środa, 30 kwietnia 2014

melduje sie

Witajcie kochani, dzis na szybkensa i bardzo krotko.

Rodzinka nadal u nas rezyduje.Pogoda zawiodla na maksa i znacznie pokrzyzowala plany.Kazdy kij ma jednak dwa konce-mozemy pobyc ze soba troche dluzej i Ste ma wiecej czasu by nacieszyc sie kuzynkami.

Obecnie rodzinka pojechala na zwiedzanie, Steffi spi a ja w koncu ma chwile by na spokojnie delektowac sie kawusia. Ekipa, najprawdopodobniej, wyjezdza jutro w nocy, wiec do wirtualnego swiata wroce w weekend:-)

piątek, 25 kwietnia 2014

Swieto wyzwolenia

Wczoraj wieczorem zaczal sie kolejny dlugi wloski weekend - 25 kwietnia to we Wloszech Swieto Wyzwolenia. Tak wiec w obawie przed zamknietymi dzisiaj na cztery spusty sklepami wyskoczylismy wczoraj na szybkie zakupy i tu zaskok - prawie wszystkie markety w dniu dziesiejszym beda otwarte. Pamietam czasy gdy we Wloszech na prozno bylo szukac supermarketu otwartego w niedziele - coz, kryzys robi swoje.

Za oknem slonce, ktore zacheca do dlugich spacerow...a my czekamy....czekamy na polska ekipe w postaci mojej siostry z mezem i corkami - jeszcze ''tylko'' 300km i znow bedziemy razem choc na kilka dni. Z tego wzgledu mieszkanie wysprzatane na blysk - jeszcze tylko mopem trzeba przejechac. Maz smieje sie, ze czesciej musza przyjezdzac to czesciej bede sprzatac. Foch :D
Poza tym tort bezowy sie mrozi i lasagne czeka na pieczenie :) Can't wait!!

Pewnie znow bedzie mnie  nieco mniej na blogu, ale rodzinka przede wszystkim.


A na koniec chcialabym serdecznie podziekowac pewnej osobce za niespodzianke jaka mi sprawila. Zolziu - Alicjo, kochana nawet nie wiesz ile radosci mi sprawilas kartka ze swiatecznymi zyczeniami. Co prawda przeczytalam ja dopiero po swietach, po powrocie z Polski, ale i tak buziucha mi sie smiala od ucha do ucha. Dziekuje slicznie. Cmok.

Dziekuje rowniez Angelice za sms z zyczeniami. Mam nadzieje, ze Xavier juz wrocil do pelni sil :)

Pozdrawiam,
Ewiczka :)

czwartek, 24 kwietnia 2014

Fotorelacja

Po dwoch minutach bylo tak jakby sie nigdy nie rozstali. Rozumieli sie idealnie, a nwet bez slow :)


kuzynostwo

Tosia (6), Lusia (4), Kostek (11 miesiecy), Stefano

Stefanek ja Cie tak bardzo kocham, wiesz?!




Nie wiecie jak zajac dziecko? Wybudujcie w domu schody. Zabawa pierwsza klasa, Steffi moglby tak caly dzien - w gore i w dol i w gore...Jest jednak male ''ale'' rodzicom trzeba do tego niezlej kondycji ;)


I tak i tak tam wejde...

...o wlasnie tak!! 

Niewiniatko. Jak widac zastawianie schodow
nie pomoglo!!



Szalenstwo pod dachem, gdy pogoda nie dopisywala. Z tata gralem na gitarze, z dziadkiem na pianinie. 



z kuzynem w pilke :)



Kolejny gadzet kosztu zerowego - karton. Ubaw byl po pachy!!









Szalenstwu na swiezym powietrzu, jak tylko wiatr nieco ustapil, nie bylo konca. Dzieciaki moglyby siedziec w ogrodzie caly dzien.

Domek na drzewie. 

Nauczylem sie sam wchodzic na zjezdzalnie.


Ale jazda :)

Wspinaczka wyczynowa :P


Kostus, spisz?

Spisek...

Usmiech 102 :)

Kostek chodzil wlasnymi drogami i slusznie, gdyz...

...ratunku, one sa szalone!!




