czwartek, 16 maja 2013

jak to sie urodziles o 20:00

16/05/2012

Noc dosc koszmarna...mdlosci, wymioty, ale ostatecznie udaje mi sie zasnac. M. skulony na fotelu obok. Wiele mysli krazy mi po glowie...i ten sen - odwiedzil mnie moj dziesiec lat temu zmarly dziadek - Stefan!! Czy to jakis znak...? Jesli tak, to nie byl to ostatni znak tego dnia, ale po kolei...Na porannym obchodzie podnosza mi nogi do gory (to znaczy lozko, tak aby bylo jak najmniejsze parcie na macice) i dostaje nakaz lezenia, jedynie do toalety moge wstawac...nic poza tym. Jest i Maria - pociesza, ze mieli przypadek kobiety co 2 miesiace lezala z rozwarciem na 2 cm. W jakis tam niewielki sposob pokrzepiaja mnie rowniez slowa podslyszane z rozmowy ordynatora z reszta ekipy, ze to juz 28 tydzien, wiec jestesmy w dobrym punkcie. Samopoczucie nieco lepsze... Zmiana warty...M. pojechal do domu wypoczac...przyjechala jego kuzynka aby dotrzymac mi towarzystwa.
W pewnym momencie na sale wchodzi zakonnik ze szpitalnej kaplicy...blogoslawi moje Malenstwo i mnie sama...nie potrafie powstrzymac lez...leca jak oszalale. Czy to kolejny juz tego dnia znak???
Mimo, ze KTG nie wykazuje skurczy ja jednak cos tam czuje...delikatnie, ale chyba cos sie dzieje. Obiad poskubalam troche, ale srednio mi to szlo...czuje sie jakos dziwnie...jakby zmeczona...wczoraj jednak byl ciezki dzien i nie mniej ciezka noc. Wraca M., zwlekam sie z loza do toalety...skad tyle sluzu...i znow przerazenie czy to aby nie czop sluzowy...i znow boli...dzwonimy po polozna i czekamy na lekarza. Po kilku mintach robi mi sie jakos mokro:
ja - Massi, mi chyba wody odeszly
M. -  nie wyglupiaj sie...coTy gadasz
ja - no nie wiem...ale czuje sie jakos dziwnie...mokro. I brzuch mnie boli, chyba znow zaczynaja sie skurcze. Sprawdz prosze...
M. - sluchaj to nie wody...a krew. Lece po polozna!!

Po kilku minutach jest lekarz...wiezdza ekograf...szybkie USG, glowka jest jeszcze dosc wysoko, ale mocno plamie...za mocno...rozwarcie ponad 3cm. Odlaczaja mi kroplowke, bo w tej chwili nie ma juz ona sensu...jedziemy na porodowke na obserwacje, ale jak sie zacznie akcja porodowa to nie beda juz jej powstrzymywac. W rozmowie z M. lekarz wyjasnia, ze probowali jak mogli...poki leki dzialaly bylo OK, ale czasami  dla dziecka lepszy jest przedwczesny porod niz  kolejne srodki farmakologiczne.
No dobra, jedziemy na porodowke...totalnie nieprzygotowani...nie mam nic, wkladek poporodowych, majtek siatkowych...nic..zero!!  Telefon do kuzynki M., z prosba o sprokurowanie nam najniezbedniejszych rzeczy.  Podroz na porodowke nie trwala dlugo...w koncu to to samo pietro...skurcze sa wciaz nieregularne...witaja mnie usmiechniete twarze poloznych. KTG i monitoring bicia serca Stefka...
- wiem, ze trzeba wylaczyc telefon, ale czy ja moge zadzwonic do domu...przeciez oni musza wiedziec!!
- dzwon kochana...smialo, ale tak na szybko

Telefon do mamy, ze jestem na porodowce, ale chyba sie zaczelo i musze wylaczyc telefon. Odezwe sie pozniej...i tak kontakt rodziny ze mna urwal sie na kilka godzin...moge sobie tylko wyobrazic co Oni mogli wtedy czuc...wtedy nawet o tym nie myslalam.

