piątek, 1 czerwca 2018

Z pamiętnika sześciolatka!

Ostatnio czytałam gdzieś, że pięciomiesięczne nieomowlę śpi około 15 godzin dziennie. Moi synowie chyba o tym nie wiedzą ;) No cóż! O tym innym razem. Dzisiejszy post chciałabym poświęcić starszemu synowi. Nie pisałam o nim od dawna, a jego szóste urodziny to idealna okazja, żeby to nadrobić.

Tak, tak, nasz kilogramowy okruszek skończył niedawno sześć lat. Czas leci jak oszalały, we wrześniu zaczynamy przygodę z podstawówką, co nie ukrywam, z lekka mnie przeraża. Kiedy to minęło?

Pierwsze koty za płoty - Pavlova z malinami.


Patrzę na tego mojego pierworodnego i wierzyć mi się nie chce, że to już sześć lat. Stefano bardzo się zmienil, wydoroślał. Jest inteligentnym chłopcem, od jakiegoś czasu bardzo interesuje się czytaniem i pisaniem - zna cały alfabet. Potrafi poprawnie napisać wszystkie litery, ale grafika pozostawia wiele do życzenia. Myślę jednak, że to raczej umysł ścisły - bez problemu wykonuje operacje matematyczne (dodawanie/odejmowanie), do 10 liczy w pamięci, do 20 wspomaga się palcami (od rąk i stóp ;) powyżej 20 używa liczydła.

W przyszłości planuje zostać złodziejem ;) 
Ci z Was, którzy są z nami od dawna, zapewne pamietają, że Stefano miał ogromne problemy z mową. Praktycznie, do czwartego roku życia nie werbalizował. Bardzo długo czekaliśmy aż się przełamie i ruszy. No i któregoś dnia ruszyło! A ostatni rok syn idzie jak błyskawica. Buzia mu się nie zamyka, wszystko musi skomentować. Przed nami/przed NIM, jeszcze dużo pracy, bo czasami naprawdę ciężko zrozumieć to co mówi. Nie wypowiada dobrze wszystkich liter (np. ''R'', ale jest i kilka innych), a do tego mówi zdecydowanie za szybko. Od lutego Stefi uczęszcza, dwa razy w tygodniu, na prywatne zajęcia logopedyczne. Chodzi tam świadomy swojego problemu i odwala kawał dobrej roboty. Terapia prowadzona jest metodą Prompta i zapewniam, że efekty są widoczne.
Niektórzy mogą się zastanawiać, skąd decyzja o prywatnej logopedii skoro Stefano jako skrajny wcześniak jest pod opieką ''centrum rehabilitacyjnego'', które mu takową zapewniało. Nie będą się wdawać w szczegóły, ale centrum niejako się na nas wypięło - w sensie logopedię zawieszono bezterminowo i zastapiono innymi zajęciami, które zapewne synowi nie szkodzą, ale i nie wnoszą nic nowego. Po prawie roku ''obiecanek cacanek'', stwierdziliśmy, iż mamy dość ''gry w kotka i myszkę'' i działamy prywatnie. Mój mąż odbył dość niemiłą rozmowę z neuropsychiatrą i suma sumarum, od czerwca może przywrócą mu zajęcia.

Co jeszcze? Pierworodny jest jakby bardziej rozgarnięty. Doskonale wie, jaka jest aktualna data. Sam zajmuje się swoimi obowiązkami i przypomina nam na przykład, że dzisiaj musi oddać książkę do szkolnej biblioteki. Trzeba być naprawdę ostrożnym, gdy coś mu się obiecuje, ponieważ prędzej czy później się upomni ;) Ostatnio, wypisując zaproszenia na jego urodziny, poprosiłam go o pomoc, gdyż nie pamiętałam imion dzieci z przedszkola. Wymienił 22 z 23 (niektóre z nazwiskami) i tak go męczyło to jedno brakujące, że dwa dni później przybiegł do mnie wołając: "mamo, zapomnieliśmy o Asia'' :) 

Nasz mały tegoroczny sukces to fakt, że Stefano je obiad w przedszkolu. I nie, to już nie jest chleb z oliwą z oliwek, a makaron (bez sosu) i ser. Co więcej, nakazuje sobie nakładać naprawdę pokaźne porcje. 