A taki ''czysty'' wracalem wieczorem do domu :)



Ciag dalszy nastepnym razem. I tak i tak juz sie ''rozfocilam''. Jak widac po powyzszych zdjeciach Stefkowi w Polsce naprawde bardzo sie podobalo. Towarzystwo i zabawa z kuzynkami to bylo cos czego nasz syn potrzebowal. Jego szczery, od ucha do ucha, usmiech byl bezcenny. Jak tylko kuzynki pojawialy sie na horyzoncie, Steffi wyciagal rece i biegl w ich strone z glosnym okrzykiem bojowym. Gdy dziewczynek nie bylo, podchodzil do nas z blagalnym wzrokiem i wskazywal na dom cioci Ani. Po czym dzielnie, sam na wlasnych nozkach, kroczyl ok. 0,5km w jedna strone. :D


A dziewczyny juz do nas jada, ale 'siiiii'' bo Steffi nie wie :)

środa, 23 kwietnia 2014

Podroz z dwulatkiem

Obiecalam relacje z wyjazdu. Obietnicy dotrzymuje. Hmm, zastanawiam sie od czego by tu zaczac. Wiem, ze od poczatku, ale chcialam ten wpis jakos sensownie podzielic by nie zanudzac Was przedlugim jednorazowym wywodem.

PODROZ Z DWULATKIEM.

TRASA

Perugia - Tczew

SRODEK LOKOMOCJI


Bylo ich kilka. Pierwszy odcinek: Perugia - Rzym (parking) 208km pokonalismy naszym fordzikiem.
Odcinek drugi: parking - lotnisko Leonardo da Vinci, zwane Fiumicino, niecale 5km przejechalismy busem, ktory wysadzil nas przed samym terminalem odlotu.
Odcinek trzeci: Roma Fiumicino - Gdansk, bagatela 1800km - samolot, przewoznik Wizzair.
Odcinek czwarty: Gdansk - Tczew, nieco ponad 30km - samochod.


W ubieglym roku trasa byla podobna, roznila sie jedynie lotniskiem odlotu.  Mielismy w glowie ulozony plan idelany. Niestety zapomnielismy wczesniej zapytac syna o zdanie. A szkoda, bo on plany mial dalece odbiegajace od  naszych. Mialo byc tak: Nie kladziemy syna na poobiednia drzemke. Obiad, kawka i w droge. Ruszamy wczesniej, z godzinnym zapasem czasu aby jechac na spokojnie. Syn w samochodzie utnie sobie mala drzemke. Na lotnisku dostanie kolacje by pieknie usnac w samolocie, chwile po wzbiciu sie przez niego w przestworza i obudzic sie juz w Gdansku.

Plan zostal stworzony na podstawie ubieglorocznych wspomnien. Dziesieciomiesieczny wowczas syn sprawowal sie w podrozy idealnie. W tym roku mielismy nadzieje, iz bedzie podobnie. Nadzieja prysla wraz z przekroczeniem progu metalowego ptaka. No, ale po kolei.

Kilka minut przed 15:30 walizka docisnieta i ostatecznie juz dopieta wyjechala dumnie na wspolnotowy korytarz. Nasze ''m'' zabezpieczylismy przed wizyta niespodziewanych gosci i ruszylismy przed siebie. Syn kolysany przez auto i rozlegajace sie z glosnikow piosenki usnal. Kilka minut po 17 bylismy juz na rzymskiej obwodnicy, na ktorej zaczynalo robic sie nieco tloczno. Mamuska dostala role pilota i niczym Wislawski poprowadzila swego osobistego Holowczyca na zarezerwowany wczesniej parking :D

Kilka minut przed 18, oczom naszym ukazal sie lotniskowy kompleks, a podstawiony na parkingu bus dowiozl nas przed same drzwi Terminalu 2. Mamine sokole oko dostrzeglo w dali, ze rodacy juz ustawiaja sie w kolejke do odprawy bagazu. Cholera, przeszlo jej w myslach - jeszcze prawie godzina do rozpoczecia odprawy a juz zaczyna sie tworzyc kolejka. Wizja stania w niej z dwulatkiem nie usmiechala mi sie nic a nic. W dodatku syn rozbrykal sie na calego i ani mu sie snilo stac w miejscu. I gdy tak juz tworzylam w glowie plan dzialania na stanowisku pojawil sie pan z obslugi naziemnej i zaczal odprawe z prawie godzinnym wyprzedzeniem. Po 10 minutach bylismy lzejsi o prawie 30kg :)