No, ale wracajac do tematu...polozne swietne, w wiekszosci mlode dziewczyny...stworzyly niesamowicie przyjazna, wrecz kolezenska atmosfere...tak, ze nawet przez chwile nie pomyslalam, ze moze pojsc cos nie tak. Boje sie strasznie...najbardziej tego, ze sobie nie poradze, bo ja nie jestem gotowa...szkole rodzenia dopiero rozpoczelam....nie wiem jak oddychac...nic nie wiem...przeciez jest polowa maja, a ja mialam rodzic w sierpniu...no i ten test...wynik byl negatywnty. A skurcze swoje, przechodzimy na lozko do porodu czyli slowo sie rzeklo?...skurcze coraz silniejsze...7minut...5...3...potem praktycznie co minute...rozwarcie rosnie...boli jak jasna cholera...M. trzyma za reke, jest ze mna...boli....ja nie wyrobie...czy moge cos na znieczulenie??? - NIE, bo to porod przedwczesny...nie chcemy zaszkodzic Malenstwu.
Gdzies tam krzata sie mala filigranowa pielegniarka...brazylijka...podchodzi i stara sie mnie wesprzec dobrym slowem: 'moj syn tez jest wczesniakiem, prawie 20 lat ma...taki byl maly a teraz 190cm wzrostu...musisz wierzyc...zobacz...tam jest obrazek Matki Boskiej...patrz na niego i dmuchaj'...no to patrze i dmucham...choc czasami mialam ochote zwyczajnie sie drzec...obylo sie jednak bez niecenzuralnych slow...moze bylam zbyt przejeta aby przeklinac?! Wody plodowe moga w kazdej chwili peknac...pecherz jest bardzo napiety i podobno dlatego tak boli...

Przez ta moja sale przewijaja sie co rusz nowe twarze...slysze jak wymieniaja sie uwagami na MOJ/NASZ temat - ze trzeba zawiadomic UTIN...cos tam szepcza miedzy soba i zapada decyzja, ze jedziemy na sale operacyjna...nie boj sie, nie bedziemy ciac, ale tam jest lepiej...wiecej miejsca, aseptyczne warunki i ma korytarz wewnetrzny z UTIN'em. M. pomaga mnie przetransportowac i tu scena jak z filmu...drzwi sie rozsuwaja...wiezdzam z lozkiem...prosze poczekac...drzwi sie zamykaja. M. zostje za drzwiami, na operacyjna nie maja wstepu osoby postronne...przykro mi bo byl dla mnie oparciem i wiedzialam jak mu zalezalo, aby byc obecnym przy porodzie...pani doktor mianuje brazylijke odpowiedzialna za informowanie M. o postepach.

Razem ze mna na sali jest z 20 osob...tylko przy lozku stoi ich 6...rozsuwaja mi lozko, zakladaja worek...
ludzie...to sie dzieje naprawde. ja za chwile urodze...On za chwile bedzie z nami...28+5tc...tylko, ze ja doskonale wiem, ze to nie jest +5....bo cykle mam dluzsze, wiec On na pewno jest o kilka dni mlodszy...Panie prosze, juz sama nie wiem o co prosic!!
Czas leci nieublaganie...wody nie odchodza...boli....boli...rozwarcie jest, ale wody nie odchodza...Wymiana uwag miedzy personalem. Wtedy tam, nie wszystko rozumialam...to bylo troche jak szyfr, ale oni ani przez chwile nie dali mi odczuc, ze sytuacja jest powazna i cos moze pojsc nie po naszej mysl...usmiech nie schodzil im z twarzy...'wymazy wszystkie negatywne' (ufff, kilka dni wczesniej robili mi wymazy z pochwy), 'bicie serca jest...idealnie'...'przebijamy'...'UTIN zawiadomiony'...'wiedza ,sa gotowii czekaja na sygnal...dzwonic?'...'nie jeszcze nie, jak zaczniemy przec'...wkrotce czuje cieplo wyplywajacej wody i polecenie, ze jak czuje skurcze to mam przec...ok, dobra...jak to dziala....ktos mi tlumaczy...brawo Ewa, wlasnie tak...super!!...poczekaj, szyjka sie podwinela, nie przyj...i tu sie wydarlam ile sil w plucach, bo bolalo jak jasna cholera...'ok, zeszla'....'no to teraz juz jedziemy'...'dzielna jestes'...nabieram powietrza, zaciskam dlonie...jedna z poloznych wyciera mi czolo i nawilza usta....'fantastycznie wspolpracujesz, jeszcze ze dwa skurcze i bedzie z nami'...te slowa daja mi chyba jakiegos powera bo lapie oddech i pre ile sil...wykonczona opadam na lozko gdy slysze 'nie...stopa, zostala stopa'...resztkami sil pre i jest...widze zielone zawiniatko i ta zwisajaca stopke...'brawo bylas swietna, naprawde, gratulacje'....nawet nie wiem kiedy zostaje odcieta pepowina...Stefek zaintibowany jedzie z neonatologami na UTIN...
Wszyscy byli tak zaaferowani Malym, ze nikt nie spojrzal na zegar...o ktorej on sie urodzil?...nie wazne, czas na lozysko...polozna prowadzaca porod zaczyna tlumaczyc, ze teraz wskazane byloby urodzenie lozyska...nie wiem jak to zrobilam...gleboki wdech i po prostu je z siebie wypchnelam...gdzies tam slysze ponaglajacy glos: 'no, to co wpisac...potrzebuje godzine urodzenia' - '20:00' - haaa nie ma co, coz za precyzja...rowno o 20 :D

