czwartek, 31 października 2013

Nuda

Co to jest nuda? Jak ja kiedys tego nie znosilam...a teraz, czasami marze o tym aby sie troche ponudzic. Nic z tego, synus od samego rana dba o to, zeby mama sie nie nudzila jak tata idzie na caly dzien do pracy....dzien o samego poczatku zapowiadal sie ciekawie - pobudka, jak nigdy, o 6:45 (gdzie zwykle wstaje ok. 8:30)...tak tylko, ze dzis na 8:30 pierworodny mial juz inne plany...plany jakze wyszukane - przykleszczyc sobie palce szuflada. Ojjj lez bylo duzo, raczki pod zimna woda trzymac nie chcial...matka przerazona widzi dwie wyrazne krechy na tych malych paluszkach...czy aby palce cale?...czy nie zlamane? - ale jak to zweryfikowac u tak malego dziecka?...Matka Polka na obczyznie pyta wiec pierworodnego: 'boli kochanie, gdzie boli?' Pierworodny skinieniem glowy potwierdza, ze i owszem boli...i trzyma sie za glowe'. Nie ma co...przykleszczyl palce a boli glowa...wiedzialam, ze cialo ludzkie moze zaskakiwac, ale zeby az tak!!

Pol godziny pozniej matka spojrzala w lustro i sie przestraszyla - kazdy wlos w inna strone...w takich momentach najbardziej zaluje obciecia wlosow - bo szybkie zwiazanie w kitka fajnie rozwiazywalo problem. Grzebie wiec we wlosach, przy okazji nakladajac na twarz urode z roznych czesci lazienki...synus siedzi obok w wozku...i nagle okazuje sie, ze poranna przygoda z szuflada niczego Go nie nauczyla - matka lapie w locie lazienkowa szafke chroniac syna swego przed przygnieciem i guzem, przy okazji zonglujac spadajacymi tubkami, buteleczkami, wacikami...syn kwituje wszytsko niewinnym usmiechem a zgrzana mamuska, ciezko oddychajac podsumowuje poranek sms do M. 'jak dzis na zawal nie zejde to bede szczesliwa'.

Teraz dopijam kawe, bo moja mala bestia zapewne zaraz sie obudzi gotowa do dalszego brojenia i testowania wytrzymalosci fizycznej i psychicznej rodzicielki :)

środa, 30 października 2013

NO I CZTERY LITERY...

Nasze zimowe plany coraz bardziej sie rozmywaja. Kiedys nie wyobrazalam sobie Swiat Bozego Narodzenia z dala od rodzinnego domu...tymczasem juz dwa ostatnie zmuszona bylam spedzic na obczyznie. Pierwszy raz jak zaszlam w ciaze,  bylam w drugim miesiacu i nie bylam w stanie dojsc nawet do lazienki...i tak zamiast ladowac w Gdansku, wyladowalam w szpitalnym lozku na oddziale ginekologiczno-polozniczym. Pomyslalam wtedy, ze trudno - polecimy wszyscy razem za rok. Plany planami a zycie toczy sie swoim torem...przedwczesny porod, juz w polowie maja dal znac, ze na swieta do Polski nie polecimy.  W tym roku mialo byc inaczej. No wlasnie mialo!!
Najpierw przyszla informacja, ze ze wzgledu na ciecia w sluzbie zdrowia Steffi nie zalapal sie na Synagis, ktory dosc istotnie pomagal nam w ubieglym roku chronic Go przed ludzkim syncytialnym wirusem oddechowym. Hmmm, jakos to przyjelam bo co innego mi pozostaje...choc juz tu wizja lotu do Polski, zima w zatloczonym samolocie, pelnym kichajacych i kaslajacych ludzi, zaczynala sie oddalac. Nie powiedzielismy jednak stanowczego 'NIE' i tak postanowilam zerknac jak taka podroz przekladalaby sie na nasze finanse...i SURPRISE - nasz lot Rzym-Gdansk zostal zawieszony!! Coooo, nie rozumiem polityki lini lotniczych - Rzym wydawal mi sie zawsze dosc popularnym kierunkiem...nigdy nie zdarzylo mi sie na tej trasie leciec pustym samolotem. W dodatku ten nieszczesny Gdansk to jedyne lotnisko na polnocy Polski...alternatywa jest Rzym - Warszawa lub Mediolan  - Gdansk. Tylko obie opcje sa dosc ciezkie do zrealizowania, zwlaszcza z malym dzieckiem...i ta cena, na dzien dzisiejszy 140euro na glowe w 1 strone. Niby kryzys a ceny jak z ksiezyca...najzwyczajniej w swiecie nas na taki luksus nie stac.
Biale swieta chyba trzeba bedzie odlozyc o kolejny rok...no chyba, ze stanie sie cud i wygramy w totka badz w Perugii w Swieta snieg spadnie. Sama nie wiem co jest bardziej prawdopodobne. Ehhh...Rozczarowana ja i rozczarowana bedzie i moja rodzina :(