Oczywiscie nie moglo obyc sie bez dramatycznych scen. Na cale szczescie nie z naszym udzialem i nawet nie z udzialem naszych rodakow. Akurat nadeszla nasza pora na polozenie walizki na tasme gdy wbiegla do terminala pewna pani, blagajaca lamana ''wloszczyzna'' aby pan z odprawy jej samolot zatrzymal. Pan zrobil wielkie oczy, my rowniez - kobita (rumunka) prawie zaplakana ciagnaca za soba wielka torbe  wykrzykiwala zalosnie ''prosze, pomoz mi...bo ja siedzialam od kilku godzin w budynku Terminala 3...nie wiedzialam...'' Pan spokojnie wytlumaczyl, ze on nie ma mocy jej samolotu zatrzymac...Nagle z kolejkii za nami wynurza sie kilka kolejnych osob, ktore czekaja na ten sam samolot co owa pani...byli w sytuacji o tyle lepszej, ze nie mieli bagazu do odprawienia, wiec Pan z okienka rzucil ''jestecie bez bagazu to juz...leciec...ale szybko biegiem, biegiem za 20 minut startuje''.  I tu moja mala reflekcja - rozumiem, ze mozna sie pomylic...ze mogli zmienic terminal odlotu, ale wybaczcie wiedzac, ze odprawa zaczyna sie na 2 godziny przed odlotem a na monitorach  nie ma jakiejkolwiek informacji na temat mojego lotu to zaczynam sie alarmowac, ze cos jest nie tak. Samej mi sie kiedys przydazylo, ze zmieniono terminal odlotu co widnialo na karcie pokladowej, ale nie zwrocilam na to uwagii i poszlam na pamiec do ''starego'' terminala. Nie czekalam jednak jak sierota to godziny wylotu aby zadac sobie pytanie, czy cos tu nie gra.



Po odprawie osobistej ulokowalismy sie w korytarzu z Gatetami D a syn rozbrykal sie na dobre. Biegal jak oszalaly... w te w z powrotem...bawil sie swoim malym samochodzikiem. Po chwili syn odkryl, ze zabawa samochodem to zadna atrakcja...za to rzucanie ludziom pod nogi butelki z woda to dopiero jest super sprawa. Co rusz tez nam uciekal wsluchwiac sie w odglos lazienkowych suszarek. Nie odpuscil tez nikomu z telefonem komorkowym...nasze niesmiale dziecko zaczepilao kazdego kto w reku mial smartfona (zwyklymi gardzi). Bylam wykonczona ta nieustanna bieganina.




Maz moj mial nielada ubaw, gdyz na monitorach przez bardzo dlugi czas, praktycznie do samego konca przy nazwie GDANSK widniala jedydnie literka D. Podczas gdy przy innych miastach juz od dawna podany byl dokladny numer wyjscia. Stworzylismy nawet  na ten temat swoja teorie, iz na lotnisku bali sie, ze polacy swoja tradycyjna kolejka lotnisko zablokuja. Pamietam w jakim szoku byl moj maz gdy po raz pierwszy lecial do Polski (miejsca byly wtedy jeszcze numerowane) gdy na dwie godziny przed odlotem juz ustawila sie kilometrowa kolejka do wyjscia. Ja doszlam do wniosku, ze nam te kolejkowanie to chyba jeszcze z komuny zostalo ;)  Musielibyscie widziec pospolite ruszenie gdy przy literce D pojawila sie cyfra 1 :D


My w kolejce nie stalismy, gdyz Wizzair pasazerom podrozujacym z dziecmi do 2 roku zycia daje priorytetowe wejscie na poklad...uffff :)  Weszlismy na poklad i sie zaczelo - syn zdecydowanie nie chcial usiasc. Po czym glosno i donosnie dal znac co sadzi o zapinaniu pasow bezpieczenstwa. Krecil sie, wiercil, wyrywal, krzyczal...samochodzik, ktory sciskal w dloni wyladowal na ojcowskiej twarzy. Wszelkie proby uspokojenia spelzaly na niczym. Robilo mi sie coraz bardziej wstyd i do tej pory dziwie sie, ze pani siedzaca przed nami nie zmienila miejsca po razach wymierzanych synowskim stopami w oparcie jej fotela. Ostatecznie trafil na moje kolana i oberwalo sie i mi - karta z informacjami o bezpieszenstwie. Zawyly motory, wcisnelo nas w fotele i po chwili samolot wzbil sie w powietrze. Syna nieco zamurowalo, matce natomiast serce walilo jak mlot. Panicznie boje sie latac, majac jednak syna na kolanach potrafie skoncentrowac sie na nim i nie mysle o swoim leku.

