poniedziałek, 30 czerwca 2014

Z reka w nocniku


Dysputy na temat potencjalnego wyslania syna do zlobka toczylismy juz od dawna.

Neonatolodzy przy wypisie polecili nam miec szczegolny wzglad na synowskie pluca, przynajmniej do drugiego roku zycia. Pediatra im wtorowala. Wisialo nad nami widmo dysplazji oskrzelowo-plucnej...pierwsze dwa miesiace zycia poza szpitalnymi murami syn spedzil na przymusowej izolacji. Wystarczylo by ktos przy nim kichnal a przeziebienie juz zagladalo do okien. Za kazdym razem lek przed zapaleniem pluc i atakami astmy. Mocne zaciskanie kciukow by choroba nie postepowala a w okresie zimowym synagis. O zlobku nie bylo mowy. Nie stanowilo to jednak najmnijeszego problemu, glownie dlatego, ze ja obecnie nie pracuje.

To co odradzali lekarze proponowali fizjoterapeuci i neuropsychiatra, gdyz ich zdaniem syn nasz byl malo socjalny. Nad aspekt integracyjny przekladalismy jednak stefkowe zdrowie.

Niestety syn nie ma w najblizszym otoczeniu zblizonych do siebie wiekiem dzieciakow. Wraz ze zblizaniem sie drugich urodzin powrocil wiec temat zlobka. Odpornosc wydaje sie nieco podbudowana, wiec czas zadbac o aspekt spoleczny. Ahhh gdybym miala gdzies w okolicy Studio Nie Nudno :)

M. wysunal propzycje zlobka. Mnie ten pomysl jednak nie przekonywal. Jako, ze ''z braku laku i kit dobry'' postanowilismy powaznie zastanowic sie nad poslaniem syna do wspomnianej placowki oswiatowej. Wiosna nas jednak nie rozpieszczala. Na swiatlo dzienne co rusz wychodzily nowe problemy. Nasze mysli wciaz byly zaprzatniete. I tak sie intensywnie zastanawialismy az termin skladania podan minal (dzien wczesniej), a my znalezlismy sie z przyslowiowa ''reka w nocniku''.

M. podzwonil gdzie trzeba i odkrylismy struktury, ktore odpowiadaja nam bardziej niz zlobek - Centro per bambine e bambini (Centrum dla dziewczynek i chlopcow). Ponadto czerwiec ustalono miesiacem dla spoznialskich :) Powedrowalismy na liste rezerwowa. Z naszych wstepnych obliczen wynika, iz Steffi powinien figurowac na samej gorze. Szanse nasze nie sa wiec jeszcze zupelnie przekreslone, choc znacznie ograniczone.  

Troche szkoda straconej szansy. Gdybysmy tylko ockneli sie dzien wczesniej bylibysmy praktycznie pewni miejsca. Steffi ma bowiem orzeczona niepelnosprawnosc, ktora daje mu niemala przewage nad innymi dziecmi. Tymczasem grzecznie czekamy na liscie rezerwowej liczac, iz predzej czy pozniej ktos do nas zadzwoni.

Slow kilka o samej strukturze. Centra w naszym miescie sa dwa, oba stosunkowo blisko naszego miejsca zamieszkania.Dysponuja jednak mocno ograniczona iloscia miejsc. Piecze nad nimi sprawuje miasto. Nie roznia sie one wiele od zlobka, ale w swym zalozeniu maja sluzyc rodzinom takim jak nasza. Stworzone zostaly bowiem glownie aby poglebiac aspekt spoleczny dzieci:

  • ktorych choc jedno z rodzicow nie pracuje
  • bedacych jedynakami.
Dziecko mozna u nich zostawic na maksymalnie 5 godzin dziennie 8:00 (nie pozniej niz 9:30) - 13:00. Pociechy nasze spozywaja tam jedynie drugie sniadanie.  Na probe zlozylismy podanie o 2 dni w tygodniu, by po malu wdrazac syna w zupelnie nowa dla niego perspektywe.  Miesieczny koszt przy dwoch dniach w tygodniu to 50 euro. Pozyjemy, zobaczymy.

piątek, 27 czerwca 2014

Ewiczka świętuje

        ''Nadejszla wiekopomna chwila...''

