdy wlasnie mialam podac synowi obiad odezwal sie domofon...Odbieram i slysze, ze Pan chce z mezem rozmawaic na temat toczacych nie prac. Zgodnie z prawda informuje, iz w chwili obecnej nie jest to mozliwe gdyz M. jest w pracy. Telefon kontaktowy poprosze...Dobrze, odpowiadam uprzejmnie...ale slysze ''chwila, komorka mi dzwoni'' - gadka sie urwala. Zasiadam do karmienia syna i znow ten okropny dzwiek...tu juz z lekka podirytowana odpowiadam rzucajac krotkie ''SI?'' Bo zesz kurna czlowieku, jesli dla Ciebie ten numer taki wazny, skoncz napierw rozmowe ze mna a pozniej odbieraj komorke...szanuj moj czas. To, ze nie pracuje nie znaczy, ze moge caly dzien stac przy domofonie''.

Pan, ten sam co wczesniej, bez zadnego wstepnu czy pocaluj mnie w cztery litery oschle, arogancko i podniesionym glosem wrecz zada numeru komorki meza. Co to to nie! Jestem z natury osoba potulna, mila, klasyczna ofiara, ale w momencie gdy ktos zaczyna mnie bez powodu traktowac z gory pokazuje moje lwie pazury. ''Owszem numer telefonu do meza panu podam...zapraszam na drugie pietro, przez domofon nie udzielam takich informacji''. Wczolgal sie na drugie pietro, od razu zrobil sie potulny...numer dostal...do meza zadzwonil i milo poprosil by rury zabudowac. M. odpowiedzial, ze naszym zdaniem tak jest lepiej, ale oczywiscie poruszymy zagadnienie na nastepnym zgromadzeniu wspolnoty i jesli taka bedzie wola wiekszosci rury zabudujemy plytami gipsowymi.

Dzis rano M. odbiera telefon od naszego administratora, ze owa osoba zlozyla zazalenie i zada aby rury zabudowac. Administrator odpowiedzial owemu lokatorowi to samo co M. Dzis jeden chce by rury zabudowac, jutro drugi mi przyjdzie, ze moze je na czerwono pomalowac...moze jeszcze zazada abym wycieraczka zmienila, bo ta z krowa mu nie pasuje?!

Slowo daje nie rozumiem ludzi. Owy Pan (nawet nie wiem czy tu mieszka)posiada mieszkanie na 3 pietrze -  jestem w stanie zrozumiec jego obiekcje gdyby te rury mu biegly przez mieszkanie czy przed samymi drzwiami, ale  na litosc boska sa na parterze.

Czasami mam problemy ze zrozumieniem ludzi...nie wiem czy to moze ja jestem jakas dziwna. M. jest ''kierownikiem'' klatki schodowej, wiec zdarza mi sie czasami wysluchiwac histori gdzie nie wiem czy smiac sie czy plakac:

  • A to pewna Pani wymieniala drzwi od garazu, ale mimo kilkumiesicznych poszukiwan nie znalazla w odcieniu identycznym jak te stare.
  • A to znow ''kierownik'' klatki obok zauwazyl, ze ktos wstawil w naszym pionie na dachu ''nielegalna antene'' - kilkukrtonie przy tym podrkreslal, iz jego to nie interesuje gdyz to nasza klatka, liczac tym samym, iz M. zareaguje.
  • A to znow na zebraniu wspolnotowym klotnia o tzw. ''talerze satelitarne'', ktore ktos sobie na balkonie postawil. (zgodnie z regulaminem powinno sie uzyskac zgode wspolnoty). Ludzie drodze gdybym ja za kazdym razem miala zebranie organizowac o glupia antene...szkoda czasu i pieniedzy.
  • A to znow ktos zostawil rower w luce przy schodach.
Kogo do obchodzi?
Jak tak dalaej pojdzie to niedlugo bede musiala pytac o zgode czy pranie na balkonie moge rozwiesic.