Jak tylko osiegnelismy wysokosc przelotowa i wylaczona syngalizacje ''zapiac pasy'' w ruch poszedl tablet. To ''cajstwo'', przed ktorego zakupem tak sie bronilismy uratowalo nam podroz - syn ogladal piosenki badz bajki i wesolo podrygiwal...do czasu turbulencji gdy wylaczylismy tablet - po raz kolejny wstapil w niego potwor. Cale szczescie byly krotkie i ''oglupiajacy'' monitorek wrocil przed synowskie oczy, ktorych nie zmruzyl az do Gdanska.

A w Gdansku w samochodzie ''czekal'' (troche sie spoznili) na nas komitet powitalny - moja siostra ze swoja najstarsza corka - moja niespelna siedmioletnia chrzesniaczka Tosia. Podczas ostatniego, najkrotszego odcinka drogi syna w koncu zmoglo!!

Jesli myslicie, ze tak wygladam podczas lotu to nawet nie wiecie jak bardzo sie mylicie. Wygladam duzo gorzej, zdecydowanie gorzej...na ponizszym zdjeciu to juz byl relaks na calego :D Serio!!

Ufff, juz na ziemii :) 


Droga powrotna bardzo zblizona do tej przedstawionej powyzej. Byla ''szopka'' odstawiona w samolocie. Bylo ''skopanie'' Pana siedzacego przed mezem - bardzo nieedukacyjnie nie bylo nam go zal ani troche. Mosc ow bowiem mial w nosie nas rozkladajac bezczelnie swoj fotel bez zadnego ostrzezenia. Gdyby akurat syn siedzial na mezowskich kolanach to nieuniknionie dostal by z wielka sila w glowe. Podniosa sie zapewne na mnie jakies slowa krytyki, ale wierzcie mi w samolotach tanich lini lotniczych jest naprawde niewiele miejsca na nogi.  Mimo to twierdze, iz kazdy ma prawo udoskonalac sobie komfort podrozy rozkladajac np. fotel. Prosze jednak, ludzie, robcie to grzecznie, miejcie na uwadze innych podrozujacych.
Ogolnie rzecz biorac zachowanie niektorych ludzi w podrzoy pozostawia naprawde wiele do zyczenia, bo jak to stwierdzila stewardesa ''my chyba same do siebie mowimy''!!

Roma Fiumicino


A  na koniec kilka fotek z lotniska w Rzymie. Tata czekal na walizke a Steffi szalal na zjezdzalni. Swoja droga swietny pomysl na zajecie dziecka :)



Na poczatku za reke z  mama...pozniej...

....szalenstwo!!




poniedziałek, 21 kwietnia 2014

DETOKS

Wrocilam z odwyku. Odwyku od bloga i internetu. Rodzice, odkad przeprowadzili sie na wies, nie maja lacza z wirtualnym swietem. Myslalam, ze nie wytrzymam prawie dwoch tygodni bez netu...a wiecie co Wam powiem. Nie tesknilam - wcale!! Nic a nic. 
Bylo mi tak blogo w tym prawdziwym swiecie, ze nawet gdy mialam okazje pobuszowac po internecie, ograniczalam sie jedynie do zajrzenia do elektronicznej skrzynki odbiorczej. 

Internet fajny jest, ale realu nie zastapi - w koncu udalo mi sie zobaczyc z moja jedna z najblizszych kolezanek...ostatni raz widzialysmy sie na moim weselu!! Ja we Wloszech, ona w USA i ciagle sie rozmijalysmy. No i rodzina...zycie rodzine...glosny smiech mojego syna jak radosnie biegal za swoimi starszymi kuzynkami. Ich milosc i oddanie do malego kuzyna, ktorego widuja doslownie raz na rok, bezcenne.  No i  te slowa ''ciociu Ewko kocham Cie tak bardzo'' - rozplywam sie. Na sercu robi sie cieplej slyszac cos tak takiego. Laczy mnie z siostrzenicami cudowna wiez, wrecz niewytlumaczalna, jesli dodac, iz do Wloch na stale wyjechalam 7 lat temu, 2 miesiace po narodzinach strarszej z nich. Wracalam czesto, wpadalam w kazdej wolenj chwili, choc na weekend troche poszalec. Teraz niestety czasu i pieniedzy na takie wojaze brak :(  

Pobyt, mimo,iz relaksujacy byl dosc intensywny. Nie bylo czasu na nude. Szkoda, ze oni wszyscy sa tak daleko. Juz zaczynam sie rozgladac za biletami - a noz widelec trafi sie jakas promocja. Tymczasem moja siostra z rodzina juz w piatek beda u nas. Hip hip hurra - to sie Steffi zdziwi jak wejda do nas do domy jego ukochane kuzyneczki :)


