środa, 31 lipca 2013

Under the Tuscan Sun


Czyli zalegla fotorelacja z naszego wypoczynku nad Morzem Tyrenskim. Pobyt udany, mimo deszczu pierwszego dnia...Hotel czysty, zadbany, dobrze zorganizowany dla rodzin z dziecmi...wieczorem byl nawet baby dance :P Basen dla duzych (z  jacuzzi) i dla tych najmniejszych z tryskajacymi fontannikami. I podziemna grota z ciepla woda i hydromasazem. Plaza - rzut beretem. Pieknie, tylko nasz maly gagatek bal sie wody...jakos sobie jednak z tym fantem poradzilismy :) Bylo nam tam dobrze, choc za takie pieniadze na poludniu kraju mielibysmy zapewne standard znacznie wyzszy...w tym roku stwierdzilismy jednak, ze 3 godziny samochodem to jednak wystarczajaca odleglosc. Wrocilismy usmiechnieci, objedzeni frutti di mare i szczesliwi :) Zapraszam do galerii:
















poniedziałek, 22 lipca 2013

Uwielbiam :)

Uwielbiam, gdy wracajac do domu
 wita mnie usmiechniety od ucha do ucha synek...

Uwielbiam, gdy jak tylko mnie zobaczy przez uchylone drzwi, 
biegnie do mnie ile sil w raczkach tylko po to aby mnie usciskac... 

Widzac ta jego radosc rozumiem jaka jestem dla Niego wazna, 
bo mysle, ze On w ten sposob okazuje mi swoja milosc :)

Czasami  bywa, ze  troche sie na Niego zezloszcze bo np. po raz piaty w ciagu 10 minut wyciagnal mi wtyczke od laptopa...wtedy przypominam sobie te chwile i cala zlosc mija...

Pozostaje tylko milosc!!

sobota, 20 lipca 2013

SWIETUJEMY

Pamietam, piatkowy upalny dzien. Jak codzien, od ponad 2 miesiecy, niczego nie swiadomi kroczymy tym samym korytarzem...naciskamy magiczna 2 w windzie. Rozsuwaja sie drzwi...M. idzie w jedna strone, w kierunku gdzie nad kolorowymi drzwiami widnieje napis Unità di Terapia Intensiva Neonatale...ja z torba na ramieniu w druga - do laktarium. Wciaz mam ten obraz przed oczami. wchodze i slysze 'a Ty co tu robisz?...to nie wyszliscie' - 'ale jak to, na pewno?...nikt do nas nie dzwonil i mowili, ze przed weekendem nie wyjdzie' - 'hmmm no ja nie wiem, ja Go na rozpisce do wieczornego karmienia  nie mam...zostaw torbe i biegnij'. Wystrzelilam jak z procy, biegne korytarzem, drzwi na UTIN...w strefie filtru M. konczacy mycie. Referuje krotko to czego sie dowiedzialam. Wymiana spojrzen, rozumiemy sie bez slow - w glowach krazy mysl 'nie, prosze...znowu...to na pewno pomylka'.
Nie chodzilo nam o to, ze nie chcielismy dziecka brac do domu...po dwoch nieudanych probach wypisu i dwoch rozmazanych nadziejach, po prostu nie chcielismy kolejnego rozczarowania. Cofnijmy sie w czasie  o dwa tygodnie -wtorek, jak zawsze na oddziale praca wre...dr Germini przeprowadza USG mozgowia - z usmiechem oznajma, ze to wizyta przedwypisowa...
 - tzn.???
- tzn, ze lada dzien przekroczy 1800g i chcemy Wam go dac do domu..
-  kiedy???
-  a jutro Wam pasuje?
-  wow...nie spodziewalismy sie, bo przeciez w ubieglym tygodniu mial laser na oczy...w czwartek byloby wygodniej, bo M. jutro moglby zalatwic urlop...ale w piatek Stefko ma okuliste, wiec bez sensu wozic go w te z powrotem.
No to w piatek, w piatek po poludniu wychodzimy. Ogolna radosc na oddziale...nie tylko nasza, ale rowniez i innych rodzicow...w koncu ktorys z wczesniakow wychodzi, wiec to prawda, ze ten moment dla wszystkich nadejdzie :)
Radosc trwala kilka dni, w piatek rano - odzywa sie moj telefon...ten sam, ktorego jeszcze miesiac temu tak sie balam i najchetniej gdzies bym go zakopala:
- Dzien dobry, tu UTIN, Perugia...rozmawiam z mama Stefano?
- tak...
- Prosze Pani...Stefano mial dzis zostac wypisany, ale niestety musimy to odlozyc. Rozleniwil sie troche z jedzeniem i saturacja spada....ale prosze sie nie martwic bo wszystko jest ok, tylko wolimy dmuchac na zimne.
Kilka godzin pozniej, jak zawsze stawilismy sie na oddziale - Stefek juz po przeroznych badaniach, podskoczyla troche bilirubina posrednia  i moze stad to rozleniwienie i sennosc.

