sobota, 30 listopada 2013

Kartka z kalendarza 30/11/2011

   Dwa lata temu na pierwszej stronie mojego pamietnika napisalam:

''30/11 – nie pojawil sie...jako,ze slowo sie rzeklo wyciagam z szafki test (zakupiony kiedys tam, tak na przyszlosc :D...bez przekonania rozrywam opakowanie i postepuje zgodnie z instrukcja...10sekund – zwykle to pikus...nie tym razem – jak na zlosc dzis jest skapo...nie bede stac i bezczynnie gapic sie w te 2 okienka (bo i tak wiem jaki bedzie resultat)...mam 3 minutki, akurat zdarze odswiezyc twarz – splukujac zel z pyszczka, kontem oka widze test...nie...nie...nie moze byc – i taka jeszcze 'zapieniona' wedruje w jego strone...jak byk sa dwie...minela dopiero mniej wiecej minutka, ale kreska jest wyrazna... jestem w CIAZY – poczatkowy szok, lzy szczescia, ogolna radosc i ogromna chec podzielenia sie nowina z mezem....nie przez telefon (wiem, ze on by nie chcial dowiedziec sie w ten sposob).''


A piec i pol miesiaca pozniej po raz pierwszy zobaczylam ta malenka zwisajaca stope :)

piątek, 29 listopada 2013

IDA SWIETA

Czytam na Waszych blogach, ze zaczynacie czuc atmosfere przedswiateczna...do mnie ona jeszcze nie dotarla :( Swieta na obczyznie nie maja dla mnie tego samego uroku co w domu rodzinnym w Polsce. Nie potrafie sie nimi cieszyc...atmosfera zdecydowanie nie ta. Nie ma wielkich przygotowan, ukladania menu. Nie ma calego tego rozgardiaszu, ktory czasami tak mnie denerwowal...a teraz mi go brakuje. Wiem, ze powinnam sie cieszyc bo spedze swieta z moimi chlopakami, z dwiema najwazniejszymi osobami w moim zyciu. Wierzcie mi, ciesze sie...ale  brakuje mi tradycyjnych polskich swiat z Wigilia, kolendami, oplatkiem, radosnym smiechem dzieci, sniegiem...tym bardziej,ze to pierwsze swieta bez mojej ukochanej babuni. Takie swieta chcialabym pokazac mojemu synkowi. Tymaczsem, o ile nie wygramy w lotka albo bilety nie spadna nam z nieba po raz trzeci z rzedu przyjedzie mi spedzic Boze Narodzenie z rodzina meza. Nie jest to niby jakis wielki dramat, ale wiele w tym wspolnym spedzaniu swiat dostrzegam hipokryzji...niby jest milo, ale to tylko pozory. Kto  mnie zna z bloga slubnego, moze kojarzy sytuacje sprzed naszego slubu...teraz realcje ze szwagierka sie poprawily, ale ja nie potrafie sie juz otworzyc jak to bylo kiedys. Dostalam nauczke, w dodatku siedze cicho choc czasami sie we mnie gotuje, ze wzgledu na tesciow i dzieciaki. Wybaczyc chyba wybaczylam, ale zaufac juz nie potrafie.

    Tymczasem, bez wzgledu na to czy czuje atmosfere czy tez nie, Swieta zblizaja sie wielkimi krokami i prezenty czas kupic. We Wloszech robimy prezenty jedynie dzieciom  - 3 chrzesniakow meza i nasz osobisty skarb. W Polsce jest ich troche wiecej, ale skoro nie jedziemy na swieta, czekamy z zakupami na styczniowe promocje...choc postaram sie aby moje rozrabiaki (dzieciaczki siostry) znalazly cos pod choinka.

