środa, 25 września 2013

zabiegana, ale na plus

   Intensywny tydzien w pelni...stanowczo za duzo mamy na glowie. Korzystajac z okazji, ze tata wczoraj byl w domu, mama zebrala swoje cztery litery, do torby zapakowala plik dokumentow i ruszyla na podboj szpitala...W autobusie, jak zawsze gdy jedzie nim do szpitala, przyplatala jej sie mysl, ze 1,5 euro za te 3 minuty jazdy to zlodziejstwo...jak juz wysiadla mysli pobiegly w zupelnie inna strone, nawet lezke uronila bo oto szla tym samym korytarzem, ktory przemierzala setki razy ponad rok temu udajac sie w odwiedziny do pierworodnego (obecnie jak jezdzimy na kontrole wchodzimy innymi wejsciami).
nr 4 - hmmm, pomyslala. Oby bylo punktulanie i bez wtopy bo wiedziala, ze za niecale 1,5 godzinny trzeba zawiesc synka do laryngologa w zupelnie innej czesci miasta.... szlo gladko, do czasu - ok, wyniki dobre, wszystko negatywne, potwierdza sie, iz biopsja nic nie wykazala. Ale jednak ta wczesniejsza cytologia...trzeba to skonsultowac z przelozona a ta wlasnie weszla na porodowke - cesarka. Za 10 minut mamy umowione spotkanie z laryngologiem, robi sie nerwowo, bo mama nie wyobraza sobie nie jechac z synkiem na ta wizyte (byla do tej pory przy wszystkich). Umawia sie z pania doktor na jutro rano, juz biegnac po schodach wciska swoje papierzyska do torby...tata z synkiem w miedzy czasie podjechali pod szpital, wiec juz mkniemy w kierunku larungologa...i te nieszczesne korki...jestesmy z malym poslizg. Przemila pani doktor, wizyta konkretna i w miare szybka, choc oczywiscie syn daje wyraznie znac co mysli o zagladaniu mu w uszy i nos, ze o gardle juz nie wspomne. Wszystko ok - przegroda nosowa, mimo przeszlosci z sonda, jest prosta. Ufff!!

Tata wspanialomyslnie przygotowal i zabral ze soba obiadek dla Stefka. Syn glodny pochlania wszystko w niecale 10 minut. Jest 12:08 - w szpitalu przyjmuja do 12...wymiana spojrzen - jedziemy, a noz widelec sie uda.  Biegusiem na 1 pietro...jest, jeszcze przyjmuja...w oddali widze Pania doktor, z ktora wczesniej rozmawialam...rozpoznaje mnie z daleka. Poszlo duzo szybciej niz sie spodziewalismy, bo Pani byla juz po konsulatcji ze swoja przelozona - wyniki OK, ale w styczniu powtorka z rozrywki. No coz, lepiej dmuchac na zimne.

Obiad w szpitalnym barze, robia naprawde pyszna pizze. Ile my sie jej napchalismy w ubieglym roku.

W drodze do domu syn spokojnie zasypia...a ja chce kawy, kawy i chwili by wyciagnac nogi - i wtedy przypomina mi sie, ze przeciez w ten wtorek mial byc kurs pierwszej pomocy w wypadku zaksztuszenia. Zapomnialam sie zarejestrtowac...telefon do sklepu (Dwugodzinna lekcja to efekt wspolpracy sklepu Chicco i czerwonego krzyza), maja komplet, wiec nie gwarantuja miejsc siedziacych. No coz, jest juz pozno...zmeczenie daje znac o sobie i kolacja sie sama nie przygotuje. Moze jeszcze bedzie okazja...


6 komentarzy:

  1. No mama zwolnij tempa bo Stefcio nie nadąży za tobą :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oj kochana to ja za nim nie nadazam ;)

      Usuń
  2. Mama nakręcona jak perszing, ale ja też mam czasem takie dni gonitwy z wywalonym jęzorem :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Skads znam to zabieganie ostatnio! ;-) POWODZENIA z zalatwianiem wszystkich rzeczy !

    OdpowiedzUsuń
  4. Trzymam kciuki za chwilkę odpoczynku dla Mamusi!!!

    OdpowiedzUsuń