niedziela, 19 maja 2013

LUBIE JAK TATA GLASZCZE

Przez dlugi czas to byl nasz ulubiony filmik - moglismy na niego patrzec godzinami...kochana kruszynka dla, ktorej kazdy oddech byl wysilkiem. Czasami, jak zbierze mi sie na wspomnienia, to ogladam naszego okolo dziesieciodniowego Stefanka.

video

czwartek, 16 maja 2013

jak to sie urodziles o 20:00

16/05/2012

Noc dosc koszmarna...mdlosci, wymioty, ale ostatecznie udaje mi sie zasnac. M. skulony na fotelu obok. Wiele mysli krazy mi po glowie...i ten sen - odwiedzil mnie moj dziesiec lat temu zmarly dziadek - Stefan!! Czy to jakis znak...? Jesli tak, to nie byl to ostatni znak tego dnia, ale po kolei...Na porannym obchodzie podnosza mi nogi do gory (to znaczy lozko, tak aby bylo jak najmniejsze parcie na macice) i dostaje nakaz lezenia, jedynie do toalety moge wstawac...nic poza tym. Jest i Maria - pociesza, ze mieli przypadek kobiety co 2 miesiace lezala z rozwarciem na 2 cm. W jakis tam niewielki sposob pokrzepiaja mnie rowniez slowa podslyszane z rozmowy ordynatora z reszta ekipy, ze to juz 28 tydzien, wiec jestesmy w dobrym punkcie. Samopoczucie nieco lepsze... Zmiana warty...M. pojechal do domu wypoczac...przyjechala jego kuzynka aby dotrzymac mi towarzystwa.
W pewnym momencie na sale wchodzi zakonnik ze szpitalnej kaplicy...blogoslawi moje Malenstwo i mnie sama...nie potrafie powstrzymac lez...leca jak oszalale. Czy to kolejny juz tego dnia znak???
Mimo, ze KTG nie wykazuje skurczy ja jednak cos tam czuje...delikatnie, ale chyba cos sie dzieje. Obiad poskubalam troche, ale srednio mi to szlo...czuje sie jakos dziwnie...jakby zmeczona...wczoraj jednak byl ciezki dzien i nie mniej ciezka noc. Wraca M., zwlekam sie z loza do toalety...skad tyle sluzu...i znow przerazenie czy to aby nie czop sluzowy...i znow boli...dzwonimy po polozna i czekamy na lekarza. Po kilku mintach robi mi sie jakos mokro:
ja - Massi, mi chyba wody odeszly
M. -  nie wyglupiaj sie...coTy gadasz
ja - no nie wiem...ale czuje sie jakos dziwnie...mokro. I brzuch mnie boli, chyba znow zaczynaja sie skurcze. Sprawdz prosze...
M. - sluchaj to nie wody...a krew. Lece po polozna!!

Po kilku minutach jest lekarz...wiezdza ekograf...szybkie USG, glowka jest jeszcze dosc wysoko, ale mocno plamie...za mocno...rozwarcie ponad 3cm. Odlaczaja mi kroplowke, bo w tej chwili nie ma juz ona sensu...jedziemy na porodowke na obserwacje, ale jak sie zacznie akcja porodowa to nie beda juz jej powstrzymywac. W rozmowie z M. lekarz wyjasnia, ze probowali jak mogli...poki leki dzialaly bylo OK, ale czasami  dla dziecka lepszy jest przedwczesny porod niz  kolejne srodki farmakologiczne.
No dobra, jedziemy na porodowke...totalnie nieprzygotowani...nie mam nic, wkladek poporodowych, majtek siatkowych...nic..zero!!  Telefon do kuzynki M., z prosba o sprokurowanie nam najniezbedniejszych rzeczy.  Podroz na porodowke nie trwala dlugo...w koncu to to samo pietro...skurcze sa wciaz nieregularne...witaja mnie usmiechniete twarze poloznych. KTG i monitoring bicia serca Stefka...
- wiem, ze trzeba wylaczyc telefon, ale czy ja moge zadzwonic do domu...przeciez oni musza wiedziec!!
- dzwon kochana...smialo, ale tak na szybko

Telefon do mamy, ze jestem na porodowce, ale chyba sie zaczelo i musze wylaczyc telefon. Odezwe sie pozniej...i tak kontakt rodziny ze mna urwal sie na kilka godzin...moge sobie tylko wyobrazic co Oni mogli wtedy czuc...wtedy nawet o tym nie myslalam.

