piątek, 28 lutego 2014

Podsumowanie tygodnia

Wyjasnien slow kilka z jakiego powodu mam dosc. Sprawa jest dosc skomplikowana, ale postaram sie temat zamknac w kilku zdaniach.

Pietro niezej, dokladnie ''pod'' nami mieszka starsza pani, ok. 70tki. Jako, ze M. jest ''szefem'' naszej klatki przychodzi do nas z kazda pierdola typu - zmienilam drzwi od garazu, ale nie znalazlam w identycznym kolorze jak te poprzednie. Gdyby sie ktos skarzyl to ja nawet szukalam farby aby je pomalaowac na taki sam kolor (Zgadnijcie ile osob sie skarzylo? - Zero!). Innym razem zaalarmowala nas, ze u niej sa mokre plamy na scianach. Sciagnelismy hydraulika i wiecie co plam nikt nie widzial poza owa pania!

Jak tylko zbliza sie do nas to zastanawiam sie co tym razem. Kilka miesiecy temu przyszla do nas, ze wedlug jej hydraulika, instalacja gazowa naszego pionu nie jest zgodna z obowiazujacymi normami i trzeba  cos z tym zrobic. Maz zadzwonil do  naszego hydraulika - Instalacja jest zgodna z normami obowiazujacymi w okresie, w ktorym powstal budynek. Od tego czasu przepisy sie zmienily, ale jesli nie dokonujesz restrukturyzacji instalacji to nie masz obowiazku zmieniac istniejacego stanu rzeczy. Dopoki urzad nie dokona kontroli i nie nalozy na Ciebie oboawiazku przystosowania jej do obecnie istniejacych norm prawnych-  Wytlumaczylismy Pani, ze nie ma sie czym martwic. Ze jest OK tak jak jest. Ze jesli cos sie stanie to nie ponosimy odpowiedzialnosci. Sprawa wydawala sie zamknieta. Tak przynajmniej nam sie wydawalo. 

W piatek wybuchla bomba. O ile sasiadka to starsza kobieta z urojeniami i mozna jej wybaczyc. To jej corka jest totalnie szurnieta. Wyslala listem poleconym oficjalnie zazalenie do miasta ''Ze my tu w bezprawiu zyjemy...ze instalcja gazowa nie jest zgodna z przepisami...ze inni sasiedzi maja to gdzies i propaguja bezprawie...ona sie z tym nie zgadza i zrzuca z siebie cala odpowiedzialnosc''.  No i tym sposobem wkopala swoja matke, nas i jeszcze dwie inne rodziny. Przyszla kontrola techniczna z miasta. To co mowil nasz technik to prawda, ale wobec istniejacego oficjalnego oskarzenia oni musza nam nakazac wymiane calej instalacji. Jesli tego nie zrobimy w okreslonym czasie podlegamy pod kodeks karny. Spadlo to na nas wlasnie teraz gdy wystawilismy na sprzedaz nasze mieszkanie i zaczelismy rozgladac sie za wiekszym.
Nie wiem co ta kobieta chciala osiagnac wspomnianym doniesieniem - moze mysla, ze przyjada z miasta i cala robote zrobia na swoj koszt. Czlowieku jak sie nie znasz, siedz cicho i daj dzialac innym!!

O co chodzi z ta cholerna instalacja. Otoz o to, ze junkers mamy z jedenj strony budynku a liczniki z drugiej a rury biegna pod budynkiem. Teraz mamy to zmienic. Nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazic jak ma sie to odbyc - musza sie przekopac pod calym budynkiem. A zaplacic za to maja mila Pani, my i dwie inne rodziny (reszta lokatorow ma wszystko po tej samej stronie). Ja sie pytam skad mam na to wziac pieniadze? Ciezko odkladane przez lata pieniadze na zakup wiekszego mieszkania mamy wywalic w bloto przez czyjes chore dzialania. Dodam, iz paraktycznie cale miasto jest tak skonstruowane tylko nikt przy zdrowych zmyslach nie idzie doniesc sam na siebie.
Administrator wkurzony zainteresowal sie cala sprawa i probuje negocjowac z urzedem miejskim. Staramy sie znalezc jak najmniej bezbolesne dla nas wszystkich rozwiazanie. Bo sami rozumiecie, ze wymiania instalcji na taka skale to kwota rzedu tysiecy euro na rodzine (nawet nie wiemy czy w 10tysiakach to sie zamknie).

Szansa 1 na trylion o ktorej wspominalam to dokument, ktorego brakuje a ktory powinna byla przedstawaic byla wlascicielka mieszkania. Gdy maz kupowal mieszkanie w akcie notarialnym widnieje, ze wszystko jest zgodne z przepisami.

DRUGA SPRAWA

Wczoraj bylismy u mojego ginekologa. Zloty czlowiek, nie wzial od nas ani grosza. Nie badal mnie co prawda, ale poswiecil nam swoj czas.
Watpliwosci rozwiane. Jego zdaniem operacja jest do zrobienia teraz, jesli w przyszlosci planujemy powiekszenie rodziny. Generalnie przy CIN I  raczej sie nie operuje gdyz stan zapalny moze sam ustapic. Mi zaproponowane takie a nie inne rozwiazanie, gdyz istnieja powazne watpliwosci czy ten stan zapalny zostanie samoistnie zniszczony. Od kilku lat wciaz mi on powraca, zawsze w stopniu pierwszym, ale jednak. Mozna nie operowac, ale gdybym zaszla w ciaze i w ciazy CIN I przeszedl w CIN II nie byloby za wesolo. Tym bardziej, ze chodzi tu o wirus HPV - szczep p16, czyli 1 z dwoch najgrozniejszych. Tak wiec usuwamy i mamy nadzieje, ze uda im sie dokladnie usunac tkanke, ktora zawiera wirusa.  Po kilku dniach od zabiegu powinnam byc na chodzie. Dzialamy prewencyjnie i ciesze sie wykryto u mnie to swinstwo na tym etapie i ciesze sie, ze nie ma tu zabawy i czekania  a jest zdecydowane dzialanie.

Ciaze odkladamy. Poza sprawami zdrowotnymi trzeba rozwiazac problemy mieszkaniowe i kwestie o ktorej pisalam w pierwszym akapicie. Poza tym lepiej by bylo gdyby poczecie nie bylo spontanem a swiadomym planowaniem z uwagii na problemy z szyjka w pierwszej ciazy (i zabieg). Tak wiec powinnam sie wczesniej dokladnie przebadac aby usunac  faktory ryzyka typu infekcje itp.


czwartek, 27 lutego 2014

NA POPRAWE HUMORU


M. dorwal w promocji kolejna aplikacje do nauki polskiego - Babbel. W ramach prob poprawy zonie humoru lazi po domu i  na zmiane gada cos na wzor polskiego...to znow wybucha szczerym smiechem. Chcialam byc fajna zonka, gdy biedak po raz enty meczyl sie ze slowem ''przedstawic sie''przez co aplikacja nie pozwalala mu na kontynuowanie nauki i szepnelam pospiesznie a zdecydowanie do mikrofonu owe slowko i telefon zaczal na mnie burczec.M. kiwa glowa, ze nie dobrze. Jak nie dobrze? Ze co? Ze ja niby po polsku nie umiem?


To cos smie mnie poprawiac. Foch!!
Za drugim razem poszlo mi lepiej bo dostalam 78% poprawnej wymowy ;)

Czyzby mi polska mowa zanikala. Nie potrafie przekroczyc 80%. Ratunku!!


Mezowskie uwagi w temacie:

- Zupelenie powaznie stwierdzil, iz dziewiec i dziesiec to to samo ;)
- Myslalem, ze dziewiec jest straszne, dopoki nie zobaczylem dziewietnascie - tragedia!!

p.s.chyba musze sobie te jego komentarze notowac bo niektore naprawde zwalaja z nog :)

Dzis emocje juz troche opadly, choc nadal nie widze swiatelka w tunelu. Jednak tak jak pisalyscie razem jakos sobie poradzimy.

środa, 26 lutego 2014

MAM DOSC!!

MAM DOSC!!

ODNOSZE WRAZENIE, ZE ZEWSZAD OTACZAJA MNIE IDIOCI!! WSZYSTKO SPRZYSIEGLO SIE PRZECIWKO NAM.

NASZE PLANY LEGAJA W GRUZACH. 

RYCZEC SIE CHCE Z BEZSILNOSCI.

NADZIEJA UMIERA OSTATNIA LECZ
SZANSA, ZE WYJDZIEMY Z TEGO BEZ SZWANKU JEST JEDNA NA TRYLION!!



p.s.nie ma to zwiazku z wczorajszym wpisem

PETYCJA

Note to forward to your friends:

Hi!

I just signed the petition "Ms. Rona Ambrose: Grant Laura's Doctor Special Access Approval for ANP (cancer drug)" on Change.org.

It's important. Will you sign it too? Here's the link:

http://www.change.org/en-CA/petitions/ms-rona-ambrose-grant-laura-s-doctor-special-access-approval-for-anp-cancer-drug?recruiter=83598525&utm_campaign=signature_receipt&utm_medium=email&utm_source=share_petition

Thanks!

Ewa


wtorek, 25 lutego 2014

IDE POD SKALPEL

Zaczelo sie w sierpniu. Pisalam o tym tutaj. Biopsja nic nie wykazala.