  Nie wiem czy to my jestesmy jacys inni? Nigdy nie przeszkadzalo mi, ze sasiadki wystawiaja zima na korytarz donice z kwiatami, niektore pokaznych rozmiarow. Mi nawet przez mysl nie przyszlo by narzekac, ze druga sasiadka trzyma ''wazon'' z parasolami na klatce. 

  Najbardziej w tym wszystkim wkurza  mnie to, iz osoby, ktore interesuja takie pierdoly w powazaniu maja np. palenie papierosow w windzie i na klatce schodowej. Albo tak jak wspomniany przeze mnie lokator remontowal mieszkanie przez 4 miesiace w godzinach siesty (uwzglednionej w regulaminie). Przez 4 bite miesiace wiercil mi nad glowa, walil mlotkiem w progu przy otwartych drzwiach, wymienial kaloryfery, tlukl o rury i nie przejmowal sie tym, iz pietro nizej jest 1,5 roczne dziecko, ktore w tych godzianch spi. Mimo, iz usypianie syna zajmowalao mi wtedy prawie godzine a regulamin byl po mojej stronie nie poszlam do niego z ''morda'' ani razu...chcialam byc dobra sasiadka. 


I masz Ci babo - GLUPIA BYLAM!!

czwartek, 17 lipca 2014

Centrum dowodzenia

  Na wstepie dziekuje Wam wszystkim niezmiernie mocno za wczorajsze kciuki. Operacja byla skomplikowana, trwala ponad 4godziny, ale zakonczyla sie sukcesem. Lekarze sa zadowoleni. Po rehabilitacji zobaczymy jak to ich zadowolenia przeklada sie na rzeczywistosc. Ciocia czuje sie dobrze (mimo, iz z kazdego palca wychodza jej druty - slabo mi sie robi na sama mysl) i najprawdopodobniej dzis wraca do domu. Jak sobie porownam ta operacje z ta nascie lat temu... Nie, wroc!! Tu nie ma co porownywac.

  Wracam do mysli przewodniej dnia dzisiejszego. Miniu, zmotywowalas mnie by zaczac dzialac na poczet misji ''Boze Narodzenie w Polsce''. Machina ruszyla wczoraj. Zakup biletow lotniczych to dla mnie stres okropny. Od lat probuje znalezc jakies sensowne wytlumaczenie niektorych cen biletow i nadal nic. Linie lotnicze maja swoje triki, kiedys zupelnie przypadkiem odkrylam jeden z nich.

  Latam palcami po klawiaturze. Skacze od strony do strony...wyszukiwarki, przewoznicy. Zaraz na poczatku przyszlo pierwsze rozczarowanie - Wizzair po raz kolejny wywinal nam niefajny zarcik i w okresie zimowym skasowal polaczenie Rzym - Gdansk. Nie kumam ich polityki. Zawsze mi sie wydawalo, iz Rzym jest chodliwym trowarem (chocby ze wzgledu na obecnosc Watykanu)...nigdy na tej trasie nie lecialam pustym samolotem. No, ale co ja tam wiem o marketingu?!
  Zabolalo, ale myslalam, iz mam asa w rekawie. Nie lubie Ryanair - przykre wspomnienia i czulam sie na pokladzie jakbym brala udzial w jakims talk show. Coz, skoro nie ma innej opcji przemoge sie w sobie i polecimy z Pizy do Gdanska. Zawod kolejny - polaczenie zawieszone od pazdziernika.

Ja sie pytam czy ten Gdansk to od macochy jest? Kurde, jedyne lotnisko obslugujace polnocna Polske i dupa... kolejne najblizsze w zasiegu kilkuset kilometrow.

Po raz tysieczny zadaje sobie pytanie skad nazwa ''tanie linie lotnicze''?

  Tak wiec szukam jak oszalala, mozg mi paruje, dostaje oczoplasu. W glowie zagniezdzilo sie kilka opcji, sprawdazm po kolei wszystkie. Niestety zadna z nich nie jest idealna...szkoda!!