No, ale wracajac do tematu...polozne swietne, w wiekszosci mlode dziewczyny...stworzyly niesamowicie przyjazna, wrecz kolezenska atmosfere...tak, ze nawet przez chwile nie pomyslalam, ze moze pojsc cos nie tak. Boje sie strasznie...najbardziej tego, ze sobie nie poradze, bo ja nie jestem gotowa...szkole rodzenia dopiero rozpoczelam....nie wiem jak oddychac...nic nie wiem...przeciez jest polowa maja, a ja mialam rodzic w sierpniu...no i ten test...wynik byl negatywnty. A skurcze swoje, przechodzimy na lozko do porodu czyli slowo sie rzeklo?...skurcze coraz silniejsze...7minut...5...3...potem praktycznie co minute...rozwarcie rosnie...boli jak jasna cholera...M. trzyma za reke, jest ze mna...boli....ja nie wyrobie...czy moge cos na znieczulenie??? - NIE, bo to porod przedwczesny...nie chcemy zaszkodzic Malenstwu.
Gdzies tam krzata sie mala filigranowa pielegniarka...brazylijka...podchodzi i stara sie mnie wesprzec dobrym slowem: 'moj syn tez jest wczesniakiem, prawie 20 lat ma...taki byl maly a teraz 190cm wzrostu...musisz wierzyc...zobacz...tam jest obrazek Matki Boskiej...patrz na niego i dmuchaj'...no to patrze i dmucham...choc czasami mialam ochote zwyczajnie sie drzec...obylo sie jednak bez niecenzuralnych slow...moze bylam zbyt przejeta aby przeklinac?! Wody plodowe moga w kazdej chwili peknac...pecherz jest bardzo napiety i podobno dlatego tak boli...

Przez ta moja sale przewijaja sie co rusz nowe twarze...slysze jak wymieniaja sie uwagami na MOJ/NASZ temat - ze trzeba zawiadomic UTIN...cos tam szepcza miedzy soba i zapada decyzja, ze jedziemy na sale operacyjna...nie boj sie, nie bedziemy ciac, ale tam jest lepiej...wiecej miejsca, aseptyczne warunki i ma korytarz wewnetrzny z UTIN'em. M. pomaga mnie przetransportowac i tu scena jak z filmu...drzwi sie rozsuwaja...wiezdzam z lozkiem...prosze poczekac...drzwi sie zamykaja. M. zostje za drzwiami, na operacyjna nie maja wstepu osoby postronne...przykro mi bo byl dla mnie oparciem i wiedzialam jak mu zalezalo, aby byc obecnym przy porodzie...pani doktor mianuje brazylijke odpowiedzialna za informowanie M. o postepach.

