środa, 23 kwietnia 2014

Podroz z dwulatkiem

Obiecalam relacje z wyjazdu. Obietnicy dotrzymuje. Hmm, zastanawiam sie od czego by tu zaczac. Wiem, ze od poczatku, ale chcialam ten wpis jakos sensownie podzielic by nie zanudzac Was przedlugim jednorazowym wywodem.

PODROZ Z DWULATKIEM.

TRASA

Perugia - Tczew

SRODEK LOKOMOCJI


Bylo ich kilka. Pierwszy odcinek: Perugia - Rzym (parking) 208km pokonalismy naszym fordzikiem.
Odcinek drugi: parking - lotnisko Leonardo da Vinci, zwane Fiumicino, niecale 5km przejechalismy busem, ktory wysadzil nas przed samym terminalem odlotu.
Odcinek trzeci: Roma Fiumicino - Gdansk, bagatela 1800km - samolot, przewoznik Wizzair.
Odcinek czwarty: Gdansk - Tczew, nieco ponad 30km - samochod.


W ubieglym roku trasa byla podobna, roznila sie jedynie lotniskiem odlotu.  Mielismy w glowie ulozony plan idelany. Niestety zapomnielismy wczesniej zapytac syna o zdanie. A szkoda, bo on plany mial dalece odbiegajace od  naszych. Mialo byc tak: Nie kladziemy syna na poobiednia drzemke. Obiad, kawka i w droge. Ruszamy wczesniej, z godzinnym zapasem czasu aby jechac na spokojnie. Syn w samochodzie utnie sobie mala drzemke. Na lotnisku dostanie kolacje by pieknie usnac w samolocie, chwile po wzbiciu sie przez niego w przestworza i obudzic sie juz w Gdansku.

Plan zostal stworzony na podstawie ubieglorocznych wspomnien. Dziesieciomiesieczny wowczas syn sprawowal sie w podrozy idealnie. W tym roku mielismy nadzieje, iz bedzie podobnie. Nadzieja prysla wraz z przekroczeniem progu metalowego ptaka. No, ale po kolei.

Kilka minut przed 15:30 walizka docisnieta i ostatecznie juz dopieta wyjechala dumnie na wspolnotowy korytarz. Nasze ''m'' zabezpieczylismy przed wizyta niespodziewanych gosci i ruszylismy przed siebie. Syn kolysany przez auto i rozlegajace sie z glosnikow piosenki usnal. Kilka minut po 17 bylismy juz na rzymskiej obwodnicy, na ktorej zaczynalo robic sie nieco tloczno. Mamuska dostala role pilota i niczym Wislawski poprowadzila swego osobistego Holowczyca na zarezerwowany wczesniej parking :D

Kilka minut przed 18, oczom naszym ukazal sie lotniskowy kompleks, a podstawiony na parkingu bus dowiozl nas przed same drzwi Terminalu 2. Mamine sokole oko dostrzeglo w dali, ze rodacy juz ustawiaja sie w kolejke do odprawy bagazu. Cholera, przeszlo jej w myslach - jeszcze prawie godzina do rozpoczecia odprawy a juz zaczyna sie tworzyc kolejka. Wizja stania w niej z dwulatkiem nie usmiechala mi sie nic a nic. W dodatku syn rozbrykal sie na calego i ani mu sie snilo stac w miejscu. I gdy tak juz tworzylam w glowie plan dzialania na stanowisku pojawil sie pan z obslugi naziemnej i zaczal odprawe z prawie godzinnym wyprzedzeniem. Po 10 minutach bylismy lzejsi o prawie 30kg :)

Oczywiscie nie moglo obyc sie bez dramatycznych scen. Na cale szczescie nie z naszym udzialem i nawet nie z udzialem naszych rodakow. Akurat nadeszla nasza pora na polozenie walizki na tasme gdy wbiegla do terminala pewna pani, blagajaca lamana ''wloszczyzna'' aby pan z odprawy jej samolot zatrzymal. Pan zrobil wielkie oczy, my rowniez - kobita (rumunka) prawie zaplakana ciagnaca za soba wielka torbe  wykrzykiwala zalosnie ''prosze, pomoz mi...bo ja siedzialam od kilku godzin w budynku Terminala 3...nie wiedzialam...'' Pan spokojnie wytlumaczyl, ze on nie ma mocy jej samolotu zatrzymac...Nagle z kolejkii za nami wynurza sie kilka kolejnych osob, ktore czekaja na ten sam samolot co owa pani...byli w sytuacji o tyle lepszej, ze nie mieli bagazu do odprawienia, wiec Pan z okienka rzucil ''jestecie bez bagazu to juz...leciec...ale szybko biegiem, biegiem za 20 minut startuje''.  I tu moja mala reflekcja - rozumiem, ze mozna sie pomylic...ze mogli zmienic terminal odlotu, ale wybaczcie wiedzac, ze odprawa zaczyna sie na 2 godziny przed odlotem a na monitorach  nie ma jakiejkolwiek informacji na temat mojego lotu to zaczynam sie alarmowac, ze cos jest nie tak. Samej mi sie kiedys przydazylo, ze zmieniono terminal odlotu co widnialo na karcie pokladowej, ale nie zwrocilam na to uwagii i poszlam na pamiec do ''starego'' terminala. Nie czekalam jednak jak sierota to godziny wylotu aby zadac sobie pytanie, czy cos tu nie gra.



