sobota, 21 czerwca 2014

SOLE - MARE - SPIAGGIA ---> TOSCANA 2014


Morze Tyrenskie

Zgodnie z regulaminem check in w naszym hotelu odbywa sie od godziny 17:00. Dzien wczesniej zadzwonilismy z zapytaniem czy istenieje minimalna szansa aby szybciej wkroczyc na ''apartementy''. Szansa jest, ale niestety nie sa nam w stanie zagwarantowac, iz pokoj bedzie wczesniej gotowy na przyjecie nas. Mimo wszystko, postanowilismy wyjechac  w sobote rano by nie tracic calego dnia na podroz, tym bardziej iz w hotelu zaproponowano nam przechowanie bagazy i mozliwosc korzystania z calej infrastruktry - basen, plaza, plac zabaw dla dzieci :)

W zwiazku z powyzszym w piatek odbylo sie wielkie pakowanie...ja grzebalam w szafach, przebieralam i ladowalam ciuchy do walizek a Steff siedzial z nosem w swoim bagazu i co rusz prezentowal mi sie w nowej odslonie - a to w bezrekawniku...a to w szaliku a i  buty przymierzyl wszystkie :) M. natomiat zachodzil w glowe po co mi tyle ciuchow - 4 tshirty, 2 koszule i basta...probowalam go wiec uswiadomic, ze owszem i ja mam jedynie po kilka sztuk wszystkiego tzn. 3 sukienki, 3 spodnice, 2 pary spodenek, 2 pary spodni,...no, ale przeciez do wszystkiego musze dobrac koszulki :D Maz jedynie stwierdzil, iz jestem przypadek beznadziejny ;)

W sobote rano dolozylismy jedzonko i szczoteczki do zebow i tak okolo 11 walizki zostaly docisniete i dopiete na ostatni guzik.

11:15 w dobrych humorach i z poslizgem jedynie 15 minut wyruszylismy przed siebie. Przed nami bylo niecale 300km...moze to nieduzo a moze wlasnie duzo...jadac ze zbuntowanym dwulatkiem nigdy tego nie wiesz na pewno. Zamysl byl taki, iz syn ''odwiedzi'' Morfeusza a my pociagniemy bez przystanku ile sie da. Syn ostatnimi czasy ma jednak mocno w nosie plany rodzicow i ani mu sie snilo przymknac oko.

Po okolo 200km tata zarzadzil postoj aby ''napoic nasza limuzyne'' i nas samych :)

Najedzony, mozemy jechac dalej!!

Siedzac przy stoliku na stacji benzynowej, gdy tak w trojke zajadalismy kanapki w koncu poczulam, ze jedziemy na wakacje. Patrzalam z duma na syna samodzielnie siedzacego na krzesle i oczy przecieralam ze zdziwienia - w tym momencie zdalam sobie sprawe jaki on juz jest samodzielny i jak przez ostatni rok wyrosl.

Tuz po 15 wjechalismy na hotelowy parking. Steffi wygladal jak z buszu wypuszczony. Biegal radosnie po ogrodzie, co rusz wydajac z siebie entuzjastyczne okrzyki. A gdy dojrzal plac zabaw usmiech mu z twarzy nie schodzil. Widzac go takiego szczesliwego, juz wtedy, wiedzielismy, ze ten wyjazd to byl trafiony pomysl :)

Milosc od pierwszego wejrzenia:)







HOTEL

Hotel otoczony jest pieknym egzotycznym ogrodem. Jedna czesc przeznaczona jest niemal wylacznie na uzytek najmlodszych - plac zabaw.