Pani doktor asystujaca, dopytuje sie  czy ojeciec zawiadomiony...brazylijka mowi, ze oczywiscie, juz dawno (przez szybke w drzwiach autostopa lapala :P)...'Ewa, bylas super...dziekujemy za wspolprace...z synkiem jest calkiem calkiem, ponoc nawet zakwilil'....zakwilil? to z plucami chyba nie jest najgorzej?
Pamietam, iz bylam wykonczona...cala drzalam...Panie Boze, pomoz nam...nie plakalam, nie mialam sily...albo po prostu jeszcze do konca nie zdawalam sobie sprawy z tego co sie wlasnie stalo...
Polozna zabiera sie do mycia i przegladania 'pola bitwy' - nie cieli, nie rozerwalo mnie...jest male pekniecie, ale nie krwawi, wiec obejdzie sie bez szycia...ruszamy w droge powrotna...za drzwiami stoi M. 'kochanie, jak sie masz?' Doskonale pamietam co mu wtedy odpowiedzialam - 'niedobrze mi' - niezle musialam byc otumaniona. Dostalam goraczki, ponad 38,5...paracetamol na zbicie, pic, pic i jeszcze raz pic!! Oksytocyna...
M. poszedl odwiedzic Stefka na Intensywnej Terapii...czekam niecierpliwie jakie wiesci przyniesie...dluzy mi sie strasznie...czuje jak ze mnie leci...czy to normalne? Matko, nie wiem...co chwila podchodzi polozna i sprawdza brzuch...macica cos za bardzo sie zrelaksowala, kolejna kroplowka z oksytocyny.
Jest juz dosc pozno...zmiana personelu...Erica - polozna, ktora odbierala porod przychodzi sie pozegnac i zyczyc wszystkiego dobrego. Dziekuje jej za pomoc, za caloksztalt!! W odpowiedzi otrzymuje skromne 'przestan, nie ma za co, to ja dziekuje za wspolprace'...lepszej poloznej nie moglabym sobie wymarzyc.
Wraca M. z lekka zszokowany, czym budzi moj niepokoj...cos nie tak?...co mowia?...co z nim?...jak pluca?
M: on jest taki malutki!! pelno ma kabelkow...jest zaintubowany, ma rurke w buzi. Niewydolny oddechowo, ale mysleli, ze bedzie gorzej...tzn. respirator, ale nie ze maszyna za niego oddycha
ja: ???
M: probowali mi tlumaczyc, ale nie potarfie tego odtworzyc...
ja: a ile wazy?
M: nie wiem bo mowia, ze to w tej chwili nie jest najwazniejsze

M. w dloni sciska plik dokumentow, ktore dostal na Intensywnej Terapii...mamy sie zapoznac i podpisac...cala lista mozliwych badan i dzialan ratujacych zycie (np. transfuzja)...M. zaczyna czytac, ja wole nie wiedziec...nie teraz...podpisze i koniec...wszystko, zeby go ratowac. Podpisujemy i M. wraca na UTIN a ja w miedzy czasie dzwonie do domu (do rodzicow)...sa wszyscy razem...rodzice, siostra, szwagier...byli ze mna myslami i modlitwa - tata sie poplakal na wiesc, ze Stefek jest juz z nami. Ciocia z siostrzenicami poszli do kosciola...moje male dziewczynki (2,5 roku i 5 lat) wzbudzaja sensacje glosno modlac sie 'Panie Jezusku pomoz cioci i Stefankowi'. Kochane moje!!