Pomysly sa, gorzej z organizacja...Praktycznie wszystkie prezenty zamawiamy on-line, wiec czas ruszyc tylek...moze nie tyle tylek co palec ;) Dla Tolinki i Lusi (moich siostrzenic lat 6 i 4)) padlo na gry planszowe, w ktore mozna grac cala rodzina -  zamilowanie do tego typu zabaw chyba wyssaly z mlekiem matki. Kostek ( 6miesieczny siostrzeniec) - w zamysle jest ksiazeczka. Poza tym pewnie skapnie im cos ze styczniowych wyprzedazy.
Dla chrzesniakow meza (Francesco 14, Marco 8 i Agnese 9) stawiamy na ksiazki. W dobie gdy dzieciaki maja doslownie wszystko i kazda kolejna zabawka jest na 5minut sa one, naszym zdaniem, prezentem trafionym. Gdyby nie to, ze Agnese ma dosc wybredna mame (czytaj szwagierka), to pewnie ksiazka zamienilaby sie w jakis lumpek. Zobaczymy.

I nasz Stefcio...chcielibysmy, aby mimo wszytsko te swieta byly dla niego wyjatkowe. To jego pierwsze swiadome swieta. Steffi uwielbia Duplo - w planch jest zoo, zwykle klocki i podstawa abysmy mogli budowac zamki i wierze :) Ksiazeczka ''Cucù, sono Turlututù'' Herve Tullet. Kwestia rozdysponowania co od kogo dostanie. Od nas dostanie - fotelik. O taki: klik . Cena troche zwala z nog, ale po dluzszym zastanowieniu i porownaniu z cenami innych tych najzwyklejszych siedzonek stwierdzilismy, ze raz sie zyje, wiec niech ma. Tymbardziej, ze w internecie mozna znalezc w korzystniejszej niz rynkowa cenie. Dzieki Ci Amazon :)


Udanego weekendu

środa, 27 listopada 2013

SECOND HAND

Kto nigdy w zyciu nie byl w second handzie reka w gore...ja bylam!! Co prawda nie naleze do zawodowych 'wygrzebywaczek'...po prostu musi mi sie cos rzucic w oczy, przykuc uwage kolorem, wzorem, materialem...Gdy mieszkalam w PL bywalam dosc czesto...raz na tydzien sie wpadlo chociazby zobaczyc nowy towar. Jeszcze za czasow narzeczenskich ubieralam tam sama siebie i pozniej paradowalam i 'blyszczalam' w tych moich 'luksusowych' (choc zdarzylo mi sie i wydac 60 zl za tunike w ktorej zakochalam sie od pierwszego wejrzenia) rzeczach wsrod wszechoobecnych w It - D&G, Armanich, Prad itp. Jeszcz gdy wlasne dziecie bylo jedynie w planach, chodzilam wyszukiwac 'perelki' dla moich siostrzenic.
We Wloszech 'lumpow' brak - zaluje bo ilekroc widze zdobycze blogowych znjomych to zazdroszcze, ze moga sobie pogrzebac. Jakis czas temu naszla mnie nawet  mysl, ze gdybym to tak miala za duzo pieniedzy to bym taki SH otworzyla...bo w dobie kryzysu, przeciez i tu by sie przyjal. Dzisiejsza rozmowa z mamami Stefkowych kompanow z grupy rozwiala wszelkie watpliwosci. Wszystkie narzekamy, ze ubrania dla dzieci takie drogie...czekamy na 6stycznia* jak na zbawienie aby kupic dziecku kurtke i nie zbankrutowac. Mowie wiec, ze jakis czas temu wpadla mi w rece ulotka, ze otwieraja komis z artykulami dla dzieci (ubrania, zabawki, wozki)...i tu widze oczy szeroko otwarte jednej z mam. Nie, nie, nie dla dziecka to bym nie kupila uzywanego - przeciez nie wiesz kto to nosil. Mowie wiec, ze jestem innego zdania i moje dziecko nosi odziez uzywana (glownie odziedziczona)...Mama F. kontunuuje, ze OK, ale odziez, ktora nosi moj syn mam od znajomych, ludzi, ktorych znam.  Ja, ze niekoniecznie, bo ja niektorych z tych ludzi na oczy nie widzialam - np. kuzyn kuzynki M. to dla mnie obcy. Rozmowa toczy sie jeszcze chwil kilka i ostatecznie inne mamy przyznaja mi race, ale i tak w ich oczach widze, ze nigdy by do lumpeksow nie weszly. Dlaczego...bo to wstyd?...bo to niehigeniczne?....bo taka tu panuje metalnosc?...bo...???

