wtorek, 7 kwietnia 2020

kwarantanna, tydzień 5

Cześć wszystkim,

Korzystając z okazji, że mam zarówno wolny komputer, jak i chwilę czasu, zasiadłam do pisania, ale sama nie wiem co pisać.

Jak w tytule, tydzień 5 kwarantanny (w Lombardii 6), który w sumie już dobiega końca. Ostatni raz poza domem, na krótkim spacerze na osiedlu byliśmy 8 marca...na szczeście mamy balkon, zawsze to coś!

Mamy się dobrze i to jest najważniejsze!

Sytuacja we Włoszech jakby się ciutek zaczęła poprawiać - przyrost naowych zarażonych jest stabilny. Od kilku dni obserwujemy powolny spadek ilości osób hospitalizowanych, w tym na intensywnej terapii. Co za tym idzie włoskie szpitale zaczynają oddychać. Liczba ofiar śmiertelnych wciąż poraża!!!


Jak na ironię, teraz gdy wszyscy siedzimy w domu, nie mam na nic czasu. Mąż pracuje z domu (zamknięty w jednym pokoju), Stefano się edukuje w drugim, a Luca próbuje jak może im przeszkadzać. O ile M. do pracy nie muszę zapędząć , o tyle Stefano wołami trzeba ciągnąć - jakbym widziała siebie z czasów liceum. Do niedawna, nauczyciele kontaktowali się z dziećmi za pomocą rejestru on line i odwalały kawał dobrej roboty - były filmiki z lekcjami, wiadomości głosowe, kserówki, zadania interaktywne itp... Dzieci zadania wykonują, my skanujemy i odsyłamy do sprawdzenia. W ubiegłym tygodniu dyrekcja, mimo sprzeciwu nauczycieli, postanowiła uruchomić wirtulaną szkołe również dla najmłodszych...3 razy w tygodniu po 2h zegarowe.  Na szczęście mamy super kadrę nauczycielską, która dostosowuje te zajęcia do wieku uczniów, bo wiecie jak to jest w tym wieku - co drugie zdanie to XYZ wyłącz mikrofon!
Stefano nie ma problemów z samodzielną obsługą komputera (o to się nawet nie martwiliśmy), ale wgapiać się w skupieniu przez 2h w ekran komputera już nie jest wcale takie proste. Wiem, że niektórzy rodzice siedzą całe 2h obok swoich pociech. My tego nie robimy, po prostu doglądamy co kilka minut czy nasz uczeń jest na posterunku.
Panie często przerywają zajęcia i dają głos uczniom. 

Mam nadzieję, że i Wam i Waszym bliskim dopisuje zdrowie?!

 do usłyszenia
Ewa




środa, 11 marca 2020

Koronawirus, sytuacja we Włoszech

Tak naprawdę to nie post, bo wklejam, to co napisłam dziś rano u mnie na mediach społecznościowych.  Trzymajcie się zdrowo



Cześć, dziękuje za wszystkie wiadomości i troskę!
Od wczoraj 10/03, całe terytorium półwyspu apenińskiego, mocą dekretu #iorestoacasa stało się strefą chronioną (zamkniętą). Co to oznacza w praktyce?
- całkowicie zablokowany został ruch turystyczny, nie tylko w obrębie półwyspu apeniskieo, ale i wewnątrz poszczególnych gmin. Jest od dopuszczalny jedynie w wyjątkowych przypadkach - służba zdrowia, praca, ważne powody rodzinne, zakupy. Jeśli zostaniemy zatrzymani mamy obowiązek wypełnić autodeklarację wyszczególniając powody naszego przemieszczania się. Fałszywe podanie danych grozi karą rzywny od 206 euro i 3 miesięcy aresztu.
- sklepy są normalnie zaopatrywane, jedynie limitowana jest ilość osób przebywających w środku, w tym samym momencie. Na zakupy chodzi jedna osoba z rodziny!
- zamknięte są muzea, teatry, kina, puby, dyskoteki
- restauracje i bary działają jedynie w godzinach 6.00 - 18.00, tylko i wyłacznie jeśli sa w stanie zagwarantować bezpieczną odległość 1 metra, również na świeżym powietrzu(po 18 jedynie take away)
- zamkniecie placówek oświatowych na wszytskich etapach edukacji, zostało przedłużone do 3 kwietnia. Wprowadzony został homeschooling
- transport działa normalnie (jakoś trzeba do pracy dojechać)
- nie odwiedzamy się wzajemnie
- imprezy masowe zostały odwołane już dawno
- zamknięte są również siłownie, baseny itp
- odwołane wszelkie imprezy sportowe (z piłlą nożną włącznie). Sport indywidualny dozwolony jest tylko na dworze.
Jeszcze przed dekretem, decyzją episkopatu zostały odwołane wszystkie msze swięte, do 3 kwietnia włącznie.
Niestety takie środki bezpieczeństwa były niezbędne, gdyż cześć społeczeństwa za nic miała prośby i groźby rządzących. Sytuacja jest bardzo poważna i nawet najwięksi sceptycy, nawołują, iż czas się opamiętać. Włoska służba zdrowia jest na skraju wydolności...w Lombardii (jeden z najbogatszych regionów półwyspu) brakuje miejsc na intensywnej terapii i przenoszą pacjentów w inne regiony. Cały czas trwa walka z czasem, sukcesywnie tworzene są nowe miejsca na IT, ale wciąż jest ich mało...
I nie, to nie jest panika. To niestety jest rzeczywistość.
p.s. Dodam jeszcze, że władze lokalne same proszą rząd o zamknięcie na 4 spusty dosłownie wszystkiego  (oprócz sklepów z żywnością i aptek). Jak się niektórzy nie opamiętają, to taki będzie następny krok.