Pokoj juz na nas czekal...niecale 10 minut pozniej, po zalatwieniu niezbednych formalnosci, mielismy klucze w rece. W pokoju niestety dwie przykre niespodzianki: delikatnie mowiac, w lazience fiolkami nie pachnialo, no i ten nieszczesny okres (Liczylam sie z ta mozliwoscia, ale po ciazy cykle moje wciaz byly bardzio nieregularne - dlugie, nawet ponad 40 dni. A tu masz jak na zlosc w czerwcu ''rodzina przyjechala'' jak w zegarku). Lazienkowe walory zapachowe poczatkowo probowalismy rozwiazac sami, odswiezaczem do powietrza. Ostatecznie jednak poprosilismy o interwencje i niecale pol godziny pozniej zjawili sie wlasciciele i problem zostal skutecznie rozwiazany :) Okres jednak zostal ;)

Na nasz apartement skladal sie jeden spory pokoj z lozem malzenskim i rozkladana kanapa (nie uzywalismy, gdyz dla syna poprosilismy o lozeczko). W pokoju znajdowal sie rowniez duzy stol i aneks kuchenny. Prywatna lazienka z kabina prysznicowa i dwa niewielkie balkony. Niestety jeden z balkonow musielismy trzymac niemal caly czas zamkniety badz ze spuszczonymi zaluzjami, gdyz syn wdrapywal sie na znajdujace sie tam krzesla i stolik, a lotu z 3 pietra zdecydowanie wolelismy uniknac.

Nasz pobyt w Toskanii potwierdzil moje wczesniejsze spostrzezenia, iz syn nie jest juz takim malym brzdacem jakby sie nam moglo wydawac. Miedzy rocznym a dwurocznym dzieckiem jest ogromna roznica, rzeklabym nawet, iz to przepasc. W ubieglym roku syn byl maluszkiem, ktory siedzial gdzie go posadzono. W tym roku to juz dwulatek, ktory chodzi wlasnymi drogami i na wszystko ma swoje zdanie, o czym co chwila nam przypominal. Dzielnie na wlasnych nozkach codziennie kroczyl na plaze (i z powrotem) - ok. 400 metrow, wiekszosc prowadzila przez lasek piniowy...wroc on nie szedl, on na plaze biegl z glosnym okrzykiem bojowym. O Stefkowej samodzielnosci swiadcza zrypane na calego synowskie kolana. Dzikus nasz zdarl sobie kolano juz pierwszego dnia, kazdego nastepnego rane nieco poprawial - poglebial, nie dajac jej czasu na zagojenie. Uwaga na przyszlosc - jadac w podroz z energicznym dwulatkiem zabieraj ze soba wode utleniona!!


SLONCE

Przed wyjazdem balismy sie o pogode. Nieslusznie. Mazanta przywitala nas pieknym sloncem, ktore nie opuscilo nas, nawet na chwilunie, do samego konca. Bylo goraco i parno. Piasek parzyl w stopy. Ukojenie przynosila lagodna morska bryza. Woda cieplutka :) Cudownie. Lepszej pogody nie moglibysmy sobie wymarzyc.
Na obiad marsz.


Slonce grzalo i plecy spalilo. Nie wiem jak to sie dzieje, ze jakkolwiek bym sie nie ustawila to zawsze spale plecy. Filtr sredni byl za slaby, ostatnie 3 dni nakladalam grubo na siebie synowska 50+. Ostatniego dnia wylozylam sie z krzyzowka pod parasolem i w nosie mialam czekoladowe nogi!! Podziwiam osoby, ktore potrafia caly dzien wytrzymac wystawieni na promienie sloneczme - ja nie mam do tego cierpliwosci i po 30 minutach eksponowania sie na sloncu uciekam w cien. Opalenizne natomiast bardzo lubie :)