*6 stycznia - we Wloszech wyprzedaze sezonowe sa regulowane prawnie. Kiedys bezposrednio rzad decydowal o ich rozpoczeciu. Obecnie decyzja ta nalezy do regionu/miasta. Z reguly te zimowe zaczynaja sie w okolicach swieta Trzech Kroli, w tym roku u nas ponoc maja ruszyc 5 stycznia.

wtorek, 26 listopada 2013

MAMA BALAGANIARA

Mama Ewiczka jest osoba dosc specyficzna. Jest w niej cos z balaganiary, ale i z pedantki. Nie mozliwe powiecie...a jednak. Lubi czyste, uporzadkowane mieszkanie, drazni ja balagan i widok porozrzucanych rzeczy...a jednak czesto sama uczestniczy w tworzeniu tego 'artystycznego' nieladu. W naszym mieszkaniu panuje niepisana umowa, iz wszystko odkladamy na swoje miejsce...nie zawalamy komody w przedpokoju a tym bardziej stolu w salonie. Piekna teoria, ktorej praktyka sie nie trzyma. W 80% przypadkow nakrywajac do stolu musze dokopac sie do blatu...grrr. W naszym m jest jakas magia - jak  odlozysz jedna rzecz w niedozwolone miejsce to istnieje pewne ryzyko, ze polozysz tam i druga... jak juz polozysz druga to koniec bo trzecia, czwarta czy piata zostana przyciagniete przez nia niczym magnez...i gora rosnie. Wraz z gora rosnie i cisnienie...Szala goryczy sie przelewa i jest sprzatanie, ukladanie i dbanie o porzadek...nic na meble/stol nie odkladamy, bo wszystko teoretycznie ma swoje miejsce!! Ha, pewnie, ze ma, wiec dbamy o to aby wlasnie tam trafialo...dzien, dwa, trzy a nawet i cztery...dopoki nie wrocisz zziajana z supermarketu i jest buch siata z zakupami na stol albo dokumentacja medyczna pierworodnego a to znowu butelka z winem czy DVD, ktore syn wyciagnal niewiadomo skad. Myslisz sobie odpoczne 5 minut i potem odloze, bo przeciez robota nie ucieknie...i tak sie zaczyna.

Ewiczka z domu wyniosla pewne zasady. Po jedzeniu sprzatamy po sobie, odnosimy brudne talerze, kubki po kawie czy herbacie do kuchni, najlepiej do zlewu. Tak tez stara sie robic. Stara sie co  nie znaczy, ze zawsze sie uda. Zdarza jej sie zostawic niedopita kawe an stoliku (alez ja zawsze za to karcila  sw. pamieci babcia), kciazke na kanapie, ladowarke od komorki zwisajaca z polki czy kapcie przy kanapie.
A syn Ewiczki to maly potwor - wprowadza matke w kompleksy. Ktoregos dnia matka pospiesznie ubiera dziecko...wciskamy buciki a kapcie z pospiechu zostaja przy tapczanie. Ewiczka instruuje syna, ze ma tu stac i czekac...i w ogole to ma sie nie ruszac, zeby sie nie zgrzac, podczas gdy ona leci do kuchni przygotowac picie dla syna. Po kilku sekundach wraca a Steffi z wedruje przed pokoj z papciami w reku...mamuska otwiera buzie, zeby go skarcic, bo przeciez mial stac i czekac i w dodatku rece dopiero co umyte...wycofuje sie jednak gdy syn obrzuca ja groznym spojrzeniem i kontynuuje marsz do przedpokoju, odstawia papcie na ich miejsce...wesolo klaszcze w dlonie i wraca gotowy do spaceru. Matka oblewa sie rumiencem...wstyd, wstyd, wstyd, zeby niespelna poltoroczne dziecko musialo uczyc Cie porzadku.

piątek, 22 listopada 2013

NIEJADEK???