Opcja nr 1

Rzym Ciampino - Poznan --> Ryanair, zakladajac, iz wezniemy tylko jedna 15kg walizke dla calej trojki i w droge  powrotna wyruszymy w drugie swieto powinnismy zmiescic sie w 400 euro + dojazd do Rzymu, parking na lotnisku, no i z Poznania trzeba jakos dojechac na pomorze. Najbardziej to wlasnie ubolewam nad polska koleja!!


Opcja nr 2

Mediolan (Bergamo) - Gdansk --> Wizzair, bagaz 32kg, wiec na pewno bysmy sie zmiescili, powrot 29 grudnia. No, ale do Mediolanu trzeba dojechac, ok. 500km a M. prowadzic nie lubi. 400 euro + dojazd na lotnisko + parking. Jesli pojedziemy pociagiem to koszt dojazdu na lotnisko przekroczy koszt lotu.
Z gdanskiego lotniska mamy jednak jedynie 40km do rodzinnego domu.


Opcja nr 3

Roma Fiumicino - Berlin --> Easyjet, niecale 240 euro (bagaz i rezerwacja miejsca wliczone) + dojazd i parking w Rzymie oraz Berlin - Tczew (pociag bezposredni, niecale 5,5godziny - 106 euro za 3 osoby).


Poki co mala pausa bo z sil opadlam od slenczenia przed monitorem. Nie poddam sie latwo, walcze o polskie swieta, pierwsze od czterech lat!!
   

środa, 16 lipca 2014

16/07/2014

   Dzis myslami jestem daleko, bardzo daleko. Jak daleko to dokladnie nie wiem, ale kilometrow bedzie z 1600. Duchem jestem bowiem w jednym z warszawskich szpitali, gdzie o godzinie 16:00 zostanie poddana operacji moja cudowna ciocia, a zrazem i moja matka chrzestna. 

   Nie stalo sie nic pilnego. Opercaja programowa. Pojechala do stolicy, za grube pieniadze, naprawiac to co 15 lat temu s...ieprzyli inni. Odkad pamietam ciocia mialam problemy ze stopami, haluksy itp...efekt lat noszenia ladnych, wysokich a ekstremalnie niewygodnych butow. Byla operacja, dlugi pobyt w szpitalu, 6tygodni gipsu na obu noagach i ponowna powolna nauka chodzenia. Bol jednak nie ustepowach...kolejne 2 operacje sytuacji nie poprawily, podobnie jak i wszelkie rehabilitacje i masaze. 

  Znow wisialo widmo operacji, czwartej. Ciocia byla na nie, stracila wiare i zaufanie do tych lekarzy. 

  Nascie lat zycia z ogromnym bolem stop, niemoznoscia wcisniecia butow innych od szerokich adidasow sklonily ja jednak do pojscia do ortopedy. ''Jesli chce pani chodzic operacja jest konieczna'' - totalnie sie po tym zalamala, ale namowiona przez rodzine postanowila dzialac. Szereg badan, kolejki do ekspertow i gdy zabieg byl juz umowiony na fundusz nagle pojawila sie alternatywa - Warszawa, prywatnie. 

Ciocia z moja siostra pojechaly na konsulatcje - lekarz zlapal sie za glowie. Wszystkie 3 dotychczasowe operacje spartaczone. Powiedzial, iz cudow nie obiecuje. Stopy sa w fatalnym stanie, operacja konieczna, ale stopy nie beda jak nowe...bol bedzie mniejszy ale bedzie. I moze wlasnie profesjonalizm i ta jego uczciwosc, nieobiecywanie gruszek na wierzbie zdecydowaly, iz siostra moja zdecydowala, ze operacje robimy prywatnie a ona pokryje koszty. 

  Ciocia jest samotna tzn. jej jedyna rodzina jestemy my.  Wiele nam poswiecila, przez dlugie lata opiekowala sie babcia i z checia zajmowala sie dzieciakami mojej siostry oddajac im caly swoj czas, milosc i cierpliwosc. 