Mijajacy tydzien wloczyl sie nieslychanie. Stres towarzyszyl mi na kazdym kroku, nie odpuszczajac ani na chwile. O zblizajacym sie czwartku przypominal zoladek - niezawodny ''przypominacz'' w nerwowych sytuacjach. Chyba i synowi sie udzielilo, bo nocki mial naprawde kiepskie. Jak nigdy budzil sie w nocy z placzem i ani myslal o kontynuowaniu snu w swoim lozku. 

Wstalam wczesnie. Wepchnelam w siebie sniadanie, choc scisniety zoladek mocno prostestowal, i kilka minut po godzinie 8:00 stawilam sie na umowionym spotkaniu. Nie liczylam na wiele, choc iskierka nadzieii gdzies tam w srodku sie tlila.
Ok. 9:40 ruszylam. Serce walilo jak mlot...odwrotu nie bylo!!

Czterdziesci minut pozniej podpisywalam najbardziej wypocony, wymeczony psychicznie dokument, o jaki przyszlo mi sie starac - PRAWO JAZDY - moje prawo jazdy!!
Zdalam za pierwszym podejsciem...wciaz nie wierze, ze to prawda. Piszac powyzsza notke jednym okiem zerkam na lezacy na stoliku swiezutki, rozowiutki kawalek plastiku.

Ile mnie to kosztowalo to wie jedynie Najwyzszy i moi najblizsi. O prawo jazdy staralam sie juz dobrych kilka lat temu (dokladnie 8) w Polsce. Nic z tego nie wyszlo - cholerny stres, potegowany niechlubna slawa gdanskich egzaminatorow. Stres byl i tutaj, bo w koncu to egzamin, ale nie ma porownania. 

Slow kilka o samym egzaminie. Na egzamin praktyczny przyjezdza sie ''swoim'' samochodem tzn. samochodem ze szkoly jazdy czyli tym na ktorym sie przygotowywales. Moim zdaniem jest to duzy plus, odpada bowiem faktor nieznajomosci samochodu, wyczucia pedalow itp. Egzaminator siedzi na tylnym siedzeniu, dyktuje trase i obserwuje. Miejsce pasazera zajmuje instruktor ze szkoly jazdy. Ponadto we Wloszech nie ma tzw. ''placu''. Wszystkie manewry wykonuje sie na miescie i jedynie od egzaminatora zalezy o co Cie poprosi. 
 Nie wyjechalismy jeszcze dobrze na droge a juz pierwsze problemy - brakuje dokumentu, ktory potwierdza, iz odbebnilam 6 przewidzianych przez prawo (czytaj obowiazkowych) godzin jazdy z prefesjonalnym instruktorem. 
Jak to? Czyzby zgubili? 
Spokojnie, tylko spokojnie...znajdzie sie. Musi!! 
Pierwsze kroki pokierowalismy wiec do biura w poszukiwaniu ''zaginionego''. Droge znalam na pamiec...dojechalismy bez problemu, ale czas na moja ''piete achillesowa'' - parkowanie. 
Gleboki wdech...kierunkowskaz...wteczny...ruszylam...lusterka, glowa mi chodzila z predkoscia swiatla...prawo...lewo...prawo...''dupsko jest w srodku'' - jedynka, delikatnie do przodu, prostujemy i ponownie wsteczny. Stoimy...instruktor poszedl szukac dokumentu a ja zastanawialam sie czy aby zmiescilam w wyznaczonych granicach?! Nie wiem czy takie samo pytanie zadawala sobie egzaminatorka czy moze po prostu duszno jej sie zrobilo, ale otworzyla drzwi...a ja z dusza na ramieniu lekko obrocilam glowe i ...''jest linia'' - dziewczyny, wyszlo mi cudenko, stalam dokaldnie na srodku miejsca parkingowego...Cisnienie nieco zeszlo, gdyz mialam nadzieje, ze o kolejne parkowanie mnie nie poprosi. Nie mylilam sie!! Niestety nie obylo sie bez wpadki, gdyz naturalnie jakis inteligentny inaczej wyjechal mi na wstecznym na glowa droge...nie mogac go wyminac zahamowalam a samochod zgasl.  Cisnienie znow nieco  podskoczylo, ale egzaminatorka nie odezwala sie ani slowem...po kolejnych 20 minutach krazenia po ulicach Perugii padlo ''wracamy na plac''. W duchu powiedzialam sobie wtedy ''Ewa, jesli teraz nic nie zawalisz ani nie spotkasz na drodze jakiegos wariata to moze cos z tego bedzie''.

