niedziela, 29 września 2013

charakterek

Syn przyuwazyl, wczesniej pieczolowicie zlozone przez mame, spodnie od swojej pizamy. Jeden zwinny ruch raczka i gora prania, oczekujaca na poukladanie w szafkach i szufladach, rozsypala sie na wszystkie strony. Mama grozi palcem a syn wymahuje kolorowymi portkami, ktorych za nic nie chce oddac...w koncu oddaje...mama sklada...syn sie denerwuje, wyrywa spodnie i pokrzykujac po swojemu wyraznie chce cos mamie przekazac...patrzy to na dresy aktualnie goszczace na jego pupie to na pizamke dierzona w prawej dloni...ciagnie za dresy i krzyczy. Mame proboje synka przekonac, ze to jeszcze nie czas na pizamke...po kilku minutach daje jednak za wygrana i kolorowe portki wedruja na Stefkowe nozki...syn dziekuje usmiechem od ucha do ucha. Niezly charakterek ma ten nasz maluch, strach sie bacie co bedzie pozniej. Oooo wlasnie dorwal T-shirt...tym razem bede twarda i sie nie dam.

Udanego wieczora, lece poukladac pranie ;)

sobota, 28 września 2013

Mamo, zobacz co ja potrafie :)

Tata praktycznie 3 miesiace byl z nami w domu, od lipca 2012 pracowal jedynie rano, ale wszystko co dobre kiedys sie konczy i 26 wrzesnia 2013 mama i synek zostali sami w domu na caly dzien  - 11 dlugich godzin. I tegoz wlasnie dnia Stefi postanowil, ze zacznie chodzic...sam, bez podpierania sie...z ogromnym zawiadiackim usmiechem wymalowanym na ustach. Jakby wyczul to co mame gryzlo od kilku dni. Spodziewalismy sie, ze Stefko zacznie niedlugo samodzielnie maszerowac. Mame troche gnebil fakt, iz stanie sie to na fizjoterapi i ze pierwsza osoba, ktora zobaczy jak jej synek stawia pierwsze kroki nie bedzie ona sama (lub tata) a ktos obcy.  Ku jej wielkiej radosci, obawy sie nie sprawdzily, i ta wlasnie ja synek wybral na pierwszy 'pokaz'.... Mama przecierala ze zdumienia oczy...i raz po raz testowala czy to tylko przypadek...to jednak nie przypadek!! :) Jak te nasze maluchy szybko rosno...

środa, 25 września 2013

zabiegana, ale na plus

   Intensywny tydzien w pelni...stanowczo za duzo mamy na glowie. Korzystajac z okazji, ze tata wczoraj byl w domu, mama zebrala swoje cztery litery, do torby zapakowala plik dokumentow i ruszyla na podboj szpitala...W autobusie, jak zawsze gdy jedzie nim do szpitala, przyplatala jej sie mysl, ze 1,5 euro za te 3 minuty jazdy to zlodziejstwo...jak juz wysiadla mysli pobiegly w zupelnie inna strone, nawet lezke uronila bo oto szla tym samym korytarzem, ktory przemierzala setki razy ponad rok temu udajac sie w odwiedziny do pierworodnego (obecnie jak jezdzimy na kontrole wchodzimy innymi wejsciami).
nr 4 - hmmm, pomyslala. Oby bylo punktulanie i bez wtopy bo wiedziala, ze za niecale 1,5 godzinny trzeba zawiesc synka do laryngologa w zupelnie innej czesci miasta.... szlo gladko, do czasu - ok, wyniki dobre, wszystko negatywne, potwierdza sie, iz biopsja nic nie wykazala. Ale jednak ta wczesniejsza cytologia...trzeba to skonsultowac z przelozona a ta wlasnie weszla na porodowke - cesarka. Za 10 minut mamy umowione spotkanie z laryngologiem, robi sie nerwowo, bo mama nie wyobraza sobie nie jechac z synkiem na ta wizyte (byla do tej pory przy wszystkich). Umawia sie z pania doktor na jutro rano, juz biegnac po schodach wciska swoje papierzyska do torby...tata z synkiem w miedzy czasie podjechali pod szpital, wiec juz mkniemy w kierunku larungologa...i te nieszczesne korki...jestesmy z malym poslizg. Przemila pani doktor, wizyta konkretna i w miare szybka, choc oczywiscie syn daje wyraznie znac co mysli o zagladaniu mu w uszy i nos, ze o gardle juz nie wspomne. Wszystko ok - przegroda nosowa, mimo przeszlosci z sonda, jest prosta. Ufff!!

Tata wspanialomyslnie przygotowal i zabral ze soba obiadek dla Stefka. Syn glodny pochlania wszystko w niecale 10 minut. Jest 12:08 - w szpitalu przyjmuja do 12...wymiana spojrzen - jedziemy, a noz widelec sie uda.  Biegusiem na 1 pietro...jest, jeszcze przyjmuja...w oddali widze Pania doktor, z ktora wczesniej rozmawialam...rozpoznaje mnie z daleka. Poszlo duzo szybciej niz sie spodziewalismy, bo Pani byla juz po konsulatcji ze swoja przelozona - wyniki OK, ale w styczniu powtorka z rozrywki. No coz, lepiej dmuchac na zimne.