   Chcialabym tam teraz byc by dodac jej otuchy. Wiem, ze panicznie sie boi, ale postanowila zaufac Bogu i raz jeszcze oddac sie w rece lekarzy.  
   Marze teraz aby operacja sie udala a moze i zdarzy sie cud i bedzie lepiej niz obiecywali lekarze. Najwazniejsze by mogla chodzic i zyc normalnie, by kazdy kolejny krok nie sprawial ogromnego bolu przyprawiajacego o zawroty glowy!!

poniedziałek, 14 lipca 2014

Umbria Jazz 2014

   Pogoda w ostatnim tygodniu wyraznie nas nie rozpieszczala. Perturbacje nad srodkowymi Wlochami. Ciemne chmury groznie spogladajace z nieba i codziennie to samo pytanie ''bedzie padac czy tez nie?'' Temperatura nieco spadla, slupki rteci oscylowaly w granicach 25stopni w cieniu...wszechobecna duchota i slonce bawiace sie w chowanego z chmurami. Jednym slowem pogoda jakiej nie lubie najbardziej bo to nigdy nie wiadomo jak sie ubrac.

   W sobote pogoda jakby nieco laskawsza, wiec korzystajac z okazji, ze jeden ze znajmomych meza zjechal na weekend z Bolonii (wraz ze swiezo poslubiona malzonka) postanowilismy po poludniu pospacerowac ''jazzowo'' po centrum. W miniony piatek rozpoczal sie bowiem Umbria Jazz 2014.

Umbria Jazz - najwiekszy i najbardziej znany wloski festiwal jazzowy, na ktory co roku w lipcu (od 1973 roku) przyciaga tysiace turystow nie tylko z calych Wloch, ale i z Europy a nawet i zza oceanu.    
  Lista artystow, ktorzy swoja obecnoscia zaszczycily umbryjska scene jest dluga i naprawde imponujaca. Wspomne jedynie kilku z nich: B.B. King, James Brown, Sting, Alicia Keys, Carlos Santana, Keith Jarrett, Eric Clapton, Herbie Hancock, Prince, Miles Davis, Pat Metheny i wielu wielu innych. Jak widac nie trzeba byc wielkim fanem jazzu, gdyz obecna formula zawsze proponuje ''neutralnych'' artystow.

marching band


   Umbria Jazz to rowniez szansa aby posluchac darmowych koncertow mniej znanych wykonawcow, posluchac ulicznych grajkow ''zasuwajacych na saksie'' czy tez podreptac w rytm muzyki razem z marching bands.

   Zupelnie przypadkiem znalezlismy sie w srodku flash mob zoragnizowanego przez kosciol. Kazdy kto chcial dostal nadmuchany balonik z przyklejona karteczka na ktorej mozna bylo napisac swoje marzenie, zyczenie do Najwyzszego i wraz z dziesiatkami innych uczestnikow o umowionej godzinie poslac go w przestworza. Stefek byl pod ogromnym wrazeniem szyblujacych w gore tylu kolorowych balonow.


Gotowi...

punkt 18 uwalniamy nasze marzenia :)




Gdy balony zniknely nad dachem katedry, Stefek cale swoje zainteresowanie przeniosl na golebie. 

Pogromca golebi.

Rodzinka w komplecie (jak widac syn srednio wspolpracowal).


Po popoludniu pelnym wrazen, wykonczeni (my rodzice) i pelen energii (syn) wracamy do domu. Z uwagii na zatloczone ulice i problemy parkingowe w okresie trwania festiwalu, tym razem do centrum wybralismy sie srodkami komunikacji miejskiej.

Kolejne Stefkowa pasja - minimetro, prawie jak w kunaparku ;)

wtorek, 8 lipca 2014

And the winner is...