-------------------------------------
Przepraszam, że nie odpisuję od razu na wiadomości, ale mimo że już prawie tydzień siedziemy w domu, to wciąż ciężko mi się ogarnąć. Jak wspomniałam mamy homeschooing, wiec to też zajmują trochę czasu, zwłaszcza, że Luca uparcie chce bratu pomagać w nauce. 

Ja z dziećmi, nie wychodzimy w ogóle z domu (od niedzielnego spaceru po osiedlu). Mój mąż chodzi do pracy i on nas zaopatruje w żywność. 

do usłyszenia 

Ewa

wtorek, 15 października 2019

Kwiat Garganu, czyli wspomnienia o minionych wakacjach.

Wiem, wiem, mamy połowę października, a ja tu wyskakuję z czerwcowym urlopem. Tekst napisałam już dawno, ale obiecałam sobie wybrać i obrobić nieco zdjęcia. Ostatecznie wybrałam kilka na szybko z telefonu, bo obawiam się, że w innym wypadku nigdy bym tego posta nie opublikowała. A szkoda by mi było, bo odkryliśmy naprawdę fajne miejsce i chciałam się z Wami tym podzielić.

Czekamy na ten tydzień urlopu cały rok, dłuży się nam niemiłosiernie, a gdy w w końcu nadejdzie to zdaje się mijać szybciej niż mrugnięcie okiem czy pstryknięcie palacami. Po naszych wakacjach pozostała już tylko czerwona walizka w salonie (oczekująca na wyniesienie do garażu), góra prania w łazience (dwie już zostały spacyfikowane) i co najważniejsze cała masa wspomnień, pięknych wspomnień, częściowo udokumentowanych na zdjęciach.






Było  C U D O W N I E !!! Dzieci nie chciały wyjeżdżać, Stefano żegnając się z grupą animatorów zupełnie spontanicznie rzucił - Ciao, ci vediamo l'anno prossimo! (Cześć, do zobaczenia za rok!) - no, czego chcieć więcej?! 

No, ale gdzie my bylim i jak się tam znaleźliśmy? Wszystko zaczęło się w lutym, miesiącu w którym zwykle rezerwujemy swój tygodniowy urlop nad morzem. Niektórzy pewnie się stukną w głowę, gdzie w lutym rezerwawać letnie wakacje, ale musicie wiedzieć, że wiele placówek z półwyspu apenińskiego oferuje nawet 20% upust dla tzw. rezerwacji first minut.
Odkąd jest z nami Stefano, jeździliśmy nad Morze Tyreńśkie, do Toskanii. Dobrze nam tam było, ale od kilku lat korciło nas by zmienić destynację naszej podróży. Ciągnęło nas na południe, bo taniej i większe prawdopodobieństwo słonecznej aury. No, ale musiało to być umiarkowane południe, bo mamy tylko jednego kierowcę (mój mąż), którego dłuższa jazda samochodem męczy a i Luca za długo w aucie nie wysiedzi (należy do niewielkiego grona dzieci, które w samochodzie oka nie zmrużą).
Stanęło  więc na Puglii (Apulia), a dokładniej półwysep Gargano. Szukałam, szukałam i szukałam, aż mózg mi się lasował. Wysyłałam zapytania o dyspozycyjność i cenę. Porównywałam jedno z drugim i trzeciem itd... Czytałam opinie i zawsze było coś nie tak. Ok, jestem wybredna i dociekliwa. Już miałam rzucić to wszystko w cholerę, gdy pewnego niedzielnego poranka postanowiłam dać Gargano ostatnią szansę - otworzyłam Google Maps i zaczęłam ''przeszywać'' monitor laptopa, minimetr po minimetrze a następnie inwigilowałam z pomocą wujka google wszystkie znalezione struktury.