Wrocilismy na plac motoryzaccji cywilnej. Myslalam, ze sie rozbecze ze szczescia gdy pani podala mi rozowy prostokacik, na ktorym brakowalo jedynie mojego podpisu. We Wloszech prawo jazdy (podobnie jak i dowod osobisty) wydaja od reki.  Prawo jazdy B uprawnia mnie rowniez do smigana na motorze do pojemnosci 125cm3 - jedynie na terenie Wloch. Czy bede jezdzic samochodem - pewnie tak. Maz sie odgraza, ze od tej pory prowadze jedynie ja...Przed dalszymi podrozami ratuje mnie jedynie fakt, iz przez pierwsze dwa lata mam ograniczenia predkosci 100km/h na autostradzie i 90 na ekspresowej i absolutnie nie wolno mi wypić nawet łyka wina, gdyż limit mam równy 0 promili.

Mialo byc krotko a sie rozpisalam. 




środa, 25 czerwca 2014

A wieczorem...



Wyglupy z tata..


Wyglupy z mama...

...o 21:00 nie moglo nas jednak zabraknac na BABY DANCE

Steffi od poczatku zaintrygowany byl dziecmi. Ponadto uwielbia muzyke. Wystarczy, ze uslyszy kilka dzwiekow a juz wesolo podryguje w jej rytm...kazdej muzyki...od klasycznej...przez pop...rock...po dance!!
Syn nasz to jednak wielki wstydziuch. Jego stosunek do ''dzieciecych tancow'' ewoluowal z kazdym dniem.

Obserwacja z tatusiem za reke!!

Obserwacja w pojedynke.

A co mi tam, lece na scene!!
Wygibasy...
...i skok ze sceny niczym gwiazda rocka ;)

Mama marudzila, ze juz dalej nie moze...

...co mi tam skocze sobie raz jeszcze, niech matce calkiem kregoslup padnie!!

Tanczyc kazdy moze :)

Dotychczas krecilismy nosem na tego rodzaju atrakcje, traktujac animacje jako cos denerwujacego. W sumie nasz stosunek wobec wieczornych show dla doroslych pozostal niezmieniony - nie bawi nas to. Wrecz przeciwnie, za kazdym razem gdy widze gimnastykujacych sie animatorow przykro mi sie robi, ze musza sie tak osmieszac.  W tym roku natomiast zauwazylam iz dzieci naprawde lubia ''mini club'', a frekwencja na baby dance jest tego potwierdzeniem :) 

Na koniec zostawiam Was z naszym malym tancerzem :)




Stalym punktem programu byl taniec z tatusiami na zgubienie brzuszka :) Musze przyznac, iz niektorzy ojcowie milo mnie zaskoczyli - nie opierali sie za bardzo i chetnie oddawali sie tancom ze swoimi pociechami udajac zmarznietego slonia, skaczacego kangura itp...
Czegoz nie robi sie dla usmiechu dziecka :)
Widzialam rowniez, iz dzieciaki, ktorych ojcowie odmowili wejscia na secene byli bardzo zawiedzeni.





sobota, 21 czerwca 2014

SOLE - MARE - SPIAGGIA ---> TOSCANA 2014


Morze Tyrenskie

Zgodnie z regulaminem check in w naszym hotelu odbywa sie od godziny 17:00. Dzien wczesniej zadzwonilismy z zapytaniem czy istenieje minimalna szansa aby szybciej wkroczyc na ''apartementy''. Szansa jest, ale niestety nie sa nam w stanie zagwarantowac, iz pokoj bedzie wczesniej gotowy na przyjecie nas. Mimo wszystko, postanowilismy wyjechac  w sobote rano by nie tracic calego dnia na podroz, tym bardziej iz w hotelu zaproponowano nam przechowanie bagazy i mozliwosc korzystania z calej infrastruktry - basen, plaza, plac zabaw dla dzieci :)

W zwiazku z powyzszym w piatek odbylo sie wielkie pakowanie...ja grzebalam w szafach, przebieralam i ladowalam ciuchy do walizek a Steff siedzial z nosem w swoim bagazu i co rusz prezentowal mi sie w nowej odslonie - a to w bezrekawniku...a to w szaliku a i  buty przymierzyl wszystkie :) M. natomiat zachodzil w glowe po co mi tyle ciuchow - 4 tshirty, 2 koszule i basta...probowalam go wiec uswiadomic, ze owszem i ja mam jedynie po kilka sztuk wszystkiego tzn. 3 sukienki, 3 spodnice, 2 pary spodenek, 2 pary spodni,...no, ale przeciez do wszystkiego musze dobrac koszulki :D Maz jedynie stwierdzil, iz jestem przypadek beznadziejny ;)

W sobote rano dolozylismy jedzonko i szczoteczki do zebow i tak okolo 11 walizki zostaly docisniete i dopiete na ostatni guzik.