Krotko i na temat. Maszyna losujaca mial byc syn, ale w ostatniej chwili odmowil wspolpracy.

losy


Gratuluje wygranej :)

Dziekuje wszystkim za zabawe, a wygrana Malwinkass, prowadzaca bloga Moje losy w Bulgarii prosze o przeslanie adresu do wysylki na e-mail ewiczka.kartkazkalendarza@gmail.com  :)

Pory roku

   W miniona niedziele syn odkryl swoja swiezo wyprano kurtke zimowa (tak, tak uchowala sie do tej pory na wieszaku za drzwiami)...uparciuch nasz nie mogl przepuscic okazji by jej nie przymierzyc. My zdychalismy na sam widok syna, dopieto po szyje, w puchowej kurtce. Kurtke, na sile, udalo sie sciagnac i schowac, ale kaptura chronil niczym lwica swoich malych.


Jesli sie dobrze przyjrzycie to widac splywajaca po policzku lze, uroniona w obronie kaptura ;)


2h pozniej na basenie :) 

W takim to krotkim czasie syn potrafi przejsc z zimy do lata :)

poniedziałek, 7 lipca 2014

Nadgorliwa zestresowana mama

Plac zabaw: Rozbieganych dzieci cale mnostwo. Przedzial wiekowy latorosli dosc szeroki, na oko od roku wzwyz. Starsze dzieciaki zajmuja sie same soba. Mlodsi bawia sie majac bacznie wlepione w siebie oczy rodzicow. Jestesmy i my - Stefano z mama.

Jak juz kiedys wspomnialam Stefi szczegolnie upodobal sobie zjezdzalnie. W danym parku jestesmy po raz pierwszy, syn wiec podchodzi do wszystkich atrakcji bardzo ostoznie. Oglada i sam decyduje z ktorej ewentulanie warto skorzystac. Naturalnie i tym razem, padlo na zjezdzalnie. Hmm, dosc wysoka - z tak duzej jeszcze nigdy nie korzystal. Kiedys jednak musi byc ten pierwszy raz. Staje w kolejce za starszymi dziecmi - nie zabraniam, ale asekuracyjnie obserwuje synowskie poczynania.  Wdrapuje sie po schodkach - w polowie na czworaka, w polowie na nogach..siada i szuka mamy - boi sie troche zjechac. Podchodze, podaje reke i jazda...dwa, trzy razy za reke z mama i proponuje, ze moze sam zjedzie...Stefek kreci glowa, ze nie...OK, mysle. Nic na sile. Po kilku kolejnych rundkach ponawiam propozycje ''Nie boj sie, mama stoi tutaj i Cie zlapie''. Pojechal, radosnie ladujac w moich ramionach.

Drugie odwiedziny w tym samym parku. Zjezdzalnia!! Ste byl jak strzala...obserwujac inne dzieci nauczyl sie wchodzi po schodkach na dwoch nogach bez zadnej pomocy. Pierwszy slizg musial byc jednak obowiazkowo z mama...pozniej juz tylko patrzal czy czekam na niego u podnoza zjezdzalni. Nie lapalam go, ale czuwalam by w razie czego moc uratowac go z opresji.

Nie pisze jednak o tym by zanudzac Was opowiesciami  jak to nasz pierworodny bawi sie na zjezdzalni. Ostatnio czesto bywamy na roznych placach zabaw. Co mnie na nich szczegolnie uderzylo to skrajne zachowania rodzicow.


Niektore dzieci wygladaja jak ze smyczy spuszczone - kopia, sypia piaskiem, pchaja mlodsze dzieciaki. Ostatnio natchnelismy sie na chlopca (na oko 4-5 lat) pozostawionego na placu zabaw samopas. Robil co mu sie rzewnie podobalo, wlacznie z biciem, pluciem, wyrywaniem zabawek i proba zrzucenia kilkumiesiecznej dziewczynki z bujaka. Mamy nie bylo. Czasami jednak jest tak, ze mamy obecne sa cialem, ale duchem to juz niekoniecznie - albo po prostu udaja, iz nie widza.