wtorek, 29 października 2013

WOLNIEJ PROSZE

  Niedawno byl wrzesien...a tu juz koniec pazdziernika i praktycznie wkraczamy w listopad...Minelo niepostrzezenie, moze dlatego, ze pazdziernik byl mozno zabiegany...poczatek listopada rowniez zapowiada sie intensywnie...Zmiana czasu raczej nie robi na nas wrazenia...choc nie lubie jak juz o 18 robi sie szaro-buro...nie lubie krotkich dni...bo my lubimy przebywac na dworzu...chodzic na spacery i grac w pilke!! Pogoda poki co dopisuje, pokusilabym sie o stwierdzenie, ze na zewnatrz mamy cieplej niz w domu (22°C) a na dworzu w sloncu 25°C...mama sie przeprosila z T-shirtem i korzystamy ile sie da :)  Dzis rano slonko niestety schowalo sie za chmurami, ale w pilke i tak pogralismy :)

Mamo, mam ja...

...prosze!!


piątek, 25 października 2013

STEFI DORASTA...

Miesiac uczeszczania na 'grupe' i dwa razy w tygodniu ten okropny placz...lzy... i wyciagniete rece. Szczerze zaczynalam watpic, ze to kiedykolwiek sie zmieni...mowiono nam, ze to kwsetia czasu...ze to normalne, ale ze ustapi...W srode bylo znacznie lepiej...zaplakal, ale nie bylo juz potoku lez...a dzis...podal ladnie pani fizjoterapeutce reke i poszedl - bez placzu, bez lez. Mama, pesymistka z natury, nasluchiwala jak to zapewne w polowie korytarza jej pierworodny zaleje sie lzami...ale nic z tych rzeczy. Po godzinie przyszedl wraz z innymi dziecmi a dumna mama uslyszala 'Stefano dorasta' :) Obym jedna nie chwalila dnia przed zachodem slonca!!

środa, 23 października 2013

''Quality Time''