Kilka dnia pozniej podejscie numer 2, ktore konczy sie podobnie jak to pierwsze. Co jakis czas powraca problem z jedzeniem...Stefek po prostu zaspokaja pierwszy glod i zasypia wykonczony. Po kilku dniach wychodzi szydlo z worka - przeswietlenie pluc wykazuje, ze rozwijaja sie one wolniej od reszty ciala. Diagnoza - niewielka dysplazja oskrzelowo-plucna. 'Leczenie' - diuretyki w nadzieii, ze rozwiaza problem...jesli nie to bedziemy podawac tlen podczas jedzenia. Wystarczyly!!

.... i 20 lipca, po wejsciu na oddzial zastalam usmiechnietego meza,  rozmawiajacego z rownie usmiechnietym personelem. Wykrztusilam z siebie jedynie 'czyli to jednak prawda???'
A bylo to tak...jak juz wczesniej wspominalam M. wszedl na oddzial kilka minut przede mna...od razu podeszla pielegniarka i jedna z lekarzy z magicznym pytaniem:

'JESLI CHCECIE I JESTESCIE GOTOWI.....'

'TAK!!!!!' - M. nawet  nie dal jej dokonczyc pytania :D


OK, to jak sie organizujemy...trzeba skoczyc do domu po wozek i nosidelko...zabrac kocyk...co jeszcze? Kamere - obowiazkowo, musi byc!! Mieszkamy doslownie 5 minut od szpitala (wiecej zajmuje zaparkowanie samochodu niz sam dojazd)...jedziemy... w domu nerwowe pakowanie...Tata patrzy na mame, a ta co robi pospiesznie sprzata...no przeciez nie przywioze Go w ten balagan - lol.  Wracamy na odzial...dluga rozmowa z dr Lupi - tlumaczy co i jak, omawia kazdy jeden organ stefkowego ciala...na koniec lista umowionych kontroli (zajmuje 'raptem' 2 strony A4)....leki wykupione juz od dwoch tygodni...zaraz zaraz doszly diuretyki i mleko modyfikowane ze wzgledu na pluca...pani doktor pociesza, zeby sie nie martwic bo zaraz nam je jakos zorganizuje na te pierwsze dni. Wszystko jasne...idziemy po nasz maly skarb...podchodzimy do lozeczka, pielegniarka odlacza pulsoksymetr...pakujemy torbe...usciski, usmiechy, podziekowania i wychodzimy jak co dzien....no prawie...bo tym razem 'utinowski' prog przekraczamy w TROJKE :) Jeszcze szybki 'skok' do laktarium  aby podziekowac i pozegnac sie z moja ulubiona pania. Chwile pozniej, popychajac wozek,  dumnie kroczylismy szpitalnym korytarzem...spawdzilo sie stare polskie powiedzenie, ze do trzech razy sztuka :)