Obiad w szpitalnym barze, robia naprawde pyszna pizze. Ile my sie jej napchalismy w ubieglym roku.

W drodze do domu syn spokojnie zasypia...a ja chce kawy, kawy i chwili by wyciagnac nogi - i wtedy przypomina mi sie, ze przeciez w ten wtorek mial byc kurs pierwszej pomocy w wypadku zaksztuszenia. Zapomnialam sie zarejestrtowac...telefon do sklepu (Dwugodzinna lekcja to efekt wspolpracy sklepu Chicco i czerwonego krzyza), maja komplet, wiec nie gwarantuja miejsc siedziacych. No coz, jest juz pozno...zmeczenie daje znac o sobie i kolacja sie sama nie przygotuje. Moze jeszcze bedzie okazja...


piątek, 20 września 2013

20/09/2013

   Pierwszego wypatrywalismy z wielkim zniecierpliwieniem...jak juz sie pokazal to byly wielkie emocje, ze oto jest jest pierwszy zabek - baaa dwa na raz :) Przy kolejnych bylo juz znacznie spokojniej...nie wypatrywalismy a i tak wyszly - 4 gorne w zmasowanym ataku na dziasla pierworodnego. Ostatnio widzielismy, ze jest cos na rzeczy bo Stefko pcha lapki do buzi, gryzie paluszka, no i spal troche niespokojnie. 

tata: Ojjj kochanie...my tu zeby mamy...z tylu. Uwierz mi na slowo....
mama: gdzie? widziales?
t: nie poczulem...chcesz zobaczyc to mam dowod (tu pokazuje odcisk zgryzu syna na prawej rece :D

Mama chciala sama sie przekonac i zobaczyc. Synek nie chcial pokazac...dal odczuc!! No coz, nie trzeba byc niedowiarkiem:)



środa, 18 września 2013

2+2 = 3+1 ??

   Poniedzialek przyniosl kolejna juz wizyta okulistyczna, tym razem nie tylko zez, ale i dno oka. I jak nie moge zlego slowa powiedziec na UTIN, tak do niektorych oddzialow w szpitalu mialabym cos do powiedzenia, jednym z takich miejsc sa ambulatoria okulistyczne. Chaos, opoznienia - moim skromnym zdaniem brak organizacji. Najpierw badamy zeza...uzywa obu oczu, choc prawe dominujace....fakt ten cieszy obecny przy badaniu personel, bo do tej pory dominowalo (w zezie) lewe (do tego stopnia, ze stalo sie leniwe), wiec codzienne uporczywe zaslanianie oczka dalo oczekiwany rezultat. Rodzice juz sie naiwnie w duchu cieszyli, ze opaski pojda w kosz a tu pada, ze zaslaniac naprzemiennie oczy....ufa!!

Czas na okulistke, zakraplamy oczeta. Badanie trwalo dosyc dlugo...w okularach, potem bez i znow w okularach i ... w specjalnych okularach i znow bez i znow w swoich...a na koniec badanie dna oka. Stefi z lekka sie buntuje, wcale mu sie nie dziwie bo jest wyraznie zmeczony a tu jeszcze mu po oczach swieca. Cale szczescie dno oczu OK, jak zwykle widac slady pooperacyjne. Badania wzroku wychodzi +3+1 (90°), bylo +2+2 (90°) .  Dla nas to jak kod, ale glupi nie jestesmy - wada sie zmienila, wiec pytamy czy trza okulary zmienic...w odpowiedzi pada ' 2+2 czy 3+1 to zawsze 4'... Jak sobie mozecie wyobrazic odpowiedz ta nie byla dla nas satysfakcjonujaca...konsulatcja ze szwagrem (brat M. jest z zawodu optykiem) - 'a co my w karty gramy'. Moze roznica nie jest wielka, ale szkla zmienimy...mamy za darmo, wiec tym bardziej.

A na jutro udalo nam sie wkrecic do innej pani doktor, ktora kontroluje Stefka w centrum gdzie chodzimy na fizjoterapie. Zdaniem wielu, rowniez szwagra, to najlepsza okulistka dziecieca w okolicy...zwykle kolejka jest dluga, wiec planowalismy udac sie do niej prywatnie, ale zwolnilo sie miejsce i idziemy jutro za darmo.

Ni i przekonamy sie czy 2+2 zawsze jest rowne 3+1 :)

piątek, 13 września 2013

stoje

Stoje...i to z bez podtrzymywania (juz od jakiegos czasu)....z kazdym dniem coraz dluzej. Do chodzenia chyba mu sie jednak nie spieszy tzn. czasami ma dni, ze chcialby byc prowadzony za raczki, ale fizjoterapeutka krzyczy, ze nie wolno...stramy sie wiec tego nie robic, ale pisalam juz jaki Stefek ma stosunek do slow 'nie wolno' i czasami naciagnie mame lub tate na takie male przechadzki. Moj kregoslup jest do wymiany!! A jak sie nie da rodzicow namowic to przestawia nam meble w domu - kroczy popychajac np. stolik. Pierwsze samodzielne kroki co prawda juz byly, kilka razy po jednym...a kilka dni temu 2 i bum podczas 3 :)

stoje :)


Ostatnio jak tylko rozstawie wanienke do kapieli i ide do lazienki po wode, nasz maly agent od razu do niej wlazi, w pelnym ubraniu rzecz jasna i strzela banana.