PLAZA

Dzien nasz podzielilismy na dwa etapy. Rano, po sniadaniu wymarsz na plaze - Tahiti beach ;) Tu syn dawal popis swych manualnych umijetnosci manowrowania lopatka i zasypywania czego tylko sie dalo, wlacznie ze soba samym. Najbardziej jednak umilowal sobie zabawe w alchemika - przelewanie wody i mieszanie jej z piachem. Tylko moje nogi wiedza ile kilometrow zrobily lazac kilanascie razy dziennie po wode do morza - jesli ktos szuka sposobu na chudniecie zadane tam diety cud, wystarczy dziecko zabrac nad morze :D Moj kilkuminutowy marsz w skwarze po goracym piachu syna zadowalal na 2 sekundy, gdyz wlasnie tyle trwalo oproznienie z wody konewki i wiaderka. Ledwo co zdarzylam zadkiem lezaka dotkanc (niekiedy zdarzylo sie, ze i nogi dalam rade wyciagnac) a juz z boku dochodzilo mnie ciche ''mamma'' i z synowskich rak sypal sie na mnie piach a przed oczami ukazywala sie zolta podlewaczka. Czas na kolejny kurs...i nastepny...i jeszcze jeden...''Stefek a wiesz, ze masz rowniez tatusia? O tam siedzi i narzeka, ze brzuch za bardzo wystajacy'' :D


Stefano tworzy :)


Zamek...jest fosa i baszty sa :)


To co Steffi lubi najbardziej - piaskowa burza :)
Nasze kolejne dzielo. Nie ma co artysci z nas cala geba ;)


Drugi etap - popoludniowy BASEN. Z plazy schodzilismy ok. 12:30 - 13:00 na obiad. Z powodow oszczednosciowych obiady gotowalismy sami - talerz makaronu :) Poza tym syn ladniej posilki spozywa w domu niz w miejscach publicznych, gdzie zainteresownay jest wszystkim innym tylko nie lyzeczka.  Po obiedzie, kawka i spacer w lesie piniowym - bloga cisza, przyjemny chlodek - syn padal na pierwszej prostej :)



 Sen swoj kontynuowal na lezaku przy basenie, podczas gdy rodzice zaczerpywali kapieli slonecznej lub w cieniu oddawali sie lekturze.


Wyspany.


Baseny byly trzy - jeden dla doroslych i potrfiacych plywac. Glowna atrakcja basenu byly 4 stanowiska z hydromasazem i wodospad. Drugi basen, mniejszy dla dzieciaczkow wyposazony byl w male fontanienki :) Ostatni ze zbiornikow to grota z podgrzewana woda i jacuzzi :)

Grota z jacuzzi i stanowiska do hydromasazu na powietrzu :)


MORZE I BASEN

Syn boi sie wody. Smiem twierdzic, iz to moje geny - ehhh. Codziennie...wroc dwa razy dziennie toczylismy boje, aby przekonac go do wejscia do morza lub basenu. Na ''Ste idziemy do wody'' - syn zaczynal krecic glowa tak intesywnie, ze czekalam az mu ten maly uparty lepek odpadnie. A krecil nie tylko glowa, ale i obiema rekami i palcami wskazujacymi - tu chyba wdal sie w tatusia i wloskie gestykulacyjne geny ;)
Wejscie do wody rownalo sie z wielkim krzykiem i proba ucieczki. Trzeba bylo syna brac na sposob, odwrocic uwage i zajac zabawa...i co...na koncu (po ponad godzinnej zabawie w wodzie) byl ryk i krecenie glowa, ze nie chce wyjsc.

Tak bylo na poczatku - Nie nie nie, nie wejde do wody!! 
No dobra, ide po wode...
p.s. po co komu kremy z filtrem, nie ma to jak  naturalna piaskowa skorupa ;)
Wyjmijcie mnie stad....blagam!!
W sumie to nie takie zle to morze...






Do morza wchodzil jednak najwyzej do lydek, do basenu nawet ponad pas albo po prostu sobie siadal.

Do groty z jacuzzi weszlismy jedynie dwa razy, gdyz syn byl mocno na nie!!