Nawet nie jestem w stanie wyrazic ile radosci sprawia mi samodzielnosc syna. Staram sie, ale nie do konca rozumiem, zachowania niektorych mam (bo tatusiowe zwykle sa bardziej zrelaksowani). Mama na szpilkach wprowadza za reke swojego 3-4 letniego syna na sama gore zjezdzalni, blokujac i tym samym opozniajac zabawe innym dzieciom. Ste za kazdym razem gdy napotykal opisana scene stawal jak wmurowany z mina jakby zastanawial sie ''co ta kobita tu robi''.
Mamy, ktore wygladaja jakby ''chcialy wyrwac reke swojemu dziecku'' - dzieje sie tak gdy mama by ''pomoc'' swojemu maluchowi staje za nim i podaje mu reke - dziecko rusza w dol a mama stoi twardo na pozycji...w rezultacie czego oboje niemal zaliczaja glebe. Rasa ''nadgorliwa zestresowana mama'', podsumowal M.

Ste zwykle jest jednym z najmlodszych uczestnikow zabawy, niektorzy nim poniewieraja, depcza mu po palcach - my rodzice obserwujemy i wkraczamy do akcji jedynie w ostatecznosci.  Obserwuje czy nic zlego sie nie dzieje...nie reaguje jak opetana na kazde wywrocenie sie. Upadl...podniesie sie...a ja pytam ''wszystko w porzadku?'' Zauwazylam, iz syn po ostatnich doswiadczeniach nieco sie wycwanil - gdy ktos sie blokuje zabawe zwinnie go omija. Gdy ktos zbytnio sie ociaga wyciaga reke  i wskazuje, ze dane dziecko powinno zjechac. Gdy i to nie dziala by ''dodac mu nieco odwagi''popycha poprzednika nieco w plecy. Tu zawsze reaguje. Nie krzycze, ale tlumacze, iz nie wolno popychac i trzeba czekac na swoja kolej.

Czy jestem zla, wyrodna matka dlatego, ze nie chronie mojego syna przed kolejnym guzem? Czy Stefi wyrosnie na gorszego czlowieka dlatego, ze zedrze do krwi kolana?  Syn nie nalezy do beks, jest odporny na bol. Gdy placze to wiem, ze naprawde boli...wtedy przytulamy sie mocno mocno a mamusiowy calusw mig lagodzi kazdy bol :)

Ciekawa jestem jakie jest Wasze zdanie na ten temat. Chronic za wszelka cene czy pozwolic samemu poznawac otaczajacy nas swiat?

czwartek, 3 lipca 2014

Niespodziewane spotkanie

Wszystkie spotkania ze znajomymi przynosza wiele radosci. Zaobserwowalam jednak, iz szczegolnie ciesza mnie niespodziewane spotkania gdy po prostu, podczas wykonywania normalnych codziennych czynnosci, wpadne na kogos dlugo nie widzianego. Dlaczego ciesza mnie one szczegolnie? Hmmm, moze dlatego, iz niewiele sie po nich spodziewam - radosc sprawia juz sam fakt napotkania danej osoby. Czasami bowiem mam tak, iz dlugo wyczekuje umowionego ze znajomymi spotkania...nie wiedzielismy sie od dawna, wiec nie moge sie doczekac wspolnej kawki i pogaduch a jak przychodzi co do czego to siedze i wysluchuje monologu o domu, ktory kupila i zastanawiam sie, ktorymi drzwiami uciec.


Rejon Wloch, w ktorym mieszkamy, w okresie letnim bogaty jest w male lokalne festyny. Wczoraj spontanicznie postanowilsimy odwiedzic jeden z nich. Srodek tygodnia, wiec z naszym zalozeniu tlumow byc nie mialo. O, my naiwni!! Ludu bylo cale mnostwo, kilometrowe kolejki do kasy a w dodatku zapomnialam zapakowac do torby jakas przekaske dla syna. Ste siedziala naburmuszony w wozku.