Jedną z nich był czterogwiazdkowy hotel Orchidea Blu.  W swojej ofercie miał praktycznie wszystko czego szukaliśmy, a dodatkowo ocenę 5.0 na TripAdviser. Pamiętam jak oświadczyłam mężowi, iż znalazłam miejsce idealne, hotel który nie istnieje? A już na pewno kosztuje fortunę! Nieśmiało wysłałam zapytanie o cenę.

Szukaliśmy czegoś:
- blisko czystego morza (pieszo, nie samochodem)
- prywatna, wyposażona plaża
- mini club dla Stefano
- basen
- wyżywienie (najlepiej bufet)
- dostęp do aneksu kuchennego lub możliwość podgrzania w mikrofali


Nasz limit to było ok. 1000 euro.  Gdy przyszła odpowiedź, dosłownie opadła mi szczęka - 650 euro za 4 osoby, z pełnym wyżywieniem.  Zdjęcia wyglądały naparwdę zachęcająco, ale wiecie jak to jest zdjęcia to jedno, a rzeczywistość to drugie. Nawet po wymianie kilku telefonów z hotelem wciąż powątpiewająco kręciliśmy głowami, pewni, że gdzieś musi być jakiś haczyk.  Mimo braku buffetu (był tylko na śniadanie) i braku dostępu do aneksu kuchennego (była jednak możliwość poproszenia w recepcji o podgrzanie w kuchni czegokolwiek) zarezerwowaliśmy u nich tygodniowy pobyt i w drugą niedzielę czerwca, tuż po zakończeniu roku szkolengo, ruszyliśmy na podbój południa.

Do przejechania mieliśmy ok. 450km. Oficjalnie doba hotelowa rozpoczynała się o godzinie 16:00, a naszym pierwszym posiłkiem w hotelu miała być kolacja. Nie chcieliśmy jednak całej trasy pokonywać w najgorszym słońcu, no i liczyliśmy też że jednak dadzą nam pokój nieco wcześniej, więc postanowiliśmy wyruszyć wczesnym porankiem (o 7). Ostatecznie wyjechaliśmy z czterdziestominutowym poślizgiem, ale trasa szła sprawnie. Zatrzymaliśmy się tylko raz na dłuższy postój (toaletowno-przekąskowy) i o 13:02 byliśmy na miejscu.

Przed hotelem podjęła nas grupa animatorów, każde dziecko otrzymało powitalny balonik. Naturalnie nie było najmniejszych problemów by od razu dostać pokój, a dodatkowo zaproponowano nam obiad (w zamian za obiad dnia ostatniego), na co chętnie przystaliśmy. Otrzymaliśmy również rozpiskę zajęć (mini club, baby dance, spektakl wieczorny, acqua gym itp).


Brudne to szczęśliwe, czy zjakoś tak?!


Po  niespełna 10 minutach pobytu, Luca zalał łazienkę. Wodą z bidetu! Trzeciego dnia utopił komórkę męża w wiaderku z wodą. Poza tym zerwaliśmy też zasłonę, a na koniec Stefano zalał hotelowy telefon kawą. Sukces, że nas stamtąd nie wyrzucili :D

Mini club


Wszystko odbywało się  bardzo sprawnie. Grupa animacyjna była uczynna, starała się zaangażować również dorosłych do zabawy, ale nie byli ani trochę natarczywi. My skusiliśmy się tylko raz, gdy namówiłam męża by zagarć w ''bocce'', w które nigdy nie grałam (M. grał ostatni raz gdy był mniej więcej w wieku Stefano), a ostatecznie wyszło tak, że grał tylko On, bo mimo prób wszelakich Luca nie dał się ode mnie odkleić.

Relaks


Stefano zwykle szalał z mini clubem. A jeśli akurat nie miał ochoty to pluskał się w morzu, aż cieżko było go z wody wyciągnąć. Luca początkowo nie patrzał na tą wielką wodę zbyt przychylnie, ale i on się szybko przekonał. A woda była cieplutka, przy brzegu miałam wrażenie, że brodzę w rosole!

Nasz plan dnia był bardzo prosty i przewidywalny. Pobudka, śniadanie, plaża, prysznic, obiad, usypianie Luki (spacer na plaży), relaks, plaża (lub basen), prysznic, kolacja, spektakl wieczorny. Gdzieś pomiędzy był naturalnie plac zabaw (najbardziej dzieci moje sobie upodobały ten wewnętrzny, drink (dla mnie bezalkoholowy) na plaży, spacer o zachodzie słońcA itp. Okolicy niestety nie udało nam się zobaczyć, ale też i nie mieliśmy tego w planach. Pogodę trafiliśmy rewelacyjną, idealną do plażowania. Mniej idealną do zwiedzania i przesiadywania w nagrzanym samochodzie. Przez cały nasz pobyt, słupki rtęci nie spadły poniżej 30 stopni, co w połączeniu z morską bryzą świetnie się komponowało.