W styczniu ponowne badania. Odebralismy wyniki i dzis rano poszlam do szpitala na konsultacje. Wyszla niewielka infekcja - najprawdopodobniej HPV.  Jak twierdzi ciotka wikipedia zakazenie nim jest niezbedne do rozwiniecia sie raka szyjki macicy.

Ide pod skalpel!! Konizacja szyjki macicy!! 

U mnie to faza przedkliniczna - CIN I, zwany rowniez dysplazja szyjki macicy.
Z tego co udalo mi sie zakumac problem jest, choc teoretycznie niewielki. Nie ma pospechu. Szpital zaczal juz jednak procedure przedoperacyjna. Zaproponowano operacje ze wzgledu na nawracajace problemy, ktore wychodza w cytologii - co druga wykazuje zmiany. Wykonywana po miesiacu biopsja uspokajala, ale to pies gryzacy sobie ogon. Moglabym operacji nie przechodzic teraz liczac. ze wszystko rozwiaze sie samoczynnie, jednoczesnie poddajac sie co kilka miesiecy kolposkopii i pobieraniu wycinka do biopsji. Co kilka miesiecy bylyby jednak nerwy czy aby to ''cudo'' przypadkiem nie weszlo juz w faze CIN II. A ja skorupiakow nie chce!!

W ramach przygotowan do zabiegu, na 7 maja mam juz umowiona wizyte u anestezjologa. Mial byc 15 kwietnia, ale akurat jestesmy wtedy w Polsce. Pierwszy raz sie z czyms takim spotykam, wiec nie mam zielonego pojecia na czym ta wizyta polega. Kazali zarezerwowac sobie caly poranek. Planuje jednak zagadac z jednym z przyjaciol meza, ktory jest wlasnie anestezjologiem (niestety w innym szpitalu) aby podpytac jak to wszystko wyglada.
Po wspomnianych badaniach wyznacza mi termin zabiegu, w zaleznosci od  przypadajacej miesiaczki. dyspozycyjnosci lekarza i decyzji anestezjologa. Przewidywany termin to maj 2014.

Nie zalamalam sie. Aczkolwiek troche sie boje. Naturalnie pierwsza mysl jaka przyszla mi do glowy - co ja zrobie z synem? Zabieg przeprowadzany jest jednak w ramach day hospital, wiec teoretycznie po kilku godzinach od zabiegu powinnam byc juz w domu.

W czwartek ide na rozmowe z moim ginekologiem. Musze wyjasnic wszystkie niejasnosci. Zapytac o kilka waznych dla mnie aspektow. Wszystkie za i przeciw. Efektow ubocznych raczej byc nie powinno, poza jednym jakze dla mnie waznym - w przypadku zajscia w ciaze (z czym nie powinno byc problemow) wzrasta RYZYKO PRZEDWCZESNEGO PORODU. Pamietacie zapewne jak skonczyla sie moja pierwsza ciaza - ja juz jestem obciazona tym ryzykiem!! Stad moje watpliwosci. Mam nadzieje, ze uda mi sie je rozwiac. Moze zamiast odkladac w czasie decyzje o powiekszeniu rodziny, nalezaloby ja nieco przyspieszyc i pozniej poddac sie operacji.

W czwartek wizyta. Dam znac co i jak. Kciuki wskazane. Dziekuje :)


LEKARZ Z ZAWODU, ALE CZY I Z POWOLANIA?

Lekarzy z zawodu znam wielu, tak jak i Wy wszyscy. Na szczescie w moim trzydziestojednoletnim zyciu udalo mi sie obcowac i z tymi z powolania. Napisalam lekarz, ale na mysli mam caly personel sanitarny. Rzecz jasna jedno nie wyklucza drugiego. Wrecz przeciwnie. Czasami jednak odnosze wrazenie, ze w obecnych czasach, dobry lekarz, pracujacy nie tylko dla rosnacej kwoty na koncie, ale z oddaniem wykonujacy swoj zawod to jak skarb.

Moja sw. pamieci babcia trafila na taki skarb. Lekarz jak marzenie...mily, ludzki, wspolczujacy. Powiecie wspolczuciem ludzi sie nie leczy...prawda. To lekarz pracujacy dla ludzi...bez proszenia przychodzil do domu, troszczyl sie i interesowal. Widac bylo, ze lezy mu na sercu los pacjentki. Ze pacjentka , mimo iz ponad osiemdziesiecioletnia to nie zostala spisana przez niego na straty.
Przez niego nie, ale przez innych tak. Smutne, co? To jednak prawda, ktorej nawet niektorzy za bardzo nie starali sie ukrywac. Gdy babunia jako niespelna dziewiecdziesiecioletnia kobieta, obciazona juz wieloma patologiami, ciezko zachoworowala na sepse postawiono na nia krzyzyk. Z sepsy wyszla, ale w szpitalu zostala zarazona inna bakteria, z ktora organizm niestety juz sobie nie poradzil. W zwiazku z powyzszym rodzina moja praktycznie cala wiosne spedzila w szpitalu...w te i z powrotem - zaleczenie i do domu...trzy dni w domu i szpital. Jak tylko stan nieco sie poprawial, to Pani ordynator powiedziala cioci, ze do domu bo przynajmniej beda mogli z mama troche pobyc.
Inny mlody lekarz, w rozmowie z moja siostra, stwierdzil, ze jakie do domu - my tu o zycie walczymy.

Choc to bardzo bolesne to nie moge tu nie wspomniec i o niektorych czlonkach personelu. Sepsa czy tez bakteria to rowniez i rozwolnienie, a jak rozwolnienie w tym wieku to i pampersy. I teraz kto powinien przebierac pacjenta? Czesto robila to moja ciocia, ale gdy stan babci sie pogorszyl prosila o pomoc salowe. Kiedys uslyszala, ze to pani P. (babcia) utrudnia i  na zlosc im robi, bo jak chce to potrafi sie uniesc. Ciocie zamurowalo, nic nie odpowiedziala!! Miesiac wczesniej, wchodzi pielegniarka na sale i pyta babci czy ma czysto - zgodnie z prawda i bez pretensji babcia odpowiada, ze od wczoraj nie byla przebierana. Na co oburzona pigula naskoczyla na nia i wydarla sie, ze: ''Co to ona sobie wyobraza....gdyby nie my (pielegrniarki) to te Wasze stare, osrane tylki by zgnily''.  Babcia sie poplakala, przybiegla inna pielegniarka ja uspokajac. My o Wszystkim dowiedzielismy sie po czasie, bo babcia sie nie przyznala, ze tak ja potraktowano. Jak sie dowiedzialam to cala sie trzeslam. Czy mozna tak powiedziec do schorowanej dziewiecdziesieciolatki, do pacjenta, do kogokolwiek ???

Gdy stan babci byl juz bardzo ciezki...cierpiala. Pielegniarka przyniosla antybiotyk, minute po tym jak udalo sie jej usnac. Ciocia nie chcac przysparzac swojej mamie dodatkowego stresu, uznala ze poda jej lek ja sie wybudzi z drzemki. Tak sie nieszczesliwie zlozylo, ze tracila kubeczek z lekiem i go rozlala. Kajajac sie przed pigulami przyznala sie, ze nabroila i czy moglyby uzupelnic dawke i gdy jedna z nich skierowala sie w strone lodowki by to uczynic druga spojrzala na nia z wyrzutem dodajac ''no czy ja wiem czy to warto...przeciez stan zdrowia tej pani jest coraz gorszy''. Ze co? Halo? Nosz kurde, placisz cale zycie glupie skladki a jak przychodzi co do czego to zaluja ci leku bo jest bardzo kosztowny a Ty jestes juz stary...za bardzo chory...i pewnie i tak nie przezyjesz?
Poza tym pytasz lekarza jaki jest stan - a w odpowiedzi otrzymujesz oschle, no przeciez sama Pani widzi ciezki, ciezki.

Dziesiec lat temu stracilam dziadka. Zamiast zadzwonic od razu na pogotowie to zadzwonil do wujka. Kuzynka wyczula powage sytuacji i niezwlocznie wezwala pogotowie. Jako, ze mieszkali ulice dalej ciotka z kuzynka od razu pobiegly do dziadkow. Karetki wciaz nie bylo. Ciotka zadzwonila ponownie i to co uslyszala doslownie scielo wszystkich z nog: ''Karetki nie wyslalam bo pani corka mnie obrazila?'' Przepraszam? Ze co?
Kuzynce, zasypanej gradem pytan przez dyspozytorke, puscili nerwy i wyrwalo jej sie ''czy pani jest walnieta?'' - wiem nie powinna. Nic jej nie usprawiedliwia, ale czy mozna nie wyslac karetki w akcie zemsty czy czegokolwiek innego?
Za drugim razem karetke wyslano. Doktorek wszedl zniechecony. Ciotka stwierdzila, ze go nie wypusci dopki choc dziadka nie zbada.  Kazal mu zalozyc buty i zejsc do karetki. To byl wylew. Kilka godzin pozniej dziadek zapadl w spiaczke. Zmarl dwa dni pozniej. Nigdy nie dowiemy sie czy moglby zostac z nami dluzej gdyby karetka przyjechala po pierwszym wezwaniu lub gdyby lekarz wykazal troche wiecej zainteresowania i pokory.