Razem ze mna na sali jest z 20 osob...tylko przy lozku stoi ich 6...rozsuwaja mi lozko, zakladaja worek...
ludzie...to sie dzieje naprawde. ja za chwile urodze...On za chwile bedzie z nami...28+5tc...tylko, ze ja doskonale wiem, ze to nie jest +5....bo cykle mam dluzsze, wiec On na pewno jest o kilka dni mlodszy...Panie prosze, juz sama nie wiem o co prosic!!
Czas leci nieublaganie...wody nie odchodza...boli....boli...rozwarcie jest, ale wody nie odchodza...Wymiana uwag miedzy personalem. Wtedy tam, nie wszystko rozumialam...to bylo troche jak szyfr, ale oni ani przez chwile nie dali mi odczuc, ze sytuacja jest powazna i cos moze pojsc nie po naszej mysl...usmiech nie schodzil im z twarzy...'wymazy wszystkie negatywne' (ufff, kilka dni wczesniej robili mi wymazy z pochwy), 'bicie serca jest...idealnie'...'przebijamy'...'UTIN zawiadomiony'...'wiedza ,sa gotowii czekaja na sygnal...dzwonic?'...'nie jeszcze nie, jak zaczniemy przec'...wkrotce czuje cieplo wyplywajacej wody i polecenie, ze jak czuje skurcze to mam przec...ok, dobra...jak to dziala....ktos mi tlumaczy...brawo Ewa, wlasnie tak...super!!...poczekaj, szyjka sie podwinela, nie przyj...i tu sie wydarlam ile sil w plucach, bo bolalo jak jasna cholera...'ok, zeszla'....'no to teraz juz jedziemy'...'dzielna jestes'...nabieram powietrza, zaciskam dlonie...jedna z poloznych wyciera mi czolo i nawilza usta....'fantastycznie wspolpracujesz, jeszcze ze dwa skurcze i bedzie z nami'...te slowa daja mi chyba jakiegos powera bo lapie oddech i pre ile sil...wykonczona opadam na lozko gdy slysze 'nie...stopa, zostala stopa'...resztkami sil pre i jest...widze zielone zawiniatko i ta zwisajaca stopke...'brawo bylas swietna, naprawde, gratulacje'....nawet nie wiem kiedy zostaje odcieta pepowina...Stefek zaintibowany jedzie z neonatologami na UTIN...
Wszyscy byli tak zaaferowani Malym, ze nikt nie spojrzal na zegar...o ktorej on sie urodzil?...nie wazne, czas na lozysko...polozna prowadzaca porod zaczyna tlumaczyc, ze teraz wskazane byloby urodzenie lozyska...nie wiem jak to zrobilam...gleboki wdech i po prostu je z siebie wypchnelam...gdzies tam slysze ponaglajacy glos: 'no, to co wpisac...potrzebuje godzine urodzenia' - '20:00' - haaa nie ma co, coz za precyzja...rowno o 20 :D

Pani doktor asystujaca, dopytuje sie  czy ojeciec zawiadomiony...brazylijka mowi, ze oczywiscie, juz dawno (przez szybke w drzwiach autostopa lapala :P)...'Ewa, bylas super...dziekujemy za wspolprace...z synkiem jest calkiem calkiem, ponoc nawet zakwilil'....zakwilil? to z plucami chyba nie jest najgorzej?
Pamietam, iz bylam wykonczona...cala drzalam...Panie Boze, pomoz nam...nie plakalam, nie mialam sily...albo po prostu jeszcze do konca nie zdawalam sobie sprawy z tego co sie wlasnie stalo...
Polozna zabiera sie do mycia i przegladania 'pola bitwy' - nie cieli, nie rozerwalo mnie...jest male pekniecie, ale nie krwawi, wiec obejdzie sie bez szycia...ruszamy w droge powrotna...za drzwiami stoi M. 'kochanie, jak sie masz?' Doskonale pamietam co mu wtedy odpowiedzialam - 'niedobrze mi' - niezle musialam byc otumaniona. Dostalam goraczki, ponad 38,5...paracetamol na zbicie, pic, pic i jeszcze raz pic!! Oksytocyna...
M. poszedl odwiedzic Stefka na Intensywnej Terapii...czekam niecierpliwie jakie wiesci przyniesie...dluzy mi sie strasznie...czuje jak ze mnie leci...czy to normalne? Matko, nie wiem...co chwila podchodzi polozna i sprawdza brzuch...macica cos za bardzo sie zrelaksowala, kolejna kroplowka z oksytocyny.
Jest juz dosc pozno...zmiana personelu...Erica - polozna, ktora odbierala porod przychodzi sie pozegnac i zyczyc wszystkiego dobrego. Dziekuje jej za pomoc, za caloksztalt!! W odpowiedzi otrzymuje skromne 'przestan, nie ma za co, to ja dziekuje za wspolprace'...lepszej poloznej nie moglabym sobie wymarzyc.
Wraca M. z lekka zszokowany, czym budzi moj niepokoj...cos nie tak?...co mowia?...co z nim?...jak pluca?
M: on jest taki malutki!! pelno ma kabelkow...jest zaintubowany, ma rurke w buzi. Niewydolny oddechowo, ale mysleli, ze bedzie gorzej...tzn. respirator, ale nie ze maszyna za niego oddycha
ja: ???
M: probowali mi tlumaczyc, ale nie potarfie tego odtworzyc...
ja: a ile wazy?
M: nie wiem bo mowia, ze to w tej chwili nie jest najwazniejsze