   Kilka tygodniu temu, za posrednictwem jedengo z portali spolecznosciowych, dostalismy zaproszenie na impreze urodzinowa znajomej M. jeszcze z czasow liceum. Przynajmniej wydawalo nam sie, ze dostalismy - w liczbie mnogiej, trzyosobowej rodziny. Na chwile obecna to juz nie jestem taka pewna czy zaproszenie to obejmuje jedynie M. czy tez i ogon w postaci zony. Stwierdzilismy, czemu nie - nie wychodzimy za czesto, a tu spotkamy sie ze znajomymi, rowniez tymi, ktorych nie widujemy za czesto...solenizantka na codzien mieszka w Nowym Jorku. Odpisujemy, ze sie piszemy na impreze, o ile nie bedzie nieprzewidywanych akcji...Po otrzymanej odpowiedzi zrobilo nam sie nieco przykro, jakos niesmacznie...'Bardzo sie ciesze...licze na to, ze wpadniesz (zwracam uwage na liczne pojedyncza), ale 'no children', bo to kolacja w intymnym gronie, na siedzaco przy stole a potem tance. Hmmm, czyli moj maz nalezy do wybranych...co do mnie to mam juz mocne watpliwosci....natomiast nasze dziecko wyraznie nie jest mile widziane...I jakos tak, z wydarzenia na ktore poszloby sie z mila checia zostal jedynie niesmak...M. nie ma juz najmniejszej ochoty isc, bo skojarzylo mu sie to dosc snobistycznie...jakby mial przechodzic selekcje przy drzwiach 'Ty tak...a Ty nie'. Doskonale rozumiem, ze nie kazdy ma dzieci i nie kazdy musi je lubic...ale wyrazny zakaz przyprowadzenia dziecka wydal nam sie dosc przykry. My nie mamy komu zostawic naszego skarba...w sytuacji alarmowej na chwile ktos by sie znalazl, ale urodziny znajomej do takich nie zaliczamy. Poza tym, jeszcze w czasach bezdzietnych...czy wrecz sprzed zamazpojscia nigdy nie przeszkadzala mi obecnosc dzieci. Wierzcie mi, nie jestesmy osobami, ktore jak nakrecone gadaja tylko o swoim potomku.
Wraz z odpowiedzia przyszlo oficjalne zaproszenie...strona internetowa....cos w stylu fejsowego eventu, tylko lepiej dopracowane graficznie...czytam, ze solenizantka chce spedzic 'quality time' (tak to pewnie mowia na Manhatanie) z osobami jej najblizszymi...az mi sie w odpowiedzi na usta cisnelo, ze dla mnie czas spedzony z moim Stefim to wlasnie jest 'quality time'!!


Tymczasem w niedziele idziemy na chrzciny...tam chca nas wszystkich :) :)

poniedziałek, 21 października 2013

ksiazkozerca

Stefi po raz pierszwy dzis zwymiotowal (nie licze wczesniejszego ulewania)...
KSIAZKA...
tak tak dobrze widzicie ksiazka*!!
Ja to przez tego mojego urwisa kiedys na zawal zejde!!
Ehhh.....

* ksiazka to byl czynnik wywolujacy, zjadl jej na tyle duzo, ze podraznila/utknela w gardle i reszta jak wyzej :(

niedziela, 20 października 2013

DO ODWAZNYCH SWIAT NALEZY

Czyz nie? Tylko, ze pozniej to wlasnie Ci odwazni placza. Wlosy mialam zniszczone przygotowaniami do slubu, glownie dekoloryzacja. Nadeszla ciaza, brak koloryzacji i burza hormonalna zrobily swoje - wlosy staly sie silne, nie lamaly sie i nie wypadaly. Po kilku miesiacach od porodu problem wrocil w jeszcze powazniejsztm wydaniu. Podobno wiaze sie to rowniez z karmieniem piersia.Wlosy znow zaczelam widziec doslownie wszedzie...nawet Stefi zaczal je z podlogi zbierac i mi przynosic. Po myciu wypadaly mi garsciami...co prawda odrastaja, ale stoja na czubku glowy jak druty. Ampulki wzwacniajace niewiele pomagaly. Od tygodnia biore tabletki przepisane przez lekarza rodzinnego i czekam na efekty. Tyle tylko, ze wlosy moje staly sie bardzo slabe, wiec postanowilam, ze tniemy...tak konkretnie. Fryzura wybrana...mialo byc asymetrycznie - z jednej strony bardzo krotko, z drugiej  nieco dluzsze. Poszlo...i nawet mi sie podobalo. Po powrocie do domu zaczelam sie przegladac i przegladac i zaczelam dostrzegac niedociagniecia w strzyzeniu...im dluzej sterczalam przed lustrem tym bardziej zniechecalam sie do nowej fryzury. M. przekonywal, ze mu sie podoba, ale mnie cos nie pasilo...i tak cos z tylu podcielam, przedzialek i grzywe przerzucilam na druga strone i moge na siebie patrzec...w sumie to nawet mi sie podoba  :) (przez kilka lat nosilam krotkie wlosy, zdarzylo mi sie nawet mniec krotsze niz obecnie). A z tylu - hmm, powiedzmy, ze w tym wypadku nieposiadanie oczu z tylu glowy jest dla mnie na plus ;)
No coz, do odwaznych swiat nalezy...wlosy odrosna, mam nadzieje, ze w lepszej formie niz te, ktore wczoraj pozegnalam!! I naturalnie od wczoraj zapuszczam :D