   Zaczne od tego, ze nigdy nie mielismy problemow z jedzeniem. Pomijam, rzecz jasna, okres hospitalizacji i ten krotko po, bo wtedy Steffi nie tyle odmiawial jedzenia co nie dawal rady skonczyc tego co zawierala butelka i zasypial wykonczony...tu dala o sobie znac dysplazja oskrzelowo-plucna. Wspomagany lekami na dysplazje i refluks (bo i to nas dopadl) Steffi z czasem zaczal ladnie wypijac mleko. Nadeszlo rozszerzenie diety - poszlo idealnie. Steffi swietnie zareagowal na zmiane konstystencji i lyzeczke. Nasz pierworodny praktycznie od pierwszego dnia zjadal cale przygotowane danie, az pediatra przecierala ze zdziwienia oczy. Wprowadzalismy nowe produkty...jagniecina, mieso z krolika, kurczak, indyk, ryba, fasola - jadl wszystko bez mrugniecia okiem...Zewszadz dochodzily nas 'ochy' i 'achy' - jak On pieknie je.

 Gdybym to ja teraz mogla powiedziec 'Jak on pieknie je'. Stopniowo zaczelismy wprowadzac coraz to nowe konsystencje i do pewnego momento szlo sprawnie...do czasu az zamiast tradycyjnej zupki (gestej, ze az lyzka stoi) Steffi, wydawac by sie moglo, ze awansowal i dostap talerz makaronu dla dzieci...jedna lyzeczka i zeby zacisniete i ryk...to samo z pulpecikami...i rybka...Dawalismy mu makaron z kremem z groszku (bleee)...z philadelfia (bleee)...pomidorem (pol bleee)...pomidorem i tunczykiem (raz ladnie zjadl...ostatnio i to jest bleee). Rece opadaja...Mysle, szperam po internecie i dochodze do wniosku, ze moze jeszcze nie jest gotowy na takie dania???....a moze jest leniwy i nie chce gryzc???...a moze zdrobil sie z niego niejadek? a moze jest juz taki wybredny???

Jednoznacznie nie potrafie odpowiedziec na nurtujace mnie pytania...bo on biszkopta, chleb, rogalika i 'Mleczna kanapke' i szynke gotowana ladnie pogryzie i je z przyjemnoscia...gruszki, jablka, makaronu, miesa nie chce.  Probowalismy brac go na przetrzymanie, na glod - nie dziala i ostatecznie dostaje swoja papke bo przeciez dziecko nie moze caly dzien nic nie jesc. Troche mnie to martwi...dzis idziemy na kontrole do pediatry to zagadam ja na ten temat. Co ja sie jednak nadenerwuja to moje.

Nie wiem czy moze wybralismy nieodpowiedni moment na wprowadzanie produktow bardziej wymagajacych bo Steffi jest z fazie wychodzenia zebow trzonowych i jak patrze na jego dziasla to plakac sie chce...moze dlatego nie chce gryzc niektorych rzeczy...tylko znowu inne gryzie...chleba to by zjadl pol bochenka. Ratunku....

poniedziałek, 18 listopada 2013

Versatile Blogger Award

   
Bardzo dziekuje Mamilli za nominacje. Oto 7 faktow, ktorych raczej o mnie nie wiecie :)

1. FOBIE
- Panicznie boje sie latac!! I to stwierdzenie, ze panicznie wcale nie jest przypadkowe. Zdarzylo mi sie bowiem miec i atak paniki podczas wyjatkowo turbulencyjnego lotu - z niekontrolowanymi lzami cieknacymi po policzkach. Byl czas, ze wspomagalam sie persenem. No i wiem ile rozancow mozna odmowic na trasie Rzym - Gdansk ;)
 - Zdecydowanie nie jestem milosnikiem pewnych gadow...pelzajacych i syczacych. Znalezienie owego w przegladanym czasopismie lub TV skutkuje glosnym krzykiem, drgawkami i dalekim lotem czasopisma.

