piątek, 10 maja 2013

CIAZA i STATYSTYKI

29/11/2011 Brzuch nadal pobolewa, dochodzi i bol kregoslupa, piersi wrazliwe...hmmm spoznia sie nie pierwszy i zapewne nie ostatni razi...no tak, ale jutro czeka nas dosc dluga podroz i nie chcialabym mniec przykrej niespodzianki...a moze....nie, to niemozliwe...przeciez wszystkie objawy wskazuja na okres...jesli jednak do jutra sie nie pojawi to sprawdzic nie zaszkodzi...

30/11/2011 – nie pojawil sie...slowo sie rzeklo...wyciagam z szafki test (zakupiony kiedys tam, tak na przyszlosc :D...bez przekonania rozrywam opakowanie i postepuje zgodnie z instrukcja...10sekund – zwykle to pikus...nie tym razem – jak na zlosc dzis jest skapo...nie bede stac i bezczynnie gapic sie w te 2 okienka...mam 3 minutki, akurat zdarze odswiezyc twarz – splukujac zel z pyszczka, kontem oka widze test...nie...nie...nie moze byc – i taka jeszcze 'zapieniona' wedruje w jego strone...jak byk sa dwie...minela dopiero mniej wiecej minutka, ale kreska jest wyrazna... jestem w CIAZY!!

Ciaza cieszylam sie przez tydzien...pozniej wpisalam sie chyba we wszelkie mozliwe statystyki.Moja radosc z braku typowo ciazowych porannych nudnosci byla przedwczesna...przyplataly sie po niecalym tygodniu i trzymaly sie mnie jak rzep psiego ogona...i kto je w ogole nazwal porannymi?! Nie pomagalo nic...tabletki nie dawaly efektu...krakersy (zarty sobie stroisz...nawet nie moglam na nie patrzec, to samo z chlebem i cala reszta...). Po kilku dniach (sroda) doszly wymioty i te potworne bole zoladka...wyladowalam w szpitalu na 'pogotowiu' ginekologicznym - probowano dozylnie zwalczyc moje dolegliwosci...pomoglo (tak mi sie przynajmniej wydawalo)...nie chcialam zostac na oddziale..Kilka dni w domu...bylo coraz gorzej...a w piatkowa bezsenna noc ryczalam i blagalam meza, zeby zawiozl mnie do szpitala...Diagnoza: hyperemesis gravidarium,  (niepowsciagliwe wymioty ciezarnych)jedna kroplowka...druga kroplowka i mimo, ze wyniki w normie to zostalam przyjeta na oddzial...przed 4 dni non-stop pod kroplowkami wszelkiej masci. Po wyjsciu ze szpitala bylo calkiem calkiem...przez dwa dni. Przypadlosc ta dotyczy 0,2 - 3% ciezarnych (wow, czuje sie wyrozniona ;)...pocieszajace jest jedynie to, ze zwykle mija ok. 13 - 14 tygodnia. Wykreslalam dzien za dniem (waga spadla do 41kg)...tygodnie mijaly....14...15...16...17...zaczynalam tracic nadzieje, ze to, w ogole przejdzie!! Dni dluzyly mi sie niemilosiernie..nie mialam sily sie podniesc...symbioza z miska trwala w najlepsze....glowa byla jak z olowiu...Probowalam wszystkiego, tabletki, cukierki imbirowe...bransoletki uciskowe.Nadzieja odzyla gdy przez dwa tygodnie nie klekalam przed muszla klozetowa...umarla tydzien pozniej, gdyz okazalo sie, ze jestem w elitarnym gronie 10%, ktorym niepowsciagliwe wymioty 'umilaja' ciaze do samego konca...pocieszajace bylo jedynie to, ze wymioty od rana do nocy pojawialy sie juz tylko 2 razy w tygodniu. 
Najwazniejsze bylo jednak to, ze z malenstwem bylo wszytsko dobrze...pamietam jak kiedys w chwili niemocy ryczalam do brzucha, przepraszajac synka, za to, ze moze pozostanie jedynakiem...zazdroscilam tym, ktore o ciazy mowily jako o najpikeniejszym okresie ich zycia...tez sie chcialam cieszyc moim blogolsawionym stanem i rosnacym brzuszkiem...no wlasnie i kiedy 'bliskie spotkania trzeciego stopnia' zdarzaly sie juz tylko, mniej wiecej, raz w tygodniu...kiedy nadeszla wiosna i troche odzylam...kiedy rozpoczelam szkole rodzenia...kiedy wkroczylam w 3 trymestr i ponownie pojawila sie nadzieja na lepsze samopoczucie i na ostatni wyjazdowy weekend we dwoje, nadszedl 11 maja...

1 komentarz:

  1. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić co czułaś i jak się czułaś, u mnie ciąża to był ten cudowny stan błogosławiony

    OdpowiedzUsuń