Ten plac zabaw to strzał w dzieciątkę. Wiadomo, że z pogodą różnie bywa, a tak przezorny zawsze ubezpieczony. naturalnie był również plac zabaw na zewnątrz, ale to ten w piwnicy był zdecydowanie największą atrkacją.




Dwa razy dziennie odbywał się konkurs ''gioco bibita'' (w dosłownym tłumaczeniu gra o napój). Naturalnie Stefano obowiązkowo musiał brać w nim udział, co doprowadzało mnie do dreszczy. A czemu? A temu, że pierworodny nie potrafi przegrywać i każde niepowodzenie strasznie przeżywa (z łzami włącznie).  Dodatkowo nie jest on typem sportowca, więc tym trudniej było mu pokonać przeciwników.  No, ale w mini klubie wszystko było doskonale przemyślane, i jeśli rano były zawody spawnościowe, to po południu był to konkurs losowy (i na odwrót). Do udziału w tym drugim zachęcano również najmłodszych, więc niejako szansę mieliśmy podwójną. Kilkukrotnie doszliśmy do finału, ale na ostatniej prostej brakowało nam szczęścia. Aż pewnego dnia...




Tego dnia rzucaliśmy dużą, pluszową kostką. Stefano zaczynał, wyrzucił 4 i bardzo długo prowadził. Niestety dwóm chłopcom udało się wyturlać 5. Oczami wyobraźni już widziałam dantejskie sceny w wykonaniu syna, ale oto do kostki podchodzi ostatni zawodnik, najmłodszy z grupy - Luca. Chwyta kostkę, przytula, rzuca i .... 6 proszę pańśtwa! Jak stałam, tak myślałam, że padnę. Pani przez mikrofon szybko ogłosiła, że wygrali Luca i Stefano. Młodszy nie za bardzo wiedział o co chodzi, a starszy cały w skowronkach pobiegł zrealizować kupon - wybrał sok multiwitamina, z którym to wróciliśmy kilka dni później do domu.

Poza tym moje aspołeczne dziecko było wszędzie, we wszystkim chciał uczestniczyć. I nie, że biernie. Co to, to nie! Wyrywał się dosłownie do wszystkiego, a rekord pobił pewnego wieczora, gdy podczas spektaklu wieczornego dla dzieci: - opowiadał bajkę o czerwonym kapturku, wypowiadał się na temat Shreka, był jednym z siedmiu krasnoludków u boku Śnieżki, kominiarzem (z Marry Popins) i nie pamiętam już kim jeszcze.






Co, przed wyjazdem, dręczyło mnie najbardziej to posiłki. Miał to być nasz pierwszy wyjazd z pełnym wyżywieniem. Zastanawiałam się jak to będzie z dziećmi, niespełna półtoraroczniak i siedmnioletni niejadek, a i ja jestem z kategori wybrzydzających. Wiadomo, gdy jest tzw. szwedzki stół zawsze się cosik znajdzie na ząb, a tu takowego miało nie być. No więc, jak to działało w praktyce? Codziennie wieczorem, na stoliku (każdy pokój miał przypisany stolik) czekała na nas propozycja menu na dzień kolejny - Menu Infant i Menu Dzieci i Menu Dorośli. Menu Infant to krem z warzyw lub bulion warzywny (do tego makaron i parmezan), Menu Dzieci to do wyboru makaron biały, z sosem pomidorowym lub ragu i drugie danie (codziennie inne). A menu dla dorosłych codziennie zawierało dwie propozycje pierwszego i drugiego dania (zwykle jedno było rybne, a drugie mięsne) - było dość wyszukane, dania przemyślane a co najważniejsze przepyszne (odpowiednio przyprawione i o idealnej konsystencji). Wieczorem do wboru była również pizza. Oprócz tego na stoliku zawsze była ciepła przystawka i  buffet z przystawkami zimnymi (warzywa). Po obiedzie były owoce sezonowe, a po kolacji deser.
Bardzo podobało mi się również rozwiązanie, że rodzice z małymi dziećmi (infant) mogli do stołówki wejść pół godziny przed resztą urlopowiczów, co małym wiercipiętom pozwalało w spokoju i pełnym skupieniu skonsumować posiłek, a przynajmniej jego część.

Rozczulał  mnie ten widok!

Audytorium gotowe na przyjęcie swych najważniejszych gości - dzieci.