piątek, 18 października 2013

DECYZJA

Bronilam sie jak moglam przez ponad 13 lat, ale od zawsze wiedzialam, ze ten dzien kiedys nadzejdzie...no i nadszedl - mama zapisala sie na kurs prawa jazdy!! Nie powiem zeby z wlasnej nieprzymuszonej woli...co to to nie!! Z koniecznosci...Gdybym jako 18latka miala ten sam rozum co teraz to pewnie prawo jazdy mialabym juz w kieszeni...a ja nie chcialam, bronilam sie...rodzice poczatkowo naciskali, potem odpuscili bo twardo sie bronilam. Czemu? Najzwyczajniej w swiecie sie balam...w wieku 7 lat uczestniczylam w wypadku samochodowym - kierownica sie zablokowala i cala rodzina skonczylismy w polu, auto koziolkowalo kilkukrotnie i zatrzymalo sie na dachu...drzwi sie zablokowaly. Pamietam moj krzyk, ze siostrze siostrze z twarzy krew leci...pamietam krzyk mojej mamy 'Kazik, zyjesz????'...pamietam placz...i ludzi, ktorzy nas wyciagali. Samochod poszedl na zlom, ale my wyszlismy z tego calo...bez powazniejszych obrazen, bez hospitalizacji. Ktos nad Nami wyraznie czuwal!! Wyszlam z tego wypadku bez obrazen fizycznych, ale mocno sie to odbilo na mojej psychice i nastawieniu do pojazdow czterokolowych.  Siostra w wieku 17 lat poszla na prawo jazdy aby jak tylko wkroczy w pelnoletnosc zapisac sie na egzamin. Ja zdobylam sie na ten krok dopiero po studiach, aczkolwiek podeszlam do tego bez serca...dla swietego spokoju, bo i tak nie bede jezdzic...nie chce...boje sie!! Egzaminu nie zdalam, nie do konca z mojej winy i odpuscilam.
I sprawa wrocila...bo aby znalezc prace to prawo jazdy to praktycznie koniecznosc...i zawsze musze prosic meza jak chce sie wybrac na wieksze zakupy (M. i centra handlowe wyraznie sie nie lubia)...a to zawiezc pierworodnego na kontrole. Zawsze jestesmy zdani na czyjas laske lub nielaske. Ponadto rodzice w Polsce wyprowadzili sie za miasto (siostra rowniez) i bez prawka ciezko.
Klamka zapadla...i jak tylko zona powiedziala OK, maz polecial na poczte porobic oplaty, zanim zona po raz kolejny sie rozmysli. We Wloszech sprawa prawa jazdy wyglada nieco inaczej niz w Polsce - kurs nie jest obowiazkowy, do stycznia bierzacego roku nawet wykupywanie jazd nie bylo obowiazkowe (obecnie jest 6h obowiazkowych). W zalozeniu mialam podchodzic do egzaminu na prywaciarza, jedynie wykupic jazdy w szkole...w szkole jazdy byla jednak promocja na pakiet, z ktorej zal bylo nie skorzystac i tak oto pierwsza lekcje teorii mam juz za soba. Zajecia wydaja sie byc dobrze prowadzone, wiec o ile czas i syn pozwola postanowilam na nie uczeszczac.

