sobota, 20 lipca 2013

SWIETUJEMY

Pamietam, piatkowy upalny dzien. Jak codzien, od ponad 2 miesiecy, niczego nie swiadomi kroczymy tym samym korytarzem...naciskamy magiczna 2 w windzie. Rozsuwaja sie drzwi...M. idzie w jedna strone, w kierunku gdzie nad kolorowymi drzwiami widnieje napis Unità di Terapia Intensiva Neonatale...ja z torba na ramieniu w druga - do laktarium. Wciaz mam ten obraz przed oczami. wchodze i slysze 'a Ty co tu robisz?...to nie wyszliscie' - 'ale jak to, na pewno?...nikt do nas nie dzwonil i mowili, ze przed weekendem nie wyjdzie' - 'hmmm no ja nie wiem, ja Go na rozpisce do wieczornego karmienia  nie mam...zostaw torbe i biegnij'. Wystrzelilam jak z procy, biegne korytarzem, drzwi na UTIN...w strefie filtru M. konczacy mycie. Referuje krotko to czego sie dowiedzialam. Wymiana spojrzen, rozumiemy sie bez slow - w glowach krazy mysl 'nie, prosze...znowu...to na pewno pomylka'.
Nie chodzilo nam o to, ze nie chcielismy dziecka brac do domu...po dwoch nieudanych probach wypisu i dwoch rozmazanych nadziejach, po prostu nie chcielismy kolejnego rozczarowania. Cofnijmy sie w czasie  o dwa tygodnie -wtorek, jak zawsze na oddziale praca wre...dr Germini przeprowadza USG mozgowia - z usmiechem oznajma, ze to wizyta przedwypisowa...
 - tzn.???
- tzn, ze lada dzien przekroczy 1800g i chcemy Wam go dac do domu..
-  kiedy???
-  a jutro Wam pasuje?
-  wow...nie spodziewalismy sie, bo przeciez w ubieglym tygodniu mial laser na oczy...w czwartek byloby wygodniej, bo M. jutro moglby zalatwic urlop...ale w piatek Stefko ma okuliste, wiec bez sensu wozic go w te z powrotem.
No to w piatek, w piatek po poludniu wychodzimy. Ogolna radosc na oddziale...nie tylko nasza, ale rowniez i innych rodzicow...w koncu ktorys z wczesniakow wychodzi, wiec to prawda, ze ten moment dla wszystkich nadejdzie :)
Radosc trwala kilka dni, w piatek rano - odzywa sie moj telefon...ten sam, ktorego jeszcze miesiac temu tak sie balam i najchetniej gdzies bym go zakopala:
- Dzien dobry, tu UTIN, Perugia...rozmawiam z mama Stefano?
- tak...
- Prosze Pani...Stefano mial dzis zostac wypisany, ale niestety musimy to odlozyc. Rozleniwil sie troche z jedzeniem i saturacja spada....ale prosze sie nie martwic bo wszystko jest ok, tylko wolimy dmuchac na zimne.
Kilka godzin pozniej, jak zawsze stawilismy sie na oddziale - Stefek juz po przeroznych badaniach, podskoczyla troche bilirubina posrednia  i moze stad to rozleniwienie i sennosc.

Kilka dnia pozniej podejscie numer 2, ktore konczy sie podobnie jak to pierwsze. Co jakis czas powraca problem z jedzeniem...Stefek po prostu zaspokaja pierwszy glod i zasypia wykonczony. Po kilku dniach wychodzi szydlo z worka - przeswietlenie pluc wykazuje, ze rozwijaja sie one wolniej od reszty ciala. Diagnoza - niewielka dysplazja oskrzelowo-plucna. 'Leczenie' - diuretyki w nadzieii, ze rozwiaza problem...jesli nie to bedziemy podawac tlen podczas jedzenia. Wystarczyly!!

.... i 20 lipca, po wejsciu na oddzial zastalam usmiechnietego meza,  rozmawiajacego z rownie usmiechnietym personelem. Wykrztusilam z siebie jedynie 'czyli to jednak prawda???'
A bylo to tak...jak juz wczesniej wspominalam M. wszedl na oddzial kilka minut przede mna...od razu podeszla pielegniarka i jedna z lekarzy z magicznym pytaniem:

'JESLI CHCECIE I JESTESCIE GOTOWI.....'