Zgodnie z  hoteleowym regulaminem, w sezonie, wymiania tzw. turnusu miała miejsce w niedzielę. Był to jedyny dzień, kiedy nie działał mini klub, gdyż personel zajęty był podejmowaniem nowych gości.  Dzień wcześniej zorganizowano nam niejako imprezę pożegnalną. Dzieci (bodajże od 4 roku życia) zaproponowano kolację w towarzystwie grupy animacyjnej. Dorosłych natomiast, po wieczerzy, zaproszono na tort i szampana  (wino musujące) przy basenie.  Całość zakończył tradycyjny babydance w audytorium i dyskoteka w rytm starych, dobrych włoskich szlagierów.




Wyjeżdżaliśmy wypoczęci i zadowoleni. No, Stefano nieco mniej, bo cały czas pod nosem gderał, że zdecydowanie za szybko minął ten tydzień. Po czym, w drodze powrotnej, dziarsko rzucił - to co, za rok przyjeżdzamy na dwa tygodnie!

Tydzień czy dwa, a może 10 dni. Tego nie wiem.  Czuję jednak, że to dopiero początek naszej przyjaźni z gargańską Orchideą.

Pozdrawiam,
Ewa








czwartek, 6 czerwca 2019

O sole mio...

Kochani, mamy słońce. I to, w końcu, na dłużej niż 48h. Oj spragnieni wszyscy byliśmy też naturalnej witaminki D. Sprawdziło się jednak, to czego się spodziewaliśmy - wiosny w tym roku było niewiele, by nie rzec wcale. Praktycznie z kurtek (jesiennych) przerzuciliśmy się na krótki rękaw. Włosi, jak to włosi, bardzo ostrożnie podchodzą do zmian sezonowych i co niektórzy wciąż śmigają w swetrach/kurtkach/bezrękawnikach. Ja się przełamałam wczoraj i w końcu wystawiłam moje bledziochy na świat. Wszak 27 stopni zobowiązuje.

Niestety na sam koniec sezonu chorobowego, pochorowalismy się wszyscy i naturalnie nie razem, a po kolei. Najgorzej! Najpierw Stefano, potem M., tydzień później ja, a stawkę zamyka Luca, któremu od wczoraj leci z nosa zielony glut, aż niemiło!

W piątek kończy się umbryjski rok szkolny. Nie ma tu uroczystej gali na zakończenie roku, apelu pod krawatem ani nic w tym stylu. Do piątku włącznie, dzieciaki wędrują do szkoły z plecakiem. Tyle tylko, że gdy o 13:00 ostatni dzwonek obwieści konieć zajęć, zacznie się szaleństwo - starsi zwykle mają bitwę wodną (obrzucają się balonikami z wodą) lub obsypują się mąką.

No, ale nie myślcie sobie, że koniec roku może przejść bez echa. Co to, to nie. W ubiegłym tygodniu odbył się koncert szkolny, w wynajętej przez szkołę sali kongresowej. Było pięknie i wzruszająco. A po nim udaliśmy się do restauracji na kolacę klasową. Szczerze nie lubimy takich spędów, ale musze przyznać,  że było miło.
Bardzo wzruszający był również wiwat jaki dzieciak sprawiły nauczycielkom. Głośny i długi aplauz/uderzanie pięsiami w podłogę z równoczesnym okrzykiem - MAESTRE - MAESTRE - MAESTRE!!!


 Po tym wszystkim dyrektorowi ciężko było dojść do głosu i wtedy do mikrofonu podchodzi wychowawczyni klasy Stefano i spokojnym głosem (prawie szeptem) rzuca ''kochani, a teraz policzę to trzech  i cissssza.... UNO...
Na ten JEDEN, już była taka cisza, że można było usłyszeć przelatującą  muchę! Jestem pełna podziwu. Mi ciężko spacyfikować jednego Stefano, a Ona tak przycjacielsko, jednym krótkim słowem, uciszyła 250 uczniów.

Dziś pierwszaki są na wycieczce, po której nauczycielkom zostanie wręczony skromny prezent - bon do sklepu papierniczego.

Świadectwa natomiast dostaniemy dopiero 20 czerwca, bo tutaj praktycznie do ostatniego dnia szkoły można zmienić ocenę końcową.





Wracając jednak do lata, to w niedzielę wyruszamy nad morze. Wyciągnełam wciąż pochowaną w pudłach, odzież letnią i zgadnijcie?! No nie mam się w co ubrać!!! Dobra, żartuję sobie trochę, ale po szybkim przeglądzie garderoby, sporo poszło na Caritas. Część ciuchów zalegała w pudłąch od dwóch lat, bo najpierw ciąża, a potem karmienie piersią (karmię cały czas, ale za dnia nie ma już konieczności wyciągania cyca co 15 minut) i trochę mi się ciało zmieniło.