W tle acquagym :)

Czesc kolego :)

FRUTTI DI MARE

Jak juz wczesniej wspominalam, posilki staralismy przygotowywac sobie we wlasnym zakresie. Pojechac jednak nad morze i nie zjesc rybki to prawie grzech - M. lubuje sie w owocach morza. Im bardziej mnie one odpychaja - osmiorniczki, slimaki, malze tym bardziej on sie nimi zachwyca.  Ja gustuje w krewetkach w kazdej postaci i smazonych kalamarnicach.

Smazone owoce morza :)

Krewetki, homar - mniam.
Moje znalezisko - nie wiem na ile jadalne. W kazdym razie ja bym tego w zyciu do ust nie wlozyla, ale chyba swiadcza o czystosci wody. Kilku osobom udalo znalezc sie krewetki, slimaka morskiego a nawet i niewielkiego kraba.

Chwila przyjemnosci po ''ciezkim'' dniu - aperitif.

We wielkiej tajemnicy zdradze Wam, iz sie zauroczylam!! W Mojito ;) Dobrze, ze wakacje trwaly tak krotko, bo jeszcze tydzien i wpadlabym w alkoholizm albo po prostu przetrwonilabym na drinki cala mezowska pensje. Bardziej prawdopodobna jest wersja pierwsza, gdyz barman Luigi bardzo polubil nasza rodzinke i co rusz serwowal cos darmowego :)

Kolo tej zjezdzalni Steffi nie mogl przejsc obojetnie 
Wieczorami natomiast, stalym punktem programy byl baby dance, na ktorym nie moglo zabrakanc naszego szkraba - o tym jednak nastepnym razem :)


Na koniec dowod, iz pluskanie w morzu wciaga i warto bylo sie narazac na podejrzliwe karcace spojrzenia innych plazowiczow, jako to wyrodni rodzice zmuszaja dziecko do wejscia do wody. Rodzice jednak najlepiej znaja swoje dzieci :)


czyscioszek ;)





Rodzinka w komplecie!!

Jeszcze tylko sniadanie i wyruszamy do domu :(

Cecina - ostatni przystanek przed obraniem drogi powrotnej do Perugii.

Brakuje mi tych leniwych a zarazem intensywnych dni. Wiem, ze te dwa przymiotniki sie kloca. Nasze dni nad morzem byly niejako leniwe, bo nic specjalnego nie robilismy, a jednak rowniez intenswyne bo caly dzien bylismy na chodzie. Brakuje mi plazy 400 metrow od domu...brakuje mi wylegowania sie w cieniu palmy z krzyzowka w dloni.

Byle do wrzesnia...zdecydowalismy bowiem, iz jedziemy na wesele przyjaciela meza - raptem 700km na poludnie Wloch, hotel juz zarezerwowany...a ja zaczynam odliczac!!

46 komentarzy:

  1. Super relacja :) widać, że urlop udany i wszyscy się dobrze bawili. Ja też nie umiem się opalać plackiem. Parasol plażowy to obowiązkowa rzecz, którą zabieramy nad morze, bo ja długo na słońcu nie wysiedzę. Stąd zawsze jestem bledzioch, ale trudno. A z drinków to mam kręćka na punkcie cuba libre i sex on the beach (ciekawe kto wymyślił tą nazwę) ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten, kto uprawiał "sex on the beach":). Oświeciło go zapewne:).

      Usuń
    2. Pewnego dnia przyuwazylam chlopa w srednim wieku, ktory podczas siesty centralnie rozlozyl sie na plecach w basenie dla dzieci - po godzinie zastanawialam sie czy on jeszcze zyje?!

      Usuń
  2. Ale super.. Jak fajnie. Fajny urlopik :))

    OdpowiedzUsuń
  3. Swietna fotorelacja...udany czas :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzieki, Aniu a czy Ty zawiesilas bloga czy po prostu ''okroilas'' dostep do niego?