2.AU - PAIR - jako studentka, podczas wakacji dwa razy pojechalam zdobywac doswiadczenie zyciowe jako opiekunka. Gdzie? Do Wloch - podczas drugiego pobytu poznalam M. :)

3. WLOSY - kilkukrotnie zdarzylo mi sie uczestniczyc w castingach na modelke wlosow...w konsekwencji czego, mialam na glowie chyba wszystkie kolory teczy, a nawet i cos wiecej, zdarzyl sie i delikatny fiolet i rudy...

4. RECE I PAZNOKCIE - mam fisia na punkcie czystych rak i paznokci. Potrafie je myc co 5 minut, a tzw. zaloba przyprawia mnie o dreszcze.

5. TELENOWELE - ogladalam, a co!! I razu pewnego, wraz ze znajomymi z liceum, nakrecilismy wlasna, taka z przymrozeniem oka :) Zabawa byla przednia.

6. NUDZIARA -  roku szkolnego pewnego, zdarzylo mi sie nie miec ani jednej nieobecnosci...a szczerze probowalam sie rozchorowac traktujac moje cialo zimnym prysznicem i chyba sie zahartowalam :D

7. NIESMIALA A SZALONA - Z natury jestem niesmiala, ale tez troche szalona. Potrafie walczyc jesli w cos wierze...aby ratowac milosc spakowalam walizke, wsiadlam do samolotu i napisalam sms 'o 19 na dworcu' :)


Nominuje wszystkich, ktorzy maja ochote zdradzic male co nieco o sobie :) Zwlaszcza mamuski, ktorych blogi namietnie czytam - patrz pasek po prawej :) Wybaczcie, ze nie wymieniam kazdego z osobna, ale Steffi juz mi wlazl na kolana... 

czwartek, 14 listopada 2013

LUNAPARK

Przelom pazdziernika-listopada - na ta chwile czeka chyba kazde dziecko z naszego miasta.  Tradcyjnie juz, w tym wlasnie okresie, przyjezdza do Perugii lunapark. Jako mala dziewczynka, z powodu okropnych zawrotow glowy, sama niewiele korzystalam z tych atrakcji. Mimo to pamietam jaka byla radosc jak wesole miasteczko zawitalo do mojego rodzinnego miasta...Steffi jest jeszcze za malenki aby swiadomnie ciagnac rodzicow na karuzle...tak wiec rodzice sami go zaprowadzili :) i warto bylo bo radosc pierworodnego byla ogromna :) Usmiech natomiast na tyle szeroki, zeby przekonac rodzicow do ponownego sie tam udania... darmowe bilety stanowily dodatkowy bodziec :)

ciuchcia...

Mammi na dumbo ;)

Pierwszy konik...

....drugi....

...no coz, Steffi szcezgolnie upodobal sobie koniki :)

wtorek, 12 listopada 2013

JESIEN

  Jesien, przyszla i do nas... Nie lubie tej pory roku...za szarosc, za deszcze, za wiatr, za krotkie dni, za temperatury poznizej 20°C, za to jak wplywa na moj humor, za to, ze nic mi sie wtedy nie chce...

Gdyby nie fakt, iz wielkimi krokami zblizamy sie do polowy listopada to rzeklabym iz przyszla niespodziewanie...dokladnie, praktycznie z dnia na dzien - rzecz jasna przyszla w najmniej odpowiedniej chwili...gdy maminia na 8:00 musiala stawic sie w gabinecie lekarskim ulokowanym po drugiej stronie miasta. Pobudka miala byc wczesna....a byla bardzo wczesna. Dziekuje ex-lokatorom z pietra wyzej, co to 'wspanialomyslnie' zostawili na balkonie wiadro, ktore bawi sie w berka z wiatrem...i co chwil kilka, ma bliskie spotkania pierwszego stopnia z balkonowa bariera...tak, tak dziekuje za to cudowne 'brzdek'!!