11:15 w dobrych humorach i z poslizgem jedynie 15 minut wyruszylismy przed siebie. Przed nami bylo niecale 300km...moze to nieduzo a moze wlasnie duzo...jadac ze zbuntowanym dwulatkiem nigdy tego nie wiesz na pewno. Zamysl byl taki, iz syn ''odwiedzi'' Morfeusza a my pociagniemy bez przystanku ile sie da. Syn ostatnimi czasy ma jednak mocno w nosie plany rodzicow i ani mu sie snilo przymknac oko.

Po okolo 200km tata zarzadzil postoj aby ''napoic nasza limuzyne'' i nas samych :)

Najedzony, mozemy jechac dalej!!

Siedzac przy stoliku na stacji benzynowej, gdy tak w trojke zajadalismy kanapki w koncu poczulam, ze jedziemy na wakacje. Patrzalam z duma na syna samodzielnie siedzacego na krzesle i oczy przecieralam ze zdziwienia - w tym momencie zdalam sobie sprawe jaki on juz jest samodzielny i jak przez ostatni rok wyrosl.

Tuz po 15 wjechalismy na hotelowy parking. Steffi wygladal jak z buszu wypuszczony. Biegal radosnie po ogrodzie, co rusz wydajac z siebie entuzjastyczne okrzyki. A gdy dojrzal plac zabaw usmiech mu z twarzy nie schodzil. Widzac go takiego szczesliwego, juz wtedy, wiedzielismy, ze ten wyjazd to byl trafiony pomysl :)

Milosc od pierwszego wejrzenia:)







HOTEL

Hotel otoczony jest pieknym egzotycznym ogrodem. Jedna czesc przeznaczona jest niemal wylacznie na uzytek najmlodszych - plac zabaw.



Pokoj juz na nas czekal...niecale 10 minut pozniej, po zalatwieniu niezbednych formalnosci, mielismy klucze w rece. W pokoju niestety dwie przykre niespodzianki: delikatnie mowiac, w lazience fiolkami nie pachnialo, no i ten nieszczesny okres (Liczylam sie z ta mozliwoscia, ale po ciazy cykle moje wciaz byly bardzio nieregularne - dlugie, nawet ponad 40 dni. A tu masz jak na zlosc w czerwcu ''rodzina przyjechala'' jak w zegarku). Lazienkowe walory zapachowe poczatkowo probowalismy rozwiazac sami, odswiezaczem do powietrza. Ostatecznie jednak poprosilismy o interwencje i niecale pol godziny pozniej zjawili sie wlasciciele i problem zostal skutecznie rozwiazany :) Okres jednak zostal ;)

Na nasz apartement skladal sie jeden spory pokoj z lozem malzenskim i rozkladana kanapa (nie uzywalismy, gdyz dla syna poprosilismy o lozeczko). W pokoju znajdowal sie rowniez duzy stol i aneks kuchenny. Prywatna lazienka z kabina prysznicowa i dwa niewielkie balkony. Niestety jeden z balkonow musielismy trzymac niemal caly czas zamkniety badz ze spuszczonymi zaluzjami, gdyz syn wdrapywal sie na znajdujace sie tam krzesla i stolik, a lotu z 3 pietra zdecydowanie wolelismy uniknac.