      Usuń
  4. Piękne zdjęcia, widać, że Stefek był wniebowzięty (pierwsza fotka jest mega)! Też preferuję aktywny wypoczynek, bo gdybym miała leżeć i nic nie robić, zanudziłabym się naśmierć. Zresztą przy dzieciach to niemożliwe:). My w ogóle nie jemy owoców morza, a mój mąż woli polską kuchnię- uwielbia ją!
    I jeszcze jedna rzecz, o której muszę napisać- jak Ty to robisz, że jesteś taka szczupła:)?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moj maz probuje wszystkiego - gdy podrozujemy za granice unika wloskiego jedzenia, gdyz twierdzi iz ma je na codzien. To ja jestem zdecydowanie bardziej wybredna.
      p.s. Ja naleze do rasy chudzielec pospolity ;)

      Usuń
    2. A ja do rasy "okrąglak mało żywiołowy":).

      Usuń
  5. Alez aktywnie spedzony czas . Widac, ze wakacje byly udane :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Udane, o tak. Zdecydowanie za szybko minely. Czekam teraz na Twoja fotorealacje :)

      Usuń
  6. Widać że wyjazd udany. Może my w tym roku też się wybierzemy na podobny wyjazd...pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My generalnie preferujemy aktywny wypoczynek czy tez zwiedzanie, ale z dwulatkiem morze, plaza, basen to zdecydowanie lepszy pomysl. Do zwidzanie wrocimy jak nieco podrosnie :)

      Usuń
  7. Super wakacje, choć krótkie to widać, że udane :)
    Mohito też uwielbiam :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ze tez ja to Mohito dopiero teraz odkrylam...tyle lat w plecy :D

      Usuń
  8. Zazdroszczę :P
    Fajnie, że wyjazd Wam się udał :)

    O Boziuuu jaką Ty masz figurę! Ja też taką chcę :P

    Synuś zdecydowanie do Ciebie podobny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, zdecydowanie sie udal :)

      Figury mojej szybko by Ci sie odechcialo, gdybys miala problemy z zakupem garderoby. Wszystko na mnie wisi!!

      Usuń
    2. p.s. Ostatnia wersja mowi, iz syn to maly M. w wersji blond ;)

      Usuń
  9. Też chcę na wakacje. Ale fajnie mieliście, nawet ta kuzynka nie przeszkodziła Ci w plażowaniu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wierz mi, ze jak zobaczylam te czerwone slady to plakac mi sie chcialo a zamiast tego wybuchnelam smiechem. Chyba z bezsilnosci :D

      Usuń
  10. Odpowiedzi
    1. A wahalismy sie czy jechac, glownie ze wzgledu na koszty. Warto bylo, chocby dla rozesmianej buziuli syna :)

      Usuń
  11. Zazdroszczę takich cudownych wakacji :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wakacje jak kazde inne, ale dla nas i tak byly cudowne :)

      Usuń
  12. Ale super wakacje! My też mieliśmy w tym roku jechać do Włoch- ale musieliśmy dach zmienić...:) Jedziemy tylko na tydzień do Zakopanego:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapraszamy, choc i Zakopane brzmi zachecajaco :)

      Usuń
  13. O rety! Przeczytałam, obejrzałam fotografie:) Nic, tylko pozazdrościć! Wyglądacie pięknie, Stefcio boooski, widoki nieziemskie.
    Ach, plaża...Aż zatęskniłam:)
    P.S. Na takiej plaży, to ja nawet i plackiem bym wyleżała;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Justys, nie chcialabym byc w Twojej skorze po takim calodniowym plazingu...no chyba, ze oplasz sie od razu na czekoladowo;)

      Usuń
  14. Cudowne wakacje, my na nasze jedziemy za tydzień. ;)

    OdpowiedzUsuń
  15. No i to są wakacje!

    Piękna pogoda, słońce, radość dziecka, smażone kałamarnice (kocham!), Mohito!
    Żyć nie umierać!
    No i Ewo... ciało masz idealne, dokładnie takie, jakie mi sie marzy i jakiego nigdy nie będę mieć....