Wrocilismy wczoraj w nocy. Nadrabiam blogowe zaleglosci, bo jednak ciekawam niezmiernie co u Was slychowac.  Relacja/fotorelacja z urlopowej wyprawy w rodzinne strony pojawi sie na pewno :)



Pozdrawiam goraco, 
Ewiczka

środa, 9 kwietnia 2014

Komu w droge, temu czas :)

Check in zrobiony, karty pokladowe wydrukowane, dokumenty skompletowane!!
Nerw przedpodrozny i przedsamolotowy jest!!
Walizka skpakowana tzn. trzeba cos upchnac, dopchnac i zapiac!!


Za godzine ruszamy. Pierwszy etap podrozy Rzym Fiumcino a stamtad o 20:55 nasz ''Wizjer czy Wizir'' (podslyszalam kiedys na lotnisku) startujemy i po nieco ponad dwoch godzinach wysiadamy w Gdansku :) 

Wracamy 20 kwietnia, we Wielkanoc. Do tego czasu mnie tu nie bedzie, bo rodzice wyniesli sie z dala od cywilizacji - internetu. Jakby co jestem pod mailem.

Takze ZDROWYCH I POGPODNYCH SWIAT DLA WAS WSZYSTKICH :)

wtorek, 8 kwietnia 2014

91

91...tyle lat skonczylaby dzis moja ukochana babunia. Skonczylaby gdyby rok temu Najwyzszy nie wezwal jej do siebie. Widac swoja misje na ziemi juz wypelnila i odeszla na wieczny spoczynek!!

Babcia Marta, byla cudowna. Los jej nie oszczedzal - przezyla wojna, podobnie jak wiekszosc z naszych dziadkow. Pamietam jej opowiesci jak uciekala po nocach lasem, w dzien chowajacc sie na drzewach. Byla to osoba o wielkim sercu, ktora wielu kochalo i szanowalo. Mimo swojego wieku i wielu ciazacych na niej patologi nigdy sie nie skarzyla. Dla wnukow zrobilaby wszystko...my uwielbialismy do babci chodzic w odwiedziny. Wpadalismy bez zapowiedzi a zawsze cos na zab sie dla nas znalazlo. Babcia mogla nie jesc aby nam dac. Do siodmego roku zycia to byl nasz dom. Gdy sie przeprowadzilismy na swoje to dom dziadkow (dziadek byl rownie kochany co babcia - odszedl tuz po mojej maturze) stal sie naszym azylem - naszym drugim domem. Smierc babci to byl ogromny cios. Balam sie tego dnia juz od dawna.

Wiem babuniu, ze wciaz jestes przy mnie.
 Czuje to i wiem, ze zawsze przy mnie bedziec...ze czuwasz nade mna i moja rodzina. 
Nie ma dnia zebym o Tobie nie pomyslala. Czasami wyrzucam sobie, ze powinnam byla czesciej dzwonic...ze moglabym byc lepsza wnuczka!!


foto - internet


Chcialabym w przyszlosci byc, choc w polowie, tak wspaniala babcia dla moich  wnukow jak Ty bylas dla swoich. Pamietam wszystko i nigdy nie zapomne!! 


niedziela, 6 kwietnia 2014

CORPO UMANO - CIALO LUDZKIE

Na blogach ostatnio wiele o ksiazkach. Udzielilo sie i mi. Nie bede jednak pisac o stefkowym ksiegozbiorze, gdyz jest on jeszcze bardzo ubogi i caly czas pracujemy nad jego wzbogaceniem. Od jakiegos juz czasu planowalam przedstawienie Wam pozycji, ktora w synowskim sercu zajmuje szczegolne miejsce.

Corpo Umano - Cialo ludzkie




To wlasnie dzieki tej ksiazeczce syn nauczyl sie gdzie jest nos, oczy, uszy itp...Bardzo czesto sam po nia siega. Kupujac powyzsza ksiazeczke nie myslelicmy, ze az tak przypadnie Stefkowi do gustu. Coz dzieci lubia nas zaskakiwac na kazdym kroku :)




Ksiazeczka jest skonstruowana bardzo prosto. Po prawej stronie ma zakladki (z dziecmi), dzieki czemu latwo ja przegladac. Kazda z zakladek opowiada o innym organie ludzkiego ciala oraz tlumaczy w jaki sposob dany organ pracuje i za jaki zmysl odpowiada.