Nasz pobyt w Toskanii potwierdzil moje wczesniejsze spostrzezenia, iz syn nie jest juz takim malym brzdacem jakby sie nam moglo wydawac. Miedzy rocznym a dwurocznym dzieckiem jest ogromna roznica, rzeklabym nawet, iz to przepasc. W ubieglym roku syn byl maluszkiem, ktory siedzial gdzie go posadzono. W tym roku to juz dwulatek, ktory chodzi wlasnymi drogami i na wszystko ma swoje zdanie, o czym co chwila nam przypominal. Dzielnie na wlasnych nozkach codziennie kroczyl na plaze (i z powrotem) - ok. 400 metrow, wiekszosc prowadzila przez lasek piniowy...wroc on nie szedl, on na plaze biegl z glosnym okrzykiem bojowym. O Stefkowej samodzielnosci swiadcza zrypane na calego synowskie kolana. Dzikus nasz zdarl sobie kolano juz pierwszego dnia, kazdego nastepnego rane nieco poprawial - poglebial, nie dajac jej czasu na zagojenie. Uwaga na przyszlosc - jadac w podroz z energicznym dwulatkiem zabieraj ze soba wode utleniona!!


SLONCE

Przed wyjazdem balismy sie o pogode. Nieslusznie. Mazanta przywitala nas pieknym sloncem, ktore nie opuscilo nas, nawet na chwilunie, do samego konca. Bylo goraco i parno. Piasek parzyl w stopy. Ukojenie przynosila lagodna morska bryza. Woda cieplutka :) Cudownie. Lepszej pogody nie moglibysmy sobie wymarzyc.
Na obiad marsz.


Slonce grzalo i plecy spalilo. Nie wiem jak to sie dzieje, ze jakkolwiek bym sie nie ustawila to zawsze spale plecy. Filtr sredni byl za slaby, ostatnie 3 dni nakladalam grubo na siebie synowska 50+. Ostatniego dnia wylozylam sie z krzyzowka pod parasolem i w nosie mialam czekoladowe nogi!! Podziwiam osoby, ktore potrafia caly dzien wytrzymac wystawieni na promienie sloneczme - ja nie mam do tego cierpliwosci i po 30 minutach eksponowania sie na sloncu uciekam w cien. Opalenizne natomiast bardzo lubie :)


PLAZA

Dzien nasz podzielilismy na dwa etapy. Rano, po sniadaniu wymarsz na plaze - Tahiti beach ;) Tu syn dawal popis swych manualnych umijetnosci manowrowania lopatka i zasypywania czego tylko sie dalo, wlacznie ze soba samym. Najbardziej jednak umilowal sobie zabawe w alchemika - przelewanie wody i mieszanie jej z piachem. Tylko moje nogi wiedza ile kilometrow zrobily lazac kilanascie razy dziennie po wode do morza - jesli ktos szuka sposobu na chudniecie zadane tam diety cud, wystarczy dziecko zabrac nad morze :D Moj kilkuminutowy marsz w skwarze po goracym piachu syna zadowalal na 2 sekundy, gdyz wlasnie tyle trwalo oproznienie z wody konewki i wiaderka. Ledwo co zdarzylam zadkiem lezaka dotkanc (niekiedy zdarzylo sie, ze i nogi dalam rade wyciagnac) a juz z boku dochodzilo mnie ciche ''mamma'' i z synowskich rak sypal sie na mnie piach a przed oczami ukazywala sie zolta podlewaczka. Czas na kolejny kurs...i nastepny...i jeszcze jeden...''Stefek a wiesz, ze masz rowniez tatusia? O tam siedzi i narzeka, ze brzuch za bardzo wystajacy'' :D


Stefano tworzy :)


Zamek...jest fosa i baszty sa :)


To co Steffi lubi najbardziej - piaskowa burza :)
Nasze kolejne dzielo. Nie ma co artysci z nas cala geba ;)


Drugi etap - popoludniowy BASEN. Z plazy schodzilismy ok. 12:30 - 13:00 na obiad. Z powodow oszczednosciowych obiady gotowalismy sami - talerz makaronu :) Poza tym syn ladniej posilki spozywa w domu niz w miejscach publicznych, gdzie zainteresownay jest wszystkim innym tylko nie lyzeczka.  Po obiedzie, kawka i spacer w lesie piniowym - bloga cisza, przyjemny chlodek - syn padal na pierwszej prostej :)



 Sen swoj kontynuowal na lezaku przy basenie, podczas gdy rodzice zaczerpywali kapieli slonecznej lub w cieniu oddawali sie lekturze.


Wyspany.