Odzial ginekologiczno-polozniczy. 28tc ciaza zagrozona przedwczesnym porodem, wiekszosc poloznych do rany przyloz...przychodzily, pocieszaly, tlumaczyly. Od kazdej reguly sa jednak wyjatki - jedna chodzila wiecznie naburmuszona, o co prosilas to wykonywala, ale z ogromna laska.
Lezalam podloczona 48godzin do jakiejs maszyny z kroplowka, ktora dozowala mi krople plynu. Plynu nie byle jakiego bo to bardzo kosztowny lek, sprowadzany ze Stanow. Skad wiem? A bo mi jedna wypomniala!! Maszyna zaczyna dzwonic, mimo iz kroplowka jeszcze cala nie zeszla. Wolam polozna, nie kuma czemu to cos juz dzwoni...wola strasza kolezanke. Zaczela majstrowac...wspomina, ze to tysiace euro za flakon itp...Akurat bylu u mnie w odwiedzinach kuzynki meza i jedna zazartowala ''no skoro taki kosztowny to musisz go do ostatniej kropli wyssac''...i w polozna wstapil potwor ''tak, tak, bo to sa pieniadze...my wszyscy za to placimy...tu nie ma co sie smiac''. Pewnie a ja tu na oddzial to na wczasy przyjechalam, zapragnelam urodzic wczesniej wlasnie po to by Was wszystkich okrasc.

Na porodowce mialam cudowne polozne i lekarke rowniez. Pozwolily mi sie zrelaksowac i nie zamartwiac na zapas. Pomagaly, komplementowaly, ocieraly czolo i nawilzaly usta...i nie zapomnialy rowniez i o ojcu stojacym za drzwiami....Gdy nadeszla zmiana personelu polozna prowadzaca porod schodzac z dyzuru przyszla sie pozegnac i zyczyc powodzenia.

UTIN. Intensywna terapia neonatologiczna - tyle tam cierpienia, tyle nadzieii. Wielbie ich wszystkich razem i kazdego z osobna. Wspaniali lekarze, wspaniali pielegniarze -cudowni ludzie tam pracuja.  Oni nie tylko te dzieciaczki lecza, ale sa dla nich rodzina i to bylo widac i czuc. I wiem, ze nie bylo to na pokaz, bo kilkuktornie zdarzylo nam sie wejsc na oddzial poza godzinami odwiedzin i zobaczyc jak pielegniarze opiekuja sie tymi malenstwami (nie tylko wczesniakami)...przytulali, kolysali, cierpliwie karmili (a naszego to czasami trzeba bylo i 50 minut)...glaskali, rozmawiali z nimi. Az na sercu robilo sie cieplej. Wiedzialam, ze moj synek ma ich, a im los mojego dziecka nie jest obojetny. Kiedys bylam swiadkiem rozmowy jednej z pielegniarek ze znajoma - opowiadaly o zyciu, rodzinie, ze syn sie zareczyl...''o to moze wnuki beda wkrotce?'' rzekla znajoma. Uszu mych doszla odpowiedz, ktora bardzo mnie wzruszyla: ''wnuki? wnuki to ja juz mam...zobacz ile''.

Wszyscy zawsze cierpliwie i z usmiechem odpowiadali na najbardziej idiotyczne pytania. Z reka na sercu moge powiedziec, iz czulam sie tam czescia jednej wielkiej rodziny. Caly personel podziwialam za oddanie z jakim pracuja. Gdy spadala saturacja cierpliwie staly i stymulowaly malucha, drapaly po plecach, laskotaly pod stopami jednoczesnie szepczac ''Ste nie wyglupiaj sie, dasz rade. Dzielny chlopak jestes.'' albo ''Jeszcze troche...nie zasypiaj, oddychaj spokojnie'' - a mogly przeciez zalozyc cPAP i po klopocie.
Kazdy dzieciaczek mial swojego lekarza prowadzacego, z ktorym mozna bylo umowic sie na spotkanie i na spokojnie omowic sytuacje dziecka, terapie, postepy, rokowania. Poza tym na bierzaco informowalismy sie z pielegniarkami (pisze pielegniarki, choc bylo i kilku chlopakow) i lekarzami obecnymi na dyzurze. Kiedys przydarzylo nam sie powiedziec jednej pani doktor ''przepraszamy, nie chcemy zawracac glowy'' - ''Zawracac glowy? Nic podobnego...my tu od tego jestesmy, zeby nam glowe zawracac!!'', otrzymalismy w odpowiedzi.To bylo takie inne, magiczne - nie trzeba bylo latac za lekarzami i blagac ich o krotka rozmowe. Chetnie przychodzili, tlumaczyli, zachecali do wspolpracy. Sami podchodzili i opowiadali o postepach. Nikt nigdy na mnie krzywo nie spojrzal - przekraczajac prog Intensywnej zawsze wital mnie ten szczery pokrzepiajcy usmiech. Gdy Maly czekal na laser oczu a ja wybuchlam potokiem lez, Pani doktor nie przeszla obok mnie obojetnie - ogarnela ramieniem i zaprowadzila do pokoju lekarskiego abym mogla troche ochlonac.

Po wypisie do domu dziecie automatycznie wskakuje pod opieke wybranego pediatry. Mimo to lekarze utinowscy nigdy nie przestali sie interesowac losem naszego syna. Jeden z nich organizowal nam nam nadprogramowe USG nerek i pecherza gdy w pecherzu pierworodnego cos siedzialo...chcial aby koniecznie mu faksowac wyniki z moczu.

Pielegniarki z ambulatorium sa fantastyczne, choc jedna z nich poczatkowo moze stwarzac inne wrazenie. Wystarczy jednak nieco ja poznac aby dostrzec, ze wszystkie panie dwoja sie i troja aby bezinteresownie Ci pomoc. Podziwiam je zawsze gdy widze z jakim zaangazowaniem pracuja - tancza, spiewaja, klaszcza, robia glupie miny aby uspokoic malucha. Podziwiam je rowniez za precyzje z jaka potrafia pobrac krew czy zmierzyc cisnienie dwukilowemu niemowlakowi.

Ostatnio odkrylismy jeszcze jedna lekarke z powolania. Wszyscy wiecie, iz Steffi ma problemy ze wzrokiem. Jako, ze okulistyka u nas w szpitalu nie ma najlepszej opini chcielismy syna skontrolowac prywatnie. W centrum, gdzie Stefek chodzil na fizjoterapie, zapropnowano nam aby przebadala go Pani, ktora przychodzi tam raz w tygodniu badac dzieciaczki pod ich opieka. Za darmo, wiec czemu nie, ale chcielismy sprawdzic kto to taki, jakie ma opinie. Okazalo sie, ze to najlepsza okulistka dziecieca w okolicy. Przyjmuje jedynie prywatnie i wlasnie w tym centrum. Bylismy juz kilkukrotnie i jestesmy bardzo zadowoleni. Mimo, ze za darmo, to nie jest to badanie na ''odwal sie'' - tlumaczy, probuje zaciekawic dziecko zabawa. Steffi ma wyjatkowa awersje wobec okulistow...a doktorce tej, mimo poczatkowych spazm, wychodzac z gabinetu prawie dal buziaka. To lekarka, ktora bezinteresownie, bezplatnie znajdzie ci miejsce na badanie w szpitalu Rzymie lub zapisze Twoje dziecko na opercje korekcji zeza w najlepszym szpitalu dzieciecym we Wloszech. Malo tego bezinteresownie, w swoim wolnym czasie pojedzie tam z Toba aby zapoznac Cie ze struktura. Nas najprawdopodobniej tez to czeka, wiec tym bardziej sie ciesze, ze trafilismy na kogos takiego.

Niestety tych jedynie z zawodu jest znacznie wiecej :(
Choc jak widac mozna idealnie pogodzic obie cechy. Sobie i Wam zycze aby takich prawdziwych lekarzy bylo coraz wiecej, takich co to lecza i cialo i dusze!!

poniedziałek, 24 lutego 2014

How I met Your father - koniec :)

Mijaly dni, mijaly tygodnie, minal lipiec.
Wkroczylismy  w sierpien - urlopowy miesiac
Vernazza, foto Wikipedia.
wloskich rodzin. Spakowalismy torby i pojechalismy nad Morze  Liguryjskie do Tellaro - malego, ale jakze uroczego miasteczka. Zapewne nikt z Was o nim nigdy nie slyszal, ale o lezacych tuz  nieopodal Lerici czy Cinque Terre zapewne  juz tak. Miejsce magiczne, piekne. To wlasnie tam jezdzili szukac inspiracji i weny  artysci tacy jak George Byron.

  Na jeden z weekendow zapowiedzial swoj przyjazd wujek Cava.  Mialo mnie tam akurat nie byc, ale zatrzymalo mnie otwarcie Igrzysk Olimpijskich i chec zobaczenia polskiej reprezentacji z bialo-czerwona flaga. I nie zaluje podjetej wowczas decyzji. Po lepszym poznaniu Massimo (wujek Cava) wywarl na mnie bardzo pozytywne wrazenie - mily, skromny, spokojny i dobrze ulozony chlop. Poznalismy sie nieco lepiej i polubilismy. Zaprosil mnie na rewizyte do Perugii. Czemu nie, pomyslalam i skorzystalam. Bylo bardzo niewinnie, czyste zwiedzanie bez podtekstow. Bylo na tyle fajnie (choc M. teraz twierdzi, ze on kumal co 5 wyraz - rozmawialismy po angielsku) ze przyjelam zaproszenie na kolacje. Po kolacji spacer. I gdy stalismy na jednym ze wzgorzy Perugii, podziwiajac panorame miasta cos sie wydarzylo, ale jednoczesnie nie wydarzylo sie nic. To znaczy dalo sie czuc cos innego, dziwnego w powietrzu, miedzy nami, ale zadne z nas nie drgnelo. Ja w glowie mialam mysli, iz pierwszego ruchu nie wykonam gdyz to w koncu najlpeszy kumpel mojego szefa. A on, ze ja to niania syna  jednego z jego najlepszych przyjaciol.