Ale o powyzszym to cicho sza, bo to nasza slodka rodzinna tajemnica ;) A tak na powaznie to nikomu nic nie mowie, bo zaczna sie ciagne pytania jak idzie, kiedy egzamin itp...a tak jak zdam to sie pochwale i bedzie niespodzianka :)


wtorek, 15 października 2013

GRANICA

  Granica? Gdzie ona lezy? Granica miedzy troska i checia pomocy a sasiedzkim wscibstwem i wchodzeniem z butami w zycie innych? Mamy nowych sasiadow...rodzice z dzieckiem czyli teoretycznie spokojni lokatorzy. Wprowadzili sie kilka miesiecy temu i wszystkie zludzenia prysly...zaczely sie klotnie, krzyki, wrzaski o kazdej mozliwej porze dnia i nocy. Siarczyste przeklenstwa, ze az uszy puchna...a wszystko to w obecnosci dziecka (ok. 9 letnia dziewczynka) i do dziecka rowniez. Kilka razy wyrwali nas tak ze snu...ostatnio o 2 w nocy, po godzinie ucichlo, ale od 7 powtorka z rozrywki...a wiecie co jest najlepsze, ze to wlasnie ta dziewczynka wystepuje w roli negocjatora i prosi mame (bo to wlasnie mama jest glownym inicjatorem klotni) o spokoj i zgode.  Ojciec rzecz jasna tez dobrym wychowaniem nie grzeszy - kiedys wracalam ze Stefkiem do domu, przez klatka zatrzymalam sie w poszukiwaniu kluczy, w momencie gdy uroczy sasiad wlasnie wychodzil...glupia myslalam, ze mnie w drzwiach przepusci albo przynajmniej mi je przytrzyma...nic z tych rzeczy!! Wyszedl...rzucil szybkie 'ciao' i puscil drzwi, ktore zamknely mi sie pieknie przed nosem.

 Corka owej pary to ich zupelne przeciwienstwo...mila, grzeczna. Otworzy drzwi, przytrzyma i poczeka...usmiecha sie. Tak sie zastanawiamy jak ona wyrosla na taka dobrze uloznona dziewczynke skoro przed soba ma tak watpliwe wzorce?

Oczywiscie pozostali sasiedzi plotkuja...raz w nocy byla policja. Innym razem wezwano wlascicielke mieszkania co by ich doprowadzila do porzadku. Ostatnio ktos wypalil, ze trzeba zadzwonic do opieki spolecznej. M. twierdzi, ze dla dziecka byloby gorzej gdyby odsuneli ja od matki...bo nie dochodzi do przemocy fizycznej. No wlasnie gdzie lezy ta granica? Kiedy nalezy ja przekroczyc? Udawac, ze nic sie nie slyszy? Dzwonic czesciej na policje z nadzieja, ze sie opamietaja?

poniedziałek, 14 października 2013

NAGABYWACZE

  Znacie? Ja nad wyraz dobrze, czesto doprowadzaja mnie do szewskiej pasji. Pukaja do drzwi praktycznie dzien w dzien...czasami atakuja tez telefonicznie, zaczepiaja w centrum handlowym. No, nie cierpie ich...to tak delikatnie mowiac. Rozumiem, ze to ich praca i szanuje ja...do momentu az osoba po drugiej stronie progu badz kabla szanuje mnie i moja rodzine.

Gaz/Energia - z tymi najczesciej mam do czynienia. Bardzo im zalezy aby przekonac mnie do zmiany dostawcy...bo za pieniadze, ktore oszczedze (ta, juz to widze) moglabym dziecku kupic zabawke - ehhm. Kiedys zdarzylo mi sie na odczepne rzucic, ze 'prosze zostawic umowe....w wolnej chwili przejrze' .... ale UWAGA....oni zgdonie Z PRAWEM nie moga zostawiac umowy - hahaha. Innym razem grzecznie przepraszajac pewna pania (ktorej i tak poswiecilam za duzo czasu), ze niestety, ale nie moge poswiecic jej wiecej czasu bo musze nakarmic niemowle, dowiedzialam sie, ze moje dziecko moze POCZEKAC.

Save the Children - naturalnie majac do wyboru starsza pania albo mame z wozkiem, zagadaja ta druga. Wysluchuje...i zgadzam sie z wszystkim co mowia...wolontariuszka (?) mila jest do momentu az mowie, iz przykro mi, ale nie jestem w stanie im pomoc...no bo jak to tak, jak ja moge im odmowic? Tlumacze (czemu ja sie musze tlumaczyc?), ze najzwyczajniej w swiecie mnie nie stac aby kazdemu pomoc...otrzymuje opryskliwe ' nie wierze, ze nie moze nas pani wspomoc nawet 15 euro miesiecznie'...Tak my rozmawiac nie bedziemy, Pani nic o mnie nie wie, nie wie, ze z 1 pesnji utrzymujemy 3osobowa rodzine i ze tez mam dziecko, ktore wymaga specjalnej opieki i zostawienia 200euro miesiecznie w aptece. Do widzenia'. Po czym odchodzac to ja czuje sie winna, ze nie moglam pomoc.