We wrześniu ubiegłego roku nastąpiła jeszcze jedna ważna zmiana w naszym życiu. Stefano, dwa / trzy razy w tygodniu wraca z przedszkola busem. Na początku trochę się tego obawiałam, zupełnie niepotrzebnie. Na pokładzie znajduje się kierowca i Pani, kontrolujaca aby dzieci wysiadały na właściwym "przystanku". W rzeczywistości przedszkolaki są dostarczane do rąk własnych, ponieważ bus zatrzymuje się w uprzednio ustalonym z rodzicami miejscu. Nie sądzę, żebym musiała Was przekonywać, jak bardzo ułatwiło mi to życie gdy byłam w ciąży, a mój mąż pracował do późna. Wystarczy zjechać windą na parter i okrążyć blok. 



Zdjęcie robione z okna.
Ostatnio w przedszkolu odbywają się tzw. lekcje otwarte, które mają na celu przedstawienie tego, czego dzieci nauczyły się w danej materi, w trakcie roku szkolnego. Na lekcje angielskiego, mając na uwadze ubiegłoroczne zachowanie syna, szłam bez większych oczekiwań. Byłam zaskoczona, że Stefi nie tylko wykonywał wszystkie zadania grupowe, ale także zgłoszał się na ochotnika do wszystkich gier fakultatywnych. Byłam w szoku! 

Ostatnio Stefi rwie się do wszystkiego. Tu bieg w workach na festynie św. Marka.




W sobotę, 19 maja, świętowaliśmy urodziny Stefano. Miał to być mały kinderbal, po cichu martwiłam się, by było choć tylu gości, co w zeszłym roku, bo z frekwencją, na tego typu imprezach, bywa różnie. Goście nas jednak pozytywnie zaskoczyli, swoją obecność potwierdziło 17 na 23 dzieci z przedszkola. Niektórzy przyszli z rodzeństwem i ostetecznie była impreza na ponad 50 osób, z czego 25 dzieci. Maluchy były tak zajęte zabawą, że nie myślały o jedzeniu, nie poszła nawet paczka chipsów, gdzie zwykle nie nadąża się z ich dokładaniem. Stefano był w siódnym niebie, a i my byliśmy przeszczęśliwi tak wysoką frekwencją. Całe szczęście wybraliśmy (syn wybrał) salę, gdzie cena wyjściowa jest, co prawda wyższa, niezależna od ilości uczestników.  Było super, a w momencie gdy dzieciaki same z siebie zaczęły skandować głośno - STEFANO, STEFANO....., aż się nieco wzruszyłam! 

foto - allmusichall perugia 

Od kilku miesięcy na tapecie jest Blaze, którego Stefano zażyczył sobie na torcie. Nie wiem skąd to nagłe zamiłowanie, wszak Blaze leci we Włoszech już od dobrych klku lat i owszem syn oglądał wspomnianą bajkę, ale wydawało się, że nie należy ona do jego ulubieńców. Zabawek z wizerunkiem głównego bohatera nie ma żadnych, tutaj prym wciąć wiodą LEGO, które mam wrażenie niedługo wyskoczą mi i z lodówki ;) Duńskich klocków, w rożnorodnej postaci, mamy już całkiem sporo,. Stefano, bez wiekszych problemów składa te przeznaczone dla dziewieciolatków. Ostatnio do kolekcji dołączyły pierwsze zestawy LEGO Technic.
Wracając do myśli przewodniej, jedyna rzeczą z megatrucks, którą kupujemy jest miesięcznik Blaze. Kilka miesięcy temu, Ste postanowił wysłać do redakcji swój rysunek i sami zobaczcie...

Cóz, talent plastyczny ma po mamusi :)
W przedszkolu odbyły się darmowe (dzięki mamie policjantce) zajęcia ''edukacji drogowej''. Czyż nie są oni słodcy?!


wtorek, 20 marca 2018

Moje chłopaki!

Dziękuję Wam wszystkim serdecznie za komentarze pod ostatnim postem. Dziękuje również za wiadomości prywatne, dopytujecie co u nas? Zbieram się i zbieram do napisania kilku słów, ale jak widać, marnie mi to wychodzi. Życie - moje chłopaki, pochłonęło mnie całkowicie. 