Kilka dni pozniej wybralismy sie z ''moja rodzinka'' na imprezke, ktora okazaly sie byc urodziny Massimo. Wybawilismy sie za wszystkie czasy i tyle. I nie wiem czy na tym by sie nie skonczylo gdyby nie fakt, iz rodzice chlopca ktorym sie zajmowalam postanowili sie w tajemnicy pobrac a M. mial zostac ich swiadkiem. Wtajemniczony zostal 31 sierpnia 2004 roku a w bonusie dostal mnie :D
Nasi znajomi widzac, ze cos miedzy nami jest na rzeczy, nagle zrobili sie bardzo senni i bardzo ''brzydko'' zostawili mnie z gosciem. Do dzis dnia zadajemy sobie z M. pytanie czy nasza rocznica jest 31 sierpienia czy moze do pierwszego pocalunku doszlo  juz po polnocy czyli 1 wrzesnia?





Z poczatkiem pazdziernika Ewiczka wrocila jednak do domu. Glupsie to dziewcze bylo. Mialam 22 lata - pierwszy powazny zwiazek i do tego na odleglosc. Sama nie wiedzialam czego chce...chwilami gralam mu na nerwach. Znosil to z wszystko z pokora i nawet odwiedzil mnie w Polsce.



Ktoregos dnia jednak mu sie znudzilo. Mial dosc. A mnie nagle oswiecilo, ze mi zalezy. Nie chcial sluchac, nie chcial rozmawiac. Co wiec zrobila Ewiczka - wsiadla do samolotu i poleciala do Wloch. Misja sie powiodla i postanowilismy spedzic razem cale lato.



Florencja



Wynajelismy mieszkanie i w czerwcu zaczela sie
 nasza droga przez meke - zamieszkalismy razem,
 tak naprawde sie nie znajac. To nie tak powinno
bylo wygladac. Okolicznosci nie byly sprzyjajace -
wiele sie wtedy w zyciu M. dzialo. Rozstalismy sie,
pozostajac jednak w kontakcie jako przyjaciele.
Nie bylo mi latwo bo serce wciaz bilo mocniej.
Minal kolejny rok akademicki - Ewiczka zostala
pania 'magazynier' i stwierdzila, ze wyjezdza. Teraz
albo nigdy. Myslalam, iz wyjade na kilka miesiecy,
moze znajde prace, troche zarobie i wroce. Wroce i
rozpoczne moje dorosle zycie.  Zladowalam w Perugii i
uczucia odzyly jak za dotknieciem czarodziejskiej rozdzki.
Bronilismy sie przed tym, M. nie widzial dla nas swietlanej przyszlosci. Tym bardziej, ze za kilka miesiecy mial wyjechac do Madrytu na Erasmusa. Pojechal, a ja zostalam ze zlamanym sercem i stwierdzilam, ze to wszystko nie ma sensu. Czas sie pogodzic z rzeczywistoscia!!

On wyjechal i to mial byc koniec. Koniec stal sie  jednak nowym poczatkiem. Wyjazd otworzyl mu oczy i stwierdzil, ze oszalal bo ON nie potrafi beze mnie zyc. Ja nie wiedzialam co o tym wszystkim myslec. Serce chcialo a rozum pytal czy jest sens po raz kolejny wchodzic do tej samej rzeki?!  Moj pobyt we Wloszech dobiegal konca, czas powrotu do Polski zblizal sie nieublagalnie. M. przebukowal swoje bilety i przylecial sie ze mna zobaczyc. Serce wygralo z rozumem :) Postanowilismy rozpoczac wszystko od poczatku. Zamieszkalismy razem a kilka lat pozniej poszlismy o krok dalej i stanelismy na slubnym kobiercu.





A reszte juz znacie :)
Pozdrawiam


p.s. Pani doktor S. dziekuje za ten niezdany egzamin ;)

niedziela, 23 lutego 2014

Przygody panstwa C.

Wiekszosc z nas pisze jak to lubi obdarowywac innych. Fajnie jest dostawac podarki, nawet takie niewielkie. Fajnie jest tez sprawiac radosc innym. Ale co gdy do obadarowania masz osobe, ktorej nic nie zadowoli. Ty kombinujesz jak kon pod gorke, wydajesz sporo kasy (ktorej sam na siebie bys nie wydal) a ona i tak pogardzi twoim prezentem. Co gdy prezent kupujesz ze swiadomoscia, ze wyladuje on na dnie szuflady badz w smietniku? Przykro sie robi, co? Uodpornilam sie na to, choc co roku zalowalam pieniedzy...Tak, dokladnie zalowalam pieniedzy na prezent dla szwagra i jego zony. Ot, taka jestem sknera! Co roku, w okresie przedswiatecznym lub przedurodzinowym te dwa prezenty spedzaly nam sen z powiek. Serio!! Pryskala cala magia obdarowywania blizniego.

Dla mnie nie liczy sie ilosc czy tez cena a jakosc. To, ze ktos zatrzymal sie na chwile, pomyslal o mnie i chcial  mi sprawic przyjemnosc. Od nich dostawalismy gadzety, ktore nijak mialy sie do naszego stylu zycia czy tez mieszkania. Znak, ze osoby te prezenty dla nas kupowaly pod siebie.
Od meza natomiast w ubieglym roku nie dostalam drogich prezentow, ale byly niespodzianki, ktore nieslychanie mnie wzruszyly. Drobiazgi, o ktorych on pomyslal wiedzac, ze sprawia mi wiele radosci.

W pewnym momencie w naszej rodzinie nastapil rozlam. Gdy stosunki nieco sie ocieplily postanowilismy, ze bedziemy uszczesliwiac jedynie dzieci i to byl strzal w dziesiatke!! Do czwartku, gdy szwagier nagle zaprosil nas na niedzielny obiad. Nasze stosunki sa teraz poprawne, ale nigdy sie wzajemnie nie odwiedzalismy. Smutne to, ale taka prawda. Bardzo sie od siebie roznimy.
Uruchomilismy nasze szare komorki i wyszly 50 urodziny brata M. Jednym slowem nie wypada z golymi rekami isc. Tak wiec Panstwo C. w skladze mama E. z tata M. i synem S. wybrali sie do perfumerii. Od razu na wejsciu okazalo sie, ze mama miala racje i trzeba bedzie podniesc nieco budzet. Tata coraz to bardziej przecieral oczy ze zdumienia patrzac na poszczegolne ceny. Syn natomisat zafascynowany byl tymi wszystkimi smierdzacymi, kolorowymi buteleczkami.
Chodzilismy w te i z powrotem jak takie cielaki i podnosilismy po kolei opakowania aby sprawdzac ceny...40 euro za zel pod prysznic. Poszaleli chyba...Od tego wszytskiego dostalismy glupawy, syn zaczal sie chichrac na glos. Ekspedientka zaproponowala nowosc firmy Bulgari 27eurosow. Fajnie, tyle, ze szwagier kapie sie w Armanim lub Chanel. Ostatecznie zakupilismy Chanel Allure - z krwawiacym sercem zabulilismy prawie 33 euro bo po promocji. Moze ja skapa jestem, ale wybaczcie nie rozumiem jak mozna na glupi zel pod prysznic wydawac takie sumy. Z czego to cudo robia...czym to sie rozni od Palmolive czy Nivei? Za te pieniadze to ja mam kurtke zimowa dla dziecka, baaa na promocji nawet dwie :)  A za dwa zele mam nawet niezly tablet :)

Na wyjscie maz i syn w koszuli to i mama postanowila wciagnac cos bardziej wizytowego niz wyciagniete dresy czy wytarte jeansy. Sukienka dorwana za cale 9 euro na tegorocznych przecenach. I gdy tak sie pindrzyla przed lustrem go glowy wpadl jej cudowny pomysl uzycia perfum, ktorymi na codzien sie nie raczy. Niewiele myslac zlapala bordowa buteleczke i raz dwa i trzy...zapchac jakis dziwny. Nie!! Wypsikalam sie perfumami meza. Zlosc przeplatala sie ze smiechem.Juz mialam sie przebierac, ale stwierdzilismy, ze spryskamy tez meza i bedzie juz mniej podejrzanie, ze leci ode mnie meskim perfumem :D


Obiad byl, smaczny - no dobra za 3 dychy bym takiego nie dostala :) Oczywiscie nie obylo sie bez przygryzania warg przez mame bo przeciez inni lepiej wiedza co moze jej syn. Ehhh!