'TAK!!!!!' - M. nawet  nie dal jej dokonczyc pytania :D


OK, to jak sie organizujemy...trzeba skoczyc do domu po wozek i nosidelko...zabrac kocyk...co jeszcze? Kamere - obowiazkowo, musi byc!! Mieszkamy doslownie 5 minut od szpitala (wiecej zajmuje zaparkowanie samochodu niz sam dojazd)...jedziemy... w domu nerwowe pakowanie...Tata patrzy na mame, a ta co robi pospiesznie sprzata...no przeciez nie przywioze Go w ten balagan - lol.  Wracamy na odzial...dluga rozmowa z dr Lupi - tlumaczy co i jak, omawia kazdy jeden organ stefkowego ciala...na koniec lista umowionych kontroli (zajmuje 'raptem' 2 strony A4)....leki wykupione juz od dwoch tygodni...zaraz zaraz doszly diuretyki i mleko modyfikowane ze wzgledu na pluca...pani doktor pociesza, zeby sie nie martwic bo zaraz nam je jakos zorganizuje na te pierwsze dni. Wszystko jasne...idziemy po nasz maly skarb...podchodzimy do lozeczka, pielegniarka odlacza pulsoksymetr...pakujemy torbe...usciski, usmiechy, podziekowania i wychodzimy jak co dzien....no prawie...bo tym razem 'utinowski' prog przekraczamy w TROJKE :) Jeszcze szybki 'skok' do laktarium  aby podziekowac i pozegnac sie z moja ulubiona pania. Chwile pozniej, popychajac wozek,  dumnie kroczylismy szpitalnym korytarzem...spawdzilo sie stare polskie powiedzenie, ze do trzech razy sztuka :)

Nie byl to typowy wypis ze szpitala. Kilka miesiecy pozniej  wyczytalam w stefkowej teczce pacjenta, ze dzien wczesniej pielegniarka miala nas poinformowac o wypisie dnia nastepnego. Widac bylo male zamieszanie i ucieklo jej to z glowy. Przynajmniej mielismy niespodzianke, najcudnowniejsza jaka mozna sobie tylko wymarzyc. Moze to zabrzmi dziwnie, ale ciesze, ze Stefek wyszedl do domu za tym 3 razem...bo wtedy ja naprawde czulam, ze on jest gotowy do wyjscia. Mialam pelne zaufanie do personelu...pamietam slowa lekarza prowadzacego dr Camerini, iz jesli nie sa w 100% pewni to  GO do domu nie puszcza.  Balam sie czy sobie poradzimy...bylam uzalezniona od pulsoksymetru, ale skoro  oni mowili, ze czas isc do domu to bylam spokojniejsza. Jedna z moich ulubionych pilegniarek, kilka dni wczesniej wytlumaczyla nam, jak rozpoznac po twarzy dziecka, ze spadla mu saturacja...wiedzielismy co robic w takim wypadku...a jakby co to UTIN byl pod telefonem 24h na dobe!!

I tak po cichutku, nikomu nic nie mowiac wrocilismy do domu i na drzwiach powiesilismy blekitna wstazke!!


Rowno rok temu, 20 lipca 2012 po raz pierwszy przekroczylismy w trojke prog naszego mieszkanka, wiec dzis idziemy swietowac...pierwszy raz w trojke w restauracji :) 



7 komentarzy:

  1. heh normalnie 1 ciąża i możesz spokojnie pomyśleć o karierze lekarki :D albo prelekcjami :) takie rocznice to ja lubię :) zdrówka dla Stefka :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytałam ciebie, a w połowie dotyczyło też to nas. Uff jak dobrze, że wszystko dobrze się skończyło. Buzki dla Stefka :*

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękna okazja do świętowania :) Niech Stefcio dalej tak pięknie rośnie!

    OdpowiedzUsuń
  4. Cudowna okazja do świętowania...U Was minął rok, a jak czytam Twoje wspomnienia, to wszystko w nich takie '' żywe''...ja też pamiętam najmniejszy szczegół tego dnia, kiedy moglismy zabrać Emilcię do domku. Zdróweczka dla Stefcia i pozdrowienia dla Was!

    OdpowiedzUsuń
  5. Cudowny moment do świętowania :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Wszystko tak dobrze się skończyło, super! Nic tylko świętować ;)

    OdpowiedzUsuń