Po odprawie osobistej ulokowalismy sie w korytarzu z Gatetami D a syn rozbrykal sie na dobre. Biegal jak oszalaly... w te w z powrotem...bawil sie swoim malym samochodzikiem. Po chwili syn odkryl, ze zabawa samochodem to zadna atrakcja...za to rzucanie ludziom pod nogi butelki z woda to dopiero jest super sprawa. Co rusz tez nam uciekal wsluchwiac sie w odglos lazienkowych suszarek. Nie odpuscil tez nikomu z telefonem komorkowym...nasze niesmiale dziecko zaczepilao kazdego kto w reku mial smartfona (zwyklymi gardzi). Bylam wykonczona ta nieustanna bieganina.




Maz moj mial nielada ubaw, gdyz na monitorach przez bardzo dlugi czas, praktycznie do samego konca przy nazwie GDANSK widniala jedydnie literka D. Podczas gdy przy innych miastach juz od dawna podany byl dokladny numer wyjscia. Stworzylismy nawet  na ten temat swoja teorie, iz na lotnisku bali sie, ze polacy swoja tradycyjna kolejka lotnisko zablokuja. Pamietam w jakim szoku byl moj maz gdy po raz pierwszy lecial do Polski (miejsca byly wtedy jeszcze numerowane) gdy na dwie godziny przed odlotem juz ustawila sie kilometrowa kolejka do wyjscia. Ja doszlam do wniosku, ze nam te kolejkowanie to chyba jeszcze z komuny zostalo ;)  Musielibyscie widziec pospolite ruszenie gdy przy literce D pojawila sie cyfra 1 :D


My w kolejce nie stalismy, gdyz Wizzair pasazerom podrozujacym z dziecmi do 2 roku zycia daje priorytetowe wejscie na poklad...uffff :)  Weszlismy na poklad i sie zaczelo - syn zdecydowanie nie chcial usiasc. Po czym glosno i donosnie dal znac co sadzi o zapinaniu pasow bezpieczenstwa. Krecil sie, wiercil, wyrywal, krzyczal...samochodzik, ktory sciskal w dloni wyladowal na ojcowskiej twarzy. Wszelkie proby uspokojenia spelzaly na niczym. Robilo mi sie coraz bardziej wstyd i do tej pory dziwie sie, ze pani siedzaca przed nami nie zmienila miejsca po razach wymierzanych synowskim stopami w oparcie jej fotela. Ostatecznie trafil na moje kolana i oberwalo sie i mi - karta z informacjami o bezpieszenstwie. Zawyly motory, wcisnelo nas w fotele i po chwili samolot wzbil sie w powietrze. Syna nieco zamurowalo, matce natomiast serce walilo jak mlot. Panicznie boje sie latac, majac jednak syna na kolanach potrafie skoncentrowac sie na nim i nie mysle o swoim leku.

Jak tylko osiegnelismy wysokosc przelotowa i wylaczona syngalizacje ''zapiac pasy'' w ruch poszedl tablet. To ''cajstwo'', przed ktorego zakupem tak sie bronilismy uratowalo nam podroz - syn ogladal piosenki badz bajki i wesolo podrygiwal...do czasu turbulencji gdy wylaczylismy tablet - po raz kolejny wstapil w niego potwor. Cale szczescie byly krotkie i ''oglupiajacy'' monitorek wrocil przed synowskie oczy, ktorych nie zmruzyl az do Gdanska.

A w Gdansku w samochodzie ''czekal'' (troche sie spoznili) na nas komitet powitalny - moja siostra ze swoja najstarsza corka - moja niespelna siedmioletnia chrzesniaczka Tosia. Podczas ostatniego, najkrotszego odcinka drogi syna w koncu zmoglo!!

Jesli myslicie, ze tak wygladam podczas lotu to nawet nie wiecie jak bardzo sie mylicie. Wygladam duzo gorzej, zdecydowanie gorzej...na ponizszym zdjeciu to juz byl relaks na calego :D Serio!!