M. krazy miedzy porodowka a UTIN...jest stabilny...na razie tylko tyle moga powiedziec...wazy 1144g...ciezko o jakiekolwiek prognoz...na Jego stan trzeba patrzec z dnia na dzien...

Przychodzi nowa polozna...ta goraczka to moze byc infekcja...trzeba zrobic badania krwi, widze, ze w reku trzyma kilka buteleczek,w tym 'tabasco' - hmmm, tak mi sie wtedy skojrzylo. Mala buteleczka z czyms tam w srodku...dodajemy troche krwi - czary mary i jest infekcja!!, wiec bedzie i antybiotyk.
Minelo juz sporo czasu odkad leze na sali poporodowej...jest juz grubo po 22. Myjemy...odkrywa mnie i wyciaga worek z krwia - jej ilosc przeszla moje najsmielsze wyobrazenia - oglada,oglada...czyzby cos nie tak? No dobra myjemy...naciska mi na brzuch, aby wyczuc ewentualne skrzepy...boli...czuje jak wyskakuje ze mnie 'korek'...'Stracilas sporo krwi...porod przedwczesny...macica nie byla jeszcze do konca gotowa...musisz jeszcze troche tu u mnie zostac, tak dla pewnosci'. No dobra zostajemy...mija kolejna godzina...kontrola, przemywanie, przebieranie i wyjazd...wracamy na sale.  Rozsuwaja sie drzwi, za ktorymi czuwaly kuzynki M. i jego brat...jest juz prawie polnoc...jedna z kuzynek wciska nam siatke z prowiantem...jestesmy na mojej sali...od obiadu nic nie jadlam, ale nie mam apetytu, az do momentu kiedy nie wyczuwam salami...juz ponad pol roku jak nie mialam go w ustach. M. skwitowal to tak: ' wygladalas jak dziecko, ktoremu dano cukierka' :D

Tej nocy, mimo zmeczenia, ciezko mi bylo zasnac...moje mysli krazyly wokol synka (zastanawialam sie kiedy ja go wogole zobacze, jeszcze wtedy myslalam, ze bede Go mogla ogladac jedynie przez szybe) i saczcacej sie ze mnie krwi...



7 komentarzy:

  1. Strasznie się wzruszyłam...nawet nie wiem co napisać.Ściskam Was mocno!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też się popłakałam.
    Niesamowita historia z pięknym happy endem!

    OdpowiedzUsuń
  3. Siedzę przy szpitalnym lozeczku mojego synka, on śpi ją czytam i łzy mi kapia ... w domu czeka na mnie 7msc córeczka...całkiem niedawno groził mi z nią przedwczesny ogród, lezalam z pessarem 25 tygodni.. udało się odnosić,z ale takie historie jak wasza są mi bliskie. Pięknie to wszystko opisalas , bardzo realistycznie i wzruszajaco ...

    OdpowiedzUsuń
  4. Nawet nie zauważyłam, że czytam to już drugi raz:)
    I drugi raz wyję jak głupek a Toto patrzy zmieszany;))

    OdpowiedzUsuń
  5. Podoba mi się jak piszesz. Niesamowicie!
    Bo i historia niezwykła!
    Widzę, że mamy ze sobą trochę wspólnego. Fajne trafić na "swoich" ludzi.
    Moja córka jest z 34 tyg. Też planuję to opisać.
    Będę do Ciebie zaglądać.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  6. popłakałam się... jestem w 26 tc i aż boję się pomyśleć co będzie dalej... ale z tego co widzę po ostatnim poście (Stefanek ma 3 latka), to jak Wam się wszystko dobrze ułożyło, to od razu jestem dobrej myśli:)

    OdpowiedzUsuń