Nawet zdjecie z synem mam :)

czwartek, 20 lutego 2014

TRON

Wspominalam kiedys o Stefku wymuszaczu - WYMUSZACZ. Poszlismy za ciosem i zakupilismy nocnik. Troche odwlekalismy decyzje o rozpoczeciu nocnikowania ze wzgledu na pogode -  co ma piernik do wiatraka zapytacie. W domu chlodno (Wloskie domy zima nie sa tak nagrzane jak te polskie.) i po prostu nie chcielismy aby maly latal z gola pupencja. Poza tym nie bylismy do konca przekonani, ze on wie o co w tym wszystkim biega. Zaznaczam, iz nocnikowanie nie oznacza rozpoczecia odpieluchowywania, gdyz z tym postanowilismy zaczekac do lata. Po prostu Steffi ma sie zaprzyjaznic z nowym nabytkiem.

Kupilismy, wiec postanowilismy wyprobowac czy nocnik dziala ;) Mamuska posadzila syna na tronie. Usiadl. Przekonany do konca nie byl, ale nie oponowal za bardzo. Niemalze od razu zbombardowal akustycznie swoj ''przenosny kibelek''. Po czym zrobil kilka glupich min i zaczal sie wiercic i nie bylo sily aby go dluzej przytrzymac. Zrezygnowana spojrzalam w nocnik a tam siusie...pierwsze siusie, ktore nie wyladowaly w pampku a w nocniku. Byla radosc, oklaski, wylewanie si do toalety i spuszczenie wody.
Dwie godziny pozniej mama po raz kolejny posadzila pierworodnego na nocniku. Przyzwyczajanie przyzwyczajaniem, ale przyznam bez bicia, iz chcialam sprawdzic ile w tym pierwszym si swiadomosci a ile przypadku. Za drugim razem bylo podobnie jak za pierwszym - Ste siada, dwie gora trzy minuty i jest si.

Zszokowana jestem, ale dumna. Jutro ciag dalszy weryfikacji, bo ja to matka niedowiarka jestem i cos mi sie wydaje, ze dzisiejsze siusie to takie nie do konca swiadome byly. Sie zobaczy.

My little monster II

Wczorajsza kolacja. Ste w polaczeniu z makaronem z sosem pomidorowym i tunczykiem i mamy my little monster II. Pozostawiam bez komentarza, gdyz fotki mowia same za siebie!!
 






Najwazniejsze, ze najedzony i samodzielny, prawda?! 

środa, 19 lutego 2014

Mowie po polsku :)

Slubny podjal wyzwanie. 
Sciagnal aplikacje na smartfona i slysze, ze co chwila gada sam do siebie. Poki co idzie mu calkiem calkiem. Zapal go nie opuszcza, ale to dopiero drugi dzien nauki. Zobaczymy czy tym razem pojdzie lepiej niz ostatnio.  Gdacze pod nosem i terroryzuje mnie tlumaczeniami. Zabawnie jest :)

Najlelpsze w tym wszystkim jest to, iz po skonczonej lekcji podchodzi do wirtualnego testu, ktory nastepnie przesyla do sprawdzenia innym posiadaczom aplikacji. Sam dostal juz dwa do poprawy :D


Reakcje M. na niektore z wyrazow:
 
zdezorientowany - zde... co?
szczesliwy - heheh, dobre
szkoda - to marka samochodu, tylko zle napisali ;)

A skromne podsumowanie najbardziej mnie rozwalilo - Jestem geniuszem polskiego!! :D

Weekend zmian

CO POCZAC?

Przy okazji setnego posta przebakiwalam o zamknieciu bloga. To nie jest do konca tak, iz chce z niego zrezygnowac gdyz najwyczajniej w swiecie lubie ten moj wirtualny swiat. Bloga tego pisze jednak anonimowo. Juz wyjasniam co w odniesieniu do moich wypocin rozumniem przez anonimowe pisanie. Moja rodzina i znajomi nie wiedza o mojej internetowej przygodzie. Z tego tez powodu na blogu moim brak bylo niektorych gadzetow np. publiczne obserwowanie. Nastal jednak czas zmian. Po cichu zalozylam drugiego bloga, ktory w zalozeniu mial stac sie bardziej jawny, ale bez prywaty. Obecnemu chcialam ograniczyc dostep i kontynuowac dotychczasowa prace. Caly czas usilnie mysle jakby sie zorganizowac. Nie chcialabym dublowac postow, ale jednak moje zycie scisle zwiazane jest ze Stefano stad moje rozterki. Jeszcze nie zdecydowalam co zrobie. Poki co zostawiam wszystko po staremu.


wtorek, 18 lutego 2014

Wyniki rozdania

W roli sierotki Marysi a raczej sierotka Marysia wystapil pierworodny. Wszelkie skargi i zalzalenia do niego!! Nie bede owijac w bawelne, sami zobaczcie :)

pierworodny w gotowosci bojowej


losy rowniez...

Zaczynamy!!


I Proklamacja wygranych:

 Asja - Girl
 Mamilla - Mama
Keep the moments - Boy



Synowi tak sie spodobalo losowanie, ze jeszcze z pol godziny siedzial na balkonie, mieszal lapka w miseczce i zadowolony co chwile wyciagal kolejne losy :)

Dziekuje wszystkim za zabawe, a zwyciezczyniom gratuluje i czekam na adres do wysylki. Piszczie prosze na maila ewiczka.kartkazkalendarza@gmail.com :)

niedziela, 16 lutego 2014

How I met Your father - odcinek drugi

Wysiadam we Florencji. Na przywitanie dostaje po twarzy goracym powietrzem. Jest pieknie, slonecznie, goraco. Teraz dopiero miala zaczac sie moja wielka przygoda. Do tej pory bylam bezpieczna w autokarze, a tu teraz jestem zdana sama na siebie. Jestem we Florencji, ale to nie byl jeszcze koniec podrozy, gdyz musialam na wlasna reke dojechac do malego toskanskiego miasteczka - Colle Val D'Elsa a stamtad mieli mnie zgarnac przyszli pracodawcy. Krzatam sie po dworcu, ciagnac za soba walize, ktora wieksza byla ode mnie (Nie lubie sie pakowac. Zawsze zabiore ze soba za duzo ciuchow, bo az noz widelec bluzka, ktorej nie nosze juz od 5 lat sie przyda i akurat wtedy nie bede jej miala przy sobie :D
Schody, duzo schodow, za duzo...sil brak i w tej chwili przeklinam siebie, ze polowa tej cholernej walizy mogla zostac w domu. No nic, za pozno juz na takie wnioski...za pozno o jakies 2000km. Udalo sie, jestem na dole...uwage moja przykuwa rumor toczacego sie kolka. Zaraz...NIE prosze, nie teraz - a jednak...to bylo moje kolko tzn. nie moje a mojej walizki. Jestem sama, zmeczona, zgrzana z 3kolowa walizka wazaca z 40kg i tu po raz kolejny (nie ostatni tego dnia) zwymyslalam siebie w myslach.
Udalo sie, siedze w autobusie. Podroz nie miala byc daleka. Nagle tysiace mysli zaczyna krazyc mi po glowie. Czy Ty dziewczyno do reszty oszalalas, gdzie Ty jedziesz? A jak nie bede wiedziala gdzie wysiasc, co jak przegapie przystanek? Jade tak sobie niespokojnie, czychajac na interesujaca mnie tablice jak zwierze na polowaniu czeka na swoja ofiare. Jest...wysiadam. Kierowca zdwiwiony, ze che wysiasc wlasnie tu...ale ja wiem swoje, wysiadam i juz!!


Ledwie powloczac nogami ide przed siebie...ide przez siebie i ciagne moja ''szafe''. W dodatku wszystko pozamykane na cztery spusty. No tak jest siesta, na ulicach zywej duszy nie widac (Martwej cale szczescie tez nie). Nie ma nawet kogo spytac o droge. Nie wiem jak, chyba sila woli docieram na rynek glowny i  co widze? Mijajacy mnie autobus, moj autobus...cholinder trza bylo siedziec na zadku a nie zrywac sie na rowne nogi jak tylko pojawila sie tablica wjazdu.
 I tu znow te straszne mysli ''a co jak po mnie nie przyjada? Co ja tu poczne, na tym odludziu?'' W sytuacji podbramkowej wiedzialam, ze bede mogla liczyc na znajomego mieszkajacego w okolicy, ale to miala byc ostatecznosc...Mimo moich obaw przyjechali (Marisa i jej partner z dzieckiem)...po kilku minutach jazdy bylismy u nich w domu. Zgdonie z umowa dostalam pokoj z lazienka na wylacznosc. Rozgoscilam sie, zostalam oprowadzona po domu, restauracji...wszystko wygladalo tak jak wygladac mialo. Ufff...No prawie wszystko, bo okazalo sie, iz wlasciciele nie mogac sie mnie doczekac przyjeli do pracy jeszcze jedna dziewczyne...Jak to? A no tak - stwierdzili , ze ruch bedzie na tyle duzy, iz  obie sie im przydamy. Ich pewnosc siebie w ogole mnie nie przekonywala. Jak sie pozniej okazalo moje obawy nie byly bezpodstawne.Nie uprzedzajmy jednak faktow. Siedzialam tam sobie, wprowadzono mnie w zasady panujace w lokalu...co, jak i gdzie...Roboty bylo malo, bo klientow bylo niewielu. Wieczorami jeszcze cos sie dzialo, ale w dzien posucha, na tyle duza, iz przyszlo mi myc okna itp...Az ktoregos dnia zawitala  na kolacje siostra gospodyni wraz ze swoim szefostwem. Okazalo sie, ze i ona pracuje w branzy restauracyjnej jako kucharka. Jej szefostwo wlasnie otwiera nowa restauracje w Sienie i szukaja kogos do pomocy na kilka dni. No, ok - przynajmniej bede pracowac, no i wyrwe sie z tej dziury na kilka dni. Spakowalam w torbe kilka najpotrzebniejszych rzeczy i juz bylismy w drodze do Sieny. Spac mialam u siostry M. - bylo to najmniejsze mieszkanie jakie w zyciu widzialam. Doslownie klitka...Jakos przetrwam ten brak prywatnosci - to tylko kilka dni pomyslalam. Rankiem mielismy maly obiazd po miescie...poznalam chyba wszystkich wlascicieli lokali z centrum Sieny. Ta kobieta znala wszystkich, ale zdawala mi sie byc coraz bardziej podejrzana, a to co wydarzylo sie w drodze powrotnej tylko mnie w tym utwierdzilo. Schodzimy z centrum na parking i co widze 'waz pelznie sobie poboczem'. Jako, ze juz wtedy sie ich balam odskoczylam na druga strone jezdni. Kazdy by tak zrobil!! Nie nie kochane, co zrobila ona - zdjela klapka i zatlukla zwierze. Stalam i patrzalam jak ta tlucze to pelzajace dziadostwo i oczom nie wierzylam. Po czym, o zgrozo, podnosi martwe zwierze i zabiera ze soba do samochodu. Wyobrazcie sobie moj strach - ''a jak ten waz jednak jeszcze zyje?''