Aby uprzyjemnic synowi nieco czas oczekiwania pobieglismy na plac zabaw. Na pierwszy ogien (i w sumie na ostatni tez) poszla zjezdzalnia. Stefi je uwielbia, moglby caly dzien na nich siedziec. Ustawial sie w kolejke za straszymi dziecmi, dzielne wchodzil po schodkach i wru jazda...a po ktoryms razie odwracam sie i ...
-  ''Ciao, Davide...Stefano pamietasz Davide?''
-  ''Davide, znacie sie ze Stefano od pierwszych chwil zycia''.

Chlopaki spojrzeli na siebie badawczo, wymienili sie zawadiackimi usmiechami i dalej zabrali sie do zabawy.

   Sa tacy rozni, a tyle ich laczy - trudne poczatki po tej stronie brzucha. Davide bowiem to pierwszy kolega Stefka...kolega z inkubatora obok. Przez blisko pierwsze dwa miesiace ich zycia przezywalismy razem wszystkie troski i radosci. Fajne sa takie przypadkowe spotkania. Szczegolnie cieszy fakt, iz chlopaki sie zdrowo rozwijaja :)

info

Kochani,

Zachlysnieta moim malym sukcesem, spontanicznie organizujac mini konkurso-rozdawajke nie wzielam pod uwage pewnych istotnych faktow. Rozdawajke potwierdzam, jestem jednak zmuszona znacznie skrocic termin przyjmowania zgloszen - nie bedzie do jak wczesniej wspomnialam 20 a juz 6 lipca.

Wariacje ta wymusilo na mnie zycie. W przyszlym tygodniu najprawdopodobniej rusza u nas prace w zakresie przystosowania naszej instalacji gazowej do obecnie panujacych norm prawnych. Jako, ze wiercic i kuc beda rowniez i u nas w salonie glowe bede miala zajeta innymi sprawami.

Nagrode chcialbym wyslac zanim przyjdzie mi ujarzmiac walajacy sie po domu kurz, gdyz pozniej zwyczajnie moge nie miec czasu by udac sie na poczte.

Za zmiany przepraszam. Mysle jednak, ze osoby chetne do wziacia udzialu w moim konkursie zdarzyly juz wyrazilc takowa chec.

Dziekuje za zrozumienie i pozdrawiam

Ewiczka

środa, 2 lipca 2014

Tiramisù alle fragole

Dzis troche inaczej niz zwykle.  Po raz pierwszy w mojej blogowej karierze przychodze do Was bowiem z przepisem. Przepisem nie na byle co a na pyszne tiramisù alle fragole.

Klasyczna kawowa wersje wspomnianego deseru opanowalam juz dawno. Dlugo zabieralam sie do samodzielnego jego wykonania, gdyz uwazalam to za czynnosc zbyt skomplikowana...czarna magia!! Sprobowalam i wyszlo :)

Od jakiegos czasu po glowe chodzilo mi tiramisù truskawkowe. Szukalam odpowiedniego przepisu, takiego, ktory by mnie przekonal. Internet bogaty jest w przerozne receptury...ze smietana...z likierem...bez jajek. No, ale jak to tak tiramisù bez jajek - nie!!

Gdy w koncu znalazlam przepis, ktory do mnie przemawia, zabralam sie do roboty.

Skladniki:

  • 500g truskawek
  • 6 lyzek cukru
  • 1 filizanka (od esperesso) zimnej wody
  • biszkopty Pavesini badz Savoiardi
  • 4 jajka
  • sok z 1/2 cytryny (wzielam cala)
  • 500 g mascarpone

Przygotowanie


Bierzemy polowe przygotowanych truskawek - 250g. Po uprzednim umyciu kroimy je na drobne kawaleczki.


 Wkladamy do miski/pojemnika, dodajemy 2 lyzki cukru (dalam czubate) i zalewamy sokiem wycisnietym z cytryny oraz filizanka (od espresso) zimnej wody.