Dzieci już nieco obkupione, choć z większym szaleństwem czekam na lipcowe wyprzedaże. Nie powiem dziwnie się kupowało sandały, gdy temperatura za oknem wskazywała 15 stopni, a i tak już były nieco przebrane. Obuwie letnie dla dzieci zwykle kupujemy w sklepie firmowym przy fabryce Primigi - po prostu jedziemy i bez nie wychodzimy. Sandały są skórzane, dobrej jakości i o ile stopa nie urośnie, wytrzymują cały sezon. Za dwie pary zapłaciliśmy 50euro (cena outletowa). Plusy posiadania fabryki w mieście.

Na weselu bylim i było spoko, choć cały czas miałam jakieś takie dziwne wrażenie, jakby... Sama nie wiem, ciężko mi to nazwać. Mój mąż twierdzi, że on nic podobnego nie odczuł, więc to zapewne moja styrana psychika :)
Lokalizacja była cudna, zamek na wzgórzu z fenomenalnym widokiem na okolice. Była to jedak typowo włoska posiadówa. Około 23 zaproszono nas na taras, na krojenie torta i przemowy. Dzieci były już dość umęczone, więc postanowiliśmy się pożegnać, ale jak Stefano nie ruszył nic z kolacji, tak zapalił się na tort weselny. Gdybym wtedy wiedziała, że na ten tort przyjdzie nam czekać ponad godzinę to chyba bym wolała kupić mu cały taki tort ;) Młodzi. owszem, tort pokroili, ale wówczas zaczęły się przemowy, iśćie w stylu angielskim  - najpierw mama Panny Młodej, następnie 3 czy 4 siostry, brat, świadkowa, druhna, koleżanki z pracy i nie wiem kto jeszcze. A jeszcze dodatkowo dostałam opierdziel (wraz ze znajomą) od jednego z gości (zagranicznych), że mamy śmiałość szeptem rozmawiać 50 metrów dalej, zamiast wsłuchiwać się w przemowy.  Z całym szacunkiem początkowo stałam i słuchałam i nawet klaskałam na koniec, ale ludzie drodzy przez godzinę każdy ogłszał to samo. Poza tym nie byłyśmy odosobnionym przypadkiem. Po torcie był pierwszy taniec i dopiero po nim włączono muzykę do tańca (około północy, salę trzeba było opuścić do 2), ale my zgodnie z planem się podziękowaliśmy Młodym i wyszliśmy.
Trochę szkoda, że muzyki nie załączono wcześniej, choć na chwilę, dzieciaki na pewno bawiłyby się znacznie lepiej. Dorośli myślę, że również, bo takie kilkugodzinne posiadówy są naprawdę męczące.




Do usłyszenia :-)

piątek, 24 maja 2019

Co u nas...

Chciałabym pisać regularnie, bo później mnóstwo spraw mi umyka, ale na tym etapie jest to dla mnie niewykonalne. Kiedyś miałam chwilę czasu (godzinkę czy nawet dwie) rano, ale te czasy już minęły i zapewne nie wrócą. Jak tylko otwieram laptopa, Luca rzuca wszystko by zacząć mi mazać paluchemm po ekranie i głośno nawoływać do załączenia youtube, by więc nie kusić go za bardzo ograniczam używanie komputera gdy jesteśmy sami w domu. Właśnie zrobiłam wyjątek i naturalnie młody, dla odminay, dorwał się do mojej komórki i już uszu mych dobiega melodia ''Veo Veo''. No ręcę opadają!!!

Post odnośnie mojej operacji jest już prawie skończony. Chciałabym go opublikować, bo dla mnie to swego rodzaju zamknięcie pewnego rozdziału mojego życia. 

Co poza tym? Całkiem sporo się działo/dzieje. 

Pod koniec kwietnia, korzystając z przedłużonej przez długi weekend przerwy wielkanocnej, byliśmy w Turynie. Pogoda była okropna, więc wyjeżdżaliśmy w nieco podłych nastrojach, ale nie żałujemy. Turyn nas zauroczył i bardzo bym chciała jeszcze tam wrócić, tym bardziej, że zostało nam jeszcze kilka rzeczy do zobaczenia.

Marzenia się spełniają. LEGO Store, największy we Włoszech :) 

Niektórzy z Was już wiedzą, że w lutym potwierdziło się to co od dawna podejrzewaliśmy, Luca ma zamknięty kanalik łzowy w lewym oku. Został wpisany na listę oczekujących na zabieg, co nieco skomplikowało wszystkie nasze plany. 
Zabieg nieskomplikowany, ale w znieczuleniu ogólnym, czego wolelibyśmy uniknąć. Z początkiem miesiąca, ustalono datę opercji (30 maja) a nas zaproszono na spotkanie z anestezjologiem. Nie wiem czy pamiętacie, ale Luca ma niewielkie szmery na serduszku (niedomknięte FOP i PDA), które same w sobie nie stanowią przeciwskazań do znieczulenia, ale ostatnie USG serca jest prawie sprzed roku, a anestezjolodzy woleliby jednak (słusznie) mieć wgląd do aktualnego. Niestety nie udało się przełożyć, zaplanowanej na październik kontrolii u kardiologa dziecięcego, więc zabieg odłożony na niewiadomo kiedy. Tymczasem, od połowy lutego oko przestało łzawić i generalnie nie wykazuje żadnych niepokojących symptomów, więc zdaniem pediatry możemy sobie odpuścić zabieg. Naszym zdaniem też, ale co na to okuliści? Na kwietniowej kontroli było lepiej, ale wciąż kwalifikowało się do sondowania. 