Czas spedzalam bardzo pracowicie...nie bylo czasu na lenistwo. Wszyscy byli ze mnie na tyle zadowoleni, ze dzien pozniej zaczeto zalatwiac mi papiery aby legalnie mnie zatrudnic na etat. Wszystko pieknie sie ukladalo...prawie wszystko, bo mieszkac z wariatka nie zamierzalam. Nie przez najblizsze dwa miesiace. Dzien pozniej wariatka tylko potwierdzila, ze jest szurnieta - to sie na mnie wydzierala...to znow przytulala i wyznawala, ze jestem dla niej jak corka. Baaa, malo tego - gdy miala te swoje ''odlotowe chwile'' wydzierala sie na wszystkich, z szefem wlacznie. Nikt sobie nic z tego nie robil, bo znali ja juz od lat. Na mnie natomiast patrzeli z politowaniem...po 3 dniach bylam pewna, ze psychicznie nie wyrobie. Widzac moje lzy dzien po otwarciu wrocilam tam gdzie pierwotnie mialam pracowac.

Na powitanie jak obluchem w lep rzucono mi ''do czwartku masz opuscic pokoj, bo go wynajelam''.''Masz znajomych, jedz do nich'' - w rozmowie kiedys sie wygadalam, ze mam znajomych we Wloszech. Mialam dosc. Ponioslam porazke. Chcialam juz z podkulonym ogonem wracac do Polski, ale stwierdzilam, ze nie poddam sie bez walki i zazadalam dostepu do internetu....Napisalam skruszona maila do rodziny, z ktora wczesniej bylam w kontakcie...tlila sie niewielka iskierka nadzieii, ze jeszcze nie znalezli opiekunki dla syna. Niestety znalezli :( ale Elena (mama) zaproponowala abym spakowala walizke i przyjechala do nich. Ugoszcza mnie przez kilka dni, a ja bede mogla w tym czasie rozejrzec sie za praca. To nie wszystko, zaproponowala mi nawet zakup biletu na pociag.  Oferte przyjelam...za bilet jednak grzecznie podziekowalam, gdyz mialam jeszcze jakies zaskorniaki.
Wstapila we mnie nowa nadzieja. Zadzwonilam do D. (znajomy, o ktorym wczesniej wspominalam)...wyjasnilam co sie dzieje. Wiedzialam, ze mnie nie zawiedzie - przyjechal po mnie i zawiozl na pociag. Do tej pory szczyci sie tym, ze byl moim wybawca i, ze to dzieki niemu meza poznalam :D

Po kilku godzinach koczowania na dworcu we Florencji w koncu bylam znow w drodze. W drodze do Foligno...jechalam po kolejna przygode. Najpiekniejsza przygode zycia, ale wtedy jeszcze o tym nie wiedzialam. Z Elena umowilysmy sie w pociagu...wracala tym samym pociagiem z pracy. Poznala mnie od razu...a po czym? Naturalnie po walizce :)

Niecala godzine pozniej weszlismy do domu - jej domu a mojej przyszlej oazy, gdzie przywital nas Fabrizio (partner E.) Myslalam, ze poznam od razu Leonardo (ich syna) i jego obecna opiekunke, ale nie bylo ich akurat w domu. Zmeczona po kilkugodzinnej podrozy zatloczonym pociagiem, poprzedzonej kilkugodzinnym koczowaniem na toskanskim dworcu, poszlam sie nieco odswiezyc. Gdy chwile pozniej otworzylam drzwi lazienki zobaczylam czekajacego na mnie malutkiego czarnowlosego chlopca. Wykrzyknal glosno ''ciao ewa'' i podbiegl do mnie aby mnie usciskac. Usmiech nie schodzil mu z ust. Poznalam Pamela (owczesna nianie pochodzaca z Chile) i jej kolezanke, ktora przyjechala w goscine...Atmosfera panujaca w tym domu byla niesamowita, radosna, w ogole nie dano mi odczuc, iz jestem na ich lasce.Minelo kilka dni, okazalo sie, ze dziewczyna z ktora byli w kontakcie zaczela grac na czas, wiec zaproponowali mi abym u nich zostala na dluzej. Zarowno mi jak i malemu pomysl ten  bardzo przypadl do gustu gdyz zdarzylismy sie bardzo polubic, i tak stalam sie ''tata nuova''. Leo, mimo, iz mial zaledwie 2,5 roku to buzia mu sie nie zamykala - gadal jak nejety, czasami po wlosku, pojedyncze slowa po angielsku a czasami po prostu po leonardesku ;) W opowiesciach jego przeplatali sie liczni wujkowie - kumple taty, najczesciej bylo o dwoch ''zio Sor'' i ''zio Cava''. F. ktory stwierdzil, ze predzej czy pozniej i tak ich wszytskich spotkam, instruowal mnie jak z nimi postepowac - ze Ci sa spoko a Ci inni tez sa spoko, ale to lekarze-babiarze. Po niecalym tygodniu Leo caly uradowany oznajmil mi, iz dzis wieczorem przyjezdza wujek. Przyjechal ''zio Cava'' - zamienilismy dwa slowa, a raczej wymienilismy grzecznosci, nastepnie chlopy poszli na piwo a ja pomyslalam sobie ''i o co to cale halo', chlop jak chlop''. Tyle go widzialam...do czasu, bo nie bez powodu  moj syn nosi nazwisko Cavallucci ;)


Ciag dalszy nastapi...Nie zatluczcie mnie, ale nie dalam rady wiecej napisac. Pogoda u nas wiosenna, wiec grzech nie wychodzic na spacery, ktore Steffi uwielbia. Ciekawe tylko jak dlugo nas to slonko bedzie rozpieszczac?!


piątek, 14 lutego 2014

SUDOCREM RULES

Nie kazdy go uzywa, ale chyba kazdy zna, chocby ze slyszenia.
Sudocrem i jego cudowne wlasciwosci w pielegnowaniu dzieciecej pupencji. 
My mamy, uzywamy i sobie chwalimy.No, ale to nie mial byc wpis rozwodzacy sie nad wspanialoscia tegoz produktu.

Steffi mial wczoraj dzien na NIE...Kolacja bleee - zupy jesc nie bedzie. 
Nie udalo sie go przekonac ani prosba ani grozba. 
Po chwili tata stwierdzi: ''Nie to nie - wiecej prosic Cie nie bede. Z glodu nie umrzesz''. 
Ojciec poszedl pod prysznic, matka musia cos pilnie w necie sprawdzic a synalek, korzystajac z nieuwagii rodzicow, zabral sie za odkrywanie nowych wlasciwosci sudocremu.
 I to jakich wlasciwosci...odzywczych!! 

Odwracam sie i co widze - stefkowe palce umoczone w pojemniczu z kremem. Zanim zdarzylam zareagowac palce trafily do buziola a Ste oblizal sie ze smakiem.

Tata podsumowal to tak - zupka warzywna z makaronem nie? Za to sudocrem to delicja z najwyzszej polki? A syn...a syn tylko spojrzal na niego z politowaniem!!

czwartek, 13 lutego 2014

OCCHI AZZURRI

- Ambulatorium UTIN, slucham
- Dzien dobry, z tej strony C..., tata Stefano - wczesniaka, ktory....
- Ohhh, Occhi azzurri??
- Dokladnie!