 Odstawiamy na okolo 30 minut.



W miedzyczasie przygotowujemy krem na bazie mascarpone. Zoltka ubijamy z 4 lyzkam cukru (dalam czubate). Do powstalej pianki dodajemy mascarpone. Ubijamy na jednolita mase.



Bialka ubijamy na sztywno - mozemy wspomoc sie szczypta soli. 


Otrzymana z bialek piane, delikatnie laczymy z powstala wczesniej masa z mascarpone. Krem jest gotowy!!


Wracamy do zalewu z truskawek, cytryny i wody - odcedzamy. Powstaly w ten sposob sok wykorzystamy do moczenia biszkoptow, truskawki natomiast stanowic beda jedna z warstw deseru.


Myjemy pozostale 250g truskawek i blendujemy je z otrzymanym wczesniej sokiem.


Savoiardi moczymy (obustronnie) w zblendowanym soku z truskawek i ukladamy w salaterce/pucharkach.

 Gdy cale dno naczynia pokryte jest biszkoptami wykladamy na nie druga warstwe deseru - krem mascarpone a nastepnie ''posypujemy'' odcedzonymi wczesniej truskawkami.*



Pierwszy poziom tiramisù jest gotowy - kazdy nastepny wykonujemy identycznie. U mnie wyszly dwa i wydaje mi sie, iz jest to najsmaczniejsze rozwiazanie - nie za wysokie, nie za niskie :)

* W przepisie, na podstawie ktorego, stworzylam powyzszy deser kolejnosc byla nieco inna. Na spod tradycyjnie nasaczone biszkopty, na nie truskawki i calosc przykrywamy kremem. Powierzchnie  mozna posypac kokosem w proszku i udekorowac wedle uznania.

Wstawiamy na kilka godzin  do lodowki. (w przepisie byly 2h, ale savoiardi nie zdarzyly jeszcze do konca zmieknac. Wieczorem natomisat bylo niebo w gebie). Smacznego :)

p.s. Robiac tiramisu nalezy miec na uwadze, iz zawiera ono surowe jajka. Z tego wzgledu proponuje by zawsze, domowymi sposobami, sprawdzic ich swiezosc zanim zabierzemy sie to pracy.




wtorek, 1 lipca 2014

Dom wariatow

Syn precyzyjny jest az do szpiku kosci - czapka musi byc na glowie, guzik zapiety, zamek zaciagniety, butelka zakrecona itp...

Myslalam, iz ta maniakalna precyzje wyssal z  mlekiem matki. Jestem osoba lubiaca porzadek (co nie znaczy, ze umiem takowy utrzymac). Wszystko ma swoje miejsce... dlugo sie zbieralam do wypowiedzenia pierwszych zdan w jezyku wloskim - mialy byc bowiem bezbledne gramatycznie i stylistycznie. Ot taki ze mnie czubek!!

Moje postrzeganie zmianilo sie kilka dni temu. 

M. jest dokladny. Nie cierpi balaganu, zwlaszcza w dokumenatch. To on dba o rachunki i ich przechowanie. Wiedzialam, iz kazda z oplat ma swoja teczke. Nie mialam jednak pojecia, iz sa one podzielone kolorystycznie - szczeka mi opadla. Weszlam do pokoju gdy maz akurat segregowal rachunki i slysze: 
  • woda - niebieski
Ze co, pytam? To ty oplaty masz kolorystycznie podzielone? Zerkam na segregator i widze 3 teczki, kazda w innym kolorze. 
  • woda - niebieski
  • gaz - czerwony, bo sluzy do ogrzewania, gaz sie pali, plomien
  • zolty - swiatlo
Nienormalny jestem, pyta M.?

Ty to mowisz, odpowiedzialam i z niedowierzaniem opuscilam pokoj :)

Sama nie wiem kto z naszej rodzinki ma najbardziej nierowno pod sufitem? Istny dom wariatow :D