Jutro, 25 maja, idziemy na wesele. Wcale, ale to wcale nie mam na nie ochoty. Szczerze mówiąc, trochę mnie to wydarzenie stresuje. Raz, że pogoda - maj, w tym roku jest wyjątkowo okropny i najzwyczajniej w świecie nie mam się w co ubrać. A dwa... Dwa jest bardziej skomplikowane. O ślubie wiedzieliśmy już od ponad 2 lat, bo to jeden z najbliższych przyjaciół męża (M.  był świadkiem na jego pierwszym ślubie, u niego w domu też się poznaliśmy, gdy jako au pair opiekowałam się synem z pierwszego małżeństwa). I praktycznie od dwóćh lat słyszeliśmy opowieści o organizacji ślubu/wesela z wielką pompą - poszukiwania dogodnej lokalizacji, wedding planner itp. Rok temu otrzymaliśmy ''save the date'', a kilka miesięcy temu przyszło zaproszenie, bez dzieci. Wiem, że nie wszyscy patrzą przychylnym okiem na dzieci na tego typu imprezach, ale we Włoszech dzieci są świętością i wykluczenie ich z podobnego eventu jest uważane za wielki nietakt. A sposób w jaki nam to zakomunikowana jest dla mnie  naprawdę niestosowny. Otóż na kopercie, w której przyszło zaproszenie, czerwonym cienkopisem zostało wyraźnie zaznaczone - ilość osób zaproszonych 2. Poczuliśmy się urażeni, podobnie jak i inni rodzice z naszej paczki. Poźniej okazało się, że niektórzy w ogóle nie zostali zaproszeni i cała ta impreza zaczynała coraz bardziej przypominać snobistyczny event (wesele w pałacu, brak dzieci, konieczność przyniesienia zaproszeń w dzień ślubu) i zaczęłam się nawet zastanawiać czy będą nas przy wejściu legitymować. To wszystko sprawiło, że mimo iż wcześniej deklarowaliśmy naszą obecność, postanowiliśmy odmówić i nie ukrywać z jakiego powodu - nie mamy z kim zostawić dzieci! Kolega początkowo poczuł się urażony, ale zaproponował, że zrobi dla nas wyjątek i możemy przyjść z dziećmi. Odmówiliśmy, bo rodzin w podobnej sytuacji jak nasza jest więcej i nie byłoby to fair w stosunku do nich.  Kiedy Panowie wszystko sobie wyjaśnili i wydawało się, że sprawa zakmknięta, Pan Młody zaczął naciskać, podkreślając, że popełnili błąd wykluczając dzieci (że będą również inni z dziećmi) i że bardzo mu zależy na naszej obecności. Długo się wahaliśmy (M. generalnie nie lubi tego typu imprez i od początku wolałby zostać w domu) aż ostatecznie potwierdziliśmy naszą obecność. Bez przekonania, ale jednak.
Dodam tylko, że młodzi mieszkają w Londynie (skąd pochodzi Panna Młoda) i również goście zagraniczni zostali zaproszeni bez dzieci. Osobiście nie wyobrażam sobie zostawić dzieci w domu i lecieć gdzieś na wesele...

Od kilku dni, mam w domu siedmiolatka i wciąż nie mogę w to uwierzyć. Siedem lat to już całkiem poważny wiek ;) W miniony piątek, na przekór klątwom (piątek, 17-ego to tutaj taki polski piątek 13-ego) wyprawiliśmy synowskie urodziny. Imprezka była udana. Frekwencja dopisała, ponad 20 biegającej i głośno krzyczącej dziatwy (spoconej, tak że wyglądali jakby wyszli z pod  prysznica), wykończyło nas psychicznie i fizycznie ;)  W tym roku, udało nam się nawet utrafić z poczęstunkiem (ilością) i praktycznie nic się nie zmarnowało. W domu byliśmy dopiero kilka minut przed 21.

NUMBER CAKE na potrzeby domowe.