Nie byl to typowy wypis ze szpitala. Kilka miesiecy pozniej  wyczytalam w stefkowej teczce pacjenta, ze dzien wczesniej pielegniarka miala nas poinformowac o wypisie dnia nastepnego. Widac bylo male zamieszanie i ucieklo jej to z glowy. Przynajmniej mielismy niespodzianke, najcudnowniejsza jaka mozna sobie tylko wymarzyc. Moze to zabrzmi dziwnie, ale ciesze, ze Stefek wyszedl do domu za tym 3 razem...bo wtedy ja naprawde czulam, ze on jest gotowy do wyjscia. Mialam pelne zaufanie do personelu...pamietam slowa lekarza prowadzacego dr Camerini, iz jesli nie sa w 100% pewni to  GO do domu nie puszcza.  Balam sie czy sobie poradzimy...bylam uzalezniona od pulsoksymetru, ale skoro  oni mowili, ze czas isc do domu to bylam spokojniejsza. Jedna z moich ulubionych pilegniarek, kilka dni wczesniej wytlumaczyla nam, jak rozpoznac po twarzy dziecka, ze spadla mu saturacja...wiedzielismy co robic w takim wypadku...a jakby co to UTIN byl pod telefonem 24h na dobe!!

I tak po cichutku, nikomu nic nie mowiac wrocilismy do domu i na drzwiach powiesilismy blekitna wstazke!!


Rowno rok temu, 20 lipca 2012 po raz pierwszy przekroczylismy w trojke prog naszego mieszkanka, wiec dzis idziemy swietowac...pierwszy raz w trojke w restauracji :) 



czwartek, 18 lipca 2013

rodzinne rozmowy :)

Ufff jak goraco....M. zabiera sie za malowanie salonu. My ze Stefkiem urzedujemy w sypialni...w sypialni, ktora bardziej dzisiaj przypomina bunkier - zaluzje spuszczone zeby za wiele ciepla nie wpadalo. Poza tym zawaleni po sam sufit...z jedenej strony krzeselko do karmienia i regal z salonu...z drugiej gora ciuchow do poskladania i ulozenia...a mnie sie nic nie chce. Dopijam szybko kawke bo pierworodnego zmoglo, nie wiem czy bardziej upal czy bardziej poranne szczepienie...Dzielny byl jak zawsze, bylo troche krzyku, ale nie ze wzgledu na kucie a na nieruchome trzymanie.


A na koniec rodzinne rozmowy. M. rozmawia ze swoja mama a moja tesciowa.

t:  co robicie, przyjdziecie dzis na obiad?
M: hmmm...raczej nie, ale zdzwonimy sie pozniej bo teraz musimy jechac ze Stefano na szczepienie.
t: aha, ja tez pozniej musze isc...
M. z dosc niewyrazna mina: na szczepienie???
t: nie, jakie szczepienie? Na zakupy!!! :D

To potwierdzenie tego co powtarzam juz od dawna...tesciowa chyba pyta zeby pytac, bo odpowiedzi to Ona na pewno nie slucha. 


wtorek, 16 lipca 2013

Gubbio

    W sobote byla kolejna wycieczka, tym razem troche dalsza - cale 50km:)  Pojechalismy do Gubbio, w odwiedziny do Don Matteo (moze ktos kojarzy ten serial :P  A tak juz calkiem na powaznie to pojechalismy na urodziny znajomego, ktorego rodzice maja w okolicy gospodarstwo agroturystyczne. Totalne odludzie...z dala od smogu...tylko trawa, lasy, wzgorza i zwierzeta....Byly krowy, kaczki, pawie, indyki, kucyk, osiolek i daniele (pokazne stadko ok. 30 sztuk)...Stefek byl jednak bardziej zainteresowany innymi ssakami, tymi dwunoznymi szalejacymi na placu zabaw :D
Zdjec niestety nie ma bo rodzice gapy zapomnieli zrobic :(


Na pocieszenie Stefek po spotkaniu z fryzjerskimi nozyczkami.