M. w dloni sciska plik dokumentow, ktore dostal na Intensywnej Terapii...mamy sie zapoznac i podpisac...cala lista mozliwych badan i dzialan ratujacych zycie (np. transfuzja)...M. zaczyna czytac, ja wole nie wiedziec...nie teraz...podpisze i koniec...wszystko, zeby go ratowac. Podpisujemy i M. wraca na UTIN a ja w miedzy czasie dzwonie do domu (do rodzicow)...sa wszyscy razem...rodzice, siostra, szwagier...byli ze mna myslami i modlitwa - tata sie poplakal na wiesc, ze Stefek jest juz z nami. Ciocia z siostrzenicami poszli do kosciola...moje male dziewczynki (2,5 roku i 5 lat) wzbudzaja sensacje glosno modlac sie 'Panie Jezusku pomoz cioci i Stefankowi'. Kochane moje!!

M. krazy miedzy porodowka a UTIN...jest stabilny...na razie tylko tyle moga powiedziec...wazy 1144g...ciezko o jakiekolwiek prognoz...na Jego stan trzeba patrzec z dnia na dzien...

Przychodzi nowa polozna...ta goraczka to moze byc infekcja...trzeba zrobic badania krwi, widze, ze w reku trzyma kilka buteleczek,w tym 'tabasco' - hmmm, tak mi sie wtedy skojrzylo. Mala buteleczka z czyms tam w srodku...dodajemy troche krwi - czary mary i jest infekcja!!, wiec bedzie i antybiotyk.
Minelo juz sporo czasu odkad leze na sali poporodowej...jest juz grubo po 22. Myjemy...odkrywa mnie i wyciaga worek z krwia - jej ilosc przeszla moje najsmielsze wyobrazenia - oglada,oglada...czyzby cos nie tak? No dobra myjemy...naciska mi na brzuch, aby wyczuc ewentualne skrzepy...boli...czuje jak wyskakuje ze mnie 'korek'...'Stracilas sporo krwi...porod przedwczesny...macica nie byla jeszcze do konca gotowa...musisz jeszcze troche tu u mnie zostac, tak dla pewnosci'. No dobra zostajemy...mija kolejna godzina...kontrola, przemywanie, przebieranie i wyjazd...wracamy na sale.  Rozsuwaja sie drzwi, za ktorymi czuwaly kuzynki M. i jego brat...jest juz prawie polnoc...jedna z kuzynek wciska nam siatke z prowiantem...jestesmy na mojej sali...od obiadu nic nie jadlam, ale nie mam apetytu, az do momentu kiedy nie wyczuwam salami...juz ponad pol roku jak nie mialam go w ustach. M. skwitowal to tak: ' wygladalas jak dziecko, ktoremu dano cukierka' :D

Tej nocy, mimo zmeczenia, ciezko mi bylo zasnac...moje mysli krazyly wokol synka (zastanawialam sie kiedy ja go wogole zobacze, jeszcze wtedy myslalam, ze bede Go mogla ogladac jedynie przez szybe) i saczcacej sie ze mnie krwi...



poniedziałek, 13 maja 2013

skurcze to czy nie skurcze...