Tort urodzinowy

Za 2 tygodnie (7 czerwca) kończy się włoski rok szkolny. Przed nami ponad 3 miesiące laby. Przyznaję Wam, z ręką na sercu, że posyłając Stefano we wrześniu do pierwszej klasy, wiele miałam obaw. Jak się szybko okazało, niesłusznie.  Jak więc widzicie jesteśmy już na ostatkach, a jeszcze po drodze kilka dni przepadnie, 2 dni w związku z wyborami (szkoła jej siedzibą komisji) i 1 na wycieczkę. W związku z powyższym mamy i gorący okres w szkole, a to koncert na koniec roku, a to klasowa kolacja, a to prezent dla Nauczycielek (nie ma tu zwyczaju obdarowywania kwiatami).

Zaraz po zakończeniu roku, teoretycznie, jedziemy na tydzień nad morze. Piszę teoretycznie, bo jak patrze na to co dzieje się za oknem, to wszystkiego się odechciewa. Podobno tegoroczny maj jest najzimniejszy od ponad 50 lat, przez co nasza wiosna bardziej przypomina jesień.

Ci którzy śledzą mnie na instagramie wiedzą już, że szkoła Stefano zgłosiła się, i została wybrana, do ministerialnego programu ''Frutta e verdura nelle scuole'' (Owoce i warzywa w szkołach), mającego na celu promowanie zdrowej żywności wśród dzieci. I tak, od 2 tygodni, syn przynosi nam do domu skarby natury w ilościach niemal hurtowych - 480g przepysznego kiwi, tyle same jabłek i gruszek czy też marchewek. Gdyby tylko jeszcze chciał to jeść.

Skarby natury

Prawie bym zapomniała. Pod koniec kwietnia, po raz czwarty zostałam ciocią (moja siostra powiła swoje czwarte dzieciątko - małą Hanię). Poród marzenie, wciąż jesteśmy w szoku tempem - malutka przyszła na świat po 10 minutach skurczy (co minutę), za pierwszym skurczem partym!

A na zakończenie skarby, jakie otrzymałam z okazji Dnia Matki, który we Włoszech jest obchodzony w drugą niedzielę maja.  Przy okazji dowiedziałam się, że jestem jak truskawka, pachnąca i słodka (patrz drugie zdjęcie).





środa, 3 kwietnia 2019

Update

Kochani, dochodzę powoli do siebie, bardzo powoli, ale w końcu zaczynam widzieć poprawę! Szczerze Wam powiem, że nieco się zaskoczyłam - myślałam, że początek będzie cięższy, a potem to już górki, a było/jest wprost odwrotnie.

Przez dwa tygodnie czułam się i chodziłam jak staruszka (zgarbiona i powolna). Wciąż jestem ''napowietrzona'' i znacznie wolniejsza niż zwykle, ale poprawa jest.

Pogoda u nas była cudownie wiosenna, prawie letnia, ale jak na złość nie mogliśmy skorzystać, bo rozłożył nam się Luca - dopadła biedulę gorączka (w nocy przekraczająca 39 stopni). Innych objawów, poza pokasływaniem raz na jakiś czas, brak. Po zbiciu temperatury, wydawało się, że nic mu nie jest, ale dla świętego spokoju pojechaliśmy do pediatry - czerwone gardło. Jak nie przejdzie do jutra to musimy wrócić ponownie przebadać. Nie chce zapeszać, ale dziś już bez gorączki, choć humor ma taki, że bez kija nie podchodź. A do tego jeszcze zęby w natarciu, cztery trzonowe idą wszystkie razem.


Post odnośnie operacji się tworzy, bardzo powoli, ale się tworzy.

Trzymajcie kciuki abyśmy się wszyscy pozbierali, bo za niecałe 3 tygodnie mamy zarezerwowany hotel w Turynie i bardzo chcemy pojechać. Tak długo już nigdzie nie byliśmy, a taki wyjazd dobrze by nam wszystkim zrobił. Stefano, w końcu, spełniłby jedno ze swoich marzeń, jakim jest odwiedzenie LEGO Store. A do tego wyszperałam w internecie, że Museum Egipskie, organizuje laboratoria LEGO i już zarezerwowaliśmy miejsce dla syna. Naturalnie wszystko to pozostaje na razie w sekrecie, bo za dużo w tym wszystkim niewiadomych i nie chcemy by się Stefano nastawił a potem zawiódł.


Do usłyszenia

piątek, 15 marca 2019

Home sweet home

Dzięki wielkie za okazane mi wsparcie, kciuki i zdrowaśki. Miniu, dziękuję za maila - naprawdę miło mi się zrobiło!

Jestem już w domu, wypisano mnie wczoraj w południe. Łatwo nie jest bo roczne żywe dziecko nie idzie do końca w parze z rozciętym brzuchem, a syn naturalnie, po tym jak zniknęłam na prawie 3dni, nie odstępuje mnie (cyca) na krok.  Na szczescie jeszcze cały przyszly tydzień mam męża w domu.

To tyle . wkrótce postaram się napisać więcej.  Pozdrawiam
Ewa