Ufff, juz na ziemii :) 


Droga powrotna bardzo zblizona do tej przedstawionej powyzej. Byla ''szopka'' odstawiona w samolocie. Bylo ''skopanie'' Pana siedzacego przed mezem - bardzo nieedukacyjnie nie bylo nam go zal ani troche. Mosc ow bowiem mial w nosie nas rozkladajac bezczelnie swoj fotel bez zadnego ostrzezenia. Gdyby akurat syn siedzial na mezowskich kolanach to nieuniknionie dostal by z wielka sila w glowe. Podniosa sie zapewne na mnie jakies slowa krytyki, ale wierzcie mi w samolotach tanich lini lotniczych jest naprawde niewiele miejsca na nogi.  Mimo to twierdze, iz kazdy ma prawo udoskonalac sobie komfort podrozy rozkladajac np. fotel. Prosze jednak, ludzie, robcie to grzecznie, miejcie na uwadze innych podrozujacych.
Ogolnie rzecz biorac zachowanie niektorych ludzi w podrzoy pozostawia naprawde wiele do zyczenia, bo jak to stwierdzila stewardesa ''my chyba same do siebie mowimy''!!

Roma Fiumicino


A  na koniec kilka fotek z lotniska w Rzymie. Tata czekal na walizke a Steffi szalal na zjezdzalni. Swoja droga swietny pomysl na zajecie dziecka :)



Na poczatku za reke z  mama...pozniej...

....szalenstwo!!




15 komentarzy:

  1. Mamy ze sobą wiele wspólnego- też panicznie boję się latać! Nie znoszę tego i gdy jestem w samolocie, ogarnia mnie jakaś paranoja. W zeszłym roku byliśmy po raz pierwszy w Polsce z Gają i mała dosyć dzielnie zniosła lot, choć w ten powrotny trochę przepłakała, a babsztyl siędzący obok mnie, mlaskał ustami z dezaprobatą. Myślałam, że zabiję tą babę, tak mnie wkurzała. Dla mnie nie jest to komfortowa sytuacja, kiedy dziecko mi płacze, ale co mam zrobić? Szkoda, że nie wszyscy to akceptują. Ogólnie podróż jest dla mnie wielkim stresem i choć lot trwa tylko ponad godzinę, to i tak jest dla mnie o wiele za długi. Z tym tabletem podsunęłaś mi pomysł- myślę, że czas zakupić ten sprzęt, ku uciesze mojego męża:). A kolejki do odprawy to faktycznie nasza wizytówka:). Ja tam nie czekam, idę dopiero wtedy, gdy odprawa się kończy. I zawsze zdążamy, więc nie ma problemu:). Ale i tak dałabym wszystko, by do Polski jechać autem. Szkoda, że benzyna taka droga!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana ja w samolocie to siedze jakbym czekala na rozstrzelanie...raz mialam nawet atak paniki i maz musial mnie do pionu ustawiac - wracajac z podrozy poslubnej mielismy dorwalismy nad Bareclona takie turbulencje, ze myslalam ze to koniec!! Godzinny lot - szczesciara, u nas Rzym - Gdansk, srednio 2h 20 min, powrotny 2h10min.
      W samolotach lubie to, ze jest szybko. Ja marze o szybkim pociagu do Polski. Pamietam jak jezdzilam autobusem, z moja choroba lokomocyjna to byla meczarnia. Benzyne to niestety mamy najdrozsza w Europie, co podkresla zawsze moja siostra jak do nas przyjezdza.

      Usuń
  2. Oj to ja nie wiem co by moje dzieciaki wyprawiały....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet sobie nie wyobrazam leciec z taka gromadka :)

      Usuń
  3. Ja tez skupiam sie na chlopcach jak latamy I wtedy jakby mniej sie boje, bo pomimo tylu "przezytych" lotow ja nadal sie stresuje... za kilka tyg lecimy my. Szymon na wlasnym , powaznym siedzeniu... Mikus na kolanach (juz to widze). Zapowiada sie ciekawie...mam tylko nadzieje, ze cisnienie ich znuzy co bedzie troche spokoju :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I tego Wam zycze, spokojnego lotu pod kazdym wzgledem. Jak widac skupianie sie na dziecku dziala :) Kiedys ktos rzucil, iz z biegiem czasu latac bede sie bala coraz mniej - guzik prawda, ja sie boje coraz bardziej!