Podobni? Zdania sa podzielone ;)

Za dwa dnia Luca skończy 3 miesiące (kiedy to minęło?). Jest cudownym, radosnym maluchem. Bardzo dużo się uśmiecha, sporo ''guga'', ale czasami lubi pokazać kto tu rządzi. Stefano, z kolei, jest wspaniałym starszym bratem - niby twierdził, że rodzeństwo mu do szczęścia nie potrzebne, ale nie dałby brata skrzywdzić. 

Luca, 2 miesiące.

Dziś to by było na tyle. Postaram się wkrótce napisać wiecej. Uciekam.
Do usłyszenia.

sobota, 30 grudnia 2017

Oto i On!

Poznajcie. Luca - 3020g i 48cm, urodził sie 22/12/2017 o nieludzkiej godzinie 2:42 nad ranem :)



Tak jak napisałam w poprzednim poście, syn nasz uparcie siedział w brzuchu i poza jednym fałyszwym alarmem, nic nie wskazywało na to, że zamierza opuścić swoją miejscówkę. Ostatecznie przekonał go do tego Propess.

Do usłyszenia

czwartek, 21 grudnia 2017

Update

Wciaz jestem w dwukapaku!
We wtorek wieczorem, z silnymi skurczami, trafilam na oddzial. W nocy bole przeszly!
Dzis - 40+3 - ordynator zarzadzil zaczac indukcje. Cosik jakby ruszylo, ale przed nami jeszcze daleka droga!
Wyczerpana jestem i fizycznie i psychicznie!
Do uslyszenia

P.S. We wtorek przypadkowo odkrylismy, iz Stefano oglosil w przedszkolu, ze jego brat nazywa sie Luca ;)

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Serce czy rozum?

Ostatnio napomknęłam, że nasz drugi syn wciąż pozostaje bezimienny. Mąż żartuje sobie, że nie chcemy dziecku z góry narzucać imienia i wybierze je sobie sam, jak troszkę podrośnie ;) A prawda jest taka, że w temacie powyższym jesteśmy beznadziejni. O ile  imionami żeńskimi, które podobają nam się obojgu w równym stopniu, moglibyśmy cały zeszczyt zapisać, o tyle chłopięca stronnica propozycji jest niezwykle mizerna, by nie powiedzieć pusta.

Déjà vu. Identyczne katusze przeżywaliśmy 5 lat temu! Stefano, był swego rodzaju kompromisem. Ani u mnie, ani u męża nie było to imię marzeń, ale gdzieś tam się przewijało. Teraz nie wyobrażam sobie by pierworodny mógłby nazywać się inaczej.

Naturalnie ''pomocników'' do wyboru imienia mamy wielu. Każdy z nich, wielce przekonany o wspaniaołośći swojej propozycji, nie omieszka nas uświadomić o beznadziejności naszej. O ile początkowo było całkiem zabawnie, z czasem zaczęło mnie to naprawdę denerwować i tylko przez grzeczność (i szacunek) jeszcze nikomu nie wygarnęłam co myślę o ich zachowaniu, kpinach i podśmiewaniu. Chwilami, gdy odzywa się we mnie instynkt obronny, mam niepohamowaną chęć nadać synowi imię na przekór wszystkim. Oczywistym jest natomiast, że Nam pomysły osób trzecich nie mogą się nie podobać!


A teraz, tadam!

Propozycje taty - Dario, Sandro
Propozycje mamy - Filippo

Co do Dario, byłabym w stanie ustąpić, gdyby nie jego polski opowiednik, który (bez urazy, wszak o gustach się nie dyskutuje) wzbudza u mnie dreszcze. Nawet gdbym wszystkim w Polsce nakazała cyrograf podpisać, to prędzej czy później (zgaduje, że prędzej) i tak syn nasz stałby się Dareczkiem czy Darusiem. Nie! Nie wchodzę w to!

Co do Filippo, nie ustąpi mój mąż, gdyż jest ono ''za wolne'' ;) W sumie to i ja sama nie byłam przekonana. Imię samo w sobie mi się podoba (również polski Filip), ale musicie wiedzieć, że niemal każdy Filip we Włoszech staje się Pippo, a tego bym nie zniosła.

M. ma jednakże jeszcze jedną propozycję, którą delikatnie forsował już przy Stefano. Celowo zostawiłam ją na konieć, bo to ona wzbudza największe kontrowersje wśród osób postronnych - LEONE. Początkowo byłam bardzo na nie, z czasem zaczęłam się z tym imieniem oswajać, ale... Bo zawsze jest jakieś ''ale''... ostatnie  miesiące przyniosły, we włoskim showbusinessie, multum dzieci noszących lwie imię. Fakt bycia posądzonym o kopiowanie celebrytów chyba blokuje nas najbardziej. Z jednej strony M. ma to gdzieś, z drugiej wyraźnie go to męczy.