    Cieszę się, że się dobrze bawiliście!
    Wyglądacie na bardzo szczęśliwą rodzinę. Tego Wam życzę na zawsze!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziekuje Ci ogromnie. Slowa o figurze przyjmuje za komplement aczkolwiek z pelna swiadomoscia mowie, iz za chuda jestem!!

      Usuń
    2. Wierzę Ci... Prawdą jest, że szczupłym osobom też czasem marzy się inna figura.
      Cóż, mamy o co mamy. Czasem można coś z tym zrobić, czasem nie można, czasem nie warto.
      Mój mąż na przykład nie może przytyć. Jest szczuplutki, zawsze był. Ile by nie jadł i tak nie tyje! Jak jego mama, której figura od czasu urodzenia dzieci nic się nie zmieniła. Czyli od 30 lat.

      No a ja... Kiedyś byłam szczuplejsza. Teraz trochę się zaniedbałam. Ale pamiętam jak mi było wygodnie, gdy nic nie musiałam kryć pod workowatymi ciuchami, gdy nie wciągałam brzucha żeby dopiąć spodnie, gdy nic mi się nie wylewało po bokach....

      Czuć się dobrze w swojej skórze - tego chcę...

      Usuń
    3. I tego tobie zycze...

      p.s.Mam podobnie jak Twoj maz :)

      Usuń
  16. Ooo jaaa ale cudne zdjęcia! Piękne wakacje, aż zazdroszczę! My jedziemy 12 lipca na Węgry to niby nie daleko, ale odpoczynek będzie :) hehe przy trójce dzieci :)
    Nie wiem co się stało z blogerem ale nie pokazuje mi listy ostatnich dodanych postów i muszę grzebać we wszystkich obserwowanych ale Bogu dzięki dogrzebałam się Waszego :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Blogger cos szwankuje od wczoraj. U mnie w obserwowanych pokazuje jedynie jeden post - strasznie to niewygodne. Mam nadzeje jednak, ze jedynie chwilowe.
      p.s.nie wazne gdzie sie jedzie, ale wazne z kim i w jakich nastrojach. Na pewno bedzie sie super bawic podcazs gdy my bedziemy zdychac w miescie. Licze na bogata fotorelacje :)

      Usuń
  17. Eh eh... Też bym tak chciała... Daleko daleko... Ehhh
    Ps. Zapraszam do mnie na rozdawajkę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapisalam sie na rozdawajke. Blogger cos ostatnio szwankuje i nie widze w obserwowanych wszystkich postow :(

      Usuń
  18. Ale Ty masz figurę Ewcia ulalala. A wakacje widać, że pełne wrażeń, pełne przygód jednym słowem udane, że głowa mała :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeszadzacie dziewczyny z ta moja figura!!

      Wakacje udane i to nas cieszy najbardziej :)

      Usuń
  19. Super wakacje! Przyjemnie się czytało taką relację :-) No a smażone owoce morza i mohito to jest to! :) Ja opalać również się nie lubię i wkurza mnie jak wszyscy się dziwią w Polsce, że przyjechałam taka blada - czyli mieszkanie nad M. Śródziemnym zobowiązuje ;-S

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostatnie zdanie z ust mi wyjelas :)

      Usuń
  20. wakacje udane widzę :)tiaaa skąd ja to znam? nasza Ątusia ma rytm dnia i tam takie. ale jak my chcemy coś przygotować pod ten rytm, ta intuicyjnie zmienia swoje plany, nie chcąc nic przegapić hmmm :D

    OdpowiedzUsuń
  21. Przenioslas mnie tam swoją relacja :) ach, jak ja bym chciała nad morze...nie ważne czy cieple jak u Was, czy nad nasz Bałtyk... aż poczułam ta morska bryze, słońce palące skórę, chłód cienia, wakacyjne lenistwo... Pięknie wygladasz, jak modelka :) A Steffi dawał nieźle czadu :)

    OdpowiedzUsuń