Occhi azurri - błękitne oczy. Nowa ksywka syna :D Czyzby to dzieki nim, po tylu miesiacach niewidzenia, wciaz tam o nas pamietali?


p.s. Mamo Mini musze Ci wzynac, ze ksiazeczeka, ktora otrzymalismy od Ciebie w wymianie swietecznej jest ostatnio na topie, co strasznie cieszy mojego meza :P Jak Steffi idzie wybrac ksiazke do czytania to jest chwila napiecia a chwile pozniej slysze ''Nie, tylko nie Koparka''. A syn jak na zlosc uznal, iz ojciec lepiej czyta po polsku od matki, wiec go kilka razy dziennie meczy :) A wyglada to mniej wiecej tak: ''koparka swoja ogromna...nie nie to slowo nie istnieje'' - Ubaw mam po pachy  :D

a slowo, ktore nie istnieje to ''łyżką''

wtorek, 11 lutego 2014

18 korygowanych + 3 bonusowe

   Czas leci szalenie...im jestem starsza tym bardziej wydaje mi sie, iz dni mijaja coraz szybciej.  Pamietam, jakby to bylo wczoraj, jak trafilam na porodowke a tymczasem 5 lutego Steffi skonczyl 18 miesiecy korygowanyc. Za kilka dni bedzie 21 miesiecy od urodzenia. A juz za kilka miesiecy 2 lata - magiczne dwa lata, gdzie wiek korygowany zlewa sie z tym urodzeniowym...byle do sierpnia.



niedziela, 9 lutego 2014

How I met Your father - odcinek 1

Chcieliscie, no to macie. Tylko pozniej mi nie marudzic, ze zanudzam :)

To jak poznalam mojego meza to zbieg niespodziewanych okolicznosci. Czyzby przeznaczenie? Moze los chcial bysmy sie na siebie natkneli? Sami ocencie!!

Wiosna 2004 - organizacja nadchodzacych wakacji w toku. Postanowione, ze i w tym roku jade jako Au Pair...ale gdyby tak poszukac czegos na wlasna reke. Wiele jest stron w internecie pomagajacych nawiazac kontakt miedzy kandydatami na nianie a potencjalnymi rodzinami. Szperalam prawie codziennie i nawiazalam znajomosc z jedna mamuska...fajnie nam sie pisalao, ale oni szukali opieki dla synka jedynie na miesiac (aby pokryc urlop obecnej au pairki) a ja szukalam czegos na dluzej, Trudno, szukamy dalej i pewnego pieknego dnia odzywa sie telefon...na wyswietlaczu +39...propozycja pracy jako kelnerka w niewielkiej rodzinnej restauracji na toskanskiej wiosce. Decyzja podjeta - jade!! No OK, jade a sesja? Ehhh, najpierw trzeba sie uporac z reszta egzaminow! I tu jak grom z jasnego nieba - porazka!! Pierwszy (i ostatni raz) nie zdalam egzaminu (a po wysjciu z auli bylam zadowolona jak nigdy wczesniej). To byl prawdziwy cios. W jednej chwili marzenia i wszystkie plany wakacyjne zaczely sie rozmazywac. Pojechalam na konsulatacje z wykladowca, aby spojrzec na moja prace bo ciezko bylo mi uwierzyc, ze zawalilam ten wlasnie egzamin. Gdybym tydzien wczesniej oblala finanse to przyjelabym to bez mrugniecia okiem, gdyz po egzaminie bylam wrecz zalamana, no ale nie postepowanie administracyjne. A jednak. Oblalam to drugie - wykladowca okazala sie byc bardzo czepialska. Czepialska nie czepialska, poprawka we wrzesniu nijak nie idzie w parze z wyjazdem do Wloch. Postanowilam wykorzystac propozycje rzucona kiedys przez Pania doktor na wykladzie i pytam czy moge zdawac w innym terminie? ''Tak, w srode'' - biore pomyslalam bez namyslu...mialam niecaly tydzien na przejrzenie materialu. Dopiero jadac na poprawke zdalam sobie sprawe, ze stawiam wszystko na jedna karte, gdyz jesli nie zdam teraz to czeka mnie warunek. No, ale zdalam...zdalam na 5+.  Zadzwonilam do przyszlych pracodawcow, iz za kilka dni bede. ''Ok, czekamy'' - uslyszalam. Spakowalam walize i kilka dni pozniej pojechalam. Pojechalam w nieznane i do tego bez pieniedzy. W ferworze przygotowan do wyjazdy zupelnie o nich zapomnialam. Oswiecilo mnie dopiero, gdy wsiadalam do autokaru i tu panika, zimny pot...co teraz?! Byli wtedy ze mna siostra z przyszlym szwagrem - szwagier zagadal z kierowcami autokaru i krotko stwierdzil ''zalatwione, Ania (siostra) jedziemy''. Wiedzialam tylko tyle, ze Oni jakos mi na trase podrzuca te nieszczesne eurosy. Pozegnalismy sie i pojechali...ruszylismy i my...a mi w piersi wciaz kolatalo serce co to On takiego wymyslil?! Z lekka wciaz przerazona, z lekka zamyslona wyjrzalam przez okno i co widze...samochod na awaryjnych wyprzedzajacy autokar...Zaraz, zaraz ja znam ten samochod! Autokar zjezdza na pobocze...otwieraja sie drzwi...i...wchodzi moja siostra i podaje mi male zawiniatko. Kierowca z nieco ironicznym usmiechem pyta ''no to co, wszystko juz mamy...czyli mozemy jechac?'' Mamy, mamy - jedziemy, bo przed nami dluga droga - 36h pozniej wysiadlam na dworcu we Florencji i tu niestety nie obylo sie bez przygod....

Koniec czesci pierwszej :)

piątek, 7 lutego 2014

DROGA DO SUKCESU

Wspominalam kiedys, iz zapisalam sie na kurs prawa jazdy. Zajecia skonczyly sie z poczatkiem grudnia i od tego czasu wolne chwile (nie wszystkie, nie przesadzajmy) umilalam sobie przegladaniem ksiazki i z reguly trzy razy w tygodniu chodzilam rozwiazywac testy do szkoly jazdy. Musze szczerze przyznac, iz zajecia teoretyczne byly prowadzone w sposob bardzo zrozumialy i przystepny i  na tyle jasny, ze nie musialam sleczec w domu godzinami nad ksiazka. Wiele z nich wynioslam i nie zaluje wydanych pieniedzy, choć początkowo chciałam startiwać prywatnie. (We Wloszech sprawa prawa jazdy wygląda nieco inaczej niż w Polsce - kurs teoretyczny nie jest obowiazkowy! Do stycznia bierzącego roku nawet wykupywanie jazd w szkole jazdy nie było obowiązkowe - obecnie trzeba ich odbębnić 6).

Sa jednak z dwa rozdzialy co to trza zakuc i juz - budowa silnika i samochodu oraz kategorie prawa jazdy. (Dla niektorych niewygodne sa rowniez pierwsza pomoc oraz ubezpieczenia i odpowiedzialnosc cywilno-prawna). Zeby nie powiedziec, iz calkowicie oddalam walkowerem dwa pierwsze z wyzej wymienionych aspektow, przelecialam wzrokiem co tam ciekawego ma do powiedzenia na ich temat autor ksiazki. Stwierdzilam, iz ciekawego w tym nie ma praktycznie nic i, ze do szczescia nie jest mi potrzebna wiedza czym rozni sie silnik disel od zwyklej  benzy. A kategorie pojazdow - nie wszystkie, bo tylko te do B wlacznie...ludzie drodzy ile tego natworzyli: AM, A2, A1, A, B1, B, B+E - kto by to spamietal. Ponadto dotyczace powyzszych aspektow wystepuja stosunkowo zadko i trzeba miec wyjatkowego pecha aby na nie trafic. Hahahah...ja to chyba jestem wybrana (musze tylko jeszcze odkryc do czego) bo trafilam zestaw pytan zawierajacy oba!!

Ostatnim zdaniem sie zdradzilam. Dzis rano podeszlam do egzaminu teorytycznego. Nie wiem jak to teraz wyglada w Polsce, ale dzis mnie tu zaskoczono. Wyczytuja moje nazwisko tzn. cos co mniej wiecej moglo brzmiec jak moje nazwisko...wchodze, dostaje karte magnetyczna i zaproszenie do odpowiedniego kompa. Gdy wszyscy wywolani usadowili w koncu swoje zadki na wskazanych miejscach wkladamy karte do czytnika i logujemy sie..ohhh, myszki brak...ekran dotykowy, dotykam i dotykam a tu nic...''klepnac trzeba'', slysze z dali...no to dawaj klepie i ja i.... nagle z monitora spoglada na mnie moja geba w barwach czarno-bialych - oz kurde, zeby mnie z rana tak straszyc (bo ja naleze do elitarnego grona ''fotogenicznych inaczej'' :D

40 pytan, prawda czy falsz - 30minut...4 bledy dopuszczalne...czas start. W myslach powtarzam sobie slowa mojego instuktora ''nie spiesz sie...ja cie tu nie chce widzec jako pierwszej!!'' Jedziemy powolutku...kilka watpliwosci sie pojawilo...3 razy przejrzalam pytania i koncze...oddaje karte milej Pani i czekam na wyniki.
Po ok. 10 minutach pojawia sie Pani z naszymi teczkami...Wbrew moim oczekiwaniom nie wyczytuje na glos wynikow. Wrecza kazdemu teczke z dokumentami, gdzie na pierwszej stronie widnieje albo dobra albo zla wiadomosc. Czuje sie jak w amerykanskim filmie, gdy do domu przychodza do Ciebie listy czy dostales sie do wybranego College'u.  Jest i moja...''kto otwiera? Ja czy TY?'' - pyta instruktor. Suspence...i slysze ''no to teraz bedziemy jezdzic''. Siiiiiiiiiiiiiiiii.....ZDALAM TEORIE!! Kamien z serca. Chcialabym moc powiedziec, ze jestem w polowie drogi do sukcesu, ale czuje, ze z egzaminem praktycznym nie pojdzie juz tak gladko. Poki co czekam do przyszlego tygodnia na ''foglio rosa'' i dalej sie zobaczy...pewne jest, ze mam 6miesiecy i 2 proby do wykorzystania!!