Słowo ''LEONE'', na język polski tłumaczone jest jako lew. Odkryłam jednak , iż w stosunku do imienia trafniejszy bylby przekład LEON. I ten Leon chwycił mnie za serce :) Problem w tym, że we Włoszech imię powyższe wypowiadane jest z francuzkim akcentem i tu znów obawa, czy to aby nie jest już zbyt dziwne?!

Gdzieś tam, na drugiej, trzeciej czy czwartej pozycji, krąży LUCA.  Proste, krótkie i jedyne apceptowane przez starszego brata. Jesteśmy bardzo blisko od postawienia przysłowiowej kropki nad ''i'', ale jak to ujął mój mąż pozostałe dwa imiona nie dają mu spokoju.

Podczas burzy mózgów padło również LEONARDO, ale przy dziesięcioliterowym nazwisku, zależy nam na czymś krótkim. Niby jest LEO, ale tutaj tak jakby czegoś nam brakuje ;) Sami powiedzcie, jesteśmy przypadkiem beznadziejnym!!!


DRZEWO GENEALOGICZNE

Jak już wcześniej wpsomniałam, o gustach się nie dyskutuje. Jasne, że nie wszystkie imiona  wybierane przez rodzinę i znajomych dla swoich pociech mi się podobają, ale też nigdy z premedytacją czy wręcz satysfakcją nie odważyłabym się im powiedzieć w twarz - Chyba rzeście oszaleli? lub Biedne dziecko! itp...

Nawet sobie nie wyobrażacie ile się nawzdycha i naprycha moja teściowa na propozycje swojego syna, Małżonek mój twierdzi, że jeśli zdecydujemy się na Leone, to babcia będzie się wstydziła przyznać jak wnuk ma na imię ;)

Takie teraz mamy czasy, że wchodzenie z buciorami w życie innych i komentowanie ich wyborów jest na porządku dziennym. Kilka miesięcy temu jednak, wpadło mi ręcę drzewo genealogiczne włoskiej rodziny. Kochani moi, tam to dopiero są perełki. Tym bardziej dziwi mnie łatwość, z jaką niektórzy pozwalają sobie nas oceniać. Poniżej kilka przykładów, tych ciekawszych, które również we Włoszech są ekstremalne. Gotowi?

Dziadkowe męża, ze strony ojca to Ezio i Ulderica. Imiona rzadko spotykane, ale nie szokujące. No, ale idźmy dalej i proszę pańśtwa jest i Leone :)

Imiona męskie: Telesforo, Ponziano, Ermenegildo, Ettore, Elpilio, Ovidio...

Imiona żeńskie: Ersilia, Gea, Casilde, Clotilde...

A Wy czym kierowaliście się wybierając imiona dla Waszych pociech? Sercem czy rozumem, a może mix jedneo i drugiego? Rodzinną tradycją czy jeszcze czymś innym?

p.s. Czterdziesty tydzień w toku, a tu cisza!!!

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Wieści z frontu

Cześć świecie, chciałabym pisać częściej. Miałam mocne postanowienie poprawy, ale okoliczności nieco mnie przerosły:


 1. Stefano już drugi tydzień z rzędu zaczyna w domowych pieleszach. Zaczęło się nagle i pisząc nagle mam naprawdę na myśli z minuty na minutę. Syn praktycznie odprawiony do przedszkola - obudzony, najedzony, ubrany (włącznie z butami) dostał ataku kaszlu i to takiego, że aż zgłupiałam i paszczę rozdziawiłam. Stwierdziłam na prędce, że przedszkole nie zając i nie ucieknie, więc pierworodny został w domu na obserwacji. I na całe szczęści. Co prawda, kaszel (po inhalacjach) zelżał, ale po obiedzie, pierworodny, od niemowlęctwa wyznający zasadę, iż drzemka w dzień to strata czasu, zaczął mi się pokładać. Termometr zapikał 37,4 i niestety do był dopiero początek. Pod wieczór kresek było już 38.
Pediatra, dzień później, zdiagnozowała zapalenie krtani. Samo przyszło, samo przejdzie! Postanowiliśmy zostawić syna w domu jeszcze w środę, by w czwartek mógł spokojnie powędrować do szkoły. W środę w nocy ponownie zrobiło się gorąco, do tego doszedł katar i kaszel. Okropny suchy kaszel, doprowadzający matkę do bólu głowy, a syna do bólu brzucha, spowodował, iż w sobotę mąż zabrał syna na ''guardia medica'' (pomoc doraźna/pogotowie). Opukali, osłuchali - gardło czerwone, flegma zalega na górnych drogach oddechowych stąd ten okropny chruchel (oskrzela i płuca czyste). Nakazali poić (często, małymi łykami) i czekać, aż kaszel przerodzi się w mokry i zacznię się ''odrywać''. Na tę chwilę mam nadzieję, że powoli wychodzimy na  prostą.