Takich sytuacji bylo wiele... Moim zdaniem, jestem dobrze wychowana...ale nie lubie jak ktos wlazi z butami w moje potrzeby i zycie...i zaglada mi do portfela. A Wy macie doswiadczenia z 'nagabywaczami'


czwartek, 10 października 2013

WSPOMNIENIE WRZESNIA

 Wrzesien zaczelismy weselem kuzyna M. Dosc nietypowo bo w poniedzialek.  Lokalizacja piekna, bo poza miastem, przy malym lasku...zarowno ceremonia (cywilna) jak i kolacja mialy miejsce na swiezym powietrzu. Bylo mocno z stylu amerykanskim...bialy luk odzobiony kwiatami, druhny i druhenki w jednakowych strojach....jedzenie wysmienite...przekaski zimne i cieple (przekonalam sie tu jak wielke znajczenie ma odpowiednie doprawienie potraw bo jadlam rzeczy, co do ktorych wczesniej zapieralam sie, iz nigdy wiecej do ust nie wloze)...pierszwe i drugie dania....ahhh i bufet z deserami m.in. crema catalana palce lizac :) Po kolacji byly tez i sztuczne ognie...kto chcial mogl nawet troche sie poruszac (niestety nie ma tu tradycji tancow do bialego rana). Mimo, iz nie bylo to wesele do konca w moim stylu, to i tak uczciwie musze przyznac, iz bylo pieknie.




Mimo obaw tort nie zatonal...

...i lasu tez nie podpalilismy!!



Sagra czyli festwial (festa czy tez festyn) poswiecony jakiemus daniu lub konkretnemu produktowi. Umbria, nasz region, jest w owe wydarzenia bardzo bogaty (zwlaszcza w okresie letnim). Praktycznie kazde miasteczko, wioska a wrecz i osiedle organizuja chociaz raz w roku taka imprezke. I tak mamy te poswiecone: pieczonemu prosiakowi, truflom, nalesnikom z Nutella, zaba, gnochi, cebula, grzybom, owocom lesnym, truskawkom, torta al testo, kasztanom, kielbaskom itd...czyli wszystkiemu. To przyjemny i niedrogi sposob jedzenia na swiezym powietrzu. Proste i smaczne potrawy, oprocz produktu, ktoremu poswiecony jest dany festwial mozna skosztowac tradycyjnych regionalnych potraw. Sa zabawy dla malych i dla tych mocno starszych...okazja dla przypadkowych spotkan ze znajomymi...kto che i potrafi moze i potanczyc :) W polowie wrzesnia, czyli juz pod koniec letniego sezonu te najpopularniejsze sagry spotykaja sie na jednym wielkim festynie...i to wydarzenie lubimy chyba najbardziej. Bo kazdy znajdzie cos dla siebie...w tym roku bylismy 3 razy :)





  No, ale nie tylko na festyny chodzimy....od czasu do czasu zdarzy sie nam jesc i w restauracji. Okazja do takiego wyjscia byl przyjazd znajomego z Londynu, u ktorego w domu poznalismy sie z M.  Poczatek wieczoru nie zapowiadal sie udanie...organizacja typowo wloska tzn. o godzinie 17 nie wiesz jeszcze gdzie i o ktorej sie spotykamy... i gdy o godzinie 20:15 mimo, ze lekko spozniony przybywasz na podane miejsce, i mimo wszystko jestes pierwszy, okazuje sie, ze lokal jest zamkniety z powodu urlopu. Cale szczescie wieczor udalo sie uratowac...pogoda dopisala, wiec zasiedlismy pod golym niebem. Bylo naprawde sympatycznie...i 'juz' o 22 udalo nam sie zlozyc zamowienie (to wielki sukses w towarzystwie kumpli M.)