Baseny byly trzy - jeden dla doroslych i potrfiacych plywac. Glowna atrakcja basenu byly 4 stanowiska z hydromasazem i wodospad. Drugi basen, mniejszy dla dzieciaczkow wyposazony byl w male fontanienki :) Ostatni ze zbiornikow to grota z podgrzewana woda i jacuzzi :)

Grota z jacuzzi i stanowiska do hydromasazu na powietrzu :)


MORZE I BASEN

Syn boi sie wody. Smiem twierdzic, iz to moje geny - ehhh. Codziennie...wroc dwa razy dziennie toczylismy boje, aby przekonac go do wejscia do morza lub basenu. Na ''Ste idziemy do wody'' - syn zaczynal krecic glowa tak intesywnie, ze czekalam az mu ten maly uparty lepek odpadnie. A krecil nie tylko glowa, ale i obiema rekami i palcami wskazujacymi - tu chyba wdal sie w tatusia i wloskie gestykulacyjne geny ;)
Wejscie do wody rownalo sie z wielkim krzykiem i proba ucieczki. Trzeba bylo syna brac na sposob, odwrocic uwage i zajac zabawa...i co...na koncu (po ponad godzinnej zabawie w wodzie) byl ryk i krecenie glowa, ze nie chce wyjsc.

Tak bylo na poczatku - Nie nie nie, nie wejde do wody!! 
No dobra, ide po wode...
p.s. po co komu kremy z filtrem, nie ma to jak  naturalna piaskowa skorupa ;)
Wyjmijcie mnie stad....blagam!!
W sumie to nie takie zle to morze...






Do morza wchodzil jednak najwyzej do lydek, do basenu nawet ponad pas albo po prostu sobie siadal.

Do groty z jacuzzi weszlismy jedynie dwa razy, gdyz syn byl mocno na nie!!





W tle acquagym :)

Czesc kolego :)

FRUTTI DI MARE

Jak juz wczesniej wspominalam, posilki staralismy przygotowywac sobie we wlasnym zakresie. Pojechac jednak nad morze i nie zjesc rybki to prawie grzech - M. lubuje sie w owocach morza. Im bardziej mnie one odpychaja - osmiorniczki, slimaki, malze tym bardziej on sie nimi zachwyca.  Ja gustuje w krewetkach w kazdej postaci i smazonych kalamarnicach.

Smazone owoce morza :)

Krewetki, homar - mniam.
Moje znalezisko - nie wiem na ile jadalne. W kazdym razie ja bym tego w zyciu do ust nie wlozyla, ale chyba swiadcza o czystosci wody. Kilku osobom udalo znalezc sie krewetki, slimaka morskiego a nawet i niewielkiego kraba.

Chwila przyjemnosci po ''ciezkim'' dniu - aperitif.

We wielkiej tajemnicy zdradze Wam, iz sie zauroczylam!! W Mojito ;) Dobrze, ze wakacje trwaly tak krotko, bo jeszcze tydzien i wpadlabym w alkoholizm albo po prostu przetrwonilabym na drinki cala mezowska pensje. Bardziej prawdopodobna jest wersja pierwsza, gdyz barman Luigi bardzo polubil nasza rodzinke i co rusz serwowal cos darmowego :)

Kolo tej zjezdzalni Steffi nie mogl przejsc obojetnie 
Wieczorami natomiast, stalym punktem programy byl baby dance, na ktorym nie moglo zabrakanc naszego szkraba - o tym jednak nastepnym razem :)


Na koniec dowod, iz pluskanie w morzu wciaga i warto bylo sie narazac na podejrzliwe karcace spojrzenia innych plazowiczow, jako to wyrodni rodzice zmuszaja dziecko do wejscia do wody. Rodzice jednak najlepiej znaja swoje dzieci :)


czyscioszek ;)





Rodzinka w komplecie!!

Jeszcze tylko sniadanie i wyruszamy do domu :(

Cecina - ostatni przystanek przed obraniem drogi powrotnej do Perugii.

Brakuje mi tych leniwych a zarazem intensywnych dni. Wiem, ze te dwa przymiotniki sie kloca. Nasze dni nad morzem byly niejako leniwe, bo nic specjalnego nie robilismy, a jednak rowniez intenswyne bo caly dzien bylismy na chodzie. Brakuje mi plazy 400 metrow od domu...brakuje mi wylegowania sie w cieniu palmy z krzyzowka w dloni.

Byle do wrzesnia...zdecydowalismy bowiem, iz jedziemy na wesele przyjaciela meza - raptem 700km na poludnie Wloch, hotel juz zarezerwowany...a ja zaczynam odliczac!!