2. Jestem nerwowa - stres przedporodowy dopadł mnie na całego. Tak, tak my jeszcze w dwupaku - dziś wkroczyłam w 39 tc, który jeszcze do niedawna był dla mnie fikcją, czymś nieosiagalnym. A tu proszę, ciąża donoszona - drugorodny nie będzie wcześniakiem! Hurra, hurra, ale ja już mam dość (nigdy nie sądziłam, że to powiem) - jestem ociężała, obolała. Irytuje mnie ciagłe szukanie alternatyw na zabawy proponowane przez syna, bo przecież matka nie może  teraz biegać wokół kanapy z kaskiem na głowie by bawić się w policjantów i złodziei. Wkurza mnie moja niezdarność - wszystko leci mi z rąk. Dość mam wykorzystywania innych, bo ze względu na zawroty głowy i kurcze, z domu już sama nie wychodzę. Z resztą i tak nie mam się w co ubrać, klasyka co nie? Tylko kochani, ja tu nie prawię o kieckach, spodniach czy sweterkach, a nakryciu wierzchnim. Zimota przywędrowała i do Włoch, a ja nie mam kurtki zimowej, która byłaby w stanie objąć moje aktualne gabaryty i wciąż paraduję w ciążowej parce wiosenno-jesiennej.

Dwa tygodnie (z hakiem) temu!


3. Powiedzmy, że za nami jeden ''fałszywy alarm''.  W ubiegły czwartek, po konsultacji telefonicznej z ginekolog prowadzącą ciążę, musielismy udać się na pogotowie ginekologiczne by wykluczyć pęknięcie wód płodowych. USG i KTG wyszły dobrze, ale badania wykazały infekcję dróg moczowych.


A jutro, trzymajcie kciuki. O ile dotrwam, o 10:15 jestem umówiona w szpitalu na zdjęcie szwa okrężnego. Może to być ten moment, gdzie wszystko ruszy i od razu (lub po chwili) rozpocznie się akcja porodowa. Ciężko to wcześniej ustalić, wszystko zależy od tego, czy szyjka jeszcze się trzyma sama czy jest już tylko ''na łasce'' kawałka sznurka.  Zdradzę Wam, że chyba bym chciała, aby to własnie była ''godzina W''.  Walizka spakowana, tylko ten tego nasz syn wciąż bezimienny ;)

poniedziałek, 13 listopada 2017

Szew okrężny, czyli słów kilka o prowadzeniu ciąży zagrożonej we Włoszech

Czym różni się ciąża zagrożona, od ciąży ''normalnej''? Na powyższe pytanie możnaby odpowiedzieć krótko i zwięźle - ilością, różnorodnością i częstotliwością badań.

My miesiąc temu, aktualnie gabaryty nasze są nieco okazalsze ;)

Planując powiększenie rodziny, wiedziałam, że moja potencjalna ciąża zostanie sklasyfikowana jako zagrożona lub, jak kto woli, o podwyższonym ryzyku. Czynników było kilka, ale nie chciałabym się powtarzać, dlatego tutaj ograniczę się do szybkiego ich wymienienia:
  • pierwsza ciąża zakończona przedwczesnym porodem i narodzinami skrajnego wcześniaka w 29tc, z powodu niewydolności szyjki macicy
  • konizacja szyjki w 2015 roku
  • poronienie
Spragnionych szczegółów odsyłam do starszych postów - tu i tu.

Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że wszystkie informacje oparte są na moim przypadku. Nie wiem w jaki sposób bylaby prowadzona podobna ciąża w Polsce. Powiem więcej, nie mam zielonego pojęcia jak wygladałaby sprawa w innych rejonach Włoch.