      Usuń
  4. To naprawdę było ciekawie. Już się boję naszych podróży... jedyna nadzieja, jaką mi dałaś to tablet! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jestem z tych matek co to pozwalaja dziecku siedziec caly dzien przed TV. Nie zabraniam calkowitego ogladania bajek. Nie myslalam, ze kiedykolwiek napisze to co napisalam, iz tablet dal nam i calej reszcie pasazerow szanse na spokojny lot ;)

      Usuń
  5. Pocieszyłaś mnie tym wpisem bo myślałam,że tylko nasza Lulcia tak żywiołowa jest, a podróż mieliście ciekawą, tablet jak widać uratował sytuację :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawa jestem co Lulcia wykombinowala by w parze ze Stefkiem?!

      Usuń
  6. Przypomniał mi się lot z Toto 3 tyg temu:) Całkiem podobnie.

    A kolejki? Kiedy pierwszy raz zobaczyłam, że to tylko Polacy stoją w kolejce przed bramką od samego początku, zdziwiłam się nie mniej niż Twój mąż.
    Do dziś mnie to denerwuje wrrr a potem każdy jak opętany biegnie do samolotu, bo przecież miejsc jest mniej niż pasażerów. Podczas naszego lotu (sama z Toto leciałam) nikt poproszony przeze mnie o pomoc się nie zatrzymał! Więc ja z Toto na rękach, podczas wielkiego deszczu, w przysiadzie próbowałam złożyć wózek przy schodach, podczas gdy nasi rodacy pędzili jak strusie do samolotu....

    tylko my mamy taką mentalność do cholery. buuu
    i znowu się nakręciłam.
    Nie chcę o tym mówić;P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niech zyje uprzejmosc i chec niesienia pomocy bliznim w potrzebie!! A Wy nie mieliscie piorytetowego wejscia na poklad? Nas ''priorytetowych'' w Rzymie wypuscili z autobusu wczesniej a reszte trzymali w srodku az wszyscy nie znikniemy w samolocie. Leciala jedna pani z kilkumiesieczna dzewczynka i wiedzielismy przez okno w samolocie jak sie siluje z wozkiem a coreczke na reku trzymal jej pan z obslgi naziemnej portu lotniczego :D

      Usuń
    2. Kochana owszem mieliśmy. Ja nie wiedziałam, że jako że lecę z dzieckiem to mam to w cenie, więc kupiłam to nieszczęsne priority.
      A wiesz na czym ono polegało? Na tym, że zostaliśmy pierwsi odprawieni, zaraz za nami wszyscy inni... po to byśmy na dole przed zamkniętymi drzwiami wszyscy się spotkali w jednym, wielkim tłumie! Jak po 20min. otworzono drzwi to te biedne matki z dziećmi i wózkami zostały na szarym końcu.
      Takie to priority w Londynie było!!!
      Póżniej w deszczu wszystkie stałyśmy z malutkimi dziećmi na rękach w deszczu, bo przecież schody do samolotu zapchane. Ktoś cię przepuści by ci dziecko nie mokło? Zapomnij!
      Toto miał 8mc. to taki malutki nie był, ale leciały tez dzieci 2-4miesięczne i też mokły...

      Powiedziałam, że więcej tym osranym wizzairem nie lecę. BA ma bilety w podobnej cenie a komfort o niebo wyższy.


      i znowu się zdenerwowałam;p

      Usuń
    3. No to rzeczywiscie.Ja z kolei Wizzair sobie bardzo chwale - nie wszstkie linie daja priority dzieciom. Wydaje mi sie, ze ten koszmar to nie wina Wizzaira a lotniska, ktore po prostu nie mialo tego odpowiednio rozplanowanego. W Rzymie na przyklad odprawiono nas jako pierwszych i poki wszyscy nie weszlismy na poklad reszty nie wypuszczono z autobusow (w ubieglym roku to nawet dla priorytetow osobny autobus podstawiono).W Gdansku natomiast bylo tak jak napisalas - tyle tylko, ze jedynie my bylismy z malym dzieckiem i samolot stal blisko, no i nie mielismy wozka. Na Twoim miejscu chyba bym napisala skarge.

      Usuń
    4. Też o tym myślałam i nawet siedząc w samolocie, obrzucając łizar oszczerstwami w myślach byłam pewna, że to zrobię.
      Jednak jak emocje opadły to i chęć pisania skargi przeszła. Chociaż może jednak się skuszę?

      Aaaa zapomniałam dodać, iż do owych zamkniętych drzwi prowadziły kilkupiętrowe schody bez zjazdu dla wózków;) Nim dotarliśmy do tych drzwi, ci nie-priorytetowi już tam czekali aż ich wypuszczą by mogli gnać i walczyć o te wyliczone miejsca w samolocie.

      No i widzisz? Znów mnie poniosły nerwy.
      Chyba jednak poinformuję o tym ten łizar.

      Usuń