15/05/2012

Pobudka niezbyt mila...mdlosci,okrutne mdlosci, glowa ciezka i zbiera mnie na wymioty. W sumie to moznaby przyznac, ze czekalam na ten dzien (nie z utesknieniem, ale podswiadomnie na pewno)...no bo przeciez juz tydzien nie zagladalam do muszli, a to na moja ciaze stanowczo za dlugo. Do tego wszystkiego brzuch pobolewa...jakos tak na okres...chyba mam skurcze...nie, to na pewno nie sa skurcze...to nie moga byc skurcze...bole sie nasilaja...Przychodzi M. i zastaje mnie z lekka spanikowana...na powitanie rzucam 'to bedzie dzis...on sie dzis urodzi....ja mam skurcze...chyba?!?...ja nie wiem, przeciez to moj pierwszy raz, ale strasznie boli'. Nie ma na co czekac, wyciagam reke i drzacym palcem dzwonie po polozna...niemal rownoczesnie wchodzi na sale Maria (wrocila do pracy po urlopie), od razu organizuje mi KTG...ale wystarczy spojrzec na moj brzuch i widac, ze ten bol to niestety sa skurcze. Czopki i tabletki na powstrzymanie...te silne ustaja, ale brzuch pobolewa do wieczora.
Mdlosci sie nasilaja...wracaja moi 'starzy przyjaciele' sprzed miesiecy - Plasil i Ranidil...za to kolacji dzis nie bedzie...bo po co mam ja dwa razy ogladac. Czuje sie potwornie...wizyta poloznicza...nie ma juz 13mm szyjki...nie ma nawet 5mmm...ba nie ma nawet 1mm...za to jest rozwarcie na 2cm i zakaz wstawania z lozka!! Zalamalam sie...przyszly kuzynki meza, probowaly mnie podtrzymywac na duchu....a ja....a ja ryczalam...i cala sie trzeslam. Znow dzialamy dozylnie!! Widzac moj stan psychiczny i fizyczny M. postanawia, ze zostaje ze mna na noc. Wszystko wskazuje na to, ze trzeba sie pospieszyc z wyborem imienia - pada na Stefano, ktore choc nie zachwyca zadnego z nas to jest kompromisem miedzy propozycjami M. i moimi.

sobota, 11 maja 2013

ROK TEMU...

...byl piatek, 11 maja 2012...byla piekna pogoda, slonko grzalo...byl dobry humor...na popoludnie bylismy umowieni na podgladanie Malenstwa...samopoczucie dopisywalo i rok temu o tej porze, niczego jeszcze nieswiadoma, spokojnie siedzialam na fotelu w salonie fryzjerskim...

Punktualnie  o 15:30 siedzielismy przed gabinetem...wyniki dobre, zelazo troche spadlo i choc anemii jeszcze nie ma to i tak trzeba zaczac lykac tabletki. Czas na podejrzenie Malucha...ma sie dobrze... nosek... usta... cudownie!! Tylko szyjka macicy sie troche skrocila - 3cm czyli trzeba duzo odpoczywac...a przeciez mielismy jechac na weekend do Nicei, mozemy???....ginekolog jakis niespokojny, cos te 3cm go nie przekonuja...robimy USG dopochwowe...a tam wyraznie widac, ze od srodka zostalo juz jedynie 13 mm szyjki...

Czyli jednak nie bedzie Francji...trudno, zdrowie synka najwazniejsze. Po chwili uswiadamiam sobie, ze nie tylko nie bedzie Francji...nie bedzie nawet spaceru po osiedlu...bedzie lozko i lezenie do gory brzuchem. To 28 tydzien....na szew okrezny juz raczej za pozno. Proba konsultacji telefonicznej z kolega ze szpitala - jest na urlopie. Nasza dobra znajoma robiaca specjalizacje z ginekologii, pracuje na oddziale...szybki telefon - ona rowniez na urlopie, ale radzi jechac do szpitala, bo klada na oddzial juz od 2,5 cm. Wszystko dzialo sie tak szybko...do samego konca nie rozumialam powagi sytuacji...nawet wtedy gdy wychodzilam z gabinetu z  zacisnietym w dloni skierowaniem na oddzial. Skok do domu...szybkie pakowanie i 10 min pozniej lezalam na izbie przyjec, na tym samym fotelu co kilka miesiecy wczesniej (o czym pisalam tutaj)...
Podczas wypelniania dokumentow dzwoni telefon...slysze, ze rozmawiaja o mnie...
- po skonczonej rozmowie lekarka wyjasnia, ze to byla dr P. (podobno sie znacie...?)...Maria, kochana!! Zadzwonila z drugiego konca Wloch, abym na pewno trafila na czesc oddzialu, na ktorym ona pracuje (tutejsza ginekologia ma 2 korytarze i dwoch przelozonych i mimo, ze polozne sa te same to lekarze nie koniecznie). Test fibronektyn - negatywny czyli przez najblizszych 7-10 dni na 99% nie urodze. No tak...tylko, ze pani nie wiedziala, ze ja obalam wszelkie statystyki. Moj 'numer identyfikacyjny' to od tej pory 8a...., 8b zajmuje dziewczyna z ogromnym brzuchem (z ciaza przenoszona)...Sale sa dwuosobowe, z lazienka, TV...wtedy myslalam, ze w szpitalu spedze najblizszych kilka tygodni, jesli nie miesiecy, wiec cieszylam sie nawet z glupiego telewizora.