Milego dnia, a teraz dopijam kawke i lecimy na spacerek poki da sie jeszcze wytrzymac.


czwartek, 11 lipca 2013

jazzowa niedziela

   Od dawna planowalismy wybrac sie na spacer do centrum...Ostatni raz bylismy rok  temu, jak Stefko lezal jeszcze na Intensywnej. A, ze nie wiedzielismy co ze soba poczac w niedzielne popoludnie, postanowilismy, ze jedziemy pospacerowac w dzwiek muzyki :) W piatek zainagurwano bowiem kolejna edycje festiwalu Umbria Jazz. Jak co roku z plakatow zerkaja bardziej lub mniej znane nazwiska sceny wloskiej i miedzynarodowej (w ubieglym roku byl miedzy innymi Sting)...a my jak co roku zadowalamy sie koncertami bezplatnymi i ulicznymi grajkami...a ja naprawde lubie spacerowac w rytm grajacego saksofonu. Byla muzyka, byl tanczcy na siedzaco Stefek, byly lody , byl sorbet cytrynowy - niestety ok. 17:30 zaczelo robic sie naprawde tloczno, tak, ze ciezko bylo wozkiem przejechac, wiec wycofalismy sie do domu. Rzecz jasna nie moglo zabraknac i malej sesji zdjeciowej....



Stefko w minimetro :)



A na koniec dnia dostalo dziecko arbuza, jadl az mu sie uszy trzesly :)



sobota, 6 lipca 2013

pirat

Za kogo by tu sie przebrac na przyszloroczny karnawal??
Juz wiem, bede...

...piratem!! :)

czwartek, 4 lipca 2013

jestem smart?

  Stary telefon od jakiegos czasu odmawial posluszenstwa, zastrajkowal tydzien temu gdy syn postanowil go 'umyc' swoja slina (swoja droga pojemna ma buziule :P Nigdy nie interesowalam sie nowinkami technologicznymi, telefon mam do dzwonienia i smsowania...namowiona przez M. stalam sie posiadaczka czegos od czego dlugo sie bronilam...ekran dotykowy itp....i wiecie co:

 moze ON i jest SMART...

ale ja to jednak ciemna blondynka jestem!!

środa, 3 lipca 2013

lada dzien...

moze tydzien...
do miesiaca raczej nie dociagniemy
On wroci,
i w dodatku w duzej sile.
Nie powiem zebym czekala z niecierpliwoscia, 
bo dobrze mi bylo przez te 20 miesiecy rozlaki (na dzien dzisiejszy), 
wcale nie tesknilam, 
ale od zawsze wiedzialam, ze ten dzien w koncu nadejdzie.


   Po miesiacach biegania ze Stefkiem po lekarzach, przyszedl w koncu czas zeby zadbac i o siebie. Mama wybrala sie wiec do ginekologa...rodzinnie...bo i Pan doktor chcial poznac Tego, ktory tak sie pchal na ten swiat. USG wykazalo, ze jajniki pracuja i w sumie to jest pelna faza przedmiesiaczkowa...i rytm z jakim wciaz odciagam mleka juz dlugo tego nie zablokuje. Czas sie zaopatrzyc w odpowiednie przybory!!

   Ze Stefanowych wieci: rosnie, broi, nie nadarzam za nim...nie lubi siedziec na kolanach, nie chce byc na rekach...tylko turlac sie po podlodze...na czterech zasuwa jak gepard...jak kot znaczy teren, cale szczesie nie moczem a SLINA...zatrzymuje sie co jakis czas wywala jezyk  i z glosnym 'ummmm' lize podloge.
Markery na HIV i zoltaczke typu 'B'i 'C' - negatywne. Ulga ogromna...mimo, ze krew przed transfuzja jest skrupulatnie badana to jednak jakas tam nic niepewnosci zostaje. 

Slonecznego dnia