Zanim zagłębię się w temat, kilka suchych faktów, niezbędnych by zrozumieć włoskie realia. Służba zdrowia na ''kozakowym'' półwyspie nie jest w pełni bezpłatna (naturalnie od zasady są wyjatki), z reguły za wszelkie świadczone usługi pobierany jest ''ticket' - jego wysokośći zależna jest od rodzaju badania, ale nie może przekraczać 36euro.
Kobiety ciężarne są kategorią uprzywilejowaną, a więc zwolnioną z niektórych opłat - SSN (włoski NFZ) oferuje np. darmową cytologię, wizyty ginekologiczno-położnicze (nie mylić z USG, te refundowane są tylko dwa - w pierwszym i drugim trymestrze), niektóre badania laboratoryjne. Skierowania na powyższe badania wystawia lekarz rodziny, opięczętowując je odpowiednim kodem, ze względu na tydzień ciąży. Jeśli na recepcie nie widnieje kod M + tc oznacza to, że badanie jest odpłatne.

Drugą sprawą jest prowadzenie ciąży. Powiedzmy, iż w Italii funkcjonują dwa modele - prywatny i publiczny. W publicznym, jak możecie się domyślać, naszym punktem odniesienia jest szpital. Osobiście, we wszystkich ciążach, korzystałam z usług ginekologów prywatnych (muszę jednak zaznaczyć, że moja obecna ginekolog pracuje również w szpitalu). Jak to wygląda w praktyce?
Na początku ciąży wybieramy zaufanego ginekologa, któremu powierzamy prowadzenie ciąży - do niego będziemy wędrować na kontrole, USG, jego będziemy terroryzować telefonami, to on będzie nam zlecać badania. UWAGA - ginekolog zleca badania, ale skierowania wypisuje nam lekarz rodzinny! Dlatego też korzystając z usług prywaciarza, nadal mamy szansę robić badania na fundusz (i korzystać jeśli są one bezpłatne). Przyznaję szczerze, że bardzo mi się to podoba.

Ale do brzegu - ciąża zagrożona, obięta jest specjalnym traktowaniem. Lekarz, jeśli uzna to za uzasadnione, może nam nadać ''esenzione''  - KOD, który zwalnia nas od wszelakich płatności medyczno - sanitarnych na cały okres trwania ciąży. Nie jest to bez znaczenia gdyż,  jak wspomniałam na wstępie, podobna ciąża charakteryzuję się zwiększoną ilością i częstotliwością badań.  Na przykład ja, od drugiego trymestru ciąży, średnio 2 razy w miesiącu muszę udawać się na pobranie krwi, oddawać probki moczu, więcej mam także wymazów z pochwy (ich jednorazowy koszt, płacąc jedynie ''ticket'' to suma rzędu 150 euro) itp...


Kilka faktów o mojej ciąży:

  • do 9 tygodnia przeszłam 3 badania ultrasonografem
  • badania prenatalne nieinwazyjne - Bitest (test podwójny), wraz z przeziernością karkową. Wyszedł negatywny, więc nie zlecono kolejnych badań w tym kierunku - po 35 roku życia, wszystkim obywatelkom Włoch oczekującym potomstwa zalecana jest amniopunkcja. 
Gdyby ktoś był ciekawy jak wygląda płód w 13tc - zdjęcie wykonane podczas badania przezierności karkowej

  • tzw. morfologica - włoski odpowiednik USG połówkowego
  • w 17tc założenie szwu okrężnego, poprzedzone USG premorfologica 
Szew okrężny - zakłada się na szyjkę macicy (przy podejrzeniu jej niewydolności) od strony pochwowej. Procedura, mimo iż nie jest długa, wymaga kilkudniowej hospitalizacji (najczęściej 2 doby po operacji). Zabieg wykonywany jest w znieczuleniu ogólnym, ewentualnie zewnątrzoponowym, co wymaga wcześniejszego odbycia wizyty anestezjologicznej. Po założeniu szwu zostaje nam podany antybiotyk oraz przepisana kuracja progesteronem (dopochwowa lub doustna), trzeba liczyć się z delikatnymi plamieniami, szczególnie dbać o higienę intymną oraz powstrzymać od współżycia.