Nie zdazylam sie jeszcze dobrze zadomowic..w sumie to ledwie zdazylam przebrac sie w pizame, a przy moim lozku juz stala polozna ze strzykawka w reku...co to takiego? - na pluca Malenstwa, pomozemy ich troche. Chwile pozniej pojawil sie i stojak z kroplowka na powstrzymanie skurczy...tyle, ze ja skurczy nie mialam, no dobra niech bedzie, ze ich po prostu nie czulam. Nazwy nie pamietam...chyba jakies tokolityki...matko, jak to powoli lecialo...nie moglam sie doczekac az w koncu skonczy kapac...a jak skonczylo to przyniesli nastepne...- tak, prosze pani, bo to bedzie przez 48h non-stop. Wtedy zaczelo do mnie dochodzic, ze to dzieje sie naprawde...ciezko  mi bylo w to uwierzyc i zaczelam sie modlic, zeby doczekac conajmniej do 32 tc...


12/05/2012

Dzien spokojny...kroplowka nadal kapie. Coraz wyrazniej zaczynam zdawac sobie sprawe, ze ja  nie doczekam do 40tyg, ani do 38...oni robia wszystko abym doczekala do 32tc. Boje sie..pojawiaja sie lzy, choc staram sie, zeby nikt tego nie widzial....Kolejna dawka kortyzonu w posladek (bolalo do cholerstwo)...polozna widzi, ze 'oczy mi sie poca' i stara sie pocieszac ' no cos Ty, bedzie dobrze...a w ogole to masz sie usmiechac to i synek spokojniejszy'.


13/05/2012

W koncu konczy sie kroplowka. W zylach plynelo mi kila tysiecy euro - ponoc 1 000 za flakon (pewna 'mila' polozna mi wypomniala :P  Przechodzimy na tabletki (co 6 godzin) i dopochwowo progesteron.


14/05/2012

Nic sie nie dzieje,   moze jednak doczekam do 32 tc.

piątek, 10 maja 2013

CIAZA i STATYSTYKI

29/11/2011 Brzuch nadal pobolewa, dochodzi i bol kregoslupa, piersi wrazliwe...hmmm spoznia sie nie pierwszy i zapewne nie ostatni razi...no tak, ale jutro czeka nas dosc dluga podroz i nie chcialabym mniec przykrej niespodzianki...a moze....nie, to niemozliwe...przeciez wszystkie objawy wskazuja na okres...jesli jednak do jutra sie nie pojawi to sprawdzic nie zaszkodzi...

30/11/2011 – nie pojawil sie...slowo sie rzeklo...wyciagam z szafki test (zakupiony kiedys tam, tak na przyszlosc :D...bez przekonania rozrywam opakowanie i postepuje zgodnie z instrukcja...10sekund – zwykle to pikus...nie tym razem – jak na zlosc dzis jest skapo...nie bede stac i bezczynnie gapic sie w te 2 okienka...mam 3 minutki, akurat zdarze odswiezyc twarz – splukujac zel z pyszczka, kontem oka widze test...nie...nie...nie moze byc – i taka jeszcze 'zapieniona' wedruje w jego strone...jak byk sa dwie...minela dopiero mniej wiecej minutka, ale kreska jest wyrazna... jestem w CIAZY!!