poniedziałek, 7 października 2013

dobrze wychowany :)

Praktycznie od samego poczatku przywiazywalismy duza wage do odpowiedniego wyslawiania sie w obecnosci Stefka. Staramy sie mowic poprawnie, tzn. jak najmniej dialektu (bo ten i tak zapewne opanuje do perfekcji) i nie 'cielkamy sie' . Nie zawsze jest latwo, gdy wszyscy dookola posluguja sie dielektem i rzecz jasna rodzinie i znajomym nie moge zabronic 'gubienia' literek 'r' i 's'. Od poczatku rowniez zwracajac sie do Malego uzywamy slow 'prosze' i 'dziekuje'...od jakiegos czasu widzielismy, ze gdy podajemy mu jakis przedmiot on cos tam niesmialo mruczy pod noskiem. W sobote przecieralismy i oczy i uszy ze zdumienia - kuzynka M. podaje naszemu smykowi zabawke a on delikatnie dygajac glowka wypowiada 'acie' (grazie czyki dziekuje) i jeszcze raz i znow jest 'acie' i jeszcze raz... I tak nasz synus nie wola mama czy tata, ale za to mowi dziekuje (poki co wlosku, ale i na polski przyjdzie czas).

I w ogole dumna jestem jak paw, bo Stefi poproszony przez mame sam po sobie sprzata tzn. zbiera zabawki i wrzuca je do pudelka :) A to tylko potwierdza w jak wielkim jest bledzie Pani z fizjoterapii.



piątek, 4 października 2013

NIE LUBIE

Nie lubie byc krytykowana!! Inaczej, nie cierpie byc krytykowana/oceniana nielusznie. Chyba nikt tego nie lubi. M. mowi, ze za bardzo sie przejmuje...za bardzo biore pewne rzeczy do siebie. Po nim to po prostu splywa, ale po mnie jakos nie chce...nie potrafie tak jako kobieta i matka. Taka juz moja natura. Do sedna... Dzis bylo kolejne (czwarte juz) spotkanie dzieciaczkow, Stefek jak tylko wchodzimy do poczekalni zaczyna rzewnie plakac...nie chce isc bawic sie z innymi dziecmi i kurczowa trzyma sie maminej nogi. Dzieje sie tak od dwoch tygodni....jakby czul co sie swieci. Lek separacyjny? Pewnie tak...dzis nie prowadzilam Go do sali, a oddalam w rece fizjoterapeutki juz w poczekalni. Ryk...Zdaniem innych mam (ktore zaprowadzily dzieciaczki do sali), nie byl to jednak placz desperacki...po chwili ustal. Stefi wytrzymal cala godzine, wyszedl dopiero ze swoimi kolegami. Pytam jednej z terapeutek (tej ktora go przyniosla, a ktora nota bene nie wydaje mi sie zbyt sympatyczna) czy mocno plakal? W odpowiedzi otrzymuje chlodne 'tak' i dalej 'czy Wy go duzo nosicie na rekach?' Zdziwiona odpowiadam zgodnie z prawda, ze nie. Jakby tego nie slyszala 'no bo musicie uwazac, zeby go nie nosic' .... 'no, ale my go praktycznie wcale nie nosimy' (Stefi nie chce byc noszony, woli swobodnie poruszac sie sam. Wiadomo czasami ma swoje 5 minut). I slysze: ' nie noscie Go bo Stefano jak go trzymamy na reku to nie placze, a jak probujemy posadzic do dzieci to zaczyna...i jest przyzwyczajony, ze jak cos chce to placze i to dostanie'. I tu mnie zatkalo...na tyle, ze nie odpowiedzialam. Zale wylalam dopiero w samochodzie do meza. On jak to chlop nie rozumie czemu mnie to tak zabolalo, skoro to nie prawda o czym dobrze wiemy. Tlumacze mu, ze boli wlasnie dlatego, ze to nie prawda a ktos mnie ocenia za cos czego nie robie....M. twierdzi, ze kochanie nastepnym razem powiedz im, ze bardzo prosisz aby nie trzymaly go tyle na rekach, bo potem w domu nie wyrabiasz, iz odkad zaczal uczeszczac na te spotkanie to ciagle chce do mamy (i to akurat jest zgodne z prawda, chociaz im tego nie powiem).  Teraz juz mi lepiej, bo przetrawilam powyzsze.  A zeby bylo jasne ja jak najbardziej jestem za konstruktywna krytyka...z pokora przyjmuje wskazowki od osob bardziej doswiadczonych ik staram wcielac sie je w zycie. Zabolala mnie niesprawiedliwosc i to zalozenie z gory, iz on placze gdyz mama w domu nosi go caly czas na rekach. TYLE, wygadalam sie...pozdrawiam