Foglio rosa - doslownie rozowa kartka; upowaznia do prowadzenia pojazdu na drogach publicznych w celu nauki jazdy, z zastrzezeniem, iz musi takiej osobie towazyszyc (w charakterze intruktora) osoba posiadajaca prawo jazdy w danej kategori (lub wyzszej) od przynajmniej 10lat (istnieje kilka wyjatkow). W ubieglym roku wprowadzono jednak obowiazek odbycia 6h jazdy pod okiem instruktora eksperta ze szkoly jazdy.

Troche sie rozpisalam...ale chcialam Wam nieco pokazac jak  egzamin na prawo jazdy wyglada we Wloszech.


czwartek, 6 lutego 2014

EKOMAMA

Wyczytalam ostatnio w necie, iz stworzono pralke, ktora pierze prawie bez wody. Baaa nie tylko oszczedza 90% wody, ale rowniez 50% energii. Poki co dostepna jest jedynie dla przedsiebiorstw - hotele, pralnie. Nam zwyklym konsumentom przyjdzie jeszcze troche na to cudo poczekac.

Czytajac o powyzszym wynalzku zapalila mi sie w glowie lampa 'eko'. Zaczelam bladzic po swiecie wirtualnym i znalazlam produkty, ktorych nie znalam badz znalam jedynie ze slyszenia. Wszystkie stricte eko.

Lady cup - zdjecie ze strony internetowej producenta.

 Lady cup, to nic innego jak kubeczki menstruacyjne.

Lady pad - zdjecie ze striny internetowej producenta

Lady pad - podpaski ekologiczne znam, ale tylko ze slyszenia. A Wy?

I tu kochane babeczki do Was mam pytanie. Znacie? Korzystacie? Polecacie?
Jako, ze temat dosc intymny to rozumiem, ze ktos moglby nie chciec wypowiadac sie otwarcie pod postem. Dlatego prosze piszcie rowniez jako anonimy badz do mnie na maila - kontakt.

Kasztany piorace. Foto - www.dziecisawazne.pl

No i dochodze do produktu, o ktory pierwotnie chcialam Was zapytac. Orzechy/kasztany piorace - wydaje mi sie, iz Szczypta o mnie, kiedys wspominala, ze ich uzywa wlasnie jako srodka pioracego. Poczytalam troche wczoraj i zauwazylam, ze produkt ten ma wiele zastosowan. Takze prosba kochana do Ciebie, ale zalezy mi rowniez na opiniach innych konsumentek. Jak to cudo sprawdza sie w praktyce? Czy naprawde jest antyalergiczne (mam meza wyjatkowego alergika)? Czy sa jakies konkretni producenci, ktorych polecacie? Jego zywotnosc? Bede wdzieczna za wszystkie opinie:) 

środa, 5 lutego 2014

My little monster

Jak w tytule, mam w domu malego potwora. To juz oficjalne i zatwierdzone przez komisje w skladzie mama E. i tata M. Malo tego ja sobie tego potwora sama wyhodowalam!! Najpierw maz pomogl mu zakielkowac w moim brzuchu. Wyrosla fasolinka, ktora pieknie sie w nim zagniezdzila. Przez kilka tygodni nic nie zapowiadalo, ze to takie podstepne zwierze we mnie rosnie. Od 7 tygodnia dalo czadu na calego, tak, ze matka ledwo zywa chodzila, a raczej lezala. (O tym bylo tu) Juz wtedy nalezalo miec podejrzenia, ze oto rosnie we mnie maly potworek. Zle mu jednak chyba u mnie w brzucholcu bylo bo potworek, zaledwie kologramowy, postanowil dosc szybko wylezc na swiatlo dziennie...i tu sie chyba maly 'monster' rozczarowal bo grazac palcem wsadzili go szklanego domku...ze niby nie jest jeszcze gotowy na samodzielne zycie. No, ale i o tym rowniez  juz bylo - o tutaj.

Po kilku miesiacach Steffi ponownie odkryl w sobie potworzasty instynkt. Mam wrazenie, ze dziecie moje smieje sie i drwi ze mnie na kazdym kroku.

Precyzyjny jest az do przesady.

Scenka I
- Wsiadamy do samochodu. Sadzam Go na  kolanie, bo jedziemy do dziadkow blok dalej - potwor, mimo, iz wciaz nie mowi - przynajmniej nie po polsku i nie po wlosku, wyraznie oponuje. I paluchem z pazurem (czy Waszym dzieciom tez tak szybko paznkocie rosna?) pokazuje na swoj fotelik. ''Kochanie, tu nie trzeba do fotelika, bo nigdzie nie jedziemy'' - Potwor daje znac co o tym mysli a matka zastanawia sie czy to to samo dziecko co kilka miesiecy wczesniej przybieralo przedziwne pozy na sam widok wspomnianego  fotelika samochodowego, a proby usadzenia go w nim konczyly sie szarpanina i wolanim o pomoc... hmmm?!

Scenka II
- Dziecie je parowke. Tata nadzoruje co by parowka trafiala do buzi a nie na podloge. Pieknie trzyma widelczyk, wbija w pokrojona na plasterki parowe. Po jakims czasie zabawa w jedzenie samemu nudzi mu sie i prosi o pomoc tate. Tata, niewiele myslac,  bierze widelczyk wbija go w kawalek kielbaski i podaje pierworodnemu i tu wlacza sie znow Stefotwor -patrzy na widelec, z wyrzutem zerka na tate i sciaga parowke z widelczyka bo ''tato jak mogles tak niechlujnie nakluc ta parowke...przeciez tlumaczylem, pokazywalem, ze trzeba trafic idealnie w srodek bo inaczej nie jem''. I poza tym co to ma znaczyc, ze jeden kawaleczek jest zadkiem w gore?!

Psotnik
- O jednym z przykladow juz kiedys pisalam. O tutaj WYMUSZACZ. Wciaz trwa, tata trwiedzi, ze ma 100% frekwencje :D

Samokrytyka i zakazy
Potworzysko nasze kochane ma zakazane wkladanie palcow do kontaktu, rak do muszli klozetowej, przestawiania TV, podlaczania laptopa i inne czynnosci zagrazajace jego zyciu lub zdrowiu. O my niedobrzy rodzice, toz to najwieksza frajda kazdego dziecka. Wystarczy chwila nieuwagi a telewizor sam wedruje po meblach,  szczotka do klozetu sama zapragnela wyczyscic podloge w lazience a laptop sam sie wlaczyl!! Teraz rozumiem jak moj tato lapal sie kiedys za glowe i mowil ''w tym domu wszystko dzieje sie samo''. Chcialoby sie rzecz, tato nie martw sie, w moim tez!! :D
Stefotwor przylapany na goracym uczynku jest kazdorazowo karcony glosnym ''NIE WOLNO''. Unika wtedy kontaktu wzrokowego, udaje, ze nie slyszy (O sluch potwora prosze sie nie martwic. Zapewniam, iz slyszy doskonale, badalismy juz wiele razy) i niezwruszony reka dalej psoci. Faza druga karcenia to symboliczne uderzenie (bardziej dotkniecie) w raczke...I na to potwor znalazl sposob - bo teraz jak dostanie klapsika w jedna lapke to wedle biblijnej zasady ''nadstaw drugi policzek'' sam podaje druga. I wez tu czlowieku badz powazny.
Scenka - potworzysko w lazience. W ruch poszla szczota od kibelka. Matka wola ''Nie wolno, zobacz co narobiles''. Myjemy rece...mama sprzata co syn nabroil...po czym sama myje rece i...nie zdarzyla ich nawet wytrzec a pierworodny znow stoi ze szczotka. Poszedl klapsik w lapke...mlody nadstawia druga. Mama wykrzykuje cos, ze nie dostanie w druga lapke...ze nie da mu tej satysfakcji...nie bedziesz ze mnie drwil...Steffo z wyciagnieta reka pokrzykuje 'ce ce ce'....mama krzyczy, ze nie wcale 'nie cesz'. Co syn kwituje 'ce ce ce' i sam wymierza sobie klapsika w druga reke.
Toz on wyraznie ze mnie drwi!! Same powieddzcie.

Przylapany na goracym uczynku.


Nie ma co, przejal sie moimi grozbami!!

poniedziałek, 3 lutego 2014

SETNY

Wow, dobilam do setki i ja. To moj setny post na blogspocie...kilka razy przez glowe przeszlo mi aby bloga zawiesic, ale brakowaloby mi pisania o przyslowiowych czterech literach Maryni...brakowaloby mi Was. Nie wazne, nie o tym mialo byc.

Setny post nie moze byc byle jaki. Stad pomysl na Candy...bo jak swietowac to na calego, a co?! Aby nie przedluzac przedstawiam zasady ewiczkowej rozdawajki.