Niby nic strasznego, a bardzo się tym zabiegiem stresowałam, a to znieczulenie, a to znów myśl o kilkudniowym rozstaniu z synem. Zgodnie z ustaleniami zabieg miał zostać wykonany w znieczuleniu ogólnym. Psychicznine byłam przygotowana na to, że będę spać, chwilę przed ''wjazdem'' na salę operacyjną poniformowano mnie, że jednak, ze względu na dziecko, skłaniają się do ''epidurale''. Obleciał mnie  strach, bałam się tej długiej igły w kręgosłupie itp...  Na wstepie zostałam podłączona do różnych aparatur - pulsoksymetr czy ciśnieniomierz. Zapewne wszyscy wiedzą jak wygląda znieczulenie zewnątrzoponowe - u mnie było nieco inaczej. Po zaaplikowaniu środków znieczulająch, musiałam, przez ok. 5 minut pozostać w pozycji siedzącej z głową wkuloną w kolana - jak zostało mi wytłumaczone, chodziło o to by znieczulenie nie poszło w górę kręgosłupa, a pozostało w obszarze miednicy. Po kilku minutach zaczęło mi się kręcić w głowie, czułam się jakbym miała zemdleć. Natychmiastowe podanie tlenu załatwiło sprawę.
Sam zabieg nie był bolesny, ale do przyjemnych też nie należał.  Po ok. 9 minutach, uszu mych doszedł głos profesora ''nożyczki'' i chwilę później ''dziękuję państwu''. Niemal od razu wróciłam na moją salę, kilka godzin później wyjęto mi cewnik (konsekwencja znieczulenia zewnątrzoponowego) i nakazano minitorować oddalanie moczu.
Na szczęście obyło się bez komplikacji, więc dzień później byłam już w domu. Z reguły zabieg podobny wymaga kilkudniowego wypoczynku, po czym wracamy do tzw. normalnego życia, naturalnie unikamy wysiłku i przemęczania się. Może się jednak zdarzyć, iż dostaniemy nakaz leżenia - wszystko zalezy od ''stanu'' szyjki. Od tego momentu kontrole ginekologiczno-położnicze mam co 2-3 tygodnie. Początkowo obserwowano zarówno szyjkę, jak i stan płodu. Od 6  miesiąca  maluch kontrolowany jest mniej więcej raz w miesiacy, szyjka macicy cały czas co 2-3 tygodnie.


Aktualnie jestem w 35 tygodniu ciąży. Stawiane początkowo progi (cele) zostały osiągniete - pierwszym było dotarcie do 30tc, następnie 34tc, kolejnym jest osiągnięcie 36 tygodnia. Jeśli dotrwam, w 38tc zostanie mi zdjęty szew.

Stresu jest wiele (czekam również na wyniki ostatniej cytologi), na żadne badanie nie szłam spokojna, za każdym razem towarzyszyło nam (mężowi również) drżenie rąk i zimny pot - uspokajał nas dopiero widok bijacego serduszka. Od połowy ciąży doszła obawa o szyjkę.


POWIEDZ KOTKU, KOGO MASZ W ŚRODKU

Jak słusznie wyłapała Luxusowa, a ja potwierdziłam w komentarzach, pod sercem noszę osobnika płci męskiej. Naturalnie, jak tylko rozeszła się wiadomość o ciąży, pojawiły się pytania w stylu ''kogo bym wolała?'', niektórzy ograniczali się do swierdzenia ''życzę ci dziewczynki'', a jeszcze inni na wieść o kolejnym synu rzucali ''nastepna będzie córka''. A co ja Wam powiem? Zanim pojawiły się pytania, w ogóle nie zastanawiałam się czy wolałabym chłopca czy dziewczynkę. Później nieuchronie zaczęłam, wewnątrz siebie, szukać preferencji odnośnie płci i wiecie co ja naprawdę pragnęłam jedynie by nasze dziecko było zdrowe. Cieszę się z syna, tak samo cieszyłabym się z córki.


MOJE ODCZUCIA

Właśnie weszłam w 36tc (tak post ten ''pisał się'' wyjątkowo długo), dziś kończy się 8  miesiąc ciąży, a mną miotają sprzeczne emocje - z jednej strony pragnę by ciąża trwała jak najdłużej, z drugiej zaczynam mieć dość leżącego trybu życia. Nie ukrywam, iż chwilaim ogarnia mnie również strach przedporodowy, do porodu teoretycznie pozostało 35dni.