środa, 2 października 2013

''Grupa wsparcia''

Wspominalam juz kiedys, ze nasze dziecko jest podobno asocjalne. Podobno, bo nie do konca zgadzamy sie z tym stwierdzeniem. Moze dusza towarzystwa to on nie jest, ale nie kazdy musi nia byc. Niektorym doroslym potrzeba do tego kilku 'glebszych', innym nawet i to nie pomaga. Jak to jest ze Stefkiem? Czy kiedykolwiek bedzie dusza towarzystwa? Ekstawertykiem? Hmmm, tego tak naprawde nie wie nikt.  Zeby jednak niczego sobie pozniej nie wyrzucac, dwa razy w tygodniu prowadzimy Go na 'terapie grupowa', ktorej glownym celem ma byc 'odklejenie sie' od mamy. Jak nam idzie...krzykliwie i bardzo placzliwie...jak tylko widzi, ze wychodze zalewa sie lzami a mi serce peka. Po chwili sie uspokaja, az do momentu gdy nie przypomni sobie o mamie i wtedy znow jest potok lez. Po pierwszych dwoch spotkaniach, moim skromnym zdaniem, efekt wprost odwrotny do zamierzonego. Moze to faza przejsciowa...

Update po trzecim spotkaniu. Dzis byl placz w chorze...wszystkie dzieciaczki zgodnie daly znac co mysla o zostawieniu mam za drzwiami. Stefek robi postepy, jeszcze chwilami poplakuje, ale jest lepiej.

A na czym polega cala ta tzw. ''terapia grupowa'? Grupa to 3 chlopcow i 1 dziewczynka...wszystkie dzieciaczki maja za soba mniej lub bardziej skomplikowana przeszlosc. Uzywanie slowa 'przeszlosc' w kontekscie rocznego dziecka robi wrazenie, ale niestety dzieciaczki te wiele juz przeszly.

A. -18m korygowanych, najstarsza, urodzona w 36tc...operacja zoladka. Miesiac w spiaczce. Jak sie urodzila z problemami, ojciec porzucil i ja i jej mame i wyprowadzil sie do swojej mamusi. Ma dzielna mame, ktora jest tu sama, bez rodziny...ale daje rade bo przeciez musi dac. Co do ojca to nie bede sie wypowiadac, bo szkoda slow...
F. - 15m koryg. urodzony w 36tc, problemy posturalne,
D. - niecale 14miesiecy koryg., urodzony 26tc, nasz inkubatorowy kolega, problemy ze sluchem i inne przypadlosci wczesniacze. Dwa miesiace na Intensywnej
Stefano - nasz niespelna 14miesieczny (korygowane) synus, wczesniak z 28tc. Dwa miesiace na Intensywnej.

Zobaczymy czy spotkania przyniosa spodziewany efekt. Te dzieciaki maja juz bagaz zyciowy wiekszy niz niejeden dorosly.Dlatego tez tak kurczowo trzymaja sie rodzicow, zwlaszcza mam. Na wszystko przyjdzie czas..na samodzielnosc i nawiazywanie kontaktow miedzyludzkich rowniez.


A tak z ciekawoasci...kiedy Wasze dzieciaczki zaczely sie od Was 'odklejac'?