Ciaza cieszylam sie przez tydzien...pozniej wpisalam sie chyba we wszelkie mozliwe statystyki.Moja radosc z braku typowo ciazowych porannych nudnosci byla przedwczesna...przyplataly sie po niecalym tygodniu i trzymaly sie mnie jak rzep psiego ogona...i kto je w ogole nazwal porannymi?! Nie pomagalo nic...tabletki nie dawaly efektu...krakersy (zarty sobie stroisz...nawet nie moglam na nie patrzec, to samo z chlebem i cala reszta...). Po kilku dniach (sroda) doszly wymioty i te potworne bole zoladka...wyladowalam w szpitalu na 'pogotowiu' ginekologicznym - probowano dozylnie zwalczyc moje dolegliwosci...pomoglo (tak mi sie przynajmniej wydawalo)...nie chcialam zostac na oddziale..Kilka dni w domu...bylo coraz gorzej...a w piatkowa bezsenna noc ryczalam i blagalam meza, zeby zawiozl mnie do szpitala...Diagnoza: hyperemesis gravidarium,  (niepowsciagliwe wymioty ciezarnych)jedna kroplowka...druga kroplowka i mimo, ze wyniki w normie to zostalam przyjeta na oddzial...przed 4 dni non-stop pod kroplowkami wszelkiej masci. Po wyjsciu ze szpitala bylo calkiem calkiem...przez dwa dni. Przypadlosc ta dotyczy 0,2 - 3% ciezarnych (wow, czuje sie wyrozniona ;)...pocieszajace jest jedynie to, ze zwykle mija ok. 13 - 14 tygodnia. Wykreslalam dzien za dniem (waga spadla do 41kg)...tygodnie mijaly....14...15...16...17...zaczynalam tracic nadzieje, ze to, w ogole przejdzie!! Dni dluzyly mi sie niemilosiernie..nie mialam sily sie podniesc...symbioza z miska trwala w najlepsze....glowa byla jak z olowiu...Probowalam wszystkiego, tabletki, cukierki imbirowe...bransoletki uciskowe.Nadzieja odzyla gdy przez dwa tygodnie nie klekalam przed muszla klozetowa...umarla tydzien pozniej, gdyz okazalo sie, ze jestem w elitarnym gronie 10%, ktorym niepowsciagliwe wymioty 'umilaja' ciaze do samego konca...pocieszajace bylo jedynie to, ze wymioty od rana do nocy pojawialy sie juz tylko 2 razy w tygodniu. 
Najwazniejsze bylo jednak to, ze z malenstwem bylo wszytsko dobrze...pamietam jak kiedys w chwili niemocy ryczalam do brzucha, przepraszajac synka, za to, ze moze pozostanie jedynakiem...zazdroscilam tym, ktore o ciazy mowily jako o najpikeniejszym okresie ich zycia...tez sie chcialam cieszyc moim blogolsawionym stanem i rosnacym brzuszkiem...no wlasnie i kiedy 'bliskie spotkania trzeciego stopnia' zdarzaly sie juz tylko, mniej wiecej, raz w tygodniu...kiedy nadeszla wiosna i troche odzylam...kiedy rozpoczelam szkole rodzenia...kiedy wkroczylam w 3 trymestr i ponownie pojawila sie nadzieja na lepsze samopoczucie i na ostatni wyjazdowy weekend we dwoje, nadszedl 11 maja...

środa, 8 maja 2013

PIERWSZE PREZENTY

Wczoraj, tydzien przed czasem, dotarl do nas pierwszy urodzinowy prezent...no, niech bedzie, ze drugi...pierwszy byl bon na zakupy w Okaidi - 6 euro, ale zawsze jakis grosz sie zaoszczedzi.

Oto bohaterowie dnia - Stefano i jego bujana krowa...dokladnie, nie kon, a krowa :) Dojrzalam ja kiedys przypadkiem na zakupach i sie zakochalam...przegooglowalam...cena troche odstraszala...ciagle jednak gdzies mi tam siedziala w glowie i nadarzyla sie okazja - zrzutkowy prezent urodzinowy od prababci i dziadkow z Pl :) Synus zadowolony, krowy nie pytalam :P Na chwile obecna Stefek jest jeszcze troche za maly do samodzielnego jej uzytkowania...poki co glownie wykorzystujemy ja jako pufke do cwiczen zabawy na kleczaco :) 

  

 
Stefko i Vicky z Lilliputiens



wtorek, 7 maja 2013

DZWIEKI

 Sa takie dzwieki, odglosy, ktorych nie znosze...chyba kazdy takie ma. Jednym z nich jest odglos paznokci drapiacych tablice...juz na sama mysl sie wzdrygam. Drugim, wzbudzajacym we mnie podobne odczucia, jest ZGRZYTANIE ZEBAMI, ktore ostatnio funduje mi Stefek. Zaczelo sie ok. 2 tygodnie temu, wraz z przebiciem sie pierwszych gornych zabkow...za kazdym razem zamykam oczy i chce mi sie krzyczec. Nieeeee.....