środa, 11 września 2013

test na bilingwizm

   Od zawsze wiedzialam, ze Nasze dziecko bedzie dwujezyczne - innej opcji nie przyjmowalam do swiadomosci. Nie wyobrazalam sobie i nadal nie wyobrazam aby moje dziecko nie mowilo w moim jezyku ojczystym. M.naturalnie zgadzal sie ze mna w 100%.  Juz w 2 dobie zycia Stefka, podczas wywiadu na Intensywnej, zapytano nas w jakim jezyku bedziemy sie zwracac do dziecka...Przyznaje, zdziwilo mnie to...Pozniej jeszcze kilkukrotnie deklarowalam powyzsze...i tak tez robie. Jak jestesmy sami to mowie do synka po polsku. W towarzystwie zwracam sie do niego po wlosku, nie dlatego, iz wstydze sie bycia polka. Gdybym sie wstydzila to bym do Malego nie mowila w ogole po polsku. Wynika to raczej z mojego przekonania, iz byloby to malo taktowne...cos jakby szeptanie na ucho w towarzystwie...przynajmniej teraz kiedy synek jeszcze nie mowi. No wlasnie, nie mowi - wydaje mi sie, ze jestesmy troche do tylu z mowa, ale ponoc dzieci dwujezyczne potrzebuja troche wiecej czasu aby sie zorganizowac z mowa...dodajmy do tego wczesniactwo...

  Kilka dni temu, calkiem przypadkowo zrobilismy Stefkowi maly test. Stefi bawi sie z tata, mowie do niego < choc kochanie, idziemy na spacer...pa pa > Reakcja jak zawsze biegem do mamy, mahajac raczka na pozegnanie. Niestety z przyczyn pogodowych do spaceru nie doszlo...po jakims czasie wypowiadamy to samo zaproszenie na spacer w jezyku wloskim i tym razem reakcja  ze strony pierworodnego identyczna jak wczesniej. Pozniej przyszlo potwierdzenie tego, iz doskonale rozumie oba jezyki.


Tylko jednego slowa (no dobra dwoch) jego maly rozumek za nic na swiecie nie chce przyswoic ani po polsku ani po wlosku - NIE WOLNO!! Moze by tak sprobowac po angielsku, myslicie, ze podziala? :D

poniedziałek, 9 września 2013

co robilismy jak nas nie bylo

   W jednym z komentarzy Mama Mini wspomniala, ze cos ostatnio cicho u mnie na blogu...stad ponizszy post. Gdzie bylismy jak nas nie bylo...zaczynamy:

1) ACQUAPARK  CROCODILE



Mowili, zeby nie pic bo niby chlor itp..., ale co Oni tam wiedza!!



2) BASEN u chrzestnego na dzialce. Jezdzilismy prawie codziennie :)


lody dla ochlody ;)





3) WEDKOWANIE w jeziorku na dzialce. Wszystkie zlowione ryby ladowaly z powrotem w wodzie.

Z tata i kuzynami na rybach

4) IKEA, nielismy jechac, ale uznalismy, ze w takie upaly z malym dzieckiem nie ma sensu. Komoda przyjechala sama (w wujka samochodzie) z Bolonii, ale potem trzeba  bylo ja skrecic, a ojciec sam by sobie nie poradzil :P





5) WESELE ENRICO i SILVIA, ale o tym innym razem :)

6) Poza tym robilismy jeszcze mnostwo zwyklych i niezwyklych rzeczy, ale rodzice to gapy i zdjec nie ma.

środa, 4 września 2013

Falszywy alarm!!

   Odebralismy wyniki mojej biopsji. Bylo nerwowo, przez  3 tygodnie oczekiwania staralam sie nie zaprzatac sobie tym glowy bo i tak nic nie moglam zrobic. Chcialam dzielnie stanac twarza w twarz z prawda, ale stchorzylam juz pod szpitalem i wyniki odebral M. Trzesaca sie reka, niesmiale spojrzenie...potok slow, ktorych znaczenia nie jestesmy w stanie zrozumiec...w oko rzuca nam sie 'komorek atypowych BRAK' - to chyba dobrze....tyle jestesmy w stanie stwierdzic. Cala reszte konsultujemy z ginekologiem...'czyli nic nie ma...wyglada to na falszywy alarm cytologii, ale z radosci jeszcze nie skaczemy'. Teraz na spokojnie musze skontaktowac sie z laboratorium, gdzie mialam wykonywane badania aby zdecydowac co dalej i umowic sie na periodyczne kontrole. Poki co niesmialo odetchnelam z ulga.