O 5:30, po polgodzinym przewracaniu sie z boku na bok, matka stwierdzila, ze juz nie usnie i ociezale zwlekla sie z wyra...kawa, kanapka, ''krowie obowiazki'', podklad, co by troche koloru nabrac i nie wygladac jak ofiara przemocy w rodzinie (siniak pod okiem wciaz sie dzielnie trzyma)...by juz o 7:11 zmarznieta siedziec w autobusie...rzecz jasna ciepla kurtka zostawla w szafie zeby pierworodnego nie budzic, a czapki, szaliki itp...siedza sobie pieknie w garazu. I jakby wstretna pogoda...z wiatrem, ulewa, chlodem nie byla wystarczajaca jak na poniedzialkowy poranek to centralnie przed budynkiem, gdzie podazala mamina, wiatr obalil drzewo i zablokowal droge...Mammi wysiadla kilometr wczesniej i podazyla pieszo by juz po 30 sekundach zostac totalnie ochlapana przez pierwszy nadjezdzajacy samochod...i miala wtedy swiecie dosc...
Wizyta u alergologa trwala doslownie 5 minut, w miedzy czasie drzewo usunieto z ulicy i droga powrotna minela bez zbednych atrakcji. A w domu szybkie moczenie zmarznietych stop (cieplejsze buty rzecz jasna tez w garazu) i ciepla herbata z cytryna i witamina C i matka padnieta..tata pojechal do pracy na caly dzien...a syn wyspany i wypoczety do brojenia gotow...wieczorem mammina polozyla glowe obok glowki pierworodnego i chyba tylko przez przypadek nie usnela jako pierwsza :) Nie, nie, zdecydowanie nie lubie jesieni!!

piątek, 8 listopada 2013

BUZIACZKI

 Czy jest cos piekniejszego niz uslyszenie po raz pierwszy z ust dziecka 'mama'...Dla mnie tym czyms jest okazywanie milosci przez maluszka. Czasami zdarza mi sie mowic: ''Steffi, przytul mame'' a on nic, wiec dopytuje czy choc troche kocha to swoja chwilami nerwowa rodzicielke...i kilka dni temu serce moje przepelnila ogromna radosc, bo male raczki najpierw poglaskaly mame po twarzy (co robia juz od dawna) i zaraz po tym w bonusie dostalam buziaka :) Co prawda policzek moj wygladal wtedy jakby mnie pies oblizal, ale nie to jest najwazniejsze :D Ach...jak ja kocham tego mojego lobuza...

 Zeby jednak nie bylo za pieknie, to dzien pozniej dostalam z glowki i mam wrazenie, ze moje oko   przybiera po kolei wszystkie kolory teczy...dzis kroluja fiolet i zolc, wiec mam nadzieje, ze to juz ostatni etap.

poniedziałek, 4 listopada 2013

PUDELKO SKARBOW

Robienie porzadkow sluzy wspomnieniom....ostatnio znalezlismy zablakana pare stefolinkowych skarpetek...bielutkie, maciupenke bo jeszcze z czasow szpitalnych...powedrowaly prosto do pudelka skarbow...i tak sie zaczelo ogladanie...przytulanie...podziwianie i krecenie z niedowierzaniem glowa, ze on byl kiedys taki 'mini'. I pomyslec, ze on i do tych ciuszkow musial dorosnac a i tak sie w nich 'topil'...

rozmiar 46


Sprawca calego zamieszania...i moja ukochana czapeczka :)




Maly kiedys za duzy, a teraz duzy juz przykrotki ;)

I jeszcze slow kilka o czapeczce. Byla to pierwsza rzecz jaka kupilam synusiowi po porodzie...ile razy na nia patrze to lza mi sie w oku kreci...patrze na nia i mam przed soba ten obraz:

u taty na reku :)

To byl jego ostatni dzien w 'szklanym domku'. Dzien pozniej wchodzac na UTIN oczom naszym ukazal sie pusty inkubator...a z lozeczka obok wystawala tylko ta czapka :)