  Gdyby ktos rok temu zapytal mnie o ten jeden znienawidzony dzwiek to zapewne w odpowiedzi otrzymalby - pulsoksymetr. To byl jednak dzwiek, ktory nie tyle bolal uszy co dusze....poczatkowo mnie paralizowal...te pytania platajace sie po glowie...'czemu to znow dzwoni....nie, ja nie chce...prosze!!...no i dlaczego nikt nie podchodzi....przeciez w TV na kazdy dzwiek biegnie z 5 lekarzy'...tam nikt nie biegal, wszystko dzialo sie na spokojnie...personelowi wystarczylo jedno spojrzenie aby ocenic sytuacje.    Pozniej zaczal stawac sie moja obsesja...gdy odlaczalismy go aby przewinac Malego, serce walilo mi jak mlot...'no bo co jesli akurat teraz zacznie spadac saturacja?' Juz wchodzac w tzw. strefe filtru, nasluchiwalam co tam za szyba slychac...w godzinach wizyt zaluzje zwykle byly odsloniete, wiec zerkalam czy Stefek aby na pewno jest 'grzeczny'...pamietam radosc gdy nad jego glowka wyswietlalo sie magiczne 100...pamietam tez chwile zaniepokojenia, gdy po otwarciu drzwi na oddzial zaczynal dudnic mi w uszach ten znienawidzony dzwiek i pytanie 'czy to ON dzwoni'. Z czasem bez patrzenia rozpoznawalam dzwiek stefkowego pulsoksymetru. Trudne byly rowniez chwile gdy odzywaly sie 'skrzyneczki' innych maluszkow - po tygodniu dolaczyl do nas Davide (urodzony w 25tc)...poczatkowo dzwonil dosc czesto i pamietam jak podziwialam jego mame, siedzaca obok z obiema dlonmi w inkubatorze...wpatrujaca sie z miloscia w to male cialko...wydawalo sie, ze ona w ogole tego dzwieku nie slyszy. Tez tak chcialam, ale nie potrafilam!!    

   Strefa filtr to nic innego jak dlugi oszklony korytarz, gdzie po prawej stronie byly okna na swiat zewnetrzny, a po lewej na swiat UTIN...pod oknami laweczki dla rodzin odwiedzajacych dzieciaczki....a po srodku figura patronki szpitala Matki Boskiej Milosierdzia. Korytarz byl w ksztalcie odwroconej 'elki' - ostatnia jego czesc wypelniona byla szafkami na ubrania rodzicow...polkami z odzieza ochronna....i zlew. Na scianach dziesiatki fotek bylych pacjentow i manifesty z prawami wczesniakow i ich rodzin. I te magiczne kolorowe dzrzwi, za ktrorymi zostawilismy tak wiele wspomnien...


   I jak tak cofne sie w myslach o rok....to dochodze do wniosku, ze to zgrzytanie zebami to wcale nie jest takie straszne!!

czwartek, 2 maja 2013

Jak sie tu znalazlam?

 Moje wirtualne pisanie zaczelo sie od bloga slubnego. Wraz z wyczerpaniem sie tematow slubnych zaczal rosnac mi brzuszek, wiec naturalnym stalo sie przeniesienie na portal dla mam. Niestety z miejscem tym, ktore swoja droga polubilam (rzeklabym nawet, ze bardzo) zaczelo sie dziac cos dziwnego i jakby powoli zamiera, wiec probuje swoich sil tutaj. Nie znikam stamtad...poczekam....poki co postaram sie dzialac na dwa fronty i zobaczymy co z tego bedzie.

A dlaczego w ogole pisze? Tak do konca to sama nie wiem. Na poprzednich blogach poznalam,choc jedynie witualnie, fajnych ludzi. Poza tym, czasami mam po prostu chec wyrzucenia z siebie tego co mi lezy na watrabie